70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Córka proroków. Czesław Miłosz i Jeanne Hersch

„We własnym życiu nie wolno poddawać się rozpaczy z powodu naszych błędów i grzechów, ponieważ przeszłość nie jest zamknięta i otrzymuje sens nadany jej przez nasze późniejsze czyny” – napisał Czesław Miłosz po śmierci Jeanne Hersch. Historię romansu poety i filozofki oraz powstania Zdobycia władzy – powieści o narodzinach „ludowej” – Polski opowiada Andrzej Franaszek.

„Chciałabym bardzo, żeby Bóg Ojciec był podobny do Stanisława Vincenza. Czułabym się bezpiecznie wszędzie, a nie tylko w jego domu, gdzie sypiałam mocniej niż gdziekolwiek indziej” – powie po wielu latach Jeanne Hersch, filozofka, która do kamiennej chaty w La Combe trafiła dzięki Czesławowi Miłoszowi. Ich znajomość, wzajemna intelektualna fascynacja, szybko przerodziła się w burzliwy związek, przez poetę – przy całym szacunku, którym darzył kochankę – traktowany najwyraźniej dość instrumentalnie: jako jeszcze jedno antidotum na depresję. „Nie mogę egzystować bez Jeanne z tej prostej przyczyny, że potrzebuje jej jako garde-malade albo jak dziecko, które boi się w ciemnym pokoju – wyjaśniał Vincenzowi. – Teraz byłem sam przez kilka dni zaledwie, a jestem już w stanie bardzo złym. Jak takie rzeczy można normalnym ludziom wytłumaczyć? Czy to nie jest fantastyczne i nieprawdopodobne? Tak jednak jest. Nie mogę być sam. Wewnątrz mnie zaczynają się odprawiać takie sprawy, nad którymi nie mam zupełnie kontroli”. Z początku romans przyniósł rzeczywiście uspokojenie i oparcie, wkrótce jednak zmienił się w jeszcze jedną psychomachię. I z niej zwierzać się będzie Miłosz swemu „prafiesorowi”, pisząc o Jeanne Hersch: „podnosiła do rzędu obowiązku moralnego moje porzucenie żony i dzieci w imię pracy literackiej, grożąc i przepowiadając mój całkowity upadek, jeżeli tego nie zrobię. Nie twierdzę, że moi warszawscy przyjaciele, przepowiadając, że skończę samobójstwem, jeżeli zerwę z Warszawą, nie mieli racji. Nie twierdzę, że Jeanne nie miała wiele racji. Ale pod tymi wyciągniętymi palcami żyć i słyszeć to syczenie »zginiesz«, z poczuciem, że jest się trędowatym i odtrąconym przez świat, jest bardzo trudno”.

Starsza o rok, szczupła, niewysoka, z ciemnymi włosami i oliwkową, niemal hinduską cerą, nie była wielką pięknością, nie tego jednak szukał wtedy (a może i zazwyczaj w związkach z kobietami) Miłosz1. Potrzebny był mu partner do dyskusji, błyskotliwy umysł, wola dość mocna, by i jego mogła wziąć w karby, tych cech zaś Jeanne z pewnością nie brakowało. Potomkini polskich Żydów (jej ojciec na początku stulecia wyemigrował z Wilna do Szwajcarii), razem z Hannah Arendt (której zresztą przedstawi Miłosza) studentka Karla Jaspersa, antykomunistyczna socjalistka, już wkrótce profesor Uniwersytetu Genewskiego, na spotkaniu Kongresu Wolności Kultury w Brukseli (1950) zaprzyjaźniła się z Giedroyciem i Czapskim, i to Czapski właśnie poznał ją z Miłoszem, który później spróbuje nakreślić skomplikowany portret osoby „z lekka niesamowitej”, duchową czystością, gwałtownością pasji zasługującej na przynależność do „rodu proroków”: „umysł do rdzenia (i od dziecka) filozoficzny, skłonny, może aż nadmiernie, do rozróżnień, precyzyjnych distinguo. Miłość prawdy i umiejętność natychmiastowego wytropienia fałszu (…). Była prostolinijna, ostra, fanatyczna, niezdolna do dyplomatycznych taktyk i kompromisów (…) była stanowczą antykomunistką i całą lewicową modę paryską owych lat pięćdziesiątych traktowała pogardliwie jako baratin. (…) I niestety, Jeanne była skazana na samotność, bo wszyscy jej się bali. To powietrze było tak moralnie czyste, że nie do oddychania. Jakże ja, pokrętny, chwiejny i w moim mniemaniu raczej brudas, mogłem w nim wytrzymać? Lubiący popić w dodatku. Alkohol był dla Jeanne Złem, symbolem przyćmienia świadomości, czyli tego, co najcenniejsze (…). Śmiała. Najzupełniej prawa. Dużo wymagająca od siebie i od innych. Zaborcza, że ani jej się sprzeciwić. Groźny palec”.

20 marca 1952 roku Miłosz wyprowadza się z domu „na Korneju”, by zamieszkać razem z Jeanne w paryskim Trianon Hotel na rue de Vaugirard 1 bis, w sercu Quartier Latin, tuż przy bulwarze Saint-Michel i Ogrodzie Luksemburskim, w „rodzaju wieży, z tą dobrą stroną, że schodzi się do okolicznych restauracyjek na posiłki”. W czerwcu wyjeżdżają razem na południe, zwiedzają Dordogne (okolice tak piękne i łaskawe, że – jak poeta później napisze – człowiek obrał je za swą siedzibę „kierując się platońskim przypomnieniem Raju”), zamieszkując w miasteczku Montpon nad rzeką Isle, na zachód od Bordeaux. Tani hotelik Le Puits d’Or, gdzie za sześćset franków dostawało się pokój z utrzymaniem, obiady w oberży Pod Złotym Kogutem w rynku, kąpiele i pływanie kajakiem służyły poecie, który donosił Vincenzowi: „jestem spokojna świnia, bo ważę 84 kg, czego nigdy nie miałem, takiej tłuszczowej przypadłości (powinienem ważyć 76 kg)”. Życie płynęło rytmem sennym niczym nurt rzeki: Historia tu nie docierała, największym wydarzeniem był konkurs wędkarski, zaś „państwo reprezentował posterunek policji, nie mającej absolutnie nic do roboty, wobec czego policjanci zajmowali się uprawą róż (…). W niedzielę grała na placyku orkiestra złożona z aptekarza, stolarza, nauczyciela i urzędnika poczty”. Zezwolenie na pobyt we Francji należało co miesiąc podbijać w merostwie a o jego urzędniku, spadkobiercy pokoleń biurokratów, poeta napisze: „długo szukał w instrukcjach, jak postąpić, kiedy miałem jakieś trudności z moimi dokumentami uchodźcy. Wreszcie odsunął foliały, przybił mi pieczątkę i powiedział: »ja nic nie rozumiem, kto zobaczy tę pieczątkę, nic nie będzie rozumiał, i ostatecznie o nic innego nie chodzi«”.

Wyjazd z Paryża miał jednak tak naprawdę przynieść nie wakacyjne przyjemności, lecz ucieczkę od zgiełku miasta, od lektury polskich gazet w redakcji „Kultury”, od codziennych rozpamiętywań – czyli warunki do pracy nad nową książką. Jeszcze bowiem w maju Hersch natknęła się na ogłoszenie o powstałej właśnie Prix Littéraire Européen, przyznawanej przez Centre Européen de la Culture z siedzibą w Genewie i ufundowanej przez stowarzyszenie klubów książki Communauté Européenne des Guildes et Clubs du Livre. Regulamin konkursu na niepublikowaną dotąd powieść, napisaną w jednym z języków zachodnioeuropejskich, wyznaczał termin nadsyłania dzieł na 1 października 1952 roku i nagrodę w wysokości dziesięciu tysięcy franków szwajcarskich oraz honoraria z wydania zwycięskiej książki. Jeszcze niedawno Miłosz tłumaczył Jeanne, że musi wyzwolić się od obsesyjnych wspomnień, że powinien zawrzeć je w książce, teraz – z podetkniętym pod nos wycinkiem z gazety i z deklaracją przyjaciółki, iż podejmie się przełożenia powieści na francuski – nie chce nawet słyszeć o dziele w gatunku podrzędnym, na który zżymał się Valéry: „jak można pisać »Markiza wyszła o piątej«?”. Upór Hersch, a bardziej jeszcze myśl o tym, że nieodległy termin wymusi na nim – tak bardzo mu potrzebną – dyscyplinę, sprawiły, że jednak zmienił zdanie i letnie miesiące w Montpon spędził głównie w pokoju hotelu Pod Złotą Studnią, w kłębach papierosowego dymu pracując po siedem, osiem godzin dziennie, stroniąc od wina z pobliskich winnic St. Émilion, bo w upalne dni już szklanka przynosiła chęć drzemki, i dopiero wieczorem znajdując czas na pływanie. „Pływałem w Isle i byłem szczęśliwy” – wspomni później ten stan, gdy kolejne zapełniane kartki odrywały go od samego siebie: „przyciągali mnie ludzie, którzy pojawiali się na papierze za dotknięciem pióra. Było ich coraz więcej, domagali się głosu, swoiści, rozwijający się według praw własnego istnienia, bynajmniej nie maski samego autora. (…) Pewnie – mówiłem sobie – to jest słaba książka. Ale spełniam w niej część przynajmniej tego, co ludziom, którzy zginęli, przyrzekłem. Jeżeli umiem się uczyć, jeżeli umiem przywołać z pamięci twarze i gesty tych, co nie są powtórzeniem mnie samego – to znaczy, że potraf ę to robić w przyszłości, i przy pomocy prozy, nie tylko poezji, spełnić swój obowiązek, tak zrośnięty z ambicją (nie jesteśmy tylko szlachetnymi duchami), że stanowi z nią niemal jedno”.

Gdy kończył kolejny (zazwyczaj krótki, powstający w ciągu jednego dnia) rozdział, czytał go na głos Jeanne, wyjaśniając czasem jakieś nieznane jej słowa, ona zaś od razu zaczynała tłumaczyć. W ten sposób w ciągu trzech miesięcy powstało Zdobycie władzy, rozpięty między Powstaniem a latami stalinizmu mikrofresk o narodzinach „ludowej” Polski. Jego tonację w dużej mierze oddaje ten cytat z proroka Jeremiasza, który – najwyraźniej pomyślany jako motto, lecz ostatecznie pominięty – zachował się wraz z rękopisem powieści w Beinecke Library: „od proroka do kapłana – wszyscy hołdują kłamstwu. Podleczają rany córki mojego narodu pobieżnie, mówiąc: Pokój, pokój, a tymczasem nie ma pokoju” (Jr 8,10).

Pisana prostym stylem, niedługimi zdaniami, często równoważnikami zdań, zdradzającymi może tyleż pośpiech, co niechęć do powieściopisarskiej rozwlekłości, jest ta książka raczej udaną wprawką niż wybitnym osiągnięciem. Widać zresztą, jak stopniowo jej autor nabiera pewności i potoczystości, choć zawsze – podobnie zresztą jak w późniejszej Dolinie Issy – łatwiej będzie mu stworzyć opis czy zrelacjonować myśli bohatera niż napisać przekonujący dialog. Narracyjną klamrą jest przedstawienie losu profesora Gila, który – usunięty przez nowe władze z uniwersytetu, zmagający się z kompleksem społecznej bezużyteczności – tłumaczy Tukidydesa w czasach, gdy bezlitośnie trzeźwa Wojna peloponeska z opisem walk frakcji partyjnych, podstępów, zdrad i mordów nabrała bolesnej aktualności. Pisarz ukazuje nie tylko mechanizmy komunistycznego przewrotu – wprowadzanie terroru i paktowanie z faszystowską prawicą, odpowiednio dobrane dawki „miodu” i brutalnej siły, wybijanie oddziałów partyzanckich, zastraszanie chłopów i kaptowanie wśród nich zwolenników, a przy tym złożone postawy społeczeństwa, od karierowiczostwa po chęć odbudowy kraju – lecz także znany mu doskonale myślowy proces, dokonujący się u intelektualisty, który postawiony wobec nagiej siły dopatruje się w wypadkach jakiegoś nadrzędnego sensu, wzoru historii niewzruszonego niczym siły natury. Najsłabiej wypada część książki poświęcona Powstaniu Warszawskiemu, Miłosz z chłodem obserwatora opisuje tu fakty i emocje bohaterów znane sobie z drugiej ręki, filtrując je przez swą niechęć do postaw prawicowych czy nacjonalistycznych, ogniskujących się we wzorowanym na księdzu Józef e Warszawskim powstańczym kapelanie, ale też – zdaniem pisarza – dominujących w Armii Krajowej. Jego sympatię zyskują tylko nieliczni, tacy jak sceptyczny socjalista Foka czy Bertrandt – liberał, pacyf sta, wielbiciel Russella – który czuje się w tym środowisku wyobcowany, musząc w dodatku walczyć ramię w ramię z Michałem Kamieńskim, będącym powieściowym wizerunkiem Bolesława Piaseckiego. O wiele bardziej przekonująco – choć też raczej jako znaki pewnych postaw niż pełnokrwiste postaci – wypadają ci bohaterowie, którzy na przedmieścia miasta dotarli z Armią Czerwoną i tworzą obóz zwycięski. Reprezentują władzę i siłę, działają, a jednocześnie bodaj wszystkim im towarzyszy fatalistyczne przekonanie o muszącym się spełnić rozwoju wypadków, które można tylko nieco przyspieszać lub spowalniać. To Baruga, czyli Jerzy Borejsza, przypominający cokolwiek Putramenta Winter, wzorowany na Adolf e Rudnickim Bruno, a wreszcie Julian Halpern, czyli echo Krońskiego. Choć – zwłaszcza adresując książkę do czytelnika na Zachodzie – nie miał Miłosz zamiaru stworzenia powieści z kluczem, widać na tych przykładach, w jak dużym stopniu czerpał bezpośrednio z niedawnych wydarzeń i znanych sobie ich protagonistów. Najciekawsza pod tym względem jest postać głównego bohatera Piotra Kwinty – jak pisarz później komentował, wzorowanego na Pawle Hertzu, w rzeczywistości jednak będącego po części także autoportretem samego Miłosza181. Estetyzujący poeta i wielbiciel Paula Valéry’ego w czasie wojny traf a do „strefy sowieckiej”, gdzie dokonałby życia na zesłaniu, gdyby nie powstanie I Dywizji, z którą jako of cer polityczny wróci do Polski i zacznie pracę w gazecie Barugi. Pozbawiony ojca, słaby, szukający autorytetu, chcący poddać się jakiejś większej od niego sile, w ciągłym wahaniu między akceptacją nowego ładu i utajonym wobec niego oporem, w finale powieści zdoła uzyskać nominację na stanowisko w paryskiej ambasadzie i wyjechać z Polski.

Ukończywszy pracę, Miłosz z Hersch robią sobie kilkudniowy urlop nad morzem, w prowansalskim Sanary i w połowie października, odwiedziwszy jeszcze Vincenzów, wracają do Paryża182. W tym czasie obradowali już jurorzy w poszczególnych krajach, dokonując wstępnej selekcji spośród trzystu pięćdziesięciu sześciu utworów zgłoszonych do Nagrody Europejskiej. We francuskim jury znajdowała się Dominique Aury i dzięki jej życzliwości Zdobycie władzy, a właściwie La prise du pouvoir, choć będące przekładem z polskiego zostało zakwalif kowane jako dzieło reprezentujące Francję. Międzynarodowemu jury, w skład którego wchodzili Gottfried Benn, Elisabeth Bowen, Hagmund Hansen, Salvador de Madariaga, Gabriel Marcel, Hans Oprecht, Denis de Rougemont oraz Ignazio Silone, przedstawiono osiem prac. Na posiedzeniu w Genewie 24 marca 1953 roku pierwszą Prix Européen podzielono: otrzymali ją ex aequo niemiecki pisarz Werner Warsinsky oraz Czesław Miłosz. Pięć tysięcy franków szwajcarskich nie było wtedy sumą bagatelną, a laureat mógł też liczyć na honoraria z kolejnych wydań: jesienią 1953 roku Zdobycie władzy ukazało się w Szwajcarii, we Francji i w Niemczech185, a w następnych latach trafiło też do Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych i Hiszpanii, dając autorowi zalążek stabilizacji finansowej.

Na początku kwietnia pisarz (któremu z wielkim trudem udało się uzyskać szwajcarską wizę) i tłumaczka jadą razem po odbiór nagrody do Genewy, gdzie Miłosz poznaje jeszcze jeden krąg intelektualno-artystyczny: Denisa de Rougemont, poetę Jean-Paula de Dadelsena, malarza, rzeźbiarza i autora książek poświęconych ekologii i filozof i przyrody Roberta Hainarda, oraz tłumaczkę Jaspersa na francuski, Helen Naef której dom w Mont-sur-Rolle nad brzegami Lemanu zostanie później przywołany w Rodzinnej Europie. Razem z Jeanne Hersch składają też wizytę w Bazylei samemu Jaspersowi, który poruszony był przeczytanym właśnie niemieckim przekładem Zniewolonego umysłu, tak więc rozmowa – jak donosił Miłosz Giedroyciowi – „bardzo dobrze wypadła”. Nic też dziwnego, że relacja dla Redaktora utrzymana jest w nader pogodnym tonie: „w Szwajcarii najbardziej podobały mi się niedźwiedzie (żywe i rzeźbione) w Bernie. Co prawda nie podchodziłem blisko do fosy z żywymi niedźwiedziami pomny na przestrogi Stempowskiego, który jak wiadomo twierdzi, że czasem niedźwiedź wyjmuje nagle aparat fotograficzny, robi zdjęcie i z tym zdjęciem do nory ucieka”.

Mniej entuzjastyczna była opinia Redaktora o nowej książce Miłosza – krytykował bowiem jej polityczny schematyzm i brak wśród ukazanych postaci jakiejkolwiek przeciwwagi dla obejmujących rządy komunistów, na wydanie decydując się dopiero w styczniu 1955 roku, a więc na dziesięciolecie „zdobycia władzy”. Część nakładu została zresztą wysłana do Polski pod f kcyjną okładką, informującą, iż jest to powieść Zygmunta Kornagi „Wyzwolenie”, opublikowana nakładem Stowarzyszenia Budowniczych Polski Ludowej im. Wandy Wasilewskiej w Paryżu. Wkrótce Giedroyc donosił Mieroszewskiemu: „finta (…) zdaje się, że się udała. Szereg ludzi dało się nabrać (…). Miejmy nadzieję, że tak samo naiwni okazali się graniczni cenzorzy”…

Pierwsi czytelnicy (zarówno francuskiego tłumaczenia, jak i polskiego oryginału) mieli zdania podzielone i – by tak rzec – wyważone. Najcieplej książkę przyjęli Vincenz oraz Jeleński, który konstatował: „byłem naturalnie dość sceptyczny (gdyż nie wierzę w możliwość »powieści społecznej«). Pewne zastrzeżenia pozostały (…). Ale w Pana wypadku wszystko ratuje poezja w połączeniu z inteligencją. (…) Jest Pan dość wyjątkowym zjawiskiem literackim: jeden z pierwszych współczesnych poetów lirycznych pisze esej f lozof czny tej miary co Zniewolony umysł – i powieść, której się nie potrzebuje wstydzić!”. Pisarz i psycholog Manes Sperber zwracał uwagę na nieumiejętność oddania uczuć powstańców i fascynację światem zwycięzców, podobne obserwacje odnotowywał Czapski: „wizja tego świata (…) jest przecie un peu CLICHÉ, N.S.Z., Żydzi, głupota landslordów i mądrość żelazna bolszewików (czuje się w Tobie jak u Koestlera tłumiony podziw)”. Obszernie omawiał książkę Bolesław Taborski, przedstawiciel środowiska młodych intelektualistów mieszkających w Londynie, w przeciwieństwie do starszych emigrantów niemających wątpliwości, że Miłosza należy traktować poważnie. Doceniając i podjęcie tak ważnego tematu, i generalnie rzec biorąc, realizację, zwracał uwagę na nadmierną skrótowość oraz przejmowanie marksistowskiego sposobu patrzenia na świat, w którym pisarz dostrzega tylko dwie możliwości: reakcyjnego kapitalizmu i nieludzkiego komunizmu”194. W kraju zdecydowanie sceptyczny był młody krytyk Jan Błoński, który chwaląc Dolinę Issy, dodawał ma marginesie: „Zdobycie władzy (…) pozostaje dziś szkieletem na sprzedaż: możliwe, że znajdzie się pisarz, który (…) podejmie ułożoną w schematyczne powieściowo równanie historiozof ę Miłosza i wcieli ją w postacie i wydarzenia, które by były czymś więcej niż znakami dziejowej algebry”. Sam poeta za najtrafniejszą uznawał opinię Gombrowicza, który w 1954 roku pisał w Dzienniku Zniewolonym umyśle, Zdobyciu władzy i tomie Światło dzienne: „Miłosz pozwolił, aby Historia narzucała mu nie tylko temat, ale i pewną postawę, którą nazwałbym postawą człowieka przewróconego. Czyż jednak Miłosz nie walczy? Tak, walczy, ale tymi tylko środkami, na które zezwala przeciwnik, wygląda to tak, jakby on uwierzył komunizmowi, że jest zdruzgotanym inteligentem, i stanął do ostatniego, heroicznego boju jako zdruzgotany inteligent. (…) Lękając się frazesu, odbierając sobie prawo do wszelkiego luksusu, on, Miłosz, lojalny i rzetelny wobec swoich braci w nieszczęściu, chce być biedny jak oni. Lecz taka intencja w artyście jest niezgodna z istotą jego działania, gdyż sztuka to luksus, swoboda, zabawa, marzenie i siła, sztuka powstaje nie z biedy, ale z bogactwa, rodzi się nie wtedy, gdy się jest pod wozem, tylko wtedy, gdy się jest na wozie. Sztuka ma w sobie coś triumfalnego, nawet gdy załamuje ręce. Hegel? Hegel niewiele ma wspólnego z nami, gdyż my jesteśmy tańcem. Człowiek, który nie pozwoli siebie zubożyć, odpowie na twórczość marksizmu inną twórczością, zaskakującą nowym, nieprzewidzianym bogactwem życia. Czy Miłosz zdobył się na dostateczny wysiłek, aby wygrzebać się z dialektyki, która go spętała?”.

„Była dla mnie niezłą szkołą umysłowej wspinaczki i czułem się naprawdę pokrzepiony, jeżeli powiedziała: »De nouveau tu as oublié d’être bête«, co znaczy mniej więcej: »Znów zapomniałeś, jak być głupim« – napisze później o tłumaczce Zdobycia władzy. – Przebywała na pograniczu filozof i i teologii. (…) ceniłem w niej przede wszystkim jej pobożność, bo naprawdę była kapłanką transcendencji czy też głosem podległym wezwaniu z wysoka. I w imię tego byłem i jestem gotów wybaczyć jej wady”. Wady nie były błahe, wzmacniane przy tym przez temperament pełen pasji, generujący nieustannie potoki słów i najwyższe napięcia, nieuznający letniości w niczym. A więc i w miłości.

„Robiła takie awantury, że Genewę uznałem za »spaloną« i to zdecydowało właściwie o przenoszeniu się do Paryża. Ja człowiek skromny, intelektu chcę, ale czego chce Jeanne, to nie wiem, a jeżeli chce, żebym swoją rodzinę rozbijał, to nic z tego nie wyjdzie. Właściwie to z(e) zgrozą jej się przyglądałem, jakby jaki diabeł ją opętał i zaćmił, pomieszał wszystko w głowie. Chce ratować moją duszę i mój genijusz i to dziwnie się jakoś przypadkiem zbiega z jej własnym interesem” 197 – relacjonował Miłosz Vincenzowi stan po powrocie ze Szwajcarii, gdy – poddając ostatecznie sprawę wizy i zdobywszy finansowe zabezpieczenie – bliski już był sprowadzenia do Francji Janki. Miłość potraf owładnąć także umysłami proroków i zakochana Jeanne desperacko walczyła o utrzymanie związku, odwodząc Miłosza od wyjazdu do Ameryki, rozpaczając na wieść o przyjeździe jego rodziny i długo nie mogąc pogodzić się z tym, że on – mimo wahań – nie zamierza tej rodziny opuścić. Była mu całkowicie oddana, ale jednocześnie zaborcza, i w którymś momencie przegrała, zdominowany mężczyzna postanowił się wyzwolić, czego dobitnym znakiem było zamieszkanie osobno. To zapewne w tym okresie wynajmował poeta kolejne sublokatorskie pokoje, m.in. w avenue Denfert-Rochereau 83, gdzie zresztą czterdzieści lat wcześniej mieściło się Towarzystwo Artystów Polskich w Paryżu, którego mało aktywnym członkiem był Oscar Miłosz. Ale rozstanie nie było łatwe i nie dokonało się szybko. Jeszcze w maju 1953 roku autor Zdobycia władzy wyraża przekonanie: „urządzenie sobie życia z rodziną na kontynencie europejskim jest (…) nerwowo niemożliwe. (…) mogę egzystować tylko z garde-malade, a obecność Janki i dzieci podnosi mój strach do kwadratu. Mam takie fizyczne uczucie sypkości i przejściowości, że nic nie mogę na to poradzić”, i stara się opisać Vincenzowi źródła paraliżującego go lęku: „to się łączy z jakimiś uczuciowymi mackami, które poeta we mnie na pewno ma. (…) nie chodzi tu o instynkt samozachowawczy, tylko o tę jakąś podstawę, która sprawia, że albo działalność nasza ma sens, albo rozpada się w palcach, nic spokojnie robić nie można, ma się poczucie absurdu i bezcelowości. Dla mnie sygnałem jest to, że nie mogę pisać wierszy. Najpłodniejsze były dla mnie lata wojenne (to znaczy, że podświadomie byłem wtedy przekonany o klęsce Niemiec) i lata w Waszyngtonie – do wybuchu wojny w Korei (security). Tak czy owak, moje głębokie skłonności katastrof czne się odzywają i wystarczy, że nie ma Jeanne, dzięki której jakoś zapominam, a rozpaczam, że wojna wybuchnie, że nigdy już nie zobaczę Antka albo, co gorzej, że wojna wybuchnie, jak do mnie przyjadą”. I nawet po powrocie Janki niełatwo mu chyba będzie wyraźnie zakreślić wszystkie granice, choć stara się – jak nie bez odcienia męskiej próżności napisze do Giedroycia z Genewy (gdzie we wrześniu 1953 roku gości na kilkudniowej konferencji) – „żeby i wilk był syty, i krowa cała, to znaczy, żeby wszystko było jasne i bez komplikacji”. Bez porównania trudniejsze było przecież położenie Jeanne, samotnej, odrzuconej i długo niepotrafiącej do końca wyzbyć się nadziei, szukającej pomocy oczywiście u Vincenza, mądrego „rabina”, który miałby rozsądzić, zadecydować, a najlepiej – przywrócić jej ukochanego. „Jeanne nie tylko opowiadała mi wszystko, ale także »dokumentarnie« pokazywała mi listy, nawet intymne. Z tego wszystkiego poradziłem jej, aby napędziła Czesia do diabła, o ile się jeszcze zjawi, i żeby mu zakazała, aby nigdy nie skarżył się na swą żonę, bo ostatecznie i jak gdyby dokumentarne, jak Panu wiadomo, »zupełnie nowe« oskarżenia p. Janki nie pochodzą z żadnej autopsji, tylko źródłem jest wyłącznie sam Cześ – w październiku 1953 roku pisał »rabin« do Czapskiego, także zaplątanego w tę bolesną uczuciową aferę. – Chce on, żeby go żałować po matczynemu, a teraz gdy rozpętał zrozumiałe uczucia przeciw Jance, zyskał konika, że Jeanne jest przepełniona nienawiścią i burzy mu małżeństwo, przeto w ostatnim liście zerwał z nią gwałtownie, jak to czynią słabeusze i dupaki. To posłanie do diabła ostatecznie nawet taktycznie może mieć lepsze wyniki niż dotychczasowe błaganie i żebranie, więc może Jeanne tym razem wyjątkowo mnie posłucha, w skrytej, marzycielskiej nadziei, że taka taktyka zwróci jej Czesia (nie daj Boże!)”.

Jeszcze w połowie 1954 roku mieszkańcy chaty w La Combe będą musieli jakoś opanowywać „orgie” rozpaczy i zazdrości, przeżywane przez Jeanne Hersch. A przecież ostatecznie związek filozofki i poety zamieni się w przyjaźń trwającą do późnej starości, gdy w latach osiemdziesiątych spędzać będą razem wakacje na Gwadelupie, ona jak zawsze pryncypialna, zgryziona dominującą naszą cywilizację głupotą, on nadal zmysłowy, spowity pianą fal, komponujący w myślach poświęcony jej wiersz. Po śmierci Jeanne Miłosz zapisze, czego się od niej nauczył, dając wykład, który warto przytoczyć w całości i zapamiętać: „1. Że rozum jest wielkim boskim darem i że należy wierzyć w jego zdolność poznania świata.

2.  Że mylili się ci, którzy podrywali zaufanie do rozumu, wyliczając, od czego jest zależny: od walki klas, od libido, od woli mocy.

3.  Że powinniśmy być świadomi naszego zamknięcia w kręgu własnych doznań, nie po to jednak, żeby sprowadzać rzeczywistość do snów i majaków naszego umysłu.

4.  Że prawdomówność jest dowodem wolności, a po kłamstwie poznaje się niewolę.

5.  Że właściwą postawą wobec istnienia jest szacunek, należy więc unikać towarzystwa osób, które poniżają istnienie swoim sarkazmem i pochwalają nicość.

6.  Że choćby nas oskarżano o arogancję, w życiu umysłowym obowiązuje zasada ścisłej hierarchii.

7.  Że nałogiem intelektualistów XX wieku jest baratin, czyli nieodpowiedzialne paplanie.

8.  Że w hierarchii ludzkich czynności sztuka stoi wyżej niż f lozof a, ale zła f lozof a może zepsuć sztukę.

9.  Że istnieje prawda obiektywna, czyli z dwóch sprzecznych twierdzeń jedno jest prawdziwe, drugie fałszywe, z wyjątkiem określonych przypadków, kiedy utrzymanie sprzeczności jest uprawnione.

10.     Że niezależnie od losu wyznań religijnych powinniśmy zachować »wiarę f lozof czną«, czyli wiarę w transcendencję, jako istotną cechę naszego człowieczeństwa.

11. Że czas wyłącza i skazuje na zapomnienie tylko te dzieła naszych rąk i umysłu, które okażą się nieprzydatne we wznoszeniu, stulecie za stuleciem, wielkiego gmachu cywilizacji”.

I jeszcze jedno przekonanie, najważniejsze, które stało się dla Miłosza źródłem nadziei – i w latach pięćdziesiątych, i później – w jego ciągłych zmaganiach z delectatio morosa, rozpamiętywaniem grzechów i przewin: „12. Że we własnym życiu nie wolno poddawać się rozpaczy z powodu naszych błędów i grzechów, ponieważ przeszłość nie jest zamknięta i otrzymuje sens nadany jej przez nasze późniejsze czyny” .

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter