70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

O herezji poważnie

Prawie rok po śmierci Leszka Kołakowskiego ukazuje się kolejna jego książka. Jej pojawienie się zawdzięczamy troskliwości Spadkobierczyń jego spuścizny, które z notatek i zapisów taśmy magnetofonowej zrekonstruowały wykłady, jakie Kołakowski prowadził na falach rozgłośni Radia Wolna Europa na przełomie lat 1982 i 83.

Z założenia były to wystąpienia popularne, przeznaczone dla szerokiej publiczności, niewtajemniczonej w zawiłe ścieżki teologicznych sporów. W wykładach Kołakowski zajmuje się problematyką teologiczną i robi to nie jako wyznawca, ale jako historyk, badający meandry ludzkich myśli. W sposób zwięzły, acz nieupraszczający, przedstawia zarysy głównych debat, w których chrześcijanie zmierzali do określenia swojej tożsamości. Dogmat nie jest bowiem arbitralnie narzuconą formułą, którą wierzący mają posłusznie przyjąć, lecz wynikiem długich i trudnych poszukiwań zmierzających do określenia tego, co w najbardziej wyrazisty sposób wyraża istotę chrześcijaństwa.

Szczególnie interesujące partie tej niewielkiej książki poświęcone są tolerancji. Temat to stary i jakby ograny i dlatego warto przeczytać przemyślenia, które wprowadzają pewien ład we wzburzone fale sporów jej dotyczących. Sam przedmiot rozprawy Kołakowskiego każe mu ograniczyć się do zagadnienia tolerancji religijnej, ale wnioski, jakie można z tej lektury wysnuć, niewątpliwie dotykają także problemu tolerancji w sensie ogólniejszym.

Sprawa wygląda tak oto – człowiek, który jest przekonany, że jego poglądy są prawdziwe z samego tytułu tego przekonania ustawia się na pozycji negacji poglądów odmiennych. Powstaje zatem pytanie, czy negując poglądy mojego przeciwnika, mam prawo osądzać człowieka, który się ode mnie różni w osądzie sprawy, o której debatujemy? Przeciwnicy tolerancji, będący jednocześnie zwolennikami mocnej interpretacji swoich poglądów, są przekonani, że błędne przekonania mają swoje źródło w złej woli człowieka, który neguję prawdę, bo jest ona dla niego niewygodna. Pada argument bardzo mocny: prawda religijna ma swoje źródło w boskim objawieniu i człowiek nie jest upoważniony przez nikogo, aby prawdę tego objawienia negować. A jeżeli błąd ma swoje korzenie w złej woli człowieka i na dodatek jest publicznie głoszony, jest sprawą odpowiedzialności stróżów prawdy, aby wystąpić w obronie maluczkich i uchronić ich od zgorszenia. Stąd mocne prawo do tego, aby ukarać mącicieli, zmusić do odwołania błędów, a nawet fizycznie unicestwić.

Przeciwnicy tak mocnych poglądów podnoszą, że takie stanowisko neguje wolność myślenia, narzuca jedną interpretację, krępuje. Mocne stanowisko rzeczników tak rozumianej tolerancji neguje nie tyle samo istnienie prawdy, ile ludzką możliwość dotarcia do niej – prawda „sama w sobie” pozostaje ukryta, a dla ludzkiego rozumu dostępne są tylko jej przybliżenia, zawsze relatywne i niepełne. Wielość opinii nie jest przejawem złej woli czy pychy ludzkiego rozumu.

Kołakowski jest mistrzem umiaru: ze zrozumieniem podchodzi do poglądów tych, którzy przyjęli prawdę objawioną przez ewangelię i przekazywaną w Kościele, stanowi ona bowiem dla nich drogę wiodącą nieomylnie do zbawienia. Ale nie może zgodzić się z uzasadnieniem traktującym przeciwników prawdy nauczanej przez Kościół jako ofiar złej woli czy szatańskiego poduszczenia. To błąd antropologiczny. Zbyt wiele wiemy o człowieku, aby przyjąć tak łatwe, jeśli nie naiwne, tłumaczenie.

Poza tym ważna jest dojrzewająca w Kościołach chrześcijańskich – w każdym razie Kościołach głównego nurtu – świadomość rozdziału porządku świeckiego i porządku religijnego. Nie należy ich mieszać, bowiem wskazówka ewangeliczna jest wyraźna: „Oddajcie więc Cezarowi to, co należy do Cezara, a Bogu to, co należy do Boga” (Mt 22,21).

Kołakowski opowiada się za tolerancją w jeszcze innym, nieco zaskakującym kontekście. W dyskusji o wielości tradycji religijnej dość często wypowiadany jest pogląd, że wszystkie tradycje są ścieżkami prowadzącymi do tego samego celu, spory między nimi nie mają więc sensu, nie mówiąc już o wzajemnym prześladowaniu samych wyznawców. Ci, którzy tak mówią, często nie wierzą jednak, że ten wspólny cel istnieje, wyznają zatem raczej sceptycyzm niż relatywizm. Warto w tym kontekście przeczytać opinię Kołakowskiego: „Jeśli ktoś powiada, że wszystkie religie są równie dobre, to nie tyle głosi tolerancję, ile sprawia, że tolerancja religijna staje się rzeczą bezprzedmiotową, ponieważ w ten sposób wyrzeka się on jedyności swojej własnej wiary” (s. 89). Tolerancja to zgoda na wielość dróg, której nie towarzyszy unieważnienie prawa do obrony własnego stanowiska. Chrześcijanin na prawo do obrony swojej prawdy aż do ostatniej kropli krwi, ale swojej krwi. Tu przypomnieć należy tradycję teologii męczeństwa.

To niektóre z myśli, które budzi w czytelniku lektura tej książki. Nasuwa się jeszcze jedna refleksja. Kołakowski pozostał w pamięci kulturalnej społeczności w Polsce jako autor eseju o kapłanie i błaźnie. Nic więc dziwnego, że recenzentom ostatniej książki nasuwa się skojarzenie bardzo bliskie – kapłan i heretyk. Kapłan to obrońca ortodoksji, czyli zamkniętej formuły, skłonny do stosowania przemocy w stosunku do swego przeciwnika, a heretyk to odważny, nieugięty przeciwnik kapłana, łamiący wszelkie schematy. Uważnego czytelnika Herezji uderzy powaga, z jaką Kołakowski pisze o obydwu stronach przywoływanego tu sporu, który jest przejawem każdej żywej myśli. Jeżeli myśl, także i myśl religijna, nie wikła się w debaty, spory i kontrowersje – umiera, a historyk tej myśli jest przewodnikiem oprowadzającym po cmentarzu idei, snującym opowieści o minionym już świecie. Jeżeli są heretycy, to znaczy, że myśl ortodoksyjna kwitnie i wydaje owoce. I nie są to tylko prace habilitacyjne wykładowców.

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter