70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Zwyczajny powiat

Często krytycy prac historyków zajmujących się Zagładą Żydów koncentrują się na problemie skali bolesnych dla narodowej wspólnoty zjawisk. W przypadku recenzowanej niżej książki profesora Jana Grabowskiego trudno chyba jednak o jakiekolwiek wątpliwości. Autor z chłodem i precyzją opisuje w niej tragiczne dzieje „zwyczajnego” – jak pisze Jerzy Jedlicki – powiatu, jakich było w Polsce wiele, może zbyt wiele.

W ostatniej dekadzie wezbrała nowa fala studiów nad stosunkami polsko-żydowskimi w czasie okupacji. Głównym i najbardziej wydajnym ich ośrodkiem stało się Centrum Badań nad Zagładą Żydów ulokowane przy Instytucie Filozofii i Socjologii PAN.

Przyznam, że kiedy powstało w roku 2003, zapowiadając wydawanie czasopisma i książek, byłem zrazu nieco zdziwiony: wydawało mi się, że po siedemdziesięciu latach już niewiele nowego da się na ten wyeksploatowany temat powiedzieć, poza zagęszczaniem lokalnych map wydarzeń. Jakże się myliłem!

Jan Grabowski, profesor Uniwersytetu w Ottawie, spędzający pracowicie czas w polskich archiwach, stał się jednym z filarów tego ośrodka. Jego powściągliwy styl, ostrożność w sądach, trzymanie się blisko źródeł – wszystko to przyczyniło się do ustanowienia właściwej Centrum normy warsztatowej. Grabowski jako jeden z pierwszych odkrył bogactwo informacji kryjące się w aktach sądowych wytworzonych przez sądy niemieckie czasu wojny i powojenne oraz przez sądy polskie po roku 1945 i uparcie bronił ich wartości poznawczej w zakresie spraw żydowskich. Na takim materiale, uzupełnionym przez relacje ocalonych, oparł swoje fenomenalne studium o szmalcownikach (Ja tego Żyda znam!) i wiele artykułów w tomach wydawanych przez Centrum.

Książka, o której tu będzie mowa, jest oparta na podobnie solidnym warsztacie źródłowym, mikrograficznym, i napisana jest językiem tak spokojnym, że chwilami zdaje się on wręcz nie przystawać do dramatycznej treści relacji. Przez to jednak działa tym mocniej i tym bardziej wiarygodnie.

Jest to monografia stosunków niemiecko-polsko-żydowskich w jednym wybranym powiecie i w ostatniej już, likwidacyjnej fazie Zagłady, głównie w latach 1943–1944, kiedy ukrywający się, coraz mniej liczni Żydzi rozbiegli się po powiecie, po jego lasach i po chłopskich zagrodach, póki jeszcze gotowe były ich trzymać. Powiat jest tu traktowany z przyległościami, bo zwłaszcza dołączone w aneksie relacje pisemne „ocaleńców” wykraczają poza jego granice, sięgając od Tarnowa do Mielca.

Powiat jak powiat: kawałek północnej Galicji wciśnięty w kąt Dunajca i Wisły, płaski, ubogi, wiejski i małorolny, niczym się specjalnie niewyróżniający. Sowietów tu nie było przed 1945 rokiem, Żydzi stanowili około 8 procent ludności, a więc poniżej średniej krajowej. Większym ich skupiskiem był pobliski Tarnów, mniejszym Dąbrowa, reszta rozproszona była po miasteczkach i wsiach, gdzie zajmowali się rzemiosłem lub pracowali w gospodarstwach rolnych. Znali okolicę i ludzi, którzy tam mieszkali, tak samo jak okoliczni mieszkańcy znali ich imiona i ich rodziny.

W latach 1941–1942 getta w Tarnowie i Dąbrowie pęczniały z powodu przesiedlania Żydów ze wsi i rozmieszczania Żydów przywożonych z Reichu. Latem 1942 roku zaczął się proces deportacji ludności gett pociągami do obozu zagłady w Bełżcu. Towarzyszyła mu dzika samowola SS, gestapo i żandarmerii, wspomaganych, gdy było trzeba, przez polską policję „granatową”, polskich „junaków” ze Służby Budowlanej (Baudienst) i przez żydowską OD (Ordnung Dienst). W nielicznych relacjach ocalonych z Tarnowa największe wrażenie robi upojenie niemieckich funkcjonariuszy władzą absolutną nad pozbawionym w ich oczach wszelkiej wartości życiem ludzkim. Przykładem najbardziej skrajnym – ale daleko nie jedynym – jest słynny komendant obozu w Płaszowie Amon Goeth, który przybył do Tarnowa we wrześniu 1943 roku, aby dopilnować zakończenia akcji wywózek z getta do Birkenau: „Pierwszą ofiarę kobietę zastrzelił Goeth osobiście na ślepej uliczce prowadzącej na ulicę Szpitalną. Gdy ofiara padła na ziemię, dowlókł drugą kobietę, kazał stanąć na trupie i znowu zastrzelił i tak po kolei kazał stawać następnym ofiarom na pomordowanych i rozstrzeliwał. Gdy matka trzymała dziecko na rękach, rozstrzeliwał oboje. Gdy dziecko było większe, musiało stawać samo i strzelał do dziecka. Tak zabił około 60 osób, patrzałam i nie mogę opisać zgrozy tej sceny. Z zabitych ciał utworzył się stos” – pisze cytowana w książce kobieta, która scenę tę oglądała z ukrycia.

To poczucie władzy, tym razem połączonej ze strachem, udzielało się służbom pomocniczym polskim i żydowskim, tworząc szczególny układ hierarchicznej zależności znany z dawniej opublikowanych przekazów, ale w książce Grabowskiego przedstawiony nader plastycznie.

Głównym jednak tematem tej pracy jest krajobraz po „wysiedleniach”. W samym powiecie dąbrowskim po likwidacji małopolskich gett ukryć się miało, wedle obliczeń Grabowskiego, 277 Żydów. Wojnę przeżyło 36–38 z nich, to jest co siódmy (co stanowi ułamek procenta przedwojennej ludności żydowskiej powiatu). Tak więc około 240 Żydów ukrywających się przez parę lat u gospodarzy lub w lasach zostało ujawnionych i wymordowanych. Przez kogo, w jakich okolicznościach, z jakich pobudek – to jest główną materią tej książki, której autor stara się udokumentować niemal każdy przypadek, los każdej z ofiar.

Scena wiejska wyglądała odmiennie od miejskiej. Niemcy byli tu mniej widoczni: najbardziej żandarmeria, rzadziej pojawiało się gestapo, najwyższa instancja. Kluczową rolę odgrywała polska policja, zwana popularnie granatową: większość jej funkcjonariuszy to byli zweryfikowani przedwojenni policjanci, całkowicie podporządkowani władzom okupacyjnym. Także nieumundurowana policja kryminalna (Kripo), z wyjątkiem szczebli dowódczych, składała się z Polaków, nie mówiąc o sołtysach, strażach pożarnych, strażach nocnych, służbie leśnej czy budowlanej („junacy” Baudienstu). Formacje policyjne przenikały do wsi, wchodziły z nią w różnorakie interesy, miały w niej swoich informatorów. Praktyczna kolaboracja była rzeczą codzienną, naturalną, bo mało kto patrzył dalej w przyszłość. Książka Grabowskiego pokazuje stan swoistego chłopskiego legalizmu: ten, kto rządzi, stanowi prawo.

Głównym przedmiotem „prawa” – obok kontyngentów – był obowiązek meldowania o ukrywających się Żydach i wieś, z różną gorliwością, wypełniała ten obowiązek. Najgorliwsi nadawali ton, inicjując obławy, szantażując sąsiadów, grożąc mniej skwapliwym, „strzelając Żydów” albo odwożąc ich na policję. Wystarczyło takich kilku, żeby zastraszyć i nakłonić do współudziału całą gromadę. Niektórzy byli bardziej chętni, jak ci chłopcy, którzy – jak mówi świadek – „skoczyli na konie i puścili się w las chwytać Żydów”, inni, zrazu przymuszeni, wciągali się dopiero w robotę. Udział w obławie, tym bardziej w egzekucji, dzieleniu łupów i oblewaniu sukcesu, był rodzajem inicjacji, aktem solidarności zbiorowej: posłali chłopaka po wódkę, „bo mają żyda i czeba go zastrzelić, a bez wódki na sucho to będzie go źle strzelać”.

Antysemityzm? Oczywiście, ale zależy jaki. Żadne tam spiski i mędrcy Syjonu, żadne też mordy rytualne. „Żydki” z sąsiedztwa, znajomi, teraz wyjęci spod prawa, i to wszystko. Tyle, że nawet wyjęci, nawet biedacy i sponiewierani, mają przecież złoto. „Żydowskie złoto”. Jak Żyd nie ma go na sobie, to znaczy, że zakopał. Żaden z antysemickich mitów nie okazał się równie straszny, jak ten, równie zachęcający do zbrodni. Choć złota przeważnie nie było. Czasem zwitek dolarów na przeżycie, zaszyty w kołnierzu. A jeszcze trzeba było się podzielić z policjantem, zawsze łapczywym, z sąsiadem szantażystą. Przydawała się więc i sukienka, nawet kalesony zdarte ze zwłok też były nie do pogardzenia.

Mimo to w tych powojennych zeznaniach sądowych nie czuje się szczególnego żaru nienawiści. „Same nagonki na Żydów – pisze Grabowski – nie wzbudzały najwyraźniej silnych negatywnych emocji”. I dalej: „Mordowanie ofiar dokonywało się zazwyczaj bez pasji, dość rutynowo i bezosobowo”. Co prawda, upływ czasu mógł wygasić nienawistne uczucia. Zresztą przypadki bezpośredniego zabijania Żydów przez chłopów były o wiele mniej liczne niż ich wydawanie w ręce policji lub żandarmerii, za co można było otrzymać nagrodę w postaci pieniędzy, cukru, a czasami i wódki.

Z drugiej strony w całym tym materiale źródłowym nie widać śladu żadnych objawów współczucia, nawet dla dzieci, które zabijano lub wydawano policji czy żandarmom z taką samą obojętnością. Możliwe, że ci, którzy takie odruchy mieli, nie zdradzali się z nimi, bo też nie sprzyjała temu atmosfera we wsi. Bronić Żydów, litować się nad głodnymi, zziębniętymi i osieroconymi nie uchodziło, a cóż dopiero chronić ich i żywić.

Ci nieliczni, którzy potrafili się wyłamać z gromadzkiego ostracyzmu, musieli mieć niezmiernie silne poczucie moralnej autonomii i samotności, a umieli też pokonać lęk przed donosem. Komendant posterunku – zezna jeden z nich po wojnie – „dostał trzy listy, że ja trzymam Żydów”. Anatema długo jeszcze ciągnęła się za nimi, jeżeli przeżyli. „Pagos i po wojnie cierpiał za nas, bo mu docinano we wsi od »żydowskiego wujka« i nieraz wracał sam z kościoła, bo inni unikali go dlatego, że przechowywał Żydów”.

Wieś więcej miała wyrozumienia dla tych, którzy to robili dla zysku, choć musieli się okupywać, a czasem – gdy we wsi za wiele o tym gadano, a ukrywanym kończyły się pieniądze – bywało, że groziła im śmierć z ręki dobroczyńcy, bo przecież i ukrywani Żydzi mogli na policji zeznać, kto ich chronił.

Twarde to były prawa. A powiat? Powiat był sobie zwyczajny. Mapa Polski pomału wypełnia się takimi powiatami. Daleko nie szukając, w tomie 1 rocznika „Zagłada Żydów” mamy podobną, wnikliwie napisaną rozprawę Aliny Skibińskiej i Jakuba Petelewicza pod tytułem Udział Polaków w zbrodniach na Żydach na prowincji regionu Świętokrzyskiego. To jak z procy przez Wisłę strzelił. Jedyna rzucająca się w oczy różnica to ta, że w lasach Kielecczyzny roiło się od partyzantów wszelkiej obediencji, co pokaźnie zwiększało liczbę sztuk broni, z których w każdej chwili mógł paść śmiertelny strzał. A Zagłada domu Trinczerów? To znów Rzeszowskie.

Tarnów i Dąbrowa to przecież było główne ognisko galicyjskiej rabacji w 1846 roku, kiedy chłopi z poduszczenia austriackiego starosty wiązali powstańców i odstawiali do cyrkułu, a potem rabowali dwory i rżnęli panów. Ale jakie to mogło mieć znaczenie po dziewięćdziesięciu pięciu latach? Chyba takie tylko, że wtedy biskup tarnowski objeżdżał skrwawioną diecezję, odprawiając nabożeństwa pokutne. Nic jakoś nie słychać o tym, by Kościół komukolwiek nakazywał pokutę za zabicie albo wydanie Żydów. Kościół był nieobecny, choć nie ma wątpliwości, że w tej pobożnej okolicy mordercy chodzili co niedziela na mszę, a przynajmniej raz w roku do spowiedzi.

Żydzi – piszą Skibińska i Petelewicz – byli już wyrzuceni „poza obręb społeczności, z którą odczuwać należy jakąkolwiek wspólnotę”.

 

Jan Grabowski

Judenjagd. Polowanie na Żydów 1942–1945. Studium pewnego powiatu

Centrum Badań nad Zagładą Żydów IFiS PAN, Warszawa 2011.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata