70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Na rozstajach, Kościół w Polsce A.D. 2011

Kościół w Polsce będzie musiał podjąć wysiłek myślenia –  przede wszystkim o relacji pomiędzy religią a nowoczesnością i sposobie obecności w życiu publicznym: w państwie i pluralistycznym społeczeństwie. A także o roli indywidualnego sumienia i kwestii wolności. Od tych problemów nie da się już dziś uciec, bo przecież lada dzień na nowo zacznie się debata o in vitro, a na scenę polityczną wejdzie nowa formacja, otwarcie odwołująca się do agresywnego antyklerykalizmu.

Jesienią 2010 roku odsłonięto w Świebodzinie pomnik Chrystusa Króla. Ze względu na rozmiary monumentu (ok. 36 metrów, a razem ze specjalnie usypanym kopcem – ponad 50 metrów) wydarzenie to należałoby wpisać do Księgi rekordów Guinnessa, ja widzę w nim natomiast wskazówkę dotyczącą jednego z możliwych kierunków rozwoju polskiego katolicyzmu. Można by go nazwać „odgórnym”, patriarchalnym, klerykalnym. Trafnie opisał go kiedyś ks. Józef Tischner, relacjonując spór proboszcza z artystą malarzem o sposób przedstawiania obecności w świecie tego, co święte. Chodziło o wizerunek Brata Alberta: czy powinien on górować nad ubogimi i z wysoka podawać im chleb – taka właśnie była propozycja księdza – czy też raczej przed nimi klęczeć .

Ów Tischnerowski tekst całkiem niedawno przypomniał na tych łamach ks. Tomáš Halík, a jego analiza znakomicie oddaje, moim zdaniem, sposób myślenia wielu polskich duszpasterzy i hierarchów: „Kościół rozumie siebie jako właściciela Chrystusa, prawdy i wiary – i dlatego może dawać to, co ” . Powiedzmy otwarcie: nie ma w tym nic złego, bo przecież kiedy mówię „Kościół”, mam na myśli ludzi, którzy rzeczywiście pragną naśladować Jezusa, a nie jakichś „cwaniaków w sutannach”. Tak pojmowany Kościół chce „posiadać”: żeby wspierać, pomagać, pokazywać drogę, pouczać. To właśnie dlatego – dla dobra ludzi! – niektórzy chcieliby czasem ingerować w wyniki wyborów, piszą listy do parlamentarzystów, na przykład w sprawie in vitro, domagają się zwrotu majątku kościelnego i budują gigantyczne pomniki Króla Wszechświata – żeby były widoczne z daleka niczym latarnie morskie dla błądzących.

Ale jest i drugi, alternatywny kierunek rozwoju polskiego katolicyzmu – wskazywał nań już opisywany przez Tischnera artysta malarz. Symbolem tego kierunku może być zaproszenie do Warszawy Monastycznych Wspólnot Jerozolimskich i przekazanie im jednej ze stołecznych świątyń, również konsekrowanej jesienią 2010 roku. A ponieważ stoi ona blisko stadionu Legii, w czasie jej poświęcenia było dosyć głośno z powodu rozgrywanego akurat meczu. Nawiązał do tego arcybiskup Kazimierz Nycz: „Nie da się przekrzyczeć zgiełku współczesnego świata czy go zakazać; nie da się przeczekać i powiedzieć: będziemy wam głosić Ewangelię wtedy, gdy się świat uciszy i uspokoi, a fale morza współczesności staną się bezpieczne”. Te słowa korespondują z „Regułą życia” Wspólnot Jerozolimskich. Ich członkowie nie uciekają bowiem od świata na pustynię, ale idą w sam środek współczesnego miasta, żeby modlić się za jego mieszkańców i je – właśnie od wewnątrz, niejako „od dołu” – przemieniać.

Wyraźnie rysują się tu dwie różne wizje Kościoła. Istnieje pomiędzy nimi nieuchronne napięcie, zwłaszcza wtedy, gdy rozważamy je w postaci modelowej. Od tego, za którą z tych wizji opowie się w najbliższych latach Kościół w Polsce, zależeć będzie, jak sądzę, jego przyszłość. Bo, co tu kryć, gołym okiem widać spadek religijności polskich katolików.

Weźmy na przykład uczestnictwo w niedzielnej mszy świętej, tak zwane dominicantes: w roku 2008 brało w niej udział średnio 40,4 procent katolików; wcześniej, w latach 1991–2007, wskaźnik ten wahał się w granicach 47,6–43,1 procent, a granicę 50 procent przekroczył po raz ostatni w roku 1990. I choć rok później (2009) mieliśmy do czynienia z nieznacznym wzrostem dominicantes do poziomu 41,5 procent, to – jak przyznają pracownicy Instytutu Socjologii Kościoła Katolickiego – „może to być wyrazem dalszej tendencji spadkowej”, to znaczy trwałego już usytuowania się poniżej progu 43 procent. Czy faktycznie tak się stanie, pokażą wyniki lat następnych – ostatnie badanie frekwencji odbyło się 24 października 2010 roku, ale ich rezultat nie jest jeszcze znany. Podobnie pesymistyczne wnioski można by wysnuć, analizując dane dotyczące ślubów kościelnych i rozwodów, a także poziomu utożsamienia się polskich katolików z nauczaniem Kościoła na przykład w kwestii antykoncepcji czy zapłodnienia in vitro. Osobną – a przecież dla życia religijnego fundamentalną – kwestią pozostaje znajomość podstawowych prawd wiary; chodzi, rzecz jasna, o ogół tych, którzy przyznają się do katolicyzmu, a nie o członków małych wspólnot świadomie pogłębiających swą wiarę. Spada też zaufanie okazywane Kościołowi jako instytucji: we wrześniu 2010 jego działalność pozytywnie oceniało 54 procent Polaków, negatywnie zaś – 35 procent. Dla porównania: jeszcze w czerwcu tego roku pozytywnie nastawionych do Kościoła było 64 procent, a negatywnie – 25 procent (CBOS). W międzyczasie odbyły się wybory prezydenckie, poprzedzone kampanią wyborczą, w którą bardzo jednostronnie zaangażowało się wielu księży; potem cały kraj zelektryzowała tak zwana sprawa krzyża na Krakowskim Przedmieściu, a polski episkopat – jako całość – wyraźnie nie potrafił sobie z nią poradzić. Obawiam się, że pod koniec roku 2010 – między innymi po ujawnieniu nieprawidłowości w działaniu Komisji Majątkowej i wypowiedzi jednego z biskupów na temat ekskomuniki dla katolickich parlamentarzystów szukających kompromisu w kwestii zapłodnienia in vitro – te wyniki mogłyby być dla Kościoła jeszcze mniej korzystne. Oczywiście, zawsze można się pocieszać i łagodzić wymowę statystyk. Opowiadać na przykład o złej pogodzie, żeby wyjaśnić niską frekwencję na niedzielnej mszy, albo pokazywać, że w innych krajach europejskich jest jeszcze gorzej. Można zrzucać winę na antyklerykalne media propagujące czarny PR Kościoła. Można też chwalić się wysokim procentem dzieci i młodzieży objętych – formalnie – katechizacją. To wszystko prawda, ale… Powiem tak: trzeba być ślepym, żeby nie widzieć poziomu demoralizacji polskiego – wciąż jeszcze masowo przyznającego się do katolicyzmu – społeczeństwa. Mówię tu nie o laicyzacji, ale właśnie o demoralizacji! Na dowód tego wystarczy przytoczyć dane na temat przestępczości (także wśród nieletnich), oszustw, kradzieży, przemocy domowej, różnego rodzaju uzależnień, brutalizacji języka etc. Blisko ćwierć wieku temu mówił polskiemu Kościołowi Jan Paweł II: „nie zapominajcie, że nasza własna, polska Ojczyzna wciąż potrzebuje nowej ewangelizacji. Podobnie jak cała chrześcijańska Europa. Po setkach lat – i tysiącleciach – wciąż na nowo! Cała Europa stała się kontynentem nowego wielkiego wyzwania dla Ewangelii. I Polska też”. Oto najważniejsze wyzwanie stojące przed Kościołem A.D. 2011. Ale żeby je podjąć i mu sprostać, ten Kościół – jako instytucja i wspólnota – musi się najpierw nawrócić. Naprawdę żyć Ewangelią (a nie pozorami chrześcijaństwa, tym, co Ewangelią nam się tylko wydaje) – i w ten sposób stać się jej wiarygodnym świadkiem. Właśnie: najpierw świadkiem, a dopiero potem głosicielem. Jeśli tego nie uczyni (a dokładniej: jeśli my tego nie uczynimy!), to cała ta „nowa ewangelizacja” będzie jedynie działaniem pozornym. Rzucaniem grochu o ścianę. Trzeba też podjąć wysiłek myślenia – przede wszystkim o relacji pomiędzy religią a nowoczesnością i sposobie obecności Kościoła w życiu publicznym: w państwie i pluralistycznym społeczeństwie (dramatycznie uświadomiły nam to wydarzenia, które latem 2010 roku obserwowaliśmy pod Pałacem Prezydenckim). A także o roli indywidualnego sumienia i kwestii wolności. Od tych problemów nie da się już dziś uciec, bo przecież lada dzień na nowo zacznie się debata o in vitro, a na scenę polityczną wejdzie nowa formacja, otwarcie odwołująca się do agresywnego antyklerykalizmu. Pytanie tylko: jak tego dokonać –to znaczy, jak rozpocząć w Kościele taki twórczy namysł – i kto może i powinien wystąpić z podobną inicjatywą? W ciekawej dyskusji: Co sprawa krzyża powiedziała nam o polskim Kościele?, opublikowanej niedawno na łamach„Znaku”, wyraźnie pojawił się problem braku przywództwa w Kościele w Polsce. Takim przywódcą (całego Kościoła, a nie jakiejś w nim frakcji) nie jest ani arcybiskup Józef Michalik, ani nowy prymas arcybiskup Józef Kowalczyk (choć obaj mieliby ku temu formalny tytuł), ani kardynał Stanisław Dziwisz (choć wiązano z nim wielkie nadzieje). Być może w przyszłości kimś takim mógłby okazać się metropolita warszawski Kazimierz Nycz, mianowany ostatnio kardynałem, co radykalnie wzmacnia jego pozycję w episkopacie; najpierw jednak on sam musi wyciągnąć wnioski z błędów popełnionych przy rozwiązywaniu sprawy krzyża. Niemniej jedną rzecz można już dziś o nim powiedzieć: jest świetnym organizatorem i ma wizję duszpasterską, co pokazał, tchnąc nowego ducha w ideę budowy Świątyni Opatrzności. Przy okazji warto zauważyć, że w 2011 ro ku kilku biskupów diecezjalnych przejdzie na emeryturę (albo przynajmniej złoży na ręce Papieża prośbę o dymisję). Znajdzie się wśród nich aż trzech arcybiskupów: Nowak (Częstochowa), Zimoń (Katowice) i Ziółek (Łódź). Wejdziemy w ten sposób w kolejny etap wielkiej zmiany pokoleniowej w Konferencji Episkopatu Polski, która może mieć wpływ na język kościelnego przekazu, gotowość do otwartej rozmowy o tym, co trudne, i jakość duszpasterstwa – na przykład większe niż dotąd zrozumienie problemów współczesnego świata. To będzie również czas reformy studiów seminaryjnych: jesienią w seminariach duchownych wprowadzony został okres propedeutyczny, proponujący „wstępną formację: ludzką, chrześcijańską, intelektualną i duchową” kandydatów do kapłaństwa, konieczną ze względu na różne domy, szkoły i sytuacje życiowe, z których wywodzą się ci młodzi ludzie.
Dla Kościoła jako instytucji istotny będzie również sposób obecności w polskim Kościele nowego nuncjusza apostolskiego arcybiskupa Celestino Migliore. Niedawno zastąpił on arcybiskupa Józefa Kowalczyka, który pełnił tę funkcję (w dodatku we własnej ojczyźnie!) przez ponad dwadzieścia lat, co samo w sobie jest już ewenementem. Przysłanie do Warszawy Włocha i zawodowego dyplomaty, podlegającego rygorom kadencyjności, odczytuję jako znak uznania sytuacji Kościoła w Polsce za normalną i niewymagającą ze strony Stolicy Apostolskiej żadnych środków nadzwyczajnych.

Ważnym wydarzeniem powinny być obchody dwudziestej rocznicy pamiętnej pielgrzymki Jana Pawła II do wolnej Polski (czerwiec i sierpień), poświęconej wymogom Dekalogu. Trudno mi bowiem oprzeć się wrażeniu, że to, co Papież wówczas, w 1991 roku, powiedział, miało charakter proroctwa – i tak też, czyli „po macoszemu”, jak prawdziwe proroctwo, które jest z reguły odrzucone, zostało potraktowane przez część Polaków. Tym bardziej więc trzeba do niego wrócić i to przesłanie „na czas wolności” – może po raz pierwszy bez emocji – gruntownie przeanalizować, i jak najrychlej podjąć konieczne inicjatywy duszpasterskie. Bo, właśnie teraz, nabrało ono szczególnej aktualności. Szczerze mówiąc, nie jestem pewien, czy rozpoczęty niedawno trzyletni program duszpasterski „Kościół domem i szkołą komunii” (w roku 2011 realizowany będzie jego pierwszy etap: „W komunii z Bogiem”) rzeczywiście odpowiada na autentyczne problemy polskich katolików żyjących w drugiej dekadzie XXI wieku. Zacząć trzeba chyba od tego, że wierni będą w ogóle mieli kłopot z językiem, w jakim ów program został sformułowany. Ciekawe, jak to jest, że kiedy programy duszpasterskie – na przykład te przygotowujące nas do Jubileuszu 2 tysięcy lat chrześcijaństwa  – proponował Papież, one nas do głębi przejmowały, a te ułożone przez polski episkopat „fruwają” gdzieś wysoko ponad głowami, bez styczności z naszym codziennym życiem. A skoro mowa o Janie Pawle II: Kościół katolicki w Polsce z ogromną niecierpliwością czeka na jego beatyfikację. W mediach pojawiają się kolejne daty, najczęściej związane z jakimś wydarzeniem z życia Karola Wojtyły: 2 kwietnia, 13 maja, 16 października…

Moim zdaniem jednak, obecny papież może dokonać tej beatyfikacji w dowolnym terminie. Do końca zresztą nie wiadomo, czy ta uroczystość w ogóle odbędzie się w roku 2011. Nie wykluczam bowiem, że Benedykt XVI zechce nieco wyciszyć emocje związane ze swoim poprzednikiem i że pragnie go beatyfikować na przykład razem z Piusem XII (w 2000 roku odbyła się już taka wspólna beatyfikacja dwóch bardzo różnych papieży: Jana XXIII i Piusa IX). Jan Paweł II niejako „autoryzowałby” w ten sposób kontrowersyjną dla wielu beatyfikację Piusa XII, ten ostatni natomiast „usprawiedliwiałby” niektóre gesty Jana Pawła, nieakceptowane przez tradycjonalistów, takie jak modlitwa w Asyżu czy ucałowanie Koranu. Nie do końca rozumiem przy tym owo niecierpliwe wyczekiwanie przez nasz Kościół na błogosławionego Papieża Polaka. Jego beatyfikacja niczego przecież nie zmieni w polskim katolicyzmie. Owszem, to jest wielka okazja duszpasterska – ale raczej do pracy wewnętrznej, do swoistych narodowych rekolekcji. Im wcześniej je zaczniemy – i im więcej czasu na to poświęcimy – tym lepiej. A zacząć trzeba! Bo, powtarzam, sytuacja Kościoła katolickiego nie tylko jako instytucji, ale i wspólnoty wiernych, jawi mi się jako dramatyczna: wielu młodym przestaje już na Kościele zależeć, a jeśli jeszcze do niego chodzą, to tylko „dla świętego spokoju”; wielu starszych ogarnia apatia i zniechęcenie – z powodu niemądrych kazań, odprawianej byle jak liturgii, arogancji hierarchów, traktowania świeckich tak, jakby byli jedynie przedmiotem duszpasterskiego oddziaływania księży… I choć szukają tam dla siebie jakiegoś miejsca – nie zawsze i nie wszędzie mogą je znaleźć.

Tak, wiem, Jezus Chrystus obiecał, iż będzie z nami „aż do skończenia świata”, ale nigdzie nie jest napisane, że ta obietnica oznacza istnienie instytucji Kościoła w Polsce po wieki wieków.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata