70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Pomoc innym to najwłaściwsza kategoria biznesowa

Przypowieść o siewcy też mówi o tym, że zasiane ziarno trzeba pomnożyć przez 30, 60 100. Przecież to są kategorie biznesowe.

Nasza rozmowa ukazuje się numerze grudniowym miesięcznika, przed Bożym Narodzeniem. Czy myśli ksiądz, że w ogóle jest dzisiaj szansa, aby dla większości ludzi te Święta były czymś więcej niż festiwalem komercji?

To zależy od tego, czy potrafimy je zdefiniować inaczej niż poprzez choinkę, bombki, prezenty i wigilię. Wigilia też nie należy do sfery sacrum, jest czymś społecznym. Mój happening podczas którego siadłem przed galerią handlową w konfesjonale, z napisem „Istnieje inny świat” był prowokacją do tego, żeby szukać pomysłów na przeżycie adwentu i przygotowanie do Świąt. Ja na przykład mam zasadę, że w grudniu nie robię większych zakupów, kupuję tylko rzeczy konieczne do przetrwania. Chociaż kusi mnie, tak jak wszystkich – gdy widzę, jak inni walą po te zakupy, to też bym chciał, ale tego nie robię, żeby stworzyć przestrzeń na coś innego. Pytanie, czym jest to coś innego. Powinny powstawać różne pomysły na to, jak spędzić ten czas i być może niektóre z nich się przyjmą. Nigdy już nie będzie tak, że wszyscy będą to robić w ten sam sposób. Kiedyś był w Polsce jeden adwent dla wszystkich. Teraz nastąpiła segmentacja rynku. Ludzie tworzą dla siebie alternatywne sposoby spędzania czasu, również adwentu. Ten, który był powszechnie obowiązującym, już nie istnieje. Ja też już nie potrafię funkcjonować w grudniu w takim wyciszeniu, jakie pamiętam z młodości. Potrzebne są alternatywy.

Słyszałam o pomyśle, nie wiem, na ile poważnym, żeby przenieść liturgiczne obchodzenie Świąt Bożego Narodzenia na początek nowego roku, ponieważ Boże Narodzenie wypadające pod koniec roku, kiedy trzeba się pozbyć towaru ze sklepów, jest z konieczności skomercjalizowane i to się nie zmieni. Należy więc odczekać, aż te sklepy wyprzedadzą, co mają, a Święta obchodzić na przykład w Trzech Króli. Dość radykalne rozwiązanie.

Wątpię, żeby coś się zmieniło. Jeśli będą w tym święcie jakieś emocje, to wokół Trzech Króli też zacznie się kręcić biznes, przed tym się nie da uciec. Pytanie, czy mamy coś tak cennego, żeby zrównoważyło tę komercję. Jeśli odkryjemy tę perłę, to ludzie będą przychodzić, żeby ją od nas kupić. I tym się pasjonuję.

Założone przez księdza Stowarzyszenie Wiosna wykorzystało właśnie ten moment szczytu konsumpcji, żeby pokazać inną stronę rzeczywistości, pokazać Ewangelię. Skąd się wziął pomysł na Szlachetną Paczkę?

To jest chyba jasne. Kiedy byłem młodym chłopakiem, czułem potrzebę, żeby pomagać żebrakom, i to do bólu. Gdy kiedyś minąłem jednego, nic mu nie dając, to całą noc nie spałem. I potem dostrzegłem, że pomaganie przypadkowym osobom jest bez sensu, bo nie wiem, kim one są, nie wiem, jak tę pomoc przyjmą. Postanowiłem szukać ludzi, których lepiej poznam i którzy będą czegoś konkretnego potrzebować. Szlachetna Paczka jest pierwszym moim wyjściem do ludzi z ideą pomagania na szerszą skalę. Pierwszy projekt nazywał się „Twarzą w twarz” i opierał się na pomyśle, aby bogate rodziny co miesiąc wspierały te ubogie. W Polsce jest mniej więcej 12% ludzi bardzo biednych, tyle samo jest tych bardzo dobrze sytuowanych, gdyby między nimi była wymiana jedynie rzeczy używanych, to już nie byłoby biedy w Polsce. Ale takie systematyczne pomaganie okazało się niemożliwe, bo mało ludzi potrafi działać systematycznie. Metodą prób i błędów doszliśmy do tego, że najwięcej emocji i decyzji na taki wysiłek jest przed Świętami Bożego Narodzenia. Przy edycji wielkanocnej angażowało się 5–8% tych, co przy Bożym Narodzeniu. Gdy ktoś pływa łódką z dobrym żeglarzem, dzięki dobremu operowaniu sterem potrafi dopłynąć tam, gdzie chce. Więc wiatr komercji wieje, a my na tej łódce tak wykorzystujemy jego siłę, żeby dopłynąć tam, gdzie chcemy. To przykład na to, że komercja nie musi zagrażać, może być pozytywną siłą. Nie widzę powodu, żeby się na nią obrażać, tylko wręcz odwrotnie. To, co Szlachetna Paczka zaoferowała przy okazji Świąt, to coś, o czym wielu ludzi marzy – żeby Święta były doświadczeniem bezinteresowności miłości, która kiedyś symbolizowało puste miejsce przy stole. Już przestaliśmy na nie zapraszać kogokolwiek, ale to marzenie zostało. Ludzie, którzy przygotowują paczkę dla potrzebujących, naprawdę przy wigilijnym stole są dużo szczęśliwsi, wiedząc, że są bezinteresowni. Inaczej przeżywają Święta. Ale to puste miejsce jest specyficzne dla nas, chrześcijan. Otwarcie na drugiego, przybysza, którego jeszcze nie znamy, jest stuprocentowo chrześcijańskie.

Wydaje mi się, że ważnym aspektem sukcesu Szlachetnej Paczki jest właśnie to, że ta pomoc jest konkretna. Nie znamy tych ludzi z twarzy, ale przez bardzo dobrą organizację akcji wiemy, kim oni są, ile mają lat, jakie mają potrzeby, a nie dajemy na anonimowe „chore dzieci’.

Przy stole siedzi konkretna osoba.

Poza Szlachetną Paczką robi też ksiądz happeningi, jak na przykład wspomniany konfesjonał pod galerią handlową, rozdawanie chleba z popiołem pod budką z kebabami w Wielki Piątek, czy noszenie ze sobą wszędzie w Wielki Piątek dużego brzozowego krzyża.

Noszenie krzyża w Wielki Piątek oznaczało, że można żyć wiarą na co dzień, nie narzucając jej innym ludziom. Jeden z uczestników tego happeningu jest lekarzem i pojechał do szpitala z krzyżem, ale zostawił go w szatni. Student wszedł na salę wykładową z krzyżem, ale postawił go w kącie i nie epatował nim. I każdy z nas tak robił – ja akurat byłem tego dnia w urzędzie i postawiłem krzyż przed wejściem. A w ogóle wzięło się to z tego, że kiedyś podczas drogi krzyżowej ze studentami medycyny pod akademikami w Prokocimiu nieśliśmy brzozowy krzyż. Kilka dni później mieliśmy spotkanie i patrzę, a jedna ze studentek bierze ten krzyż i idzie z nim do akademika, oddalonego o jakieś piętnaście minut spaceru. Po drodze weszła do Tesco, zrobiła zakupy, ludzie na nią zerkali, ale ona nie miała żadnego obciachu. Przy kasie odłożyła krzyż, zapłaciła, zabrała krzyż i zakupy, i poszła do domu. I to było dla niej tak naturalne, że aż mnie zachwyciło. To jakby potwierdziło sensowność tego happeningu. Nie był narzucaniem komuś naszych poglądów, bo nikogo nie zmuszaliśmy, żeby się ocierał o ten krzyż, tylko po prostu – my tacy jesteśmy.

To chyba była najtrudniejsza akcja, bo wydaje mi się że dziś jest w nas coraz większy wstyd czy lęk przed publicznym przyznaniem się do wiary. Jeżeli jesteśmy we własnym gronie, na przykład idziemy w nocy na drogę krzyżową do Kalwarii Zebrzydowskiej, to OK, ale wejść z tym krzyżem do sklepu, na zajęcia, podczas gdy inni się będą może śmiali lub nie zrozumieją…

Tak było.

…to jest dość duże wyzwanie.

Tak, ale jeśli ktoś naprawdę ma poczucie własnej wartości, to nie boi się, że ktoś mu je odbierze. Ci, którzy brali ten krzyż, to są jednak ludzie głęboko uformowani, żyjący życiem duchowym. To było fascynujące, bo gdy na przykład jeden ze studentów przyszedł z krzyżem, to w jego grupie na studiach zaczęły się rozmowy na temat wiary, których wcześniej w ogóle nie było, i stało się bardziej interesująco, niż było wcześniej. I większość z nas miała takie doświadczenia, że było ciekawiej niż normalnie, a ponieważ lubimy żyć atrakcyjnie, ryzykownie, to było dla nas naturalne, choć wiem, że większość uważała to za nie wiadomo jaki wyczyn. Nikt z nas nie miał doświadczenia porażki. Ostatnio po raz pierwszy zdarzyła mi się taka sytuacja, że byłem na spotkaniu z szanownym gronem profesorów, nie miałem koloratki i kiedy się przedstawiłem jako ksiądz, rozległ się taki niechętny pomruk.. Bardzo fajnie zareagowała część sali i prowadzący, który powiedział, że każdy ma prawo do własnych poglądów i żebyśmy się wzajemnie szanowali. Nagle stałem się uciskaną mniejszością religijną. Jeżeli ktoś jest człowiekiem wierzącym, to w tej chwili jest mniejszością, ja co do tego nie mam wątpliwości. Działam w świecie ludzi biznesu, gdzie większość z nich nie chodzi do kościoła i to jest dla mnie normalne.

A w jakim sensie ksiądz tam działa?

Uczestniczę w szkoleniach, spotkaniach, występuję na spotkaniach dotyczących CSR-u (Corporate Social Responsilbility – społeczna odpowiedzialność biznesu – przyp. red.), PR-u – tego, na czym się znam. W wielu tych miejscach występuję jako ekspert. I choć jestem zarazem księdzem, nikogo nie przekonuję do wiary, jak powiedział ksiądz Twardowski: „Nie przyszedłem pana nawracać”. Nie mam w ogóle takiej potrzeby. Natomiast jeśli we mnie jest coś fascynującego, to ci ludzie to zauważą i nie wiem, czy dziś, czy jutro, czy za dziesięć lat, ale kiedyś na pewno będą szukać czegoś więcej. Ale to jest raczej kwestia osobistego autorytetu niż jakiejś presji. Poza tym nie chciałbym w kościele mieć beznadziejnych ludzi, więc wolę, żeby przychodzili ci, którzy naprawdę chcą.

Czy łatwo jest księdzu mówić do tych ludzi biznesu, nawet wierzących, mając w pamięci słowa Jezusa o liliach polnych, które nie sieją i nie orzą, a i tak Bóg się nimi zajmie, czy powiedzenie o bogaczu i uchu igielnym lub historię o bogatym młodzieńcu?

Planuję napisać książkę dla ludzi biznesu, w której wytłumaczę te wszystkie fragmenty z Pisma Świętego, ponieważ każdy z nich ma zupełnie inne znaczenie. W Ewangelii jest taka kluczowa przypowieść o talentach. Talenty to jest kasa: gospodarz, czyli Bóg, zostawia te talenty sługom i wymaga, żeby je pomnożyli.

Tak, a ten, który tego nie zrobił, zostaje ukarany.

Pomnożyć 5 talentów o 100% – jeden talent to 32 kilogramy złota – to jest bardzo trudna rzecz, trzeba się naprawdę naharować. I potem słudzy słyszą: „W drobnej rzeczy byłeś wierny, nad wieloma cię postawię”. Jezus mówi w tej przypowieści, że dopiero jak się sprawdzisz w biznesie, jesteś godny, żeby zająć się Królestwem Bożym. To wyraża się też w tym, jak święty Paweł definiuje, kto może być biskupem – musi sobie poradzić w życiu, musi zarządzać majątkiem i tak dalej. Tak naprawdę Ewangelię należałoby budować nie na nieudacznikach, tylko na ludziach sprawnych życiowo i spośród nich trzeba wybierać liderów chrześcijaństwa, czyli księży, biskupów itd. Taki jest postulat Ewangelii i to nie są sprzeczne wartości. A przypowieść o uchu igielnym mówi o tym, że człowiek ma majątek, ale wydaje mu się, że jest swoim majątkiem, że jego majątek go zbawi. Gdy ktoś ma milion dolarów, to może zacząć myśleć, że ludzie powinni go szanować, ponieważ jest milionerem. Może również wyobrażać sobie, że pieniądze dadzą mu władzę na jego życiem i życiem innych. To wielkie złudzenie, o którym opowiada przypowieść o bogaczu, który chciał spać spokojnie, pić i jeść i dlatego zbudował sobie spichlerze. Dla Jezusa był głupcem, który następnego dnia stracił wszystko. Ta historia pokazuje niebezpieczeństwo przywiązywania zbytniej wagi do tego, co nie stanowi o prawdziwej wartości człowieka i o tym też trzeba mówić, ale fundamentem Ewangelii jest jednak sprawność biznesowa.

To bardzo ciekawa interpretacja.

Przypowieść o siewcy też mówi o tym, że zasiane ziarno trzeba pomnożyć przez 30, 60 100. Przecież to są kategorie biznesowe.

To może być metafora – że trzeba pomnażać ilość dobra.

Ale to jest kategoria biznesowa: pomnażanie tego, co się ma. Tu jest jakiś wysiłek, dążenie do czegoś.

Jednak biznes, przynajmniej na początku, jest skoncentrowany na własnym zysku. Jak to pogodzić z tym, że mam oddać ubogim cały majątek?

Przypowieść o bogatym młodzieńcu nie mówi, że każdy ma oddawać majątek, bo to byłby jakiś absurd społeczny. W pierwszych gminach chrześcijańskich, które oczekiwały na rychły koniec świata, ludzie chętnie oddawali swój majątek i potem nie mieli z czego żyć, a koniec świata nie nadchodził. W tej historii z Ewangelii chodziło o problem, jaki ten konkretny człowiek miał z pieniędzmi. Nie do końca rozumiem zarzut, że ten, kto prowadzi biznes, jest zorientowany na swój zysk. Wszystkie podręczniki biznesowe i wszyscy liderzy biznesu mówią o tym, że dobry biznes nie polega na zorientowaniu się na pieniądze, tylko na tym, że jest jakiś większy cel niż pieniądze, a one są tylko narzędziem. Ten kto się zafiksuje tylko na pieniądzach, często się wypala.

I co na przykład może być tym większym celem?

Mój znajomy, szalenie uzdolniony, zrobił kilka biznesów i wszystkie mu się udawały. Na pewnym etapie zadał sobie pytanie, jakie działanie będzie dla niego najbardziej sensowne. Stwierdził, że jako ojciec trójki dzieci, chce pomóc rodzicom mającym małe dzieci w ich wychowaniu. I stworzył taki biznes, pewien portal internetowy. Na początku nie zastanawiał się nawet, jaka będzie stopa zwrotu, ale to też się okazało udanym przedsięwzięciem. Pomoc innym to najwłaściwsza kategoria biznesowa, bo jeżeli ktoś się nastawia na przykład tylko na to, że będzie zarabiał na sprzedaży domów, to plajta przyjdzie wcześniej czy później. Jeśli ktoś chce pomagać ludziom żyć godnie, to oni od niego kupią tę ideę i będzie zarabiał nawet więcej niż wcześniej. To, o czym teraz mówię, jest dla większości polskich biznesmenów abstrakcją, bo jesteśmy krajem dorobkiewiczów. Ale to się już zaczyna zmieniać, coraz więcej ludzi rozumie biznes w ten głębszy sposób. Na dłuższą metę takie rozumienie przynosi większe pieniądze.

Nie chodziło mi o to, że wszyscy biznesmeni są pazerni, tylko o to, że kiedy rozkręcamy jakieś przedsięwzięcie, to jesteśmy w naturalny sposób nastawieni na swoją korzyść, niekoniecznie materialną. Potem oczywiście najlepiej by było, gdybyśmy umieli powiedzieć – i wielu miliarderów na świecie jest w stanie to zrobić – już mam wystarczająco dużo, teraz się dzielę z innymi, ale niektórzy tego nie potrafią.

Każdy musi przetrwać, zapewnić sobie środki do życia. Pani to musi robić i ja też. Pytanie, w którym momencie stwierdzimy, że na to utrzymanie już mamy i możemy zacząć patrzeć szerzej. Ale świat jest brutalny, jest jak Serengeti – każdy ma prawo walczyć o przetrwanie. Nie jesteśmy jednak jedynie zwierzętami. Jesteśmy przede wszystkim ludźmi, nie musimy się pożerać. Wolny rynek przypomina świat, w którym zrodziła się ludzkość – jest brutalny i bezwzględny. Tyle tylko, że nie zostaliśmy w tamtym świecie, staliśmy się ludźmi. Nasz kraj przez poprzedni ustrój był zdemoralizowany opieką socjalną państwa, ale są kraje i obszary na świecie, gdzie każdy jest nauczony robić biznes. Nawet pod Krakowem są takie miejscowości, jak na przykład Siepraw, gdzie każdy jest biznesmenem, to jest naturalne. Taki drapieżny biznes, o jakim pani mówi, na Zachodzie się kończy, nie dlatego, że ludzie przestali być drapieżni, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie chciał być lwem do samego końca, tylko dlatego, że ważny jest PR i z punktu widzenia zysku lepiej mieć ludzką twarz. Nie wierzę, że wszyscy biznesmeni naprawdę ją mają, nie wierzę w dużą część CSR-u, jestem przekonany, że nie jest to prawdziwa miłość bliźniego czy przyrody, ale coraz więcej ludzi dostrzega, że można być dobrym człowiekiem i robić biznes.

To na czym tak naprawdę polega CSR?

To proste. „Społeczna odpowiedzialność biznesu” dostrzega człowieka i jego naturalne środowisko. Wiele lat temu czytałem historię usprawniania biznesu z punktu widzenia psychologii. Taśma produkcyjna w fabryce Forda stała się początkiem kolejnej rewolucji przemysłowej. W ramach rozwoju konkurencji starano się usprawnić pracę ludzi przy taśmie. Zaczęto od tego, aby usunąć wszystko, co ich rozprasza. Doszło do tego, że poszczególne stanowiska były oddzielone przegrodami, aby ludzie nie widzieli siebie nawzajem. Potem nałożono im na uszy słuchawki. Podjęto jeszcze wiele innych podobnych działań i za każdym razem spadała wydajność. Powoli zaczęto wiec wracać do tego, co naturalne. Pracownicy byli blisko siebie, mogli rozmawiać, żartować, czuć siebie. Wprowadzono przerwy, w czasie których mogli się spotykać. Wydajność wzrosła. A wniosek jest prosty: jesteśmy ludźmi i dobrze działamy i pracujemy wtedy, gdy jesteśmy traktowani po ludzku. To jest prawdziwy CSR. Natomiast w wielu firmach CSR polega na tym, że się jedynie buduje wizerunek firmy odpowiedzialnej społecznie. Siła i pieniądze idą na wizerunek, a w firmie wciąż jest nieludzko.

Moje pytania biorą się też stąd, że teraz mówi się, że Polska przeszła w miarę spokojnie przez ogólnoświatowy kryzys, ale w momencie, gdy on nam zagrażał, pojawiły się opinie specjalistów, że firma nie może być filantropem, że to jest świetna okazja, żeby ją zrestrukturyzować, pozwalniać ludzi, którzy się nie sprawdzili – oczywiście dla dobra pozostałych i całego przedsiębiorstwa.

Uważam, że należy zwalniać ludzi, którzy się nie sprawdzają. Bo pozostawienie ich w firmie jest demoralizujące dla wszystkich. Wyraża się to nie tylko w tym, że zysk firmy jest mniejszy, ale najbardziej poszkodowany jest ten zły pracownik, ponieważ tkwi w fałszywym świecie autodestrukcji i wykorzystywania innych ludzi i nie chce się zmobilizować do solidnej pracy. Poza tym demoralizuje współpracowników, którzy widzą, że można zarabiać tak samo, źle pracując. Dawanie pracy to nie jest filantropia. Prędzej bym zwolnił takiego człowieka i dawał mu zasiłek, niż utrzymywał go w firmie. Pod tym względem jestem bardzo radykalny, tym bardziej, że jak się kogoś takiego zwolni i on sobie to przemyśli, to jest szansa, że następnym razem będzie pracował solidnie.

No chyba że nie jest w stanie.

Takie przekonanie wynika z bariery mentalnej. Nad tym też można pracować. Albo bierze się z tego, że ktoś uparł się, że będzie robić coś, do czego nie ma predyspozycji. Jedną i drugą rzecz można, jak mówią psychologowie, przepracować.

Chciałam jeszcze zapytać, jak to się stało, że chrześcijaństwo z religii opartej na ubóstwie wyewoluowało w zupełnie innym kierunku – co być może stało się przyczyną jego kryzysu? Czy to było fałszywe zrozumienie tego biznesowego przesłania Ewangelii, o którym ksiądz mówi?

Jezus głosił Dobrą Nowinę grzesznikom, co nie znaczy biednym. Co prawda rozwój chrześcijaństwa na początku dokonywał się przez ubogich, ale bardzo szybko, jeszcze przed edyktem mediolańskim, w Kościele znalazło się bardzo dużo bogatych ludzi. Musiało ich być dużo, zważywszy wpływ Kościoła na ówczesną politykę. Oni nie rozdawali majątków. Nie widzę tu ograniczenia, że chrześcijaństwo jest tylko dla biednych, tym, bardziej że Jezus się kolegował z bogaczami, na przykład z Józefem z Arymatei, który ufundował Mu grób. I takich ludzi było więcej, w końcu Jezus miał środki na zorganizowanie pracy ponad 100 osób: 12 apostołów, 72 uczniów plus kobiety. To musiały być duże pieniądze. Ciekawy jest przypadek św. Franciszka, który poprzedził Reformację, buntując się przeciwko doczesnej pozycji Kościoła. I skoncentrował się na ubogim życiu do maksimum, powiedziałbym wręcz: do absurdu. Udowodnił w ten sposób, że bycie chrześcijaninem i człowiekiem szczęśliwym nie jest związane z tym, co się ma. Kiedy Franciszek nie chciał już zarządzać franciszkanami, przekazał to swojemu następcy, bratu Eliaszowi, a sam pojechał na wyprawę krzyżową. Pierwszą rzeczą, którą zrobił Eliasz, było wybudowanie kościoła, a Franciszek o mało nie oszalał, gdy to zobaczył, bo przecież mieli nie mieć kościołów, mieli być ubodzy. I każda późniejsza reforma franciszkanów jest próbą powrotu do ubóstwa, po którym zaraz budują swoje klasztory i swoją pozycję materialną. Każda świeża idea potrzebuje materialnego kontekstu, ale pytanie, w którym momencie materia zaczyna przewyższać ideę i ją zabijać.

Pracuję teraz w kościele św. Józefa. To piękny pogórski kościół. Powstał w czasach zaboru austriackiego. Polityka Franciszka Józefa zmierzała do tego, aby pomniejszyć znaczenie Krakowa. Dlatego na początku XIX wieku zaczęto inwestować w konkurencyjne miasto po drugiej stronie Wisły – w Podgórze. Podgórze było dużo bogatsze niż Kraków. Postanowiony tę przewagę podkreślić przez wybudowanie kościoła – katedry – jako konkurencji dla Kościoła Mariackiego. Ostatecznie nie dokończono tego projektu ze względów finansowych. Pozostała piękna bryła kościoła, wyjątkowy obiekt architektoniczny w cudownym otoczeniu skał wapiennych. Dla mnie jednak dzisiaj najważniejsze jest to, czym wypełnić tę bryłę. W ogóle nie jestem miłośnikiem budowli kościelnych ani do remontowania kościołów pewnie bym się nie nadawał. Ja kocham budynki wypełnione duchem i wtedy, gdy duch i materia współgrają ze sobą, wpadam w zachwyt. Materia jest dla mnie przestrzenią do rozwoju ducha. To jest przekaz Ewangelii i Jezusa. On nie walczy z materią, z bogactwem. Jezus zamienia bogactwo, i ubóstwo również, w życie wieczne.

Na koniec pytanie o plany – czy ksiądz myśli o nowych działalnościach, czy na razie to, co ksiądz robi, jest wystarczające?

Ostatnie kilkanaście lat bardzo intensywnie pracowałem, po kilkanaście godzin dziennie, natomiast moją pierwszą i najważniejszą przestrzenią jest duch i myślenie. I teraz jestem raczej na etapie wycofywania się, dystansowania się do rzeczywistości. Mam pewne przemyślenia, co chciałbym robić, ale najbardziej interesuje mnie, co się dzieje z moją duchowością. Bo co mi z tego, że cały świat zyskam, gdy na duszy swojej poniosę szkodę. Ten proces wycofywania się trwa może ze trzy lata. Chciałem to zrobić wcześniej, ale nie bardzo mogłem. Stowarzyszenie Wiosna działa w oparciu o dość zaawansowane sposoby zarządzania i dość unikalne kompetencje. Nie ma ludzi niezastąpionych, ale trudno było znaleźć takich, z którymi mógłbym podzielić się swoją pracą. Jednak systematycznie wycofuję się. Nie rezygnuję, ale robię przestrzeń dla innych. Okazuje się, że warto było czekać. Wciąż pojawiają się wyjątkowe osoby, które chcą i potrafią podjąć wyzwania stające przed Wiosną. Żeby lepiej opisać skalę wyzwania, warto pokazać na przykład, że w Szlachetnej Paczce łączymy około 170 tysięcy osób. Zarządzamy około 400 podmiotami w całej Polsce. Taka skala generuje wiele problemów, takich jak na przykład komunikacja, standaryzacja, odpowiedzialność. Już wiem, że ludzi myślących na taką skalę jest w Polsce niewielu. Potrzebne jest doświadczenie. I takie osoby do nas trafiają. Przykładem może być Wiesław Brzykcy – człowiek, który założył pierwszy dom maklerski w Polsce, w 1988 roku. Wtedy jeszcze nie było w Polsce giełdy. To on wymyślił BillBirda, czyli Moje Rachunki – biznes, który w Polsce wydawał się absurdalny: żeby w sklepach płacić rachunki, a na poczcie kupować, powiedzmy, marchewkę. To kreator zmian społecznych, teraz zarządza kolejnym projektem – integruje biura podróży w bardzo zaawansowany sposób, taki, że jeszcze nie słyszałem o czymś podobnym. I on chce z nami pracować, wyręcza mnie w pewnych sprawach. Pewnie bym się tego nauczył, jak wielu innych rzeczy, ale nie można we wszystkim być dobrym. On jest w tym lepszy, to jest jego dorobek życiowy. Zatem: planuję dać szansę innym i ci inni się znajdują. W moim gabinecie są dwa fotele – to drugie miejsce jest dla milionera z dobrym sercem. Chodzi mi o kogoś, kto odniósł duży sukces w biznesie i robienie pieniędzy już mu nie wystarcza, chciałby swoje wysokie kompetencje zaangażować na rzecz innych ludzi. Co chwilę na tym fotelu siada kto inny, to nie jest jedna osoba, jak o tym marzyłem, lecz wielu ludzi o szerokich kompetencjach i to jest jeszcze lepsze. I nie żałuję, że nie zrezygnowałem z tego fotela. Naprawdę mamy tu takich ludzi, że to jest niesamowite.

Bardzo dziękuję za rozmowę i życzę powodzenia.

KS. JACEK STRYCZEK, duszpasterz akademicki, duszpasterz ludzi biznesu, założyciel Stowarzyszenia WIOSNA, pomysłodawca akcji charytatywnej Szlachetna Paczka.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata