70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Relacja i dystans

Albowiem człowiek jest bytem oddzielonym, zindywidualizowanym, którego nie można stopić ani zmieszać z innym. Gdyby zresztą takim nie był, nie mogłoby istnieć to, co nazywamy dobrem, bo nie można iść ku innemu inaczej niż ze swojego własnego miejsca, nie można kochać, jeżeli nie istnieje wyróżniony podmiot, który kocha, ustanawia pokój, utrzymuje przyjaźń. Więź powstaje tylko na gruncie oddzielenia i trwa tylko w oddzieleniu.

Jeżeli dobrem jest to, co przyciąga, a złem to, co budzi oburzenie, to jedno i drugie jest definiowane w rozmaitych kulturach przez uniwersalną cechę: dobro oznacza to, co łączy, a zło to, co dzieli. Wszędzie uważa się, że twierdzenia odwrotne są wyrazem perwersji, sadyzmu.

We wszystkich cywilizacjach dobro przybiera postać porywu w stronę drugiego człowieka. Naturalnie, trudność polega na ścisłym zdefiniowaniu tego, co tworzy więź i tego, co stanowi oddzielenie. Ale przede wszystkim, normom wszędzie zagraża przesada, istnieją bowiem duszące więzy i zbawienne oddzielenia. Trudność płynie z samej natury relacji: jest ona więzią, która nie usuwa dystansu, więzią bez utożsamiania się czy stapiania się w jedno. Każda kultura, opierając się na uniwersalnej podstawie, określa, w zawsze zmienny sposób, alchemię więzi i dystansu.

Sumbolus przywołuje dobro, natomiast diabolos zło. Sumbolein znaczy „łączyć, ustawiać razem, wiązać”. Greckie sumbola oznaczały przedmiot przełamywany na dwie części podczas zawierania umowy, którego połowę zachowywał każdy z umawiających się na wspomnienie zawartego porozumienia. W przypadku ponownego spotkania, dokładne dopasowanie dwóch kawałków oznaczało ponowne uznanie umowy.

W „Uczcie” Platon, chcąc wyrazić przy pomocy mitu znaczenie miłości, wychodzi w naturalny sposób od symbolicznego obrazu. Ludzie, ukształtowani na początku jako istoty całkowite – to znaczy samowystarczalne – zostali następnie przecięci na dwie połowy przez Zeusa (ponury problem zazdrości bogów), aby zamiast tworzyć wielkie dzieła, spędzać życie na próbach ponownego zjednoczenia się. Toteż każdy z nas jest niczym innym jak symbolem, odłamanym kawałkiem pierwotnej całości i szukamy drugiego pasującego fragmentu, z którym następnie chcemy stworzyć jedno. Miłość jest „stwarzaniem jedności” .

Z tego punktu widzenia dobro jawi się jako wola ponownego połączenia tego, co niegdyś stanowiło całość, a potem zostało rozerwane; jako wola walki z chaosem, który wbrew nam wkrada się do świata. Osiągamy to, zbliżając do siebie rozsypane części rozbitej całości.

Kiedy Arystoteles mówi, że człowiek jest zwierzęciem społecznym, pisze dokładnie o „zwierzęciu politycznym”, to znaczy żyjącym w polis, w całości ustrukturowanej przez prawa i zmierzającej do wspólnego dobra. Jak wiadomo, wiele gatunków zwierzęcych tworzy zalążkowe organizacje społeczne, wprawdzie jeszcze nie polityczne, ale już ustrukturowane i których funkcjonowania nie da się wyjaśnić samym tylko instynktem. Podobnie jak w przypadku innych swoich cech człowiek wydaje się pod tym względem potomkiem wyższych zwierząt. W każdym razie nie potrafiłby żyć bez „innych”, nawet jeżeli życie z nimi stanowi cierpienie. Kant nazywał to naszą „aspołeczną towarzyskością”. Relacja, to znaczy wychodzenie z siebie ku innemu, stanowi o ludzkim sposobie bycia.

Istotowa niewystarczalność jako źródło inności

Kim jest ów „inny”, bez którego nikt z nas nie mógłby naprawdę istnieć? Musi być wystarczająco do mnie podobny, abym mógł nawiązać z nim relacje uprzejme, solidarne, przyjazne. Relacje ze zwierzęciem są dość skąpe, nawet jeśli niektórzy uważają swojego psa za prawdziwego przyjaciela, a dzieci mogą żywić bezgraniczne uczucia do swojej czerwonej rybki albo pokojowego szczura. Inny musi należeć do ludzkości. Ale czy wystarczy, że będzie to istota ludzka, a więc podobna do mnie, tyle że zajmująca inne miejsce w przestrzeni, co nadaje jej inność, nie pozwalając jej zająć mojego miejsca, utożsamić się ze mną? Nie, inny człowiek jest „inny”, ponieważ jest różny ode mnie. Dlatego to, czego od niego oczekuję, nie jest tylko więzią między dwoma miejscami w przestrzeni; inny nie jest tylko innym „ja”, które na mnie patrzy, uznaje mnie i rozumie, jakby zwykłym lustrzanym odbiciem; jest szczególnością odmienną od mojej własnej i która niezależnie od podobieństwa gatunkowego pozwala mi myśleć o czymś, czego sam nie posiadam. Różni się ode mnie nie tylko miejscem w przestrzeni. Jest różny ze względu na swoje cechy, do których przywiązuję znaczenie właśnie dlatego, że są mi obce.

Nie powinniśmy zatem sądzić, że odkrywanie inności jest spotykaniem, a dalej pragnieniem przyjaźni i miłości, swojego sobowtóra. Nie potrzebuję sobowtóra. Gdyby świat składał się z ludzkich istot absolutnie do siebie podobnych, każdy zadowalałby się samotnością, nie mając czego szukać poza sobą. Człowiek pragnie relacji, ponieważ inny jest więcej niż odrębny: jest różny. I ponieważ nigdy nie może uważać się za samowystarczalnego. Relacja należy do ludzkiego świata, ma charakter antropologiczny, ponieważ żaden człowiek sam sobie nie wystarcza. Aby istnieć, potrzebuje innych nie jako uobecnienia tego samego, lecz jako uobecnienia tego, co odmienne, a nawet obce, ponieważ sam jest z istoty wybrakowany. Nie względnie, czyli w tym sensie, że gdyby żył samotnie na pustyni, mógłby sobie wystarczyć, bo nie znałby swoich braków. Lecz z istoty, w tym sensie, że na pustyni raczej umarłby z szaleństwa i rozpaczy z powodu tego niedającego się wypowiedzieć braku. Jest wybrakowany w ostatecznym sensie i wie o tym. Potrzeba inności powstaje w tej przepaści. Kiedy pozostaje twarzą w twarz z samym sobą, przyznaje, że jest niekompletny, jego potrzeby i pragnienia zawsze wykraczają poza jego zdolności, których nie może bezgranicznie rozszerzyć. Oto fundamentalne uzasadnienie wszelkiej relacji społecznej.

Trzeba krótko omówić wymiary tej niesamowystarczalności, która nie jest przekonaniem lub hipotezą, lecz daną empiryczną zakorzenioną w doświadczeniu. Znajduje ona wyraz we wszystkich porządkach istnienia. Istota ludzka rodzi się jako mężczyzna lub kobieta, zawsze dorastając w zdziwionej, czujnej, czasem zazdrosnej obserwacji drugiej płci, którą nie jest. Rodzi się wyposażony w kartę genetyczną, która daje mu specyficzne zdolności z uszczerbkiem dla innych, nawet jeśli kultura może następnie złagodzić wiele braków, a nawet przekształcić niedostatki w zalety. Wychowanie obdarza go szczególną kulturą, w której zakorzenia się ze szkodą dla innych rodzajów rozumienia. W ciągu długiego czasu swojego istnienia przechodzi przez różne etapy, w których mimo ciągłości, która go identyfikuje, za każdym razem wydaje się inną osobą. Jego marsz przez kolejne epoki życia i jego kolejne przeobrażenia w każdej chwili wprowadzają go na nowo w szczególne relacje, bez których nie mógłby się obejść, chyba że popadając w szaleństwo. Kiedy jest niemowlęciem, potrzebuje matki, kiedy jest dzieckiem, potrzebuje rodziców, w wieku młodzieńczym szuka przyjaciół, a potem miłości; kiedy jest stary, czeka na swoje dzieci i często już tylko na nie. Ma nadzieję na znalezienie opiekunów, kiedy nie jest już w stanie samodzielnie zapewnić sobie przetrwania lub wziąć odpowiedzialności za siebie. Potrzebuje wzorów, kiedy, jeszcze bogaty w przyszłość, zastanawia się, do czego ma być podobne jego życie. Potrzebuje wsparcia, kiedy, stopniowo tracąc swoje zdolności, słabnąc, nie może już liczyć na siebie. Niezależnie od sytuacji, tymczasowych lub trwałych, potrzebuje innego, który go umocni lub zakwestionuje, zrównoważy, ochroni, doradzi. Kiedy jest przeciętny, potrzebuje spojrzeń innych, aby odkryć w sobie zalety, których nikomu ni brakuje. Kiedy jest potężny, potrzebuje bliskich, którzy zauważą jego niepowodzenia ukryte za ciągłymi pochlebstwami. Jego pragnienie jest mimetyczne. Jego dzieło ma wartość tylko wtedy, gdy jest uznawane przez inne spojrzenia. Potrzebuje podziwu.

Ponieważ człowiek ma tożsamość, płeć, określone cechy, ponieważ jest wpisany w szczególny świat i w każdej chwili nosi znamię lat, nieuchronnie czuje się ograniczony. Jest określony zarówno przez swoje cechy, jak przez to, czego mu brakuje. Jego tożsamość stanowi drugą stronę jego niesamowystarczalności. Jestem tym, a więc nie jestem tamtym, tym, czego mi brakuje, a czego nie brak komuś innemu. Istnieje tylko to, co nazwane, określone i co tym samym potrzebuje relacji z tym, czym nie jest. Z chwilą, gdy powstają odrębne byty, każdy jest tylko częścią całości.

Głoszenie samowystarczalności brzmi zatem jak brawura, którą czuć oszustwem. Nastolatek może twierdzić, że „nic nikomu nie zawdzięcza” i tylko jego młodość czyni to złudzenie wzruszającym. Mężczyzna może twierdzić, że niczego nie oczekuje od żadnej kobiety, i odwrotnie, ale każdy wie, że tego rodzaju konkluzje trzeba kłaść na karb rozczarowania, za którym kryją się pragnienia. Ten, kto twierdzi, że jest samowystarczalny, nigdy nim nie jest. Może się za takiego uważać tylko dlatego, że przywłaszczył sobie istnienie innych, czas innych, idee innych, dzieła innych i uważa się za autora tego, co ukradł. Narcyz nie jest osobą zamkniętą w sobie i wszechmocną, lecz zawodowym grabieżcą.

Nieredukowalna różnica

Nigdy jednak poczucie wspólnoty z innym (miłość, pokój, miłosierdzie, troska, przyjaźń, dialog) nie może doprowadzić do utożsamienia się z nim. Albowiem człowiek jest bytem oddzielonym, zindywidualizowanym, którego nie można stopić ani zmieszać z innym. Gdyby zresztą takim nie był, nie mogłoby istnieć to, co nazywamy dobrem, bo nie można iść ku innemu inaczej niż ze swojego własnego miejsca, nie można kochać, jeżeli nie istnieje wyróżniony podmiot, który kocha, ustanawia pokój, utrzymuje przyjaźń. Więź powstaje tylko na gruncie oddzielenia i trwa tylko w oddzieleniu.

Dobro jest więc wymianą, a nie stapianiem się w jedno. Istota ludzka musi pozostać odrębna i oddzielona, aby żyć w relacji. Jeżeli wszystko jest nierozróżnialne i przemieszane, żadne spotkanie nie jest możliwe.

Znamy przypadki katastrofalnych skutków dobra, które, szukając doskonałości, pragnie osmozy między bytami. Miłość, która dąży do ustanowienia jedności. Zaborcza miłość macierzyńska . Syn, który przez całe życie pozostaje wiernym i mimetycznym obrazem ojca. Systemy totalitarne, które twierdzą, że udało im się osiągnąć osmozę między rządzącymi i rządzonymi. Utopie, które klonują ludzi i odbierają im imię.

To, że byt ludzki jest bytem oddzielonym, stanowi podstawowe prawo życia. Albowiem każdy, z chwilą gdy staje się świadomy siebie, to znaczy ludzki, żyje sam i, przede wszystkim, sam umiera. Istnienie z innymi, pod auspicjami miłości lub solidarności, nigdy nie zdoła usunąć sekretu człowieka, którego życie wewnętrzne zawsze wykracza poza siłę więzi. Nawet ekstrawertyk nigdy nie jest dość ekstrawertyczny, aby żyć całkowicie w stanie towarzyskości i innych formach bycia razem. Zawsze się wycofuje. Jego myśli są szersze i idą dalej niż jego słowa. Ukrywa coś i milknie. A kiedy czuje, że umiera, otchłań jego samotności jest tak wielka, że żadna więź nie potrafi jej wypełnić. Człowiek rodzi się samotny w cierpieniu i w nieświadomości świata, z którym nie wiążą go jeszcze żadne punkty odniesienia. Umiera samotnie w poczuciu, że spada w głąb studni, wyciągając jeszcze ręce do słońca, pod którym nie ma już dla niego miejsca. Między tymi dwoma momentami dąży do współbycia, które osiąga niezręcznie i o którego trwałości nigdy nie jest przekonany. I właśnie to nazywa dobrem: nadzieję na bycie-z, choć jego ojczyzną jest samotność.

Oddzielenie ludzkiego bytu stanowi również gwarancję jego wolności. Zawsze bowiem szuka on więzi wychodząc od siebie i zawsze może powrócić do siebie. Paradoks miłości, która przeżywana jest w oddzieleniu, a nie w zespoleniu, odsłania po prostu wolność aktu moralnego. Mogę działać w sposób wolny tylko wtedy, gdy trwam jako odrębna jednostka, która może wziąć na siebie swoją wolność i ewentualnie odmówić angażowania się. Niegodziwość polega zarówno na dzieleniu przez nienawiść, jak i na ustalaniu tak nieodwracalnych więzi, że jednostka zostaje przez nie zniszczona i traci swoje „u siebie”, do którego nie jest już w stanie powrócić.

Pragnienie zespolenia bytów opiera się za złudzeniu, że nieokreśloność jest pełnią bytu, podczas gdy jest ona tylko chaosem. Dobro wiąże się z przyjmowaniem i wypowiadaniem różnicy, a nie z jej negowaniem. Stąd sens zakazu (inter-dire), który znaczy „mówić między nami” („dire entre nous”) – idea granicy, której nie wolno przekraczać, aby nie zanegować różnicy innego człowieka, przy czym sam zakaz jest uświadamiany i urzeczywistniany jako forma relacji .

Tłumaczyła Małgorzata Kowalewska

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata