70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Józef Życiński – biskup interdyscyplinarny

Są ludzie, którym – by sparafrazować tytuł znanego filmu – ze śmiercią jest wyjątkowo nie do twarzy. Do takich osób należał arcybiskup Józef Życiński, człowiek emanujący życiem jak mało kto.

Wiadomo było od dawna, że nie jest mocnego zdrowia, ale jego intelektualna i fizyczna ruchliwość, a także uderzająca młodzieńczość sprawiały, że nikomu przez myśl nie przeszło, jak szybko będziemy go żegnać. „Pan przychodzi jak złodziej” – mówi Pismo i rzadko kiedy te słowa brzmią tak przekonująco, jak wobec tej niespodziewanej śmierci.

Księdza Życińskiego poznałem w połowie lat siedemdziesiątych, kiedy zacząłem pracować w miesięczniku „Znak”, a on – wówczas prefekt częstochowskiego seminarium i początkujący uczony – pojawiał się w redakcji ze swymi tekstami albo wpadał na krótką pogawędkę. Jako niemal mój rówieśnik od razu zaproponował, byśmy mówili sobie po imieniu. Kiedy po nominacji biskupiej zadzwoniłem do niego z gratulacjami, życzeniami i pytaniem, jak się mam teraz do Ekscelencji zwracać, roześmiał się do słuchawki: „czy mój awans tak cię oszołomił, że zapomniałeś imienia Józek?”.

Życiński górował nad otoczeniem i przyjaciółmi przede wszystkim przymiotami umysłu i ducha: inteligencją, siłą argumentów, niesłychaną pracowitością i organizacją pracy. Nigdy nie epatował swoją godną pozazdroszczenia erudycją, która czasem zbyt obciążała jego teksty – nawet w publicystyce trudno mu było zrezygnować z nadmiaru skojarzeń i odniesień naukowych, literackich, filozoficznych. Tej wyższości jednak zupełnie się nie odczuwało – był wspaniałym, prostym i bezpośrednim rozmówcą, słuchającym z uwagą i szybko wyłuskującym ciekawe wątki z rozmowy. Dzięki temu inspirował. Cieszył się, widząc u rozmówcy „ruch myśli” i starał się, by z tego „ruchu” coś wynikło. Z pewnością wiele by mieli na ten temat do powiedzenia jego studenci. Sam też nieraz tych inspiracji ze strony Józka doświadczyłem. Jako początkującego redaktora „Znaku” zaprosił mnie do seminarium z odczytem na temat Czego świeccy oczekują od księży?, co zmusiło mnie do poważnego przemyślenia tego niebłahego tematu. Kiedy indziej – po jednej z dyskusji na prowadzonym przezeń wspólnie z księdzem Hellerem seminarium interdyscyplinarnym – wsłuchując się uważnie w moje niezbyt zborne wywody, wyłuskał z nich „racjonalne jądro”, a następnie skłonił do publikacji tekstu o roli metafory w fizyce, metafizyce i polityce.

Życiński miał znaczny udział w „ruchu myśli”, który dokonywał się wówczas w Krakowie, a którego „Znak”, ze swoją znakomitą plejadą autorów, był jednym ośrodków. W ramach trzech głównych nurtów tematycznych miesięcznika, żartobliwie określanych mianem „stommizm, tomizm i atomizm” – czyli spraw społecznych, filozofii i nauk przyrodniczych – Życiński stał się rychło prominentnym przedstawicielem „atomizującego tomizmu”, czyli filozofowania w kontekście nauk przyrodniczych. Jego redakcyjne dyskusje z Mirosławem Dzielskim były godne Akademii Platońskiej. Dzielski miał postkantowską wizję nauki jako powinności przebijania się przez świat zjawisk i wyzbywania kolejnych złudzeń, jednak bez szans na dotarcie do świata rzeczy samych w sobie, a więc nauki jako w istocie praktyki duchowej o wymiarze etycznym. Życiński – przekonany, że rozum jest najpiękniejszym darem Bożym dla człowieka, danym mu po to, by mógł rozpoznać, jak się rzeczy mają, a wiec dotrzeć do prawdy – zżymał się, oponował, dowodził i obalał. Żal poniewczasie, że poza jedną niewielką dyskusją redakcyjną nigdy te dialogi nie zostały zarejestrowane i spisane.

Wspomniana bezpośredniość i prostota była cechą nie tylko Życińskiego księdza, lecz także Życińskiego biskupa. Ta rzadka cecha hierarchów, w Polsce zazwyczaj dochowujących wierności dworsko-kurialnej etykiecie i manierom, przybierała czasem zaskakujące formy. Mam w pamięci taki obrazek: na jednej z ulic krakowskiego śródmieścia przed bramą wjazdową zatrzymuje się samochód, z którego wyskakuje biskup w pełnym rynsztunku i zaczyna się gwałtownie szamotać z zamkiem czy kłódką. Gdy podszedłem bliżej, rozpoznałem arcybiskupa Józefa, który przybył do Krakowa na ważne spotkanie i zostawiwszy szofera za kierownicą, energicznie szturmował zamkniętą bramę.

Swoją aktywność i energię urzeczywistniał Życiński na ogromnie wielu polach: w duszpasterstwie, w nauce, w obfitym i wielogatunkowym pisarstwie, w organizacji tak znaczących wydarzeń jak lubelskie kongresy kultury, w pracy w watykańskich kongregacjach, w aktywnie prowadzonym dialogu ekumenicznym i międzyreligijnym. Do każdej z tych dziedzin wniósł coś od siebie, coś oryginalnego –jego działalność i jego twórczość będą z pewnością w przyszłości przedmiotem wielu analiz. Chciałoby się zapytać, czy gdyby skoncentrował się na jednej dziedzinie, to osiągnąłby więcej?

Za młodu widziano w nim – i zapewne on sam w sobie widział – uczonego. Wydawało się, że ktoś obdarzony taką pasją i takimi talentami naukowymi nie da się oderwać od swego ukochanego warsztatu. A jednak, kiedy przyszły inne zadania i powołania, podjął się ich z wielkim zapałem. Z jednej strony uczynił to zapewne w duchu swojej głębokiej wiary, towarzyszącej jej pokory i miłości Kościoła: takiemu powołaniu, jakim jest biskupstwo, nie odmawia się. Z drugiej strony – nieraz cytował jednego ze swych ulubionych pisarzy, Henryka Elzenberga, wedle którego wielkość życia człowieka mierzy się nie tyle zbiorem wartości zrealizowanych, ile raczej zbiorem tych wartości, z których zrezygnowaliśmy w imię wartości wyższych. Sądzę, że arcybiskup Życiński był w istocie z powołania „multiinstrumentalistą”, człowiekiem wielu dyscyplin. Od młodości pasjonował się interdyscyplinarnością w nauce i praktykował ją uprawiając, podobnie jak jego mistrz i przyjaciel ksiądz Heller, filozofię, teologię i nauki przyrodnicze. A później – w miarę nowych powołań – wchodził niejako na wyższe orbity interdyscyplinarności, starając się łączyć swe różne zatrudnienia, związane z nimi przemyślenia oraz budować pomiędzy nimi harmonijną synergię. Rzecz jasna, nie mogło się to odbywać bez wyrzeczeń i rezygnacji. Jestem jednak przekonany, że więcej dobra wniósł do świata Życiński jako „biskup interdyscyplinarny”, niż gdyby był tylko pasterzem lub wyłącznie uczonym albo działaczem czy organizatorem. Całe jego życie unosiło się – by odwołać się do metafory z początku encykliki Fides et ratio, w której powstaniu miał swój udział – na dwóch skrzydłach, rozumu i wiary, ku kontemplacji prawdy. „Jeśli wierzącemu braknie zaufania do racjonalnej refleksji, jego wiara może zatracić swój uniwersalizm, przechodzić na poziom uczuć czy subiektywnych doznań. Jeśli rozum programowo zamknie się na Objawienie, może usunąć z horyzontu ludzkich zainteresowań te prawdy, które mają fundamentalny charakter dla naszego życia” – pisał w komentarzu do tejże encykliki. Jego racjonalność czyniła go tak wspaniale otwartym, ciekawym świata, kultury w jej różnych formach, gotowym do dialogu. Jego wiara czyniła go poznawczym optymistą i uodporniała na pokusy relatywizmu – z jego różnymi formami obecnymi w nurtach postmodernistycznych dyskutował zawzięcie i nieustępliwie, broniąc godności myślenia zwróconego ku prawdzie (które wiązał z godnością człowieka) i obiektywnych hierarchii w kulturze. Przypomina mi się w tym kontekście jeszcze jeden obrazek. Przed dwunastu laty, podczas obchodów czterdziestolecia wydawnictwa Znak, prowadziłem w krakowskim Teatrze Starym panel Czy koniec millenium jest przełomem epok? z udziałem takich postaci, jak Leszek Kołakowski, Ryszard Kapuściński, Leszek Balcerowicz i Władimir Bukowski. Zaproszony Życiński z góry zapowiedział spóźnienie, jechał z Lublina, w którym miał tego samego dnia biskupie obowiązki. Pod koniec dyskusji wbiegł na scenę teatru i zapytał: „Ile mam czasu?”. „Siedem minut” – odpowiedziałem, a arcybiskup z precyzją stopera wygłosił siedmiominutowe przemówienie na temat przełomu cywilizacyjnego w dobie Internetu, głębszego niż przełom Gutenberga, lecz niosącego obok szans najrozmaitsze zagrożenia. Dla kultury to przede wszystkim zagrożenie kiczem i przeciętnością (jako emblemat przywołał Myszkę Miki). A zadaniem chrześcijan jest obrona wartości, godności człowieka i rzetelnych hierarchii.

Znałem Życińskiego jako człowieka pełnego radości. Ale miał swoje krzyże. Jednym z nich były oskarżenia zajadłych lustratorów, które dopadły go boleśnie i kto wie, czy nie skróciły mu życia. Przygotowywał dla wydawnictwa Znak książkę o tym doświadczeniu, której nie zdołał nadać ostatecznego kształtu. Pisał w niej o kardynale Bernardinie, który padł ofiarą kampanii podobnie fałszywych oskarżeń: „Psychicznie dzielnie zniósł sytuację, mimo iż do grona agresywnych oskarżycieli dołączali stopniowo nowi aktywiści. Biologicznie natomiast jego organizm nie wytrzymał. Rak trzustki po kilku miesiącach zmagań zamknął życie tamtego wspaniałego człowieka, którego z osobistych kontaktów przywołuje pamięć jako osobę o wielkiej kulturze i duchowości”.

Józef Życiński żył intensywnie, pospiesznie, życiem przepełnionym pracą, bogatym modlitwą. Jego życie – choć krótkie – swoją treścią i dokonaniami mogłoby wypełnić kilka niezgorszych biografii. Pomimo zaskoczenia przedwczesną śmiercią, żalu i poczucia braku, trzeba widzieć to życie jako piękne i spełnione.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata