70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Narodziny Boga

Współczesny czytelnik nie ma wątpliwości, czego dotyczyła próba, jakiej poddany został Abraham – sprawdzana była jego wiara. Ale skąd wzięła się owa wielka ufność kierowana do Boga Jedynego wśród ludu otoczonego wyznawcami religii politeistycznych i pielęgnujących racjonalność Greków?

Podejrzani

Pewnego poranka na Bliskim Wschodzie – jakieś cztery tysiące lat temu – pewien niemłody już, ale wciąż jeszcze zdumiewająco żwawy pan zabrał syna na spacer. Wspólnie udali się na szczyt leżącego nieopodal wzgórza. Chłopiec dźwigał na plecach drwa – ojciec wyjaśnił mu, że będą potrzebne, by mogli zbudować ołtarz, na którym następnie dopełnią rytualnej ofiary całopalenia. W istocie jednak miało się wydarzyć coś zgoła odmiennego. Bóg, któremu spośród wszystkich innych bóstw ojciec chłopca – Abraham – oddawał najwyższą cześć, nakazał mu złożyć w ofierze właśnie jego jedynego i umiłowanego syna, Izaaka.

Finał tej historii jest powszechnie znany. Na scenę wkroczył anioł, tłumacząc, że tak naprawdę Bóg wcale nie oczekuje, by Abraham zgładził syna – w zamian może złożyć w ofierze baranka. W rzeczywistości poddany został jedynie próbie.

Współczesny czytelnik nie ma też raczej wątpliwości, czego dokładnie owa próba dotyczyła. Wystarczy zapytać dowolnego przedstawiciela jednej z trzech religii Abrahamowych (judaizmu, chrześcijaństwa, islamu), w których wspólnych początkach pojawia się ta mglista postać i których wyznawcy stanowią obecnie połowę ludzkości, a ten odpowie bez chwili wahania. Bóg poddał próbie wiarę naszego praojca.

Gdyby jednak zwrócić się z tym samym pytaniem do przedstawiciela epoki wcześniejszej, bliższej czasom, w których żył sam Abraham, niewykluczone, że odpowiedź byłaby inna. Opowiadana zwykle historia o początkach rozumu i wiary głosi, że wiarę wynaleźli starożytni Żydzi, a tradycja monoteistyczna sięga czasów Abrahama. Gdy wypełnił się czas, bądź też – w zależności od punktu widzenia – gdy ludzie bezpowrotnie pobłądzili, dwie młodsze religie, chrześcijaństwo i islam, oderwały się od swych żydowskich korzeni i wkrótce wyrosły na równoprawne religie o światowym zasięgu. Mniej więcej w tym samym czasie, ale w sposób zupełnie niezależny, niedościgli mistrzowie racjonalizmu, starożytni Grecy, zdołali wynaleźć rozum i myśl naukową. Grecka tradycja czystego rozumu od zawsze pozostaje w sprzeczności z monoteistyczną tradycją czystej wiary, mimo że w ciągu wieków liczni myśliciele starali się je ze sobą pogodzić. Tak oto brzmi prosta i zgrabna opowieść o dwóch całkowicie odrębnych bytach, które wprawdzie radzą sobie doskonale, dopóki trzymają się od siebie z daleka, ale zaczynają kipieć i wrzeć, ilekroć przez przypadek wejdą sobie w drogę.

Zgrabna jest to – trzeba przyznać – opowiastka, ale niestety prawie całkowicie fałszywa. Historycy już od ponad stu lat starają się ją skorygować. Dotychczas jednak nie udało im się jeszcze opracować wniosków ze swoich odkryć w formie nowej narracji, która mogłaby zastąpić dotychczasową opowieść. Próby takiej syntezy skończyły się niepowodzeniem, co w dużej mierze tłumaczy, dlaczego starożytna, dawno już podana w wątpliwość legenda zapuściła tak silne korzenie w powszechnej wyobraźni. Ponieważ oddzielamy wiarę i rozum na poziomie psychicznym, uznając je za swego rodzaju epistemologiczne przeciwieństwa, skłonni jesteśmy bezkrytycznie przyjmować, że również ich historyczne początki muszą być od siebie nawzajem niezależne. Wystarczy jednak chwila namysłu, by przekonać się, że tak być nie musi, a niewykluczone, że wręcz nie może. Potrzeba nam nowej wykładni przedstawiającej genezę monoteizmu, która zaciągając dług u współczesnej nauki, po raz pierwszy ujmie jej odkrycia w spójny schemat zgodny z wiedzą historyczną i psychologiczną.

Co zaskakujące, okazuje się, że świadectwom historycznym najlepiej odpowiada model, który początki wiary wiąże z narodzinami samego rozumu. Ośmielam się sądzić, że mimo swej nowości uderzy on czytelnika jako zgodny ze zdrowym rozsądkiem i intuicją. Nowa synteza pozwoli nam lepiej zrozumieć wiele nierozwikłanych zagadnień wiary i rozumu, które po dziś dzień nie przestają nas nurtować – od publicznych sporów wokół teorii ewolucji, przerywania ciąży i praw osób odmiennej orientacji, po samobójcze zamachy bombowe, żydowskie osiedla na Zachodnim Brzegu i złowieszcze lekcje pilotażu, na których uczniowie zdają się nie przykładać zbyt dużej wagi do nauki technik lądowania.

To nie Żydzi

Niezwykle trudno zdefiniować wiarę, ale dla wszelkich prób definicji rozsądnym punktem wyjścia wydaje się „wiara w Boga”. Niekiedy słowo to odnosimy wprawdzie również do opisu tradycji niemonoteistycznych, takich jak buddyzm czy hinduizm. Ale nawet jeśli przyznajemy wierze marginalną obecność w tych tradycjach, jasne jest, że religie monoteistyczne kładą na nią nacisk w stopniu, który jest im zgoła obcy. Wszystkie praktyki religijne zakładają fundamentalną wiarę w obiekt kultu. Ten rodzaj wiary, wspólny całej ludzkości, stanowi część właściwego ludziom ogólnego instynktu religijnego, który możemy nazwać władzą wiary. Pozwala on ludziom przyjąć istnienie i boskość bóstw, którym sami czci nie oddają, podobnie jak czyniono w starożytnej Grecji i Rzymie. Tymczasem monoteizm, a przynajmniej jego najlepiej znana postać, nakazuje odrzucić istnienie lub boski charakter innych obiektów kultu. Mówiąc „mój Bóg jest Bogiem jedynym”, monoteista mówi również „twój bóg tak naprawdę nie jest bogiem – chyba że jest identyczny z moim”.

Tak rozumiana wiara obejmuje więcej niż tylko konkretne przekonania religijne. Pociąga za sobą również odrzucenie przekonań innego rodzaju. Jest to osobliwy przykład ekskluzywizmu, który spotkać można jedynie w autentycznym monoteizmie i który nazwiemy tradycją wiary. Wszystkie postacie religii opierają się na tradycji. Przeprowadźmy jednak pewien eksperyment myślowy. Wyobraźmy sobie, że jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki ludzkość traci nagle całą swą wiedzę o religii. W jednej chwili ulatniają się wszystkie słowa świętych pism, z dzieł sztuki i literatury znikają wszystkie przedstawienia o charakterze religijnym. Wyobraźmy sobie sytuację powszechnej i całkowitej religijnej amnezji, sytuację, w której cofamy się do punktu zero. Jeżeli zetrzemy religię z powierzchni ziemi, to, jak poucza nas antropologia, rychło odrodzi się ona w nowych, choć dobrze znanych formach; o ile jednak wolno ufać doświadczeniu historii, prawdopodobnie nie wystąpi pod postacią monoteizmu. Religia jako taka stanowi bez wątpienia naturalny instynkt człowieka, spotykamy ją bowiem we wszystkich ludzkich społecznościach. Z drugiej jednak strony można też stwierdzić, że nie istnieje instynkt, który prowadzi do monoteizmu, żadnej społeczności nie udało się bowiem niezależnie wytworzyć tej koncepcji po tym, jak pojawiła się po raz pierwszy. Zanim narodziła się koncepcja jedynego Boga, monoteistów nie było, a wszyscy, którzy czczą jedynego Boga dzisiaj, czynią tak jedynie dlatego, że tak robili ich poprzednicy. Być może tłumaczy to, dlaczego monoteiści mówią o conversio, o „zwróceniu się razem” ku kultowi jedynego, niepodzielnego Boga. Oddając mu cześć, uczestniczymy w jednej, choć obecnie już niejednolitej tradycji. Niektórzy być może zechcą zaprzeczyć i stwierdzić, że ich wiara jest wynikiem wewnętrznej dyspozycji; warto jednak podkreślić, że dyspozycja taka nie mogłaby powstać, i w istocie nigdy nie powstała, bez określającej jej kształtowanie się tradycji. Monoteistyczna tradycja niczym soczewka zdaje się ogniskować i wzmacniać ideę boskości w jednej, wyłączającej wszelkie inne postaci bóstwa.

Ponieważ istniejące religie monoteistyczne wywodzą się od wspólnego przodka, nietrudno ulec potocznemu przekonaniu, że wszystko zaczęło się właśnie od Abrahama. Któż bowiem miałby powołać do życia monoteizm, jeśli nie Żydzi, jego najsłynniejsi starożytni wyznawcy?

Tymczasem badacze religii zgodnie przyznają, że nasz praojciec z trudem by się w tym wizerunku rozpoznał. Współczesne badania sugerują, że jego religia w ogóle nie była, ściśle rzecz biorąc, monoteizmem, lecz co najwyżej „monolatrią”. Bóg, któremu starożytni Hebrajczycy oddawali cześć za czasów Abrahama i jeszcze przez wiele wieków później, był nie tyle Bogiem jedynym, ile jednym z wielu. Uznawano go za najpotężniejszego pośród ciżby rozpychających się łokciami bóstw czczonych przez inne ludy, wciąż jednak zmuszony był z nimi rywalizować. Tę politeistyczną w istocie hipotezę zdają się potwierdzać pojawiające się często w Biblii hebrajskiej (Starym Testamencie) wzmianki o cudzych bogach; współgra ona również z kontraktowym do pewnego stopnia charakterem tej religii. Jeśli badacze określają stosunek Abrahama do Boga mianem „wiary”, zazwyczaj opatrują to słowo stosowną przydawką, taką jak „jurydyczna”.

Bóg Abrahama ukrywał się pod wieloma przydomkami – El Eljon (Najwyższy), El Olam (Wieczny), El Szaddaj (Wszechmocny), El Roi (Wszystkowidzący) – i prawdopodobnie był postacią autochtonicznego bóstwa El, któremu oddawano powszechnie cześć w Kanaanie jeszcze przed przybyciem Abrahama. W kananejskim panteonie El zajmował pozycję najwyższą i podlegali mu liczni bogowie, tacy jak bóg płodności Baal, czy bóg morza Jam. Niewykluczone, że Abraham i jego współplemieńcy przejęli Ela i utożsamili go z tym, który na samym początku nakazał Abrahamowi opuścić ojczyste Ur i wyruszyć w kierunku krainy mlekiem i miodem płynącej.

Przyjmuje się, że dopiero jakieś siedem wieków później Bóg ten objawił Mojżeszowi, że w istocie zwie się Jahwe i życzy sobie, by od tej pory znano go i czczono pod tym właśnie imieniem. Wciąż jednak wychwalany był, jak się zdaje, jako jeden z wielu. „Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną” – głosi pierwsze przykazanie, co sugeruje, że zwrócenie się ku innym bogom wciąż stanowiło w tym okresie rzeczywistą, choć budzącą grozę, możliwość. Niektórzy z tych licznych bogów mogli stać za przemianą lasek w węże, za pomocą której wróżbici faraona usiłowali pokonać w walce na sztuczki magiczne brata Mojżesza Aarona, dopóki ich węże nie zostały pożarte przez węże Jahwe. Wydaje się również, że z początku Hebrajczycy nie uważali owego Boga, podobnie jak wcześniej Ela, za stwórcę świata, a przynajmniej co innego sugerują wyniki ostatnich stu lat studiów biblijnych. Badacze przyjmują obecnie, że pierwsza wersja historii o stworzeniu (rozpoczynająca się w Rdz 2, 4) powstała nie wcześniej niż w VIII wieku p.n.e., a w pełni rozwiniętą opowieść z Rdz 1 skomponował anonimowy autor kapłan dopiero kilka wieków później.

Żydzi świętowali wówczas powrót do Palestyny z niewoli babilońskiej (około 586–538 p.n.e.). Wolność zwrócił im perski zdobywca Cyrus Wielki; włączywszy Babilonię do swojego rozszerzającego się imperium, zezwolił Żydom na powrót do ziemi ojców, zaskarbiając sobie tym samym ich dozgonną wdzięczność. W ferworze odnowy i przypływie świeżego optymizmu, Żydzi zbudowali w Jerozolimie Drugą Świątynię, a żydowscy kapłani zaczęli obejmować funkcje ambasadorów na dworach perskich władców.

W tym czasie życie judaizmu schodzi z nieba na ziemię. Czasy proroków powoli odchodzą w mrok przeszłości. Od tej chwili Żydzi coraz mniej uwagi poświęcać będą nowym proroctwom i skupią się przede wszystkim na właściwej interpretacji istniejących przekazów.

W kolejnych wiekach pokonają również ostatni odcinek na długiej drodze ku monoteizmowi. Nie przebędą go jednak samodzielnie. Ani Żydzi, ani ich nowa koncepcja wiary nie rozwijają się w próżni. Jak się okazuje, nie byli w starożytności jedynym ani nawet pierwszym narodem, który zaczął myśleć o Bogu jako o pojedynczym, niepodzielnym bycie.

Odliczanie do jednego

Mniej więcej w tym czasie, gdy Żydzi świętowali powrót z babilońskiego wygnania, starożytni Grecy wyswobodzili się z pęt własnej, odmiennej niewoli. Milowym krokiem było rozwinięcie w pełni alfabetycznego pisma, które wynaleziono i zaczęto stosować w Grecji około 800 roku p.n.e. Wcześniejsze alfabety pozbawione były samogłosek. Helleni przejęli jeden z nich – alfabet fenicki – i wzbogacili go o znaki symbolizujące dźwięki samogłoskowe, dzięki czemu stał się on narzędziem znacznie bardziej niż dotychczas elastycznym i precyzyjnym. W tym właśnie momencie rozpoczyna się, jeżeli nie dumny pochód, to przynajmniej powolny spacer w kierunku teorii strun i teleskopów kosmicznych.

Myśl i pismo zawsze idą bowiem w parze, a świt tej nowej epoki pisma stał się jednocześnie świtem rozumu. Już kilka stuleci później grecki myśliciel Tales z Miletu dokonuje dziejowego przełomu, podejmując próbę opisu świata fizycznego za pomocą świeckich, naturalistycznych kategorii i przedstawiając swoje koncepcje publicznie, by inni mogli się do nich krytycznie odnieść. Daje tym samym początek nauce, a także szerszej tradycji rozumowej spekulacji, do której nauka należy, a w której już wkrótce pojawią się nowe dyscypliny wiedzy, takie jak na przykład historia.

Nie oznacza to oczywiście, że myślenie przed Talesem nie było racjonalne. Wszyscy ludzie posiadają naturalną zdolność racjonalnego myślenia; nie ulega wątpliwości, że istnieje coś, co możemy, gwoli spójności, nazwać władzą rozumu, w której skład wchodzi wrodzona zdolność operowania logiką formalną, równie typowa dla istot ludzkich, jak dla delfinów zmysł echolokacji. Nie oznacza to również, że sąsiednie cywilizacje, takie jak Babilonia czy Egipt, nie rozwinęły tradycji mądrościowych obejmujących cenną wiedzę o świecie fizycznym. Tales i jego bezpośredni następcy pochodzili z Jonii, położonej na wybrzeżu dzisiejszej Turcji, gdzie miasta greckie założyły wiele zamożnych kolonii, wśród których bez wątpienia przewodził Milet. Powszechnie przyjmuje się dzisiaj, że bliskie sąsiedztwo geograficzne innych starożytnych kultur walnie przyczyniło się do rozwoju myśli jońskiej. A jednak wyjaśnienia, które proponują owe kultury, nieodmiennie grzęzną w religijnej mitologii. Tales i jego następcy zwrócili się tymczasem w zasadniczo nowym kierunku, opowiadając się za wykładnią o charakterze świeckim. Nie minęły dwa pokolenia, a szkoła Talesa zapoczątkowała tradycję wolnej spekulacji rozumowej, tworząc wyraźny ruch oraz kulturowo spójną tradycję literacką i intelektualną, w której ramach idee i zagadnienia przekazywane były z jednego pokolenia rozpoznawalnych myślicieli do drugiego, i w której każde pokolenie budowało na osiągnięciach poprzedników. Podobnie jak tradycję wiary, tradycję rozumu również zapoczątkowano tylko raz, mimo że i ona, podobnie jak jej religijny odpowiednik, po prostu ogniskuje w sobie i wzmacnia podstawową zdolność wspólną całej ludzkości.

Jak wyjaśni nam pierwszy lepszy student filozofii starożytnej, koncepcja jedynego Boga po raz pierwszy pojawia się bynajmniej nie w pismach hebrajskich, lecz w myśli greckiego filozofa Platona w pierwszej połowie IV wieku p.n.e., a jej rodowód można wywieść od Talesa, który pierwszy przyjął, że przyrodę da się opisać przez odwołanie do jednej, niepodzielnej i wszystko przenikającej zasady. Tales uważał, że podstawę całej rzeczywistości stanowi Woda, którą uznawał – jak się zdaje – za inherentną w przyrodzie, boską substancję materialną, na razie jeszcze pozbawioną jednak podmiotowości; jego bezpośredni następcy zaproponowali inne, w tym Powietrze, Ogień i Bezkres. Te monistyczne zasady, zarazem boskie i pozbawione podmiotowości, znajdowały się w przestrzeni pośredniej między sferą religijną a świecką. Filolog klasyczny, Martin West, jeden z autorów przełomowego dzieła Pagan Monotheism in Late Antiquity (Pogański monoteizm w epoce późnej starożytności), nazywa je, niezwykle trafnie, „bezrozumnymi bogami”[1].

Wzbogacając tę tradycję o ideę podmiotowości, Platon w dialogu Timajos opisał postać Demiurga, boskiego Rzemieślnika, który obiera za wzór istniejące na płaszczyźnie niematerialnej idealne Formy i na ich podobieństwo kształtuje materialny świat. Uczeń Platona Arystoteles rozwinął te intuicje, tworząc własną koncepcję Boga jako nieporuszonego Poruszyciela, która pospołu z Platońską wizją Demiurga miała wywrzeć istotny wpływ na późniejszą teologię judaizmu i chrześcijaństwa.

Musiało jednak minąć kilka wieków, nim Żydzi przyswoili sobie myśli grecką. Badacze przypuszczają, że na grunt rodzimej tradycji ideę jedynego, niepodzielnego Boga przeszczepili zhellenizowani filozofowie żydowscy, tacy jak współczesny Jezusowi i dobrze zaznajomiony z filozofią platońską Filon z Aleksandrii, który pisał: „Bóg jest Jeden, ale ma wokół siebie niezliczone potencje”. „Potencje” Filona wkrótce przeistoczyły się w anioły i demony (w tym Szatana), a z chwilą, gdy chrześcijaństwo oddzieliło się od tradycji żydowskiej, pierwsi chrześcijanie utożsamili je z bogami greckiego politeizmu.

Jak widać, badania naukowe ostatniego stulecia jednoznacznie wskazują, że rozum i wiara nie stanowią, jak zwykliśmy dotychczas sądzić, jasno rozgraniczonych, całkowicie odrębnych tradycji. Co z naszego punktu widzenia ciekawe: to właśnie rozum narodził się pierwszy; jeszcze bardziej jednak może zdumiewać odkrycie, jak szybko po nim, zapalając się od roznieconej przez Talesa iskry, pojawiła się wiara monoteistyczna. Wydaje się, że w miarę jak zaczynamy w przyrodzie dostrzegać porządek, zaczynamy również nieuchronnie ciążyć ku Jednemu.

 

Wielki rozłam

Co innego jednak odczuwać obecność Boga w naturze, jak Tales i jego uczniowie, a co innego stawiać Boga ponad naturą, jak dzieje się w przypadku Boga wiary. Chcąc odtworzyć drogę od pierwszego poglądu do drugiego, musimy zaprosić wyobraźnię na wyprawę ku całkowicie obcym ziemiom. Dzisiaj niemal nie sposób zrozumieć, jak rewolucyjne były zrazu poglądy Talesa, tak intensywnie jego odkrycia zabarwiają nasze myślenie, bez względu na to, jak bardzo usiłujemy ich wpływ zamazać. Jakże oczywiste zdają się nam (a jeśli, drogi czytelniku, czytasz ten tekst, jesteś bez wątpienia jednym z nas) słowa: Tales i jego następcy uznali, że istnieje świat fizyczny, że rządzi się on własnymi, uporządkowanymi prawami i że nie trzeba odwoływać się do bogów czy duchów, żeby te prawa wyjaśnić.

Ta niesłychanie doniosła idea nie miała wcześniej precedensu. Przed Talesem ludzkość dostrzegała tylko jeden niezróżnicowany świat, który i dziś jeszcze zamieszkują niektórzy ludzie, choć ich szeregi stopniowo się przerzedzają. To ci ludzie nie zaliczają się do nas. W tym holistycznym świecie materia i duch są jednym i tym samym: ludzie, miejsca, przedmioty i zdarzenia łączą się i przenikają z bogami, duchami i demonami, które napełniają je życiem. Jaskrawy przykład takiego myślenia można było obserwować podczas zaćmienia Słońca nad Azją w lipcu 2009 roku – niektóre lokalne władze zamykały wówczas szkoły i zalecały, by kobiety w ciąży nie wychodziły z domu, dzięki czemu miały uniknąć szkodliwego wpływu złych duchów, które połknęły boga Słońca.

Eposy Homera, Iliada i Odyseja, odzwierciedlają tradycję ustną takiego właśnie holistycznego świata. Ustanawiają klasyczny grecki panteon, którego bóstwa błyszczą jasno w słońcu i w morzu, przetaczają się po świecie wraz z trzęsieniami ziemi i przesłaniają niebo chmurą i zaćmieniem. Gdy Odyseusz ściąga na siebie wrogość Posejdona, bóg morza unosi się gniewem, wzbudzając straszliwy sztorm, który doprowadza do rozbicia statku bohatera. Odyseusz widzi już przed sobą ląd, jednak fale Posejdona ciskają nim gwałtownie o ostre skały, by następnie z powrotem rzucić go w morze. Dzięki życzliwej mu bogini mądrości, Atenie, rozbitek zachowuje przytomność umysłu, płynie wzdłuż wybrzeża i rozpaczliwie rozgląda się za miejscem, w którym mógłby zejść na ląd. Wyczerpany, dociera w końcu do „ujścia jakiejś rzeki pysznej”[2], gdzie ostatecznie znajduje schronienie. Wówczas modli się bezpośrednio do rzeki. „Ktokolwiek jesteś, panie, błagam, niech cię wzruszy/Dola moja!”[3] – zwraca się do niej, błagając ją, a raczej jego, o zapewnienie ochrony przed Posejdonem, potęgą morza. A wtedy: „To rzekł – i bóg zhukane fale pohamował,/Wodę przed nim wygładził, a jego ratował”[4].

Podobnie jak bogowie olimpijscy rzeka jest amoralna i nie interesuje się zanadto światem ludzi, ale można się do niej zwrócić z odpowiednio sformułowaną prośbą o schronienie (wedle greckiego obyczaju azyl należy się każdemu, kto o niego poprosi). To bóg samotny, sam sobie pan, posłuszny jedynie swej własnej woli i pragnieniu. Rzeka i bóstwo są jednym i tym samym.

Tales dokonał tymczasem nieodwracalnego rozdarcia tego świata, powołując do istnienia dwie odrębne sfery konceptualne – naturalną i ponadnaturalną, czy też wedle potocznej synekdochy: widzialną i niewidzialną – które wcześniej nie istniały. Czy raczej – istniały, ale nie były oddzielone jasno przeprowadzoną granicą. Jej wytyczenie stanowiło najdonioślejsze dzieło w historii ludzkiej myśli.

W swojej ważnej pracy zatytułowanej Utrwalanie przekonań dziewiętnastowieczny filozof pragmatysta Charles Peirce stwierdza, że metoda naukowa opiera się na następujących założeniach: „Istnieją rzeczy realne, których cechy są całkowicie niezależne od naszych wyobrażeń; rzeczy te oddziałują na nasze zmysły zgodnie z pewnymi stałymi prawami (…) wykorzystując prawa percepcji, możemy ustalić, jakimi te rzeczy są naprawdę (…). W tezie tej zawiera się nowe pojęcie rzeczywistości”[5].

Zapoczątkowany przez Talesa nowy i potężny nurt w myśleniu szybko rozprzestrzenił się na terenie całej Grecji. Wkrótce dał początek licznym gałęziom wiedzy, które istnieją po dziś dzień, w tym teorii literatury, retoryce, naukom politycznym, historii, etnologii, medycynie, botanice, biologii, a także opisującej reguły myślenia logice. Podczas gdy nauki fizyczne usiłują wyjaśnić surowe fakty świata materialnego w kategoriach naturalnych, te nowe dyscypliny miały w podobny sposób wyjaśnić również inne aspekty rzeczywistości (na przykład świat społeczny, życie królestwa roślin i zwierząt). Wspólnie ustanowiły one obszar wolnej, racjonalnej spekulacji, której celem stało się wyjaśnienie nowej, zrewolucjonizowanej przez Talesa koncepcji rzeczywistości.

Znaczenie Talesa na tym jednak się nie kończy. Oddzielając to, co zmysłowe, od tego, co niezmysłowe, to, co widzialne, od tego, co niewidzialne, nie tylko wynalazł rozum. Sprawił również, że psychologiczną koniecznością stało się wynalezienie wiary. Możemy poprowadzić prostą linię od Talesa przez Platona, którego Demiurg kształtuje to, co widzialne, na obraz i podobieństwo tego, co niewidzialne, aż po świętego Pawła, odrzucającego filozofię grecką i stanowczo nazywającego wiarę „dowodem tych rzeczywistości, których nie widzimy”[6], oraz Mahometa, dedykującego Koran tym, „którzy wierzą w to, co jest skryte”[7]. W tym, co później stało się podstawowym przesłaniem przyjmowanym przez pokolenia wyznawców – a stać się nim musiało, ponieważ miało sens na poziomie psychologicznym – święty Paweł i Mahomet przyjęli istnienie przepaści między obiema sferami. Podczas gdy Platon i Arystoteles usiłowali tę przepaść zasypać, nowe religie skwapliwie wzięły ją w posiadanie. Tales przeczuwał obecność Boga w tym, co widzialne, Platon i Arystoteles kazali Bogu pośredniczyć między widzialnym a niewidzialnym, chrześcijanie i muzułmanie natomiast triumfalnie ogłaszają, że Bóg to zwycięstwo tego, co niewidzialne, nad tym, co widzialne.

Tłumaczyła Urszula Jachimczak


[1] Pagan Monotheism in Late Antiquity, red. P. Athanassiadi, M. Frede, Oxford 1999, s. 32

[2] Homer, Odyseja, pieśń V werset 445, tłum. L. Siemieński, Wrocław 2003, s. 112.

[3] Tamże, V 449.

[4] Tamże, V 455,456.

[5] Ch. S. Peirce Utrwalanie przekonań, tłum. Z. Dyjas, w: H. Buczyńska, Peirce, Warszawa 1965, s. 122, 123.

[6] List do Hebrajczyków 11, 2, wg Biblii Tysiąclecia.

[7] Koran, sura II Krowa, tłum. J. Bielawski, Warszawa 1986, s. 5.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter