70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Polski Kościół przyszłości?

Brak myślenia oraz woli przewentylowania przedsoborowych sposobów widzenia Kościoła i świata, brak głębokiego przyswojenia nauk II Soboru Watykańskiego i Jana Pawła II, a także brak pozytywnego, życzliwego, pozbawionego lęku i przesadnego krytycyzmu obserwowania współczesnej Polski – oto co doskwiera Kościołowi w Polsce.

Katolik w Polsce, który czuje się całkowicie wewnątrz Kościoła i nie zamierza go opuszczać, jest w nie lada kłopocie, o ile chce coś w tym Kościele zganić czy zmienić. Rozróżnienie na krytykę „z zewnątrz”, czyli obojętną  i zimną, i krytykę „z wewnątrz” – czyli zaangażowaną, jest z pewnością uzasadnione. Ale rozróżnienie to nie powinno prowadzić do oczekiwania, że krytyka wewnętrzna będzie łagodniejsza od zewnętrznej. Przeciwnie, im bardziej mi na kimś zależy, tym bardziej chciałbym, by żył w prawdzie, a nie w permanentnym złudzeniu albo wręcz zakłamaniu. Dlatego zanim napiszę parę słów o tym, jak widziałbym polski Kościół przyszłości, muszę wyrzucić z siebie garść bezpardonowych i dotkliwych pytań pod adresem tego, polskiego, Kościoła. Dzisiaj (14 grudnia 2010 roku), po publikacji znakomitego i głośnego już listu ojca Ludwika Wiśniewskiego do nowego nuncjusza Polski, niewiele można dodać. Nikt nie może posądzić dominikanina o sprzyjanie wrogom Kościoła  i o skrajnie liberalny antyklerykalizm, choć nie jest wcale wykluczone, że i takie głosy się pojawią – twardogłowi są z definicji niereformowalni.

Moje pytania mogą brzmieć naiwnie i rzeczywiście poniekąd takimi właśnie są – nie trzeba być uczonym, żeby dostrzec wiele ze spraw, o których piszę.

1) Dlaczego Kościół do tego stopnia uwikłany jest we własne instytucjonalne struktury, że zapomina komu i do czego służy? Dlaczego jest tak zaplątany w „korporacjonizm”, ducha urzędu, że chwilami nie dostrzega w ogóle ludzi, do których przemawia?

2) Dlaczego jest to Kościół feudalny, a nawet nieraz bizantyjski, w którym panuje – co prawda duchowa – quasi-absolutna władza biskupów i który nie przejawia żadnej ochoty na rzetelny dialog najpierw z własnymi członkami, zarówno duchownymi, jak świeckimi, a później ze światem?

3) Dlaczego Kościół ma do tego stopnia ducha korporacjonizmu, że ukrywa starannie grzechy (czy słabości) własnych przywódców, takie jak alkoholizm, pedofilia, szukanie korzyści finansowych? Dlaczego odczuwa większą solidarność z ojcem Rydzykiem i Radiem Maryja – choć jest ono w najwyższym stopniu sekciarskie, bywa głęboko niechrześcijańskie i obskuranckie – niż z tymi, którzy głoszą od lat bezskutecznie prawdę na temat tej instytucji? Dlaczego Kościół toleruje u siebie (i nie tylko) antysemityzm i ksenofobię?

4) Dlaczego polski Kościół nieustannie wtrąca się do polityki poprzez oficjalne wypowiedzi, ambonę i prasę, a zapewne także nieoficjalne naciski, które, jak się zdaje, wszystkie zmierzają do wzmocnienia poczucia władzy Kościoła?

5) Dlaczego to, co Kościół ma do powiedzenia, redukuje się do potępień, zakazów i nakazów, a nawet grożenia ekskomuniką, które nie mają nic wspólnego z duchowością Ewangelii? Chrystus, owszem, mówił ostre słowa, ale pod adresem kapłanów i uczonych w Piśmie, a nie ludzi, którzy borykali się z trudnymi dylematami.

6) Dlaczego program duszpasterski Kościoła ogranicza się w praktyce do potępiania aborcji, środków antykoncepcyjnych i zapłodnienia in vitro, tak jakby te różne, choć pokrewne sprawy były na tym samym poziomie i jakby wszystkie w tym samym stopniu stały w sprzeczności z nauką Ewangelii?

7) Dlaczego Kościół uważa, że „zapłodnienie naturalne” daje większą gwarancję miłości niż zapłodnienie sztuczne, chociaż nieraz, wprost przeciwnie, to pierwsze – sądząc z licznych przypadków gwałtu w rodzinie i katowania albo porzucania dzieci – samo ze siebie nie daje bynajmniej takiej gwarancji? Może być przecież tak, że rodzice pragnący dziecka, po jego przyjściu na świat za pośrednictwem zapłodnienia in vitro otoczą je większą miłością niż ta, na którą może liczyć niejedno dziecko „naturalnie poczęte”? Z tego powodu argumentacja „z miłości” jest całkowicie błędna, a nawet ma cechy hipokryzji.

8) Dlaczego Kościół koncentruje się niemal wyłącznie na dzieciach nienarodzonych, a  nie poświęca co najmniej tyle samo uwagi dzieciom narodzonym, które powinny naprawdę być otoczone miłością, nieustanną opieką i mądrym wychowaniem? Dlaczego nie jest w stanie wzbudzić w sobie i dać wyrazu zachwytowi nad istnieniem nowo narodzonego, bez względu na to, czy jest poczęte „naturalnie” czy „sztucznie”? Przecież jedno i drugie jest dzieckiem Bożym! Dlaczego w Kościele polskim w odniesieniu do tego problemu tyle jest negatywizmu, a tak mało pozytywności? Mogę to zrozumieć od strony psychologicznej – której nie chcę tu jednak poruszać – ale nie mogę tego usprawiedliwić. W Kościele jest wciąż wiele dzieł miłosierdzia, ale wypowiedzi Kościoła bynajmniej nie odzwierciedlają tego, co filozofowie nazwali by „prymatem bytu nad nicością” (nawet jeśli to w domyśle mają zawierać).

9) Dlaczego Kościół jest wciąż jeszcze zbytnio Kościołem bogatym, dbającym o odzyskanie swoich dóbr i otaczającym się (być może coraz rzadziej) zbyt okazałymi budynkami?  Dlaczego buduje za duże świątynie, z reguły uderzająco brzydkie i pozbawione gustu i w żadnym sensie nie nawiązujące do tradycji, która jednak powinna być respektowana? Czyżby nie istnieli w Polsce prawdziwi rzeczoznawcy, którzy potrafiliby sensownie doradzić projektantom i budowniczym, jak obiekty sakralne powinny wyglądać? Dlaczego postępuje się bezceremonialnie z prawdziwymi dziełami sztuki sakralnej wewnątrz kościołów (na przykład zamalowując polichromię Wacława Taranczewskiego w katedrze w Tarnowie i usuwając ołtarz w jednym z kościołów w Poznaniu)? Ponadto, dlaczego tak mało jest przejrzystości w dziedzinie finansów kościelnych?

10) Dlaczego Kościół tak skrupulatnie odzyskuje swoją własność, a nie wspomina ani słowem o moralnym – nawet jeśli chwilowo niewykonalnym – obowiązku oddawania w ramach możliwości zagrabionej własności innych grup społecznych, między innymi ziemian czy mieszczaństwa? Wydaje się to rażącym naruszeniem zasady solidarności, o którą upominał się – choć nie w tym kontekście – Jan Paweł II.

11) Dlaczego język, którym Kościół oficjalnie przemawia, jest tak beznadziejnie drętwy, banalny i nudny? Czy to nieuniknione? Ma to miejsce zarówno w listach episkopatu, jak i w kazaniach czy – jak słyszałem – w katechezie szkolnej. Mam nieodparte wrażenie, że duchowni nie mówią od siebie, tylko w imieniu jakiejś bezosobowej instancji. To dowodzi, że nie przeżywają naprawdę tego, o czym mówią, a przede wszystkim, że utracili od dawna kontakt z ludźmi, wyobcowując się poniekąd ze świata konkretnych, zwykłych, zwłaszcza młodych ludzi.

12) Dlaczego Kościół ocenił „Tygodnik Powszechny” jako pismo niekatolickie – choć był nim i pozostał zawsze – tylko dlatego, że kiedyś wyraził się krytycznie o którejś z jego decyzji (katechezie w szkole, jeśli się nie mylę)? Tymczasem „Tygodnik” to w zasadzie jedyne pismo katolickie dla inteligencji, które, jak każde pismo, może być omylne, ale skłania do myślenia – no i bądź co bądź jego redaktorem naczelnym jest znany ksiądz.

13) Dlaczego Kościół w sprawie religii w szkole nie chce przystać na jedyne, jak się zdaje, sensowne rozwiązanie: żeby szkoła dostarczała tak ważnej dla ogólnej kultury, obiektywnej (jak przystało na szkołę) wiedzy o religiach, ze szczególnym uwzględnieniem chrześcijaństwa, jego historii, doktryny i etyki, a Kościół prowadził katechezę religijną jak dawniej w parafiach, wiążąc w ten sposób dzieci i młodzież z całym życiem wspólnoty parafialnej?

14) Dlaczego nasz Kościół do tego stopnia zapomniał o soborowym odkryciu (a raczej przypomnieniu) idei Ludu Bożego, o tym, że między duchowieństwem a świeckimi panuje jedynie różnica rodzaju powołania, a nie powołania jako takiego? I dlaczego tak słabo stara się mieć żywy kontakt ze świeckimi (poza wpływowymi politykami!), a także tak niechętnie zaprasza ich do współpracy – choćby poprzez powierzanie im odpowiedzialności za finanse parafii w ramach rad parafialnych?

15) Dlaczego w Kościele – chyba nie tylko polskim zresztą – tak mało jest ducha wolności, a tak dużo lęku i serwilizmu?! Dlaczego wciąż jeszcze jest instytucją zniewoloną i represywną, w której liczy się przede wszystkim posłuszeństwo, a nie dialog i szacunek dla człowieka? Dlaczego w Kościele tyle jest strachu, a tak mało ufności w obecność Boga w ludziach? Dlaczego jest często „oblężoną twierdzą”?

 

Wszystko, co tu napisałem, nie przesłania mi pamięci o wielu wspaniałych księżach czy zakonnikach i zakonnicach, których znamy i znaliśmy z moją żoną osobiście, a także właśnie o wychodzących od ludzi Kościoła inicjatywach bycia-z-ludźmi. Dlatego Kościół polski jest dla mnie pomimo wszystko miejscem, w którym nieraz prześwieca Chrystusowa prawda. A jednak tamte głębokie cienie pozostają i nic nie może ich zasłonić ani usprawiedliwić.

Jak zatem wyobrażam sobie polski Kościół przyszłości?

Ojciec Wiśniewski postuluje tworzenie zespołów badawczo-dyskusyjnych na szereg tematów – tak, sądzę, że byłby to dobry sposób na przewentylowanie wielu spraw. Ale wydaje mi się, że zaistnienie takich zespołów zakłada coś znacznie ważniejszego: jakąś zasadniczą metanoię, nawrócenie tyleż moralne, co intelektualne. Właśnie brak myślenia oraz woli przewentylowania przedsoborowych sposobów widzenia Kościoła i świata, brak głębokiego przyswojenia nauk II Soboru Watykańskiego i Jana Pawła II na wiele tematów, a także brak pozytywnego, życzliwego, pozbawionego lęku i przesadnego krytycyzmu obserwowania współczesnej Polski – oto co, jak mi się zdaje, temu Kościołowi doskwiera. Chciałoby się powiedzieć – choć może to trącić pychą z mojej strony – że jest to Kościół nie dość mądry, nie dość inteligentny, intelektualnie kompletnie nieelastyczny i niedostrzegający dokonujących się w ludziach, zwłaszcza młodzieży, przemian. A przecież Kościół jest dla ludzi, powinien być świadkiem miłości i „trzeźwego myślenia”. Ma „napominać w porę i nie w porę”, ale przede wszystkim – jak uczy Sobór – ma być znakiem życzliwości, miłości i otwartości, a nie korporacyjnego zamknięcia i samozadowolenia, albo też właśnie lęku. Powinien rozważnie oceniać, co pierwszoplanowe, a co drugorzędne. Powinien pogodnie afirmować przemiany, w skutek których staje się fundamentalną, ale przecież de facto nie jedyną propozycją ideową dla ludzi. Powinien zobaczyć, że etyka, przestrzeganie praw człowieka, bezinteresowna pomoc nie są bynajmniej monopolem ludzi wierzących: religia nie redukuje się przecież do etyki, lecz nadaje jej eschatologiczny wymiar „Królestwa Bożego”. Kościół powinien przede wszystkim afirmować narodzone życie i ludzką wolność. A ponadto przestrzegać bezwzględnie reguł zwykłej przyzwoitości i cywilizacji. Przyszłość Kościoła widzę przede wszystkim w zakonach i małych wspólnotach modlitewnych, we wszystkim, co – jak mówił profesor Stefan Swieżawski – przybliża Kościół „ubogi, służebny i wspólnotowy”.

Nie wiem, jak do tego może dojść. Ale wiem, że bez tego Kościół będzie się nieuchronnie negatywnie marginalizował i przestanie być „światłem dla świata”.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata