70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Dialog ze współczesnym światem

Ostatnia konferencja rekolekcji wielkopostnych wygłoszonych w katedrze w Oliwie w 1993 r. Zapis magnetofonowy rekolekcji trafił do Znaku po śmierci ks. Tischnera dzięki uprzejmości p. Teresy Ciesielskiej. Tytuł konferencji pochodzi od redakcji tomu Nadzieja czeka na słowo. Rekolekcje 1966-1996, który ukaże się niebawem nakładem wydawnictwa Znak.

Dobiegają końca nasze rekolekcyjne spotkania. Zakończymy je wspólną Komunią Świętą, a tę chwilę poświęcimy rozważaniu jednego z ważnych tematów – tematu: my i świat współczesny. Z pewnym niepokojem pomijam bardzo ważny temat – temat naszego stosunku do Eucharystii, temat klasyczny każdych rekolekcji – ale tak mi się wydaje, że problem stosunku wierzącego chrześcijanina do świata współczesnego jest jakby bardziej aktualny, a na pewno nie mniej ważny.

Aby sformułować bliżej pytania, jakie się tu nasuwają, pragnąłbym na wstępie zacytować raz jeszcze Mistrza Eckharta, znakomitego mistyka, który tak mówi o człowieku, o jego sercu: „Najpotężniejsza, wszechmocna niemal, zdolna wszystko osiągnąć modlitwa oraz najszlachetniejszy ze wszystkich uczynek mogą się rodzić tylko w całkowicie wolnym sercu. Im ono swobodniejsze, tym potężniejsze są modlitwa i uczynki, tym one są godniejsze, pożyteczniejsze, chwalebniejsze i doskonalsze. Serce wolne wszystko potrafi”[1].

To są bardzo piękne i bardzo głębokie słowa. Musimy przystąpić do rozumienia naszego świata z sercem wolnym. Przede wszystkim wolnym od lęku przed tym światem. Chrystus powiedział: „Ufajcie, Jam zwyciężył świat”. Ten świat, w którym żyjemy, już jest zwyciężony przez Chrystusa. Mamy się poczuć w tym świecie jak u siebie w domu. Być sobą – u siebie. Z tym wolnym sercem podejść do skomplikowanych pytań, jakie nam ten świat podsuwa. (…)

Kluczem do naszego spotkania ze światem jest dzisiaj słowo „dialog”. Bardzo głębokie słowo – dialog ze światem. Przyjrzyjmy się najpierw, jak ten świat wygląda, a potem spróbujmy zrozumieć, co znaczy słowo „dialog”.

Czym jest ten nasz dzisiejszy świat? Jaki jest? Czy jest miejscem panowania demonów? Czy jest miejscem, gdzie panują ludzie, którzy zmówili się przeciwko nam, ludziom wierzącym? Czy jesteśmy intruzami na tym świecie? Muszę przyznać – nie wiem, skąd się to bierze, czy z mojej wiary, czy z mojej filozofii – że zupełnie nie rozumiem tych, którzy czują jakiś lęk przed współczesnym światem. Nie widzę w tym świecie niczego takiego, czego mielibyśmy się my, ludzie wierzący i ludzie myślący, lękać. Gdy patrzę we wnętrze tego świata, czytam wyzwanie. Ciekawe, wspaniałe, jedyne w swoim rodzaju – wyzwanie. Patrzę na ten świat poprzez pryzmat filozofii. I w tej filozofii doprawdy nie widzę niczego takiego, co by zagrażało naszej duszy, naszym ludzkim wartościom. Jestem głęboko przekonany – i daję temu wyraz, kiedy tylko mam okazję – że zachodzi głęboka różnica pomiędzy wiekiem dziewiętnastym a wiekiem dwudziestym. Wiek dwudziesty jest wiekiem ciekawego, głębokiego pochylenia się nad sprawą religii. Zniknęły z naszego świata wielkie prądy materialistyczne i ateistyczne. Nie ma już Freuda, nie ma Nietzschego, nie ma Marksa, nie ma Ludwiga Feuerbacha, nie ma Renana. Ich miejsce zajęło autentyczne, głębokie zaciekawienie religią. Dzisiaj nie można pomyśleć człowieka, nie obejmując tym myśleniem także pytania o religię. Wiara jest sprawą najgłębiej ludzką i nikt po­ważnie myślący, na gruncie filozofii, którą jako tako znam, tego nie kwestionuje.

Mówi się dzisiaj o tym, że istnieje we współczesnym świecie coś takiego jak „desakralizacja”. Otóż chciałbym zwrócić uwagę na różnicę pomiędzy dwoma słowami, które ważne są bardzo dla zrozumienia istoty chrześcijaństwa. Jedno słowo to słowo sacrum. Drugie słowo to słowo sanctum. Niestety, w języku polskim mamy tylko jedno słowo na przetłumaczenie i sacrum, i sanctum. (…)

Kluczem do naszego spotkania ze światem jest dzisiaj słowo „dialog”. Bardzo głębokie słowo – dialog ze światem. Przyjrzyjmy się najpierw, jak ten świat wygląda, a potem spróbujmy zrozumieć, co znaczy słowo „dialog”.

Czym jest ten nasz dzisiejszy świat? Jaki jest? Czy jest miejscem panowania demonów? Czy jest miejscem, gdzie panują ludzie, którzy zmówili się przeciwko nam, ludziom wierzącym? Czy jesteśmy intruzami na tym świecie? Muszę przyznać – nie wiem, skąd się to bierze, czy z mojej wiary, czy z mojej filozofii – że zupełnie nie rozumiem tych, którzy czują jakiś lęk przed współczesnym światem. Nie widzę w tym świecie niczego takiego, czego mielibyśmy się my, ludzie wierzący i ludzie myślący, lękać. Gdy patrzę we wnętrze tego świata, czytam wyzwanie. Ciekawe, wspaniałe, jedyne w swoim rodzaju – wyzwanie. Patrzę na ten świat poprzez pryzmat filozofii. I w tej filozofii doprawdy nie widzę niczego takiego, co by zagrażało naszej duszy, naszym ludzkim wartościom. Jestem głęboko przekonany – i daję temu wyraz, kiedy tylko mam okazję – że zachodzi głęboka różnica pomiędzy wiekiem dziewiętnastym a wiekiem dwudziestym. Wiek dwudziesty jest wiekiem ciekawego, głębokiego pochylenia się nad sprawą religii. Zniknęły z naszego świata wielkie prądy materialistyczne i ateistyczne. Nie ma już Freuda, nie ma Nietzschego, nie ma Marksa, nie ma Ludwiga Feuerbacha, nie ma Renana. Ich miejsce zajęło autentyczne, głębokie zaciekawienie religią. Dzisiaj nie można pomyśleć człowieka, nie obejmując tym myśleniem także pytania o religię. Wiara jest sprawą najgłębiej ludzką i nikt poważnie myślący, na gruncie filozofii, którą jako tako znam, tego nie kwestionuje. (…)

Sacrum. Rzeczywiście, istnieje coś takiego, jak proces de­sakralizacji. Kiedyś Leszek Kołakowski napisał: „Deszcz bogów sypie się z nieba na pogrzebie jednego Boga, który się przeżył”[2]. Desakralizacja jest drugą stroną sakralizacji. Dzisiaj człowiek bardzo często w poszukiwaniu Boga tworzy sobie bóstwa. Albo ten, który zagubił Boga, na miejscu Bożego ołtarza stawia rozmaite boginie. Istnieje tendencja do sakralizacji – sakralizacji idei, sakralizacji pojęć, sakralizacji przedmiotów. Razem z tą sakralizacją idzie proces desakralizacji: znikają jedne świętości, na ich miejscu pojawiają się drugie. I tak toczy się ten współczesny świat – między desakralizacją a sakralizacją. Ale ta desakralizacja nie sięga jednak tego, co w chrześcijaństwie nazywa się sanctum.

Proces desakralizacji jest procesem przedziwnym. Widzę w nim przede wszystkim drogę człowieka do swojej własnej samotności. Człowiek musi w końcu przeżyć doświadczenie tego, że jest sam. Musi przyjąć odpowiedzialność za siebie. Musi się zgodzić na to, że jest istotą wolną. I w tym sensie musi się pożegnać z rozmaitymi bóstwami, które mu tę wolność ograniczają. Bardzo często to pożegnanie z bóstwami wygląda jak laicyzm, jak ateizm. I w moim mniemaniu w tej desakralizacji jest jakaś ręka Boża. Człowiek, który uczynił sobie bożka, musi tego bożka się wyrzec. Musi stanąć sam, twarzą w twarz, wobec ogromu istnienia i z wolności swojej zawołać: „Boże, czemuś mnie opuścił?!”. I to jest, i to widać. Tak było, jest i tak będzie. Bo zawsze jest tak, że Bóg prowadzi człowieka do prawdy o sobie, każąc mu żegnać się z bóstwami pozornymi.

Czym innym jest jednak sanctum. W chrześcijaństwie sanctum – jedynym sanctum – jest Bóg. A sanctum, które „odbija” Boga, jest człowiek, stworzony na obraz i podobieństwo Boże. I to jest sanctum. Człowiek i Bóg w języku chrześcijańskim nazywają się sanctum. „Święty, święty, Pan Bóg zastępów…” – to jest to sanctum. I jednocześnie we współczesnym świecie widzimy, jak pomimo rozmaitych przeszkód i trudności, rośnie przekonanie o godności człowieka. Idea godności człowieka stała się od pewnego czasu fundamentalną ideą naszej kultury. Owszem, jej rodowód bezpośredni to oświecenie. Był czas, że Kościół przyglądał się tej idei z pewnym sceptycyzmem, z wątpliwościami. Ale skończyło się to definitywnie za czasów Jana Pawła II. Człowiek został uznany za wartość, a wartość ta w żaden sposób nie konkuruje z Bogiem. I tutaj przepięknym tekstem na ten temat jest pierwsza encyklika Jana Pawła II Redemptor hominis, gdzie nawiązując do myśli Pascala, powiada Ojciec Święty: „Jakże wielką wartością musi być człowiek, że Syn Boży umarł za niego na krzyżu”[3]. A myśl Pascala brzmi, mniej więcej, następująco: „Poznanie Boga rodzi pychę. Poznanie człowieka rodzi rozpacz. Jedynie poznanie Chrystusa jest środkiem, bo w Nim poznajemy własną nędzę i własną wielkość”[4].

I, moi drodzy, im bardziej przyglądam się temu, co współczesna filozofia (a pośrednio także teologia) myśli o człowieku, tym wyraźniej widzę powrót idei sanctum na tę ziemię. Poprzez procesy desakralizacji i sakralizacji, poprzez to szukanie ersatzu religii w miejsce religii przebija się idea Tego, który umarł za człowieka i śmiercią swą pokazał nie tylko jego nędzę, ale przede wszystkim jego wielkość.

I ja myślę, że nasza obecność na tym świecie jest dzisiaj wyraźnie zogniskowana na tej idei. Pójdą państwo do swoich codziennych zajęć, do pracy takiej czy innej, i będą stykać się z ludźmi, z myślą o człowieku, będą widzieć człowieka w jego nędzy i w jego upadku. I wydaje mi się, że fundamentalnym zadaniem apostolstwa naszego czasu jest dawanie świadectwa tej wielkiej idei, od której zaczyna się znakomita encyklika Jana Pawła II Redemptor hominis – encyklika, która, moim zdaniem, jest również streszczeniem tego, co w naszej polskiej religijności jest najpiękniejsze. Kiedy mnie pytają o to, jaka jest polska religijność w swych szczytowych osiągnięciach, mówię: „Poczytajcie Redemptor hominis. Spróbujcie wgłębić się w ideę godności człowieka”. To [wprawdzie] Pascal tak pisał, ale czyż ta idea nie snuje się także na kartach naszej wielkiej historii – od Pawła Włodkowica, poprzez Kopernika, aż po dzień dzisiejszy? Obyśmy tylko umieli to rozumieć i obyśmy mieli na tyle czujności, żeby tej idei nie zagubić.

I dlatego nie trzeba się lękać tego świata. Świat już jest zwyciężony przez Boga. „Wolne serce wszystko potrafi”.

A teraz jeszcze parę słów na temat dialogu. Dialog nie jest dzisiaj w Kościele – i w chrześcijaństwie, i w świecie – przypadkiem. Nie chodzi tutaj jedynie o to, ażeby w nasze życie codzienne wprowadzić pewien wymiar kultury czy elegancji. Dialog wynika z najgłębszego przekonania, iż nie jest rzeczą możliwą zbliżenie się do prawdy, jeśli się nie uwzględni również innego punktu widzenia na sprawę niż mój. Prawda, zwłaszcza prawda religii, jest tak bogata, że wymaga spojrzenia z wielu stron. I dlatego toczy się dialog z innymi religiami, z innymi wyznaniami chrześcijańskimi. Ten dialog nie ma charakteru politycznego, nie chodzi o osiągnięcie jakiejś sztucznej jedności. Chodzi o to, że od nich możemy się – i musimy się także – wiele nauczyć. Ja nie wiem, kim jestem, dopóty, dopóki nie spytam drugiego, trzeciego i nie skonfrontuję mojego widzenia z widzeniem innych ludzi. Dialog jest koniecznym elementem, koniecznym środkiem naszej drogi do prawdy. W religii on jest szczególnie potrzebny, bo spotykając Boga, przyjmujemy Go zawsze we wnętrze naszej subiektywności. Bóg staje się „mój” – aż do granicy „mojości”. Kiedy przystępuję do Komunii Świętej, mam Boga jako moją indywidualną – subiektywną niemal – własność. Ale Bóg jednocześnie wydobywa mnie z mojej subiektywności, otwiera mnie na świat. Nie wolno Boga uwięzić we własnym sercu. Trzeba się poddać działaniu łaski i popatrzeć na świat oczami Boga. I to jest dialog.

Dużo by o tym mówić. Ale zamiast mówić o tym pozytywnie, spróbujmy zastanowić się chwilę nad przeszkodami, jakie dzisiaj stoją na drodze naszego codziennego dialogu. Najczęściej natrafiamy na przeszkody emocjonalne. Tak bym to określił. Każdy z nas nosi w duszy pewne wartości, do których jest emocjonalnie przywiązany: ludzi, wspomnienia, wydarzenia. Kiedyś w liturgii katolickiej nie wolno było człowiekowi niekonsekrowanemu dotykać kielicha. Jak państwo wiedzą, dzisiaj nie ma tego problemu. Dotknięcie kielicha przez człowieka niekonsekrowanego w dawnych czasach uchodziło za coś w rodzaju świętokradztwa, dotknięcia świętości. Dzisiaj już tak tego nie widzimy. Ale myślę, że każdy z nas ma w duszy jakiś taki „kielich” drogocenny, którego nie wolno dotykać. I kiedy ktoś drugi dotknie tego „kielicha”, kiedy mu zaprzeczy, kiedy powie, że ta wartość, do której ja jestem tak przywiązany, jest wartością pozorną, wtedy wybuchamy żalem, protestem, gniewem. Jesteśmy dzisiaj na rozmaity sposób poranieni i każdy z nas ma dużo blizn na duszy. Dotknij, człowieku, tej blizny, a usłyszysz protest, bunt. To tak jak kiedyś faryzeusze: kiedy zobaczyli, że Jezus uzdrowił człowieka w szabat, byli oburzeni, bo to dotknęło ich prywatnego „kielicha”, który sobie w duszy wypielęgnowali.

Tymczasem w dialogu musimy przezwyciężyć te nasze emocje. Jedyną siłą, dzięki której możemy to zrobić, jest myślenie. Myślenie jest niezwykłą siłą w człowieku. Myślenie tym się odznacza, że może być samokrytyczne. Uczucia nie są samokrytyczne. Uczucia są takie, jakie są; każda krytyka uczuć wywołuje bunt ze strony tych uczuć. Tymczasem myślenie jest inne. Dzięki myśleniu człowiek potrafi się wznieść ponad uczucia, popatrzeć na nie z zewnątrz i odkryć, że „kielich”, owszem, piękna rzecz, ale nie – święta rzecz. (…)

Jeden z wybitnych myślicieli, Martin Heidegger, powiedział: „Najbardziej daje do myślenia to, że jeszcze nie myślimy”. I rzeczywiście – bezmyślność naszego świata jest zdumiewająca. Chrystus powiedział: „Nie człowiek jest dla prawa, ale prawo dla człowieka”. Te słowa Chrystusa odbijają się także echem w naszych czasach. Bardzo często zrobiliśmy tak, jakby człowiek był dla prawa, a nie prawo dla człowieka.

A drugą przeszkodą na drodze naszego codziennego dialogu jest wielka pokusa władzy. Mówiłem o tym na wstępie naszych rekolekcyjnych rozważań. Nasze myślenie bardzo często wikła się w nasze pragnienie władzy. Pragnienie władzy to bardzo głębokie pragnienie w człowieku. Pragnienie władzy polega na tym, że nie chcemy przekonać, ale chcemy zapanować. I to można poznać po pierwszych dwóch, trzech zdaniach. Pragnienie władzy, zamiast przekonywać, klasyfikuje. Czy jesteś za mną? Czy jesteś przeciwko mnie? Z kim trzymasz? Z kim jesteś? Czy jesteś w takiej grupie, czy w innej? Nieważne jest to, czy dwa plus dwa jest cztery. Ważne jest to, z jakiej pozycji to mówisz, przeciw komu to mówisz.

Nazwałem to kiedyś mniej więcej w ten sposób: oto „rozum polityczny” pokonuje w nas to, co można by nazwać „rozumem apostolskim”. Rozum apostolski potrafi przejść ponad podziałami, widzieć człowieka w jego tragedii, w jego dramacie. Rozum polityczny tego nie potrafi – musi dzielić, musi przeciwstawiać. To bardzo charakterystyczne, proszę państwa. Kiedyś, za czasów jeszcze komunistycznych, kiedy przychodził do nas człowiek i mówił, że jest w partii, potrafiliśmy się bardzo często wznieść ponad jego partyjność i za pomocą rozumu apostolskiego rozmawiać z nim o jego ludzkich sprawach. Dzisiaj bardzo często jest tak, że rozum apostolski pada, ponosi klęskę w sporze z rozumem politycznym. Rozum polityczny podzielił – rozum apostolski czuje się bezsilny wobec rozumu politycznego.

Wydaje mi się, że to jest ogromna przeszkoda na drodze naszego dialogu. Te dwa elementy: to poczucie pozornego sacrum, tego „kielicha” w sercu, który jest piękny, ale przecież „kielich” nie jest Bogiem; i to drugie, to uwiedzenie przez rozum polityczny, odcięcie żywotności rozumu apostolskiego – stwarza ogromną barierę w naszym dialogu ze współczesnym światem.

Kiedyś, kiedy się zaczynała epoka oświecenia, jeden z myślicieli opisujących tę epokę ujął ją bardzo krótko; oto w epoce oświecenia pojawiło się hasło: „Bądźcie tym, kim naprawdę jesteście – bądźcie rozumni”[5]. Chciałoby się dzisiaj powtórzyć te słowa otwierające epokę oświecenia. Wobec tych wszystkich sporów, tych emocji, tych podziałów, chciałoby się krzyczeć: „Bądźcie tym, kim naprawdę jesteście!”. To znaczy: „Bądźcie rozumni!”.

Ale ponad wszystko trzeba umieć słuchać głosów tego świata. Bo dialog to bardziej umiejętność słuchania niż umiejętność mówienia. Wydaje mi się, że współczesny człowiek potrzebuje przede wszystkim tego, żeby nam o sobie opowiedzieć. Ten człowiek, zagubiony w rozmaitych samotnościach, pragnie ubrać w słowa te swoje przeżycia. I samo ubranie w słowa jest już próbą wyzwolenia się z więzów tych przeżyć. I temu człowiekowi często nie trzeba wiele mówić; trzeba umieć go słuchać. Trudno tutaj mi się powstrzymać od osobistej bardzo refleksji. Ja muszę się przyznać z góry, że pod tym względem nie jestem najlepszy, to znaczy – umiem zagadać i nie potrafię często wysłuchać (tak że nie radzę, aby państwo brali przykład ze mnie). Ale mistrzem pod tym względem jest dla mnie Jan Paweł II. Jest to geniusz słuchania. I wydaje mi się, że z tego geniuszu słuchania bierze się także geniusz odpowiedzi. On ma setki spotkań z ludźmi, ale zawsze stara się powiedzieć temu człowiekowi coś takiego, co by w nim na zawsze zostało. Bierze się to ze słuchania. I rzeczywiście – ludzie, którzy od niego odchodzą, wychodzą ze słowem w duszy. Ze słowem, które trzyma ich potem przy życiu przez całe życie.

Proszę państwa, jest problem ewangelizacji tego świata. To jest problem. Ale jeszcze większym problemem jest pytanie: jak ewangelizować? Można tę sprawę widzieć dwojako. Można ewangelizować przez tak zwane nawracanie. Nawrócić to znaczy skłonić człowieka do tego, żeby zmienił postępowanie: jeśli nie chodzi do kościoła – żeby chodził do kościoła, nie był u spowiedzi – żeby przyszedł do spowiedzi, nie chodził na religię – żeby przyszedł na religię. I to jest dobre. I tak też trzeba. Ale najgłębsza ewangelizacja polegała na czymś innym: na przekonaniu człowieka, że zanim znalazł Boga, Bóg wcześniej znalazł jego. Polegała ona na tym, żeby pokazać człowiekowi, że Ten, kogo on szuka, już jest obok niego. Mówiło się w starożytności: anima naturaliter christiana – „dusza człowieka z natury chrześcijańska”. I w ten sposób ewangelizacja polega na tym, żeby w człowieku odkryć jego „ewangeliczność”. Ty już jesteś ewangeliczny. Jeśli tylko potrafisz do siebie wrócić – jesteś ewangeliczny. I dlatego, parafrazując słowa dotyczące oświecenia, chciałbym powiedzieć tak: bądźcie tym, kim naprawdę jesteście – bądźcie ewangeliczni! Bo naprawdę macie w sobie życie Jezusa Chrystusa. Nawet w tym sporze, nawet w tym dramacie, nawet w tych chwilach: „Boże, czemuś mnie opuścił?!” – macie Syna Człowieczego w głębi swoich dusz.

A na koniec może sprawa dotycząca dialogu, ale z nieco innych regionów. Jak wiadomo, europejskim mistrzem dialogu był Sokrates. Sokrates, o którym mówiono, że był „anonimowym świętym”, bo chociaż nie znał Chrystusa, to jego dusza z natury była chrześcijańska. Otóż Sokratesowi przydarzyła się następująca przygoda: jeden z jego przyjaciół poszedł do świątyni i zapytał bogini, kto też jest najmądrzejszy w Atenach. Bogini odpowiedziała, że najmądrzejszy jest Sokrates. Przyjaciel przyszedł do Sokratesa i powiedział mu o tym. Sokrates poczuł się w niemałym kłopocie. Nie czuł w sobie specjalnej mądrości. Nie sądził, że jest najmądrzejszy w Atenach. Ale z drugiej strony nie chciał zaprzeczyć bogini. Skoro bóstwo tak powiedziało, nie wypada przeciwstawiać się bóstwu.

Zaczął więc sprawdzać. Chodził od człowieka do człowieka i sprawdzał jego mądrość. Rozmawiał z poetami, rozmawiał także z politykami. Politycy wydali mu się jacyś tacy bardzo mądrzy. I zaczął ich pytać, czy też oni wiedzą, co to jest cnota, co to jest prawda. A kiedy ich zaczął coraz bardziej przyciskać, okazało się, że nie wiedzą. Wydaje się im, że wiedzą, a w gruncie rzeczy nie wiedzą. I zakończył to poszukiwanie następującą refleksją: „Chyba jednak ja jestem o tę odrobinę mądrzejszy od polityków, bo jak czegoś nie wiem, to mi się też nie wydaje, że wiem”[6].

Sądzę, że jest to znakomity punkt do naszego współczesnego dialogu ze światem. Jeśli czegoś nie wiemy, niech się nam przynajmniej nie wydaje, że wiemy.


[1] Tamże, s. 19.

[2] L. Kołakowski, Kapłan i błazen, w: tenże, Pochwała niekonsekwencji. Pisma rozporszone z lat 1955–1968, t. 3, Warszawa 1989, s. 179.

[3] Jan Paweł II, Redemptor hominis, 10.

[4] Pascal, Myśli, przeł. T. Boy-Żeleński, 75.

[5] G. W. F Hegel, Fenomenologia ducha, t. 2, przeł. A. Landman, Warszawa 1963, s. 126 (w oryginale: „Bądźcie dla siebie samych tym, czy wszyscy jesteście sami w sobie – bądźcie – rozumni”).

[6] Platon, Obrona Sokratesa, przeł. W. Witwicki, VI.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter