70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Na pokładzie Arki

W 1964 roku Jean Vanier, syn 19. gubernatora Kanady, oficer marynarki wojennej jeszcze niedawno służący na lotniskowcach, zaprasza dwóch ludzi z upośledzeniem umysłowym, Rapheala Simiego i Philippa Seux, żeby zamieszkali razem z nim i zgodzili się dzielić radości i trudy dnia codziennego. Tak powstaje w Trosly-Breuil we Francji pierwsza wspólnota Arki (L’Arche), w której żyją osoby upośledzone i ich asystenci. Dziś Arka jest międzynarodową federacją wspólnot lokalnych rozsianych w 34 krajach świata. Dyrektora jednej z nich – Arki w Brukseli – pytamy o to, skąd dziś biorą się ludzie, którzy mieszkają razem z jego podopiecznymi.

Chciałabym dziś porozmawiać z Panem o Arce od kuchni. Od wielu lat koordynuje Pan pracę wolontariuszy Arki we frankofońskich regionach Belgii – Walonii i Brukseli. Można śmiało powiedzieć, że ci ludzie są ogromną pomocą dla Waszej kadry.

Tak, to prawda, ale ta sytuacja jest wypadkową wielu czynników. Nie do końca jest to model, który został tak zaplanowany czy wybrany spośród wszystkich innych. W pewien sposób po prostu się mu poddajemy. Jedną z przyczyn jest kwestia finansowa – w Belgii Arka nie jest dotowana ani przez państwo, ani przez władze lokalne. Po drugie, staramy się co prawda wychodzić z założenia, że nikt nie powinien zastępować wykwalifikowanych pracowników, ale gdybyśmy zrezygnowali z pomocy wolontariuszy, nasza działalność musiałaby się zakończyć. W samej Brukseli oznaczałoby to utratę domu dla około trzydziestu osób niepełnosprawnych. Przed takim wyborem stoimy. Ale po trzecie, muszę to podkreślić, nawet gdybyśmy otrzymywali wsparcie finansowe od państwa, i tak starałbym się zachować ten model organizacji pracy, który pozwala nam zachować wyjątkowy charakter Arki – jej otwartość. Wolontariusze, którzy najczęściej przyjeżdżają spoza Belgii, są dla nas oknem na świat, na inne kultury i inne sposoby pojmowania rzeczywistości. To nas ogromnie wzbogaca jako wspólnotę. Jedyne, co chciałbym zmienić, to żeby nasza współpraca była zupełnie wolnym wyborem, niezależnym od czynników finansowych. Ale nigdy z niej nie zrezygnuję, ponieważ obcowanie z innymi kulturami jest nieocenioną wartością.

Podejrzewam, że współpraca z wolontariuszami niekiedy jest też wyzwaniem.

Pewne problemy są oczywiście wpisane w sam charakter takiego projektu. Czasami trudno jest zachować ciągłość i spójność pedagogiczną pracy z niepełnosprawnymi, ponieważ wolontariusze zmieniają się co kilka miesięcy. Osoby, które do nas przyjeżdżają, mają różne predyspozycje, różną wrażliwość, przygotowanie do stawianych przed nimi zadań. Z jednymi musimy pracować więcej, zanim poczują się pewnie w roli asystenta osoby niepełnosprawnej, z innymi mniej. W każdym razie lubię ich różnorodność widzieć jako wartość, bo dużo się od nich uczymy, każdy wnosi coś innego. W zamian nasi współpracownicy przeżywają często ważne i ciekawe momenty, które czasem wpływają na ich dalsze wybory życiowe.

Dlaczego tak wielu Waszych wolontariuszy pochodzi spoza Belgii?

Jest to podyktowane głównie zawiłościami prawa belgijskiego, które zdaje się nie brać pod uwagę takich organizacji jak nasza. Pozwala ono zatrudniać wykwalifikowanych pracowników, ale ten typ kariery nie jest szczególnie w naszym kraju popularny. Pamiętajmy też, że Arka nie ma imponujących zasobów finansowych, którymi mogłaby kusić profesjonalistów. Możemy również zaproponować wolontariat osobom bezrobotnym w zamian za skromne wynagrodzenie, którego minimalna wysokość też jest ustalona prawnie, ale wtedy ci ludzie nie mogliby pomagać nam częściej niż dwa–trzy razy w tygodniu. Gdyby pracowali z nami więcej, szybko przekroczyliby próg dochodów, jakie może mieć osoba zarejestrowana jako bezrobotna. Dlatego Belgowie pomagają nam w bardzo ograniczonym wymiarze. Mamy za to łatwy dostęp do europejskich programów promujących współpracę wolontariuszy na poziomie międzynarodowym.

Czyli z pomocą przychodzi Komisja Europejska.

Właśnie tak. Program Wolontariatu Europejskiego jest dla nas dużym wsparciem, szczególnie kiedy szukamy kontaktu z organizacjami zrzeszającymi wolontariuszy, ale mimo to mam do tego systemu kilka zastrzeżeń. Jest on pomyślany w taki sposób, że w centrum stawia wolontariusza, a nie projekt czy organizację przyjmującą. Często zdarza się, że organizacje wysyłające mają nikłą wiedzę na temat przedsięwzięcia, w którym ich wolontariusze będą brać udział, co zawsze utrudnia współpracę, niezależnie od tego, czy pracujesz w Arce czy w innej instytucji. W podejściu Komisji Europejskiej dużo jest teoretyzowania na temat wolontariatu i rozwiązań niestety oderwanych od praktycznych potrzeb danego projektu. O ile wiem, początkowe założenia nie zostały jeszcze poddane ocenie, której wynik zaowocowałby jakimiś zmianami dostosowującymi ten model do oczekiwań organizacji przyjmujących, co jednocześnie ułatwiłoby życie osobom przyjeżdżającym z nami pracować.

Innym problemem, tym razem związanym już bezpośrednio z charakterem Arki, jest większa popularność projektów kulturalnych niż socjalnych. Chodzi mi o popularność nie tyle wśród wolontariuszy, bo oni przyjeżdżają do nas, często nie korzystając z rozwiązań unijnych, ile wśród osób z agencji państwowych ustalających priorytety przy podziale środków finansowych płynących ze wspomnianych programów. Być może wydarzenia kulturalne bardziej przemawiają do ich wyobraźni.

Co może być przeszkodą, kiedy ktoś zgłasza Wam bezpośrednio chęć przyjazdu i współpracy? W takim przypadku możemy założyć, że kandydat wie, czym dokładnie się zajmujecie.

Niektórzy twierdzą, że przeszkodą może być język. W końcu praca wolontariuszy w Arce to praca pedagogiczna i komunikacja jest wtedy bardzo istotna. Potrafię zrozumieć logikę tego argumentu, ale wieloletnia praktyka pokazuje, że bez znajomości języka też można szybko nawiązać pierwszy kontakt, a później budować głębsze więzi. Moim kolegom zdarza się zarzucać mi, że utrudniam im ich pracę, bo przecież gdybym przyjmował tylko frankofonów przekazywanie obowiązków czy szkolenia zajmowałyby o wiele mniej czasu. Wierzę jednak, że komunikacja bardziej zależy od dobrej woli niż zdolności werbalnych. Jeśli ktoś posługuje się tylko angielskim, to już na początek wystarczy.

Czy to znaczy, że zgadza się Pan na przyjazd każdej osoby, która się do Was zgłasza?

Nie, zdecydowanie nie. Jest kilka etapów, które pojawiają się podczas każdej rekrutacji – wymieniamy maile, rozmawiam z każdym kandydatem kilka razy przez telefon. Często na tym etapie już widać, czy nie pojawiają się jakieś niespójności w przedstawianej motywacji. Zdarzyło się kiedyś, że dostaliśmy kilka listów pełnych pięknych słów, a w rozmowie okazało się, że były one pisane nie przez potencjalnego wolontariusza, ale jego rodziców, którzy chcieli wykorzystać Arkę jako alternatywny środek wychowawczy. Czasem kandydaci są bardziej zainteresowani samym pobytem w Brukseli niż życiem z niepełnosprawnymi. Zgadzam się na przyjazd wolontariusza, dopiero gdy wyczuwam, że jest on otwarty na spotkanie, na inność, na niepełnosprawność. Niestety nie zawsze da się to sprawdzić na odległość. Dlatego przed podpisaniem umowy uzgadniamy, że po miesiącu dokonamy oceny, czy obecność w Arce danej osoby jest rzeczywiście dobrym rozwiązaniem dla nas i dla niej. Jeśli dla którejkolwiek ze stron ten pobyt jest zbyt trudny, każde z nas ma prawo podjąć decyzję o zakończeniu współpracy. Tak więc mamy te trzy etapy rekrutacji – wymiana maili, rozmowy i ostatecznie pierwsze dni u nas na miejscu. To daje dużo możliwości, żeby odrzucić tych, którzy budzą nasze wątpliwości, ale muszę przyznać, że rzadko zdarza mi się komuś odmówić.

Wiem, że współpracowaliście także z wolontariuszami, którzy sami mają poważne problemy ze wzrokiem lub są niemi.

Bywa, że zgłaszają się osoby niewidome lub niesłyszące. To są zawsze sytuacje wymagające od nas dużej delikatności, bo rozterek, czy to na pewno dobry pomysł, nie da się ukryć. Ale ostatecznie uważam, że skoro ktoś wyraża gotowość pracy z nami, musi być osobą w dużym stopniu samodzielną. Niedawno spędził u nas kilka tygodni człowiek niemy i niesłyszący. Pracował jako asystent niepełnosprawnych.

Jak ocenia Pan decyzję o podjęciu z nim współpracy?

Bardzo dobrze, ponieważ był to ktoś prawdziwie otwarty. Osobowość i nastawienie są dla mnie kluczowe. Podobnie zresztą jak dla osób niepełnosprawnych, dla których język rzadko jest najważniejszym narzędziem w kontaktach ze światem. Oczywiście byli wśród naszej stałej kadry i tacy, którzy delikatnie mi sugerowali, że praca z tym wolontariuszem stanowi jednak pewną trudność. Odpowiedziałem, że jeśli mają problem z komunikacją, mogą się nauczyć języka migowego. To powinno im ułatwić porozumiewanie się. Chcę powiedzieć, że wszystko zależy głównie od nastawienia, w tym wypadku naszych pracowników.

Dlaczego tak ważne jest dla Pana otwarcie na drugiego? Mówił Pan o różnorodności i bogactwie perspektyw, jakie wnoszą wolontariusze pochodzący z różnych stron świata. Dlaczego ta różnorodność jest tak istotna w organizacji zajmującej się jednak po pierwsze opieką nad niepełnosprawnymi?

Jestem przekonany, że dla naszych podopiecznych jest szalenie istotne, że gdzieś tam w dalekim świecie mają przyjaciół, którzy przejmują się ich losem, dla których są ważni. Może nie zawsze dają to po sobie poznać, ale są świadomi różnic kulturowych. Czasami wydaje się nam, że niepełnosprawni myślą w jakiś nie do końca określony, ale zupełnie inny od naszego sposób, a wcale tak nie jest – każdy przecież wie, że dobrze jest mieć kontakty w różnych miejscach na ziemi. A przy tym oni są bardzo świata ciekawi, zawsze przepytują wolontariuszy, skąd są, jak się żyje w ich kraju, czy ludzie są tam biedni, jakie tam żyją zwierzęta, a nawet czy ktoś planuje pojechać na organizowane tam za jakiś czas Dni Młodzieży czy paraolimpiadę.

Pamiętajmy też, że mówimy o Belgii, kraju, którego mieszkańcy mieli i ciągle mają o wiele więcej kontaktów z kulturą Afryki niż na przykład Polacy. Żyją u nas osoby niepełnosprawne, które spędziły dzieciństwo pod opieką afrykańskich niań, jeżdżąc na słoniach, ale są też osoby z rodzin, które na taką bliskość Konga reagowały ksenofobią. Łatwo zrozumieć, kto miał jaką historię, kiedy pojawia się na przykład francuska wolontariuszka o ciemnej skórze. W ten sposób dochodzimy do tego, co jest istotą naszej organizacji – nie możemy wymagać od wolontariuszy otwartości na podopiecznych, którym pozwolilibyśmy pielęgnować swoje lęki przed ludźmi różniącymi się od nich. W każdym razie ja tak to rozumiem. Uważam, że Arka jest z natury międzynarodowa, co nie oznacza, że jest jakąś układanką powstałą ze wspólnot w wielu krajach, ale że różnorodność jest wpisana w życie wspólnotowe. Wielokulturowość to dla nas codzienne doświadczenie. Choć oczywiście jest z nią trochę tak, jak z muzyką klasyczną – jest ogólnie dostępna, ale nie wszyscy doceniają ją w równym stopniu.

Otwartość to wyzwanie, które stawiacie też przed rodzicami osób z niepełnosprawnością, którzy różnym ludziom muszą zaufać, jeśli chcą być częścią Arki. W jaki sposób udaje się Wam stworzyć model opieki nad słabszymi, w którym wszystkie te osoby się odnajdują?

To jest pytanie, które ciągle sobie stawiamy. Założenie jest takie, żeby pozwolić każdemu z tych ludzi – osobom z niepełnosprawnością, rodzinom, pracującym u nas opiekunom – wzrastać i odnajdować należne im miejsce; szczególnie ważne jest, żeby nie odbierać rodzicom możliwości uczestniczenia w życiu ich dzieci. Z tym, że nie należy Arki idealizować – w praktyce nie zawsze udaje nam się to osiągnąć i łatwo wpadamy w pułapkę rywalizacji. Jest to zrozumiałe, bo rodzice nie chcą tracić kontaktu z dzieckiem, a wolontariusze chcą pokazać, że w nowej sytuacji i nowym miejscu osoba niepełnosprawna znajdzie nie tylko odpowiednią opiekę, ale też przyjaciół. Jeśli któraś ze stron nie zachowa w tym momencie pokory, mogą się wtedy pojawiać takie emocje jak poczucie odrzucenia czy zazdrość. Niekiedy zachowanie równowagi między wszystkimi tymi ludźmi dobrej woli jest wyzwaniem, ale najważniejsze, żeby pamiętać, do czego dążymy.

Wydaje mi się, że kluczowe jest tu szukanie takiego rozwiązania, które pozwoli wszystkim zainteresowanym przyjąć za swój cel dążenie do… doskonałości. Nie chodzi o żaden elitaryzm, który jest podejściem wprowadzającym podziały i wykluczenie. Myślę o dążeniu do doskonałości jako stawianym sobie wymogu dawania z siebie tego, co najlepsze, w takiej sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy. Często jest to troska o to, żeby dla nikogo nie zabrakło miejsca we wspólnocie.

A wszystko po to, żeby osoby z niepełnosprawnością też miały szansę dążyć do doskonałości.

Otóż to. One tak naprawdę przeżywają dorastanie bardzo podobnie jak ich bracia i siostry. W pewnym momencie pojawiają się pytania, dlaczego inni się wyprowadzają, zaczynają własne życie, a oni nie. Opuszczenie domu rodzinnego jest trudnym doświadczeniem, ale jeszcze trudniejsze jest poczucie bycia innym. Na szczęście gorycz łagodzi satysfakcja z nowo odkrywanej samodzielności. Pojawiają się kolejne wyzwania, konfrontacja z normalnością, kolejne okazje, żeby przekroczyć swoje ograniczenia. Jak w życiu każdego z nas.

Dla rodziców ten etap, kiedy niepełnosprawne dziecko zaczyna nowe życie bez nich, jest zapewne trudny. Jak to się dzieje, że obdarzają Was zaufaniem? Osoby niepełnosprawne mieszkają razem z wolontariuszami, którzy zmieniają się co kilka miesięcy. Jak dochodzi do tego, że rodzice, którzy nie wiedzą, kto pojawi się w tym domu za rok, za dwa lata i później, zgadzają się, żeby ich dziecko przeniosło się do Arki?

Należałoby pewnie zapytać o to rodziców. Ale na ile ich znam, a współpracujemy już od dłuższego czasu, rodzice potrafią wyczuć, czy ich dziecko ma się dobrze, czy nie dzieje się mu krzywda. Asystenci się zmieniają, ale nie są to ludzie zupełnie przypadkowi. Już sama chęć dzielenia życia przez rok z nieznajomymi niepełnosprawnymi coś o nich mówi. Wolontariusze byli w Arce w Brukseli od samego początku, czyli od 1971 roku, i praktyka pokazuje, że ten system działa. Ale znowu muszę to powiedzieć – nie należy Arki idealizować, znamy swoje ograniczenia. Nie każda osoba niepełnosprawna może u nas mieszkać. Jeśli przyjrzymy się, kim są nasi podopieczni, to okaże się, że połowa z nich to osoby z zespołem Downa. To nie znaczy, że się w tym specjalizujemy. Ale takie osoby mają naturalne predyspozycje do życia we wspólnocie, do tworzenia relacji. Mają duży wkład w powodzenie przedsięwzięcia, jakim jest Arka. Jestem pewny, że gdyby w którymś z naszych domów nie było nikogo z zespołem Downa, to szybko zaczęłyby się tam pojawiać problemy, których teraz nie znamy. Arka nie jest rozwiązaniem dla wszystkich. I znów przypomnę o dążeniu do doskonałości, które jak widać, bardzo łączy się z pokorą – zawsze trzeba szukać takich rozwiązań, w których będziemy dawać nam wszystkim możliwość najpełniejszego rozwoju. Jeśli to jest naszym celem, jasne się staje, że nie każdy wolontariusz i nie każda osoba z niepełnosprawnością znajdzie takie optymalne warunki u nas.

Wiem też, że dla wielu rodziców ważny jest chrześcijański charakter Arki. Nasi wolontariusze nie zawsze są chrześcijanami, nie wymagamy tego, ale żyjemy według wartości chrześcijańskich i to jest dla rodzin jasne. Wydaje mi się, że chodzi w tym bardziej o swego rodzaju „gwarancję jakości” niż praktykę religijną naszych podopiecznych. Ci ostatni mają w tej kwestii też coś do powiedzenia i nie zawsze chcą brać udział w nabożeństwach i modlitwach. W każdym razie duchowe zaplecze Arki budzi zaufanie. Poza tym jesteśmy postrzegani przez pryzmat aury naszego założyciela, Jeana Vaniera – skoro on jest dobrym człowiekiem, to Arka nie może być inna. Nie mówiąc już o tym, że najlepszą reklamą są mieszkający z nami niepełnosprawni, których spotykają rodzice, zanim podejmą decyzję dotyczącą ich dziecka.

Ale na decyzji się nie kończy…

Zazwyczaj nie to jest dla rodziców największym problemem, żeby podjąć decyzję o współpracy z Arką – są to ludzie świadomi, że ich kiedyś zabraknie, więc już teraz chcą swoim bliskim pomóc rozpocząć bardziej samodzielne życie. Sama decyzja to dopiero pierwszy krok. Jakiś czas temu przyjęliśmy do jednego z domów nowego podopiecznego. Jego matka była bardzo pozytywnie do Arki nastawiona, proponowała swoją pomoc przy organizacji przyjęć urodzinowych, w różnych pracach domowych etc. Spędzała z nami coraz więcej czasu. Szybko zorientowaliśmy się, że mimo świadomie podjętej decyzji, nie była gotowa, żeby pozwolić synowi dorastać bez siebie, na własny rachunek. Innymi słowy ufność, że Arka jest właściwym miejscem dla kogoś bliskiego, nie jest punktem wyjścia, ale przychodzi z czasem. Najbardziej spokojni są rodzice osób, które mieszkają z nami od wielu lat. A to oznacza, że zaufanie wyrasta z doświadczenia i ze świadomości, że ostatecznie wiemy, co robimy, pracując w ten, a nie inny sposób. Można więc wyciągnąć wniosek, że nasi wolontariusze są godni zaufania.

Katolickie korzenie Arki budzą zaufanie rodziców, ale niekoniecznie urzędników odpowiedzialnych za przyznawanie dotacji organizacjom takim jak Wasza. Dlaczego tak trudno jest Wam otrzymać dofinansowanie ze środków państwowych i lokalnych przeznaczonych na opiekę nad niepełnosprawnymi?

I wracamy do tematu pieniędzy. Rzeczywiście, mimo że przynależność religijna naszych podopiecznych odzwierciedla całkiem nieźle proporcje społeczeństwa belgijskiego, wciąż trudno nam udowodnić, że jesteśmy otwartą wspólnotą i służymy społeczeństwu bez względu na wyznanie. Belgia jest w specyficzny sposób krajem świeckim. Zasada rozdziału Kościoła od państwa niekiedy skutkuje tym, że jeśli organizacja taka jak nasza kojarzy się z religią, to nawet jeśli będzie spełniać wszystkie kryteria dotyczące dofinansowania, może i tak mieć trudności z otrzymaniem środków na działalność z budżetów lokalnych i państwowych. A przecież wiele organizacji pozarządowych, które w jakiś sposób pomagają słabszym, było zakładanych przez ludzi religijnych, którzy swoje wartości wprowadzali w życie właśnie w ten sposób! To nie musi oznaczać, że dzisiaj zajmują się promowaniem któregoś z wyznań.

Na naszej stronie internetowej można znaleźć informacje o historii i katolickich korzeniach. To ulubiony argument biurokratów. Być może trzeba będzie stworzyć nową stronę. Albo dalej ufać, że wolontariusze nas nigdy nie zawiodą.


JEAN-PIERRE AUSSEMS, dyrektor wspólnoty L’Arche Bruxelles, koordynator wolontariuszy Arki Belgii frankofońskiej.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata