70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Chochoły: Wigilia (fragment)

Rozmowy wygasały. Ci, co zamilkli, gestami uspokajali innych. Wreszcie zrobiło się cicho i wszyscy znieruchomieli, zgodnie zwracając głowy w jednym kierunku. Rodziło się zgromadzenie. W rogu sali kolumnowej stał wuj Tomasz, wyprostowany, szczupły, wodzący niewidzącym wzrokiem tuż ponad naszymi głowami, jakby oczekiwał naszych twarzy wyżej, jakbyśmy w jego oczach ślepca przewyższali samych siebie. Rośliśmy pod tym spojrzeniem, stawaliśmy na palcach, wbijaliśmy się w niezasłużoną dumę.

Na Wigilię wuja Tomasza ubrano w sutannę, którą wkładał niechętnie, chodząc po Domu w wyciągniętych sztruksowych spodniach i flanelowych koszulach. Wyglądał niecodziennie, trochę jak przebrany, udający kogoś innego, a przecież przez większość życia takim właśnie go oglądałem. Teraz mimowolnie poprawiał palcami koloratkę, ruchy szyi potwierdzały, że dawny strój przestał być jego drugą skórą, sutanna wisiała na nim żałobnie. Obok Tomasza stał mój kuzyn Andrzej i trzymał otwarte Pismo Święte.

Od lat rozpoczynaliśmy wieczerzę wigilijną od lektury drugiego rozdziału Ewangelii według św. Łukasza. W owym czasie… kiedy namiestnikiem Syrii był Kwiryniusz… do swego miasta… która była brzemienna… urodziła… w żłobie… bo nie było dla nich miejsca w gospodzie. Znałem te słowa od dziecka, rok po roku wyżłobiły w mojej pamięci głębokie bruzdy. Zawsze zastanawiałem się, dlaczego opis narodzin Jezusa zawiera głównie jakieś biurokratyczne informacje na temat spisu ludności. Sens tego fragmentu ukryty był wśród drobiazgowego przedstawienia okoliczności, narodziny pozostawały na marginesie tej opowieści.

Pojawienie się wujka Tomasza w Domu w naturalny sposób doprowadziło do zmiany tego obyczaju, po lekturze Ewangelii ksiądz wygłaszał krótką homilię, to było oczywiste, obyczaj zreformował się sam, za pierwszym razem, bez niczyich interwencji, i tak pozostało w kolejnych latach, żywa tradycja regulowała się sama.

Zastygliśmy w oczekiwaniu. On słyszał tę ciszę i wytrzymał ją; splótł dłonie i podniósł je do twarzy, zasłaniając usta. Kilka razy westchnął w skupieniu. Wreszcie dał głową znak, Andrzej zaczął czytać.

– Z narodzeniem Jezusa Chrystusa było tak…

To nie był ten fragment, wypowiadane przez Andrzeja słowa uderzały we frazy podsuwane przez dobrotliwą pamięć. Mąż jej Józef… oddalić ją potajemnie… we śnie… nadasz imię Jezus… uczynił tak, jak mu polecił anioł … aż porodziła Syna. Każde zdanie się wykolejało, każdy ze słuchających musiał się skoncentrować, wejść na nowo w odczytywane orędzie.

– Oto Słowo Pańskie…

Odpowiedzieliśmy chóralnie. Andrzej zamknął Biblię i odłożył ją na stolik za sobą. Wujek Tomasz stał chwilę w milczeniu. Wreszcie podniósł głowę i z zamkniętymi oczyma powiedział:

– To wydarzy się dzisiaj w nocy. Spróbujmy tego nie przegapić.

I tyle; czekaliśmy na coś więcej, ale nie było nic więcej, wuj Tomasz ruszył do przodu, Andrzej podbiegł, by mu pomóc znaleźć miejsce, kiedy zasiadł na fotelu, zaczęliśmy się wszyscy poruszać, odczarowani, ośmieleni, ciotka Magda wkroczyła między nas z talerzem pełnym opłatków. Rozpoczęły się życzenia, dwadzieścia osób zaczęło krążyć po sali kolumnowej, by na krótką chwilę spotkać się z każdym krewnym.

Podszedłem do Matki. W naszej rodzinie życzenia trwały długo. Dwadzieścia dwie osoby, każdy przełamuje się z każdym, każdy ma przed sobą dwadzieścia jeden spotkań, w sumie dwieście trzydzieści jeden przełamań, tafle opłatków strzelają wokoło jak pękający lód. Ile zajmują pojedyncze życzenia? Podejście, chwila zastanowienia, wygłoszenie życzeń, zapytanie o jakąś troskę, wysłuchanie życzeń, krótka pogawędka, promenada, odnalezienie kolejnej osoby, ominięcie tych, którym się już życzyło, chwila oczekiwania, bo do babci, cioci, wujka jest kolejka, pogawędka w kolejce, korekta planów, odnalezienie wzrokiem babci, cioci, wujka, do których nie ma kolejki, przypadkowe spotkanie z kuzynem, myśmy sobie już życzyli, uśmiechy; babcia, ciocia, wujek, do których nie było kolejki, są już zajęci, znowu korekta planów, pod oknem stoi samotnie babcia, ciocia, wujek, więc podejście i kolejne spotkanie. Ile trwa jedna kolejka? Dwie minuty, trzy, pięć? Niezręcznie jest spoglądać na zegarek, to przecież życzenia, nie wydzielamy czasu, życzymy aż do wyczerpania, opłatki są, zawsze w nadmiarze, można dobrać, w każdej chwili można dobrać, aż do wyczerpania, aż do wycieńczenia. Zazwyczaj przekraczamy godzinę, nigdy nie sprawdzałem, ale godzinę co najmniej, pod koniec życzenia stają się coraz krótsze, z wielopoziomowych konstrukcji pozostaje tylko esencja, każdy jest już trochę zmęczony, życzymy sobie, żeby życzenia były krótkie, coraz krótsze, to jest podstawowe życzenie, z ostatnimi osobami rozumiemy się bez słów, tylko skubiemy resztki opłatków, okruszki ostatnie, głębsze spojrzenie, jakiś gest, jakiś pocałunek, do wycieńczenia. Jak nam się udaje to wszystko zmieścić, w jeden wieczór? A potem jeszcze potrawy, i prezenty, i kolędy, i na pasterkę jeszcze trzeba się zebrać, i dojść, i zająć miejsce. Ten wieczór trwa co najmniej dwa wieczory, czas rozciąga się, by pomieścić złożoność domowych rytuałów, czas zastyga, pozwala zdążyć ze wszystkim.

Podszedłem do Matki. Zewsząd łapałem kątem ucha zwyczajowe zdrowia, szczęścia, pomyślności, ludzie wokół mnie życzyli sobie najlepiej, a jednocześnie wypowiadali to nieporadnie, kryjąc się za sprawdzone od lat formuły. Wiadomo, zdrowie ważne, szczęście ważne, wszystko ważne. Życzenia ciepłe, serdeczne, odarte z intymności bezpośredniej relacji. Ogólność ułatwiała tę relację, znosiła kłopotliwość, skrępowanie zbytniego zanurzenia w świat innych. Czego życzyć dziewięćdziesięcioletniej babci Marii? Zdrowia? Stu lat? Co znaczy pomyślność? Jak co roku próbowałem lepić coś własnego, nieudolnie próbując rozpoznać te nadzieje, które otwierają horyzont moich bliskich. Moja oryginalność co roku rodziła się w momencie wzięcia z tacy opłatka, nie była nigdy zbyt przemyślana, konstruowana w popłochu, zawsze niegotowa. Kto liczy na wyzdrowienie, kto potrzebuje odpoczynku, kto nie może znaleźć sobie miejsca na świecie, kto pogrąża się w samotności, kto chciałby spokoju, zmiany pracy, odmiany życia. Starałem się diagnozować te pragnienia, odczytywać je z okruchów doświadczeń, zasłyszanych rozmów, domysłów, wyznań, wykradzionych snów. Ponieważ w tym rozpoznaniu zawsze byłem spóźniony, nieprzygotowany, poświęcałem na nie czas podczas życzeń innych. Oni zaczynali, zdrowia, szczęścia, pomyślności, czasem coś od siebie, a ja słuchałem nieuważnie, słuchałem nie słuchając, pozorując skupienie, wszelkie błogosławieństwa puszczałem mimo uszu, ugniatając gorączkowo własną wypowiedź; tę wstydliwą czynność skrywałem pod pełnym spokoju uśmiechem, pod spojrzeniem głębokim i pustym jednocześnie. Kiedy kończyli, babcia, ciotka, wujek, ja zaczynałem, z namysłem, ze zrozumieniem. Bliscy, kiedy udało mi się utrafić w sedno ich prawdziwych trosk, uśmiechali się ciepło, jakby przypomnienie o własnym bólu, o własnej biedzie, sprawiało im przyjemność. Ich twarze, na co dzień przygaszone, zaprzątnięte krzątaniną wokół spraw ważnych i pozornie ważnych, rozprostowywały się, oczy nabierały blasku. Zderzaliśmy się jak wolne elektrony, jak cząsteczki, które odbijają się od siebie nawzajem. Spotkania krótkie, rozbłyskujące na moment, na mgnienie oka, potem przepraszające spojrzenia, jeszcze muszę połamać się z ciocią, babcią, wujkiem; kruchość naszych małych spotkań była nie do ocalenia. Z wieloma moimi bliskimi nie rozmawiałem tak blisko, tak ulotnie, przez cały poprzedni rok. Rozstając się z kawałkiem niekwaszonego ciasta w dłoniach, wymienialiśmy pełne porozumienia spojrzenia. Musimy to powtórzyć, może jutro, może w drugi dzień Świąt, mieszkamy przecież pod jednym dachem… Wiedzieliśmy, że nie dotrzymamy tych niemych obietnic, że spotkamy się dopiero za rok, na ten jeden moment.

Podszedłem do Matki. Z trudem odnaleźliśmy się w gromadzie krewnych. Większość z nich ustawiła się w kolejkach do foteli, na których zasiadali starcy, przyjmując życzenia i błogosławiąc. Kolejki żyły własnych życiem, w nich ludzie konwersowali, korzystając z okazji przełamywali się między sobą, w oczekiwaniu, w napięciu, by seniorom rodu życzyć dobrze i treściwie, w rodzinnym ogonku bliscy deptali sobie po piętach. Kilka razy widziałem Matkę zajętą, z babcią, ciocią, wujkiem. Szukałem kogoś innego i znów gromada nas rozdzielała. Kolejna twarz, kolejny uśmiech, zapraszające rozłożenie ramion, my przecież jeszcze nie, a jak jeszcze nie to teraz, czemu nie teraz. I wszystkiego najlepszego z babcią, ciocią, wujkiem. Znam dobrze moich bliskich, znam ich od dziecka, znam z wspólnych wakacji, znam z imienin i obiadów świątecznych; od kilkunastu lat mieszkamy razem w jednym domu, Domu, widzę ich w szlafrokach, piżamach, widzę na co dzień, bez makijażu, bez udawania, w kapciach, w łóżkach, przy stole. A jednak mam poczucie, że nie wiemy o sobie nic. Ja sam przemykam codziennie między nimi z poczuciem, że najważniejsze ze swoich spraw pozostawiam dla nich zatrzaśnięte, że nie dla nich pielęgnuję moje troski i sekrety. Wtłoczyliśmy się, dla własnej wygody, dla wygody uporządkowania tych ponad dwudziestu osób, z którymi mieszkamy dzień w dzień pod jednym dachem, wtłoczyliśmy się nawzajem w dobrze skrojone mundurki, wiemy, czego możemy od siebie oczekiwać, czego się spodziewać, rzeczywistość Domu jest przewidywalna, bo po to ma się dom, by wszystko było na swoim miejscu, po to, by każda inność stała się swojska, oswojona, wypolerowana od ciągłego gładzenia. Rysy tracą ostrość, nie kaleczymy się o kanty i krawędzie, każdego z tych bliskich, najbliższych, potrafimy zgrabnie opisać jednym, dwoma aforyzmami. Inni żyją wokół nas jak aforyzmy, odwróceni tylko profilem albo patrzący tylko na wprost, z jednym wyrazem twarzy, z jedną kwestią do wypowiedzenia. Dla wygody uporządkowania rzeczywistości babcie są babciami, starcy starcami, młode matki młodymi matkami, wujowie i kuzyni porozstawiani po kątach. Ja też stoję w jakimś kącie, też zostałem zaklęty w kamień przez moich bliskich. Zamieszkujemy ten Dom podobnie jak zegary, kredensy i etażerki, pomiędzy nimi zajmujemy przypisane sobie miejsce, między gablotką a sekretarzykiem, kaloryferem i szafką nocną. Patrzę na twarze moich bliskich, znane od dziecka, niezmienne dzięki codziennemu oglądaniu, niestarzejące się i pozaczasowe, przez te nieruchome, zastygnięte w moim umyśle oblicza nie dociera do mnie nic ważnego o nich samych. Nasze spotkania wywołują w nas te same reakcje, witamy się tymi samymi słowami, wszystko odbywa się według niezmiennego rytmu powtarzanego za każdym razem obrzędu. Małe, wstydliwe ryty przejścia, poranne pozdrowienia, południowe zapytania, konwersacje, nie rozmowy, ryty odpychające, odpychające nas od siebie, pozwalające przejść przez życie, przez Dom, nie spotykając nikogo, i jednocześnie mieć poczucie uczestniczenia we wspólnocie. Relacje nasze mają charakter niemal liturgiczny. Wiem, czego mogę od nich oczekiwać, wiem, że mnie nie zaskoczą, ja też nie zaskakuję, odpowiadam ciągle to samo, to, czego można oczekiwać. I tak trwamy od lat, w poczuciu porządku i bezpieczeństwa, Dom jest domem, tu nie czyhają na nas żadne pułapki, dom to przecież świat oswojony. Spotykam moich bliskich, nad nami zawisa nastrój, i mówimy to, co powiedzieć powinniśmy. To, co chcę naprawdę powiedzieć, to, co mi się wydaje, że chcę powiedzieć światu na swój temat, zachowuję dla siebie i pomstując na skamienienie obyczajów rodzinnych, sam dostrajam się, mimowolnie i bezrefleksyjnie, do tego nastroju. Zapewne inni myślą to samo, kiedy się mijamy, czują ten sam niedosyt, to ukłucie utraconej szansy, dlaczego miałoby być inaczej, dlaczego tylko ja miałbym posiadać przenikliwość dostrzegania owej trudności nie do przezwyciężenia, na której panowanie wszyscy wydajemy przyzwolenie, więc mijamy się i rozstajemy się z goryczą niespotkania, goryczą poddania się nastrojowi, niesmakiem kolejnego błahego przegapienia się nawzajem i po chwili przełykamy tę gorycz bez bólu, mijamy kolejną babcię, ciocię, wujka. A potem się do tego przyzwyczajamy, nie można przecież ciągle mijać się z gorzkim smakiem na języku, to przechodzi, nadzieje prawdziwych spotkań płowieją, nastroje, w których ludzie dotykają się naprawdę, schną w zapomnianych zielnikach.

Podszedłem do Matki, wiedząc to wszystko, kontemplując to niczym bolącą ósemkę, wiedziałem to wszystko i szedłem pomiędzy moimi bliskimi, swojskimi i przez to dalekimi, uśmiechając się, przełamując, kochając w rodzinny, niezobowiązujący sposób; wiedziałem to, i oni wiedzieli, może w ten wieczór bardziej, może nasza radość z rodzinnego ciepła podszyta była żalem, że starcza nam siły na spotkanie tylko przez te parę godzin, może radość wigilijna w nas wszystkich podbita była nostalgią i tęsknotą, zawstydzeniem własną niemożnością, tym bardziej dotkliwą, że w myślach przezwyciężaną bez większego trudu. Wiedziałem to wszystko i szedłem do mojej Matki, która przez moment mignęła mi przy chórze starców. Wszyscy, ona też, byliśmy zakładnikami nastrojów, które przechodziły przez Dom niczym fronty atmosferyczne, nieraz zawisając na kilka lat nad poszczególnymi pomieszczeniami, ludźmi, relacjami. Nie raz szliśmy do kogoś z rodziny, do babci, cioci, wujka, układając w głowach prawdziwe, niesfałszowane rozmowy; nie raz szliśmy na spotkanie, projektując w głowie nieskłamane dialogi. Przekroczenie progu pokoju, miny, które wymienialiśmy zawsze, rytualne frazy pozdrowień, to wszystko oddalało nas od siebie i oddawało w panowanie niechcianych nastrojów. Mechanicznie dostrajaliśmy się do zadanej tonacji, każdy zajmował właściwe miejsce, wypowiadał właściwe kwestie. Nastroje zawisały nad nami, zagnieżdżały się w Domu na długie tygodnie, przemieniając wszystkie nasze spotkania, zapytania i odpowiedzi. Wiedziałem to wszystko i nie potrafiłem, nie chciałem nic zrobić, nastroje mnie obezwładniały, rozleniwiały. Po co zmieniać, czy tak nie jest dobrze? Blisko, przez szybę.

Nastroje, przestroje, rozstroje; słowa gładkie i wyślizgane, jak ulał pasujące do rzeczywistości, cisnące się na usta, obejmujące cały świat swą zniewalającą mocą. A za nimi skryty Bartek, szlachetny dawca kategorii, Bartek, który uwięził nasze życie w tej metaforze, Bartek, wielki twórca teorii nastrojów, Bartek nadający rzeczom prawdziwe imiona. Nastroje, nieuchwytne i ulotne, tłumaczą wszystko, w nich poruszamy się i żyjemy, one rozstrzygają za nas, one przemieniają nasze światy; ich niewidoczne oddziaływanie na nasze relacje, ich ciche przełamywanie się ponad naszymi głowami. To Bartek splótł moje myślenie z tą metaforą, to dzięki niemu wyglądałem na świat z jej wnętrza. Nie znosiłem jej, wyjałowiła się od częstego powtarzania, przeżułem ją na wszystkie sposoby, aż zupełnie straciła smak; a jednocześnie nie miałem sam lepszego języka. Brak własnej mowy zastępowałem cudzymi słowami. Chciałem się wyrwać, lecz nie mogłem jej porzucić; uciekałem spod jej władzy i zawsze wracałem z podkulonym ogonem, zniechęcony wypaloną ziemią dookoła. Teoria nastrojów jaśniała na moim pustkowiu, trzymałem się jej kurczowo, jakbym nie potrafił uwolnić się spod zaklęć mojego brata. Jedyne miejsce, skąd świat wyglądał na uporządkowany, wydarzenia tłumaczyły się nawzajem, wszystko ogarniał sens. W innych miejscach moje myślenie usychało, moje myślenie mogło zamieszkiwać tylko w metaforyce nastrojów. Mój brat skryty za metaforą, nasza Matka skryta za rodzinnymi życzeniami.

Podszedłem do Matki, jej smutek, jej zmęczenie. Bartek, nie ma Bartka, jej życie zanurzone teraz w tym jednym nastroju. Podniosłem oczy i nie wytrzymałem jej spojrzenia.

– Nie zadzwonił?

Matka odruchowo ułamała wystający spomiędzy moich palców kawałek opłatka. Uniosła go do ust i zastygła w pół drogi.

– Musisz dowiedzieć się, jak żyje i gdzie mieszka. Znajdziesz go?

– Tak, mamo.

Matka wsunęła okruch opłatka między wargi. Ja też odłamałem, delikatnie, skromnie, sam rąbek, płytka pękła z cichym trzaskiem.

– Znajdziesz go?

Powtórzenie mnie uderzyło; przecież powiedziałem, po co mnie jeszcze o to pyta; może nie usłyszała odpowiedzi, dookoła taki gwar; może nie zrozumiała jej, bo wypowiedziałem ją niedbale, hałas przekręcił moje słowa; może ja nie zrozumiałem pytania i moja odpowiedź była bez sensu. Przez głowę przeleciał tabun myśli, dlaczego pytanie zostało powtórzone? A może moja Matka nie wierzy, że znajdę brata, nie wierzy, że w ogóle będę go szukał? Sądzi, że przytaknąłem, bo wypadało, a duchu zakładam, tak sądzi, że zakładam, że nie nic nie zrobię, bo nie będę musiał nic robić, że Bartek zadzwoni, znajdzie się, a ja nic nie będę musiał, dlatego tak ochoczo przytaknąłem. Tak zapewne sądzi moja Matka, że tylko tak powiedziałem dla świętego spokoju: znajdę, poszukam; wszystko po to, aby nie psuć nastroju, bo wieczerza, bo igliwie, bo opłatek, bo wszyscy radośni i tylko Matka nie pasuje, bo przygnębiona. Tak myśli, nie wierzy mi. A wokoło wszyscy sobie wierzą, wierzymy sobie jak nigdy, chcemy wierzyć w ten jeden wieczór, wokoło Wigilia, wszyscy nawzajem odkrywamy w sobie ludzi, uśmiechy, dyskretna, dostrzegalna w wymienianych spojrzeniach radość.

Ja jeden jestem zakwestionowany, mnie jednemu się nie wierzy. Czy chcę znaleźć brata, czy chcę go szukać? Dlaczego Matka w to wątpi? Poczułem się nieswojo. Wokół narastał gwar, ludzie w parach, pochyleni nad sobą, nad trzymanymi z uwagą kruchymi tabliczkami, nad wypowiadanymi w skupieniu słowami, nie słyszeli naszej rozmowy. Popatrzyłem w nieprzeniknione, zmęczone oczy Matki. A może rzeczywiście odpowiedziałem mechanicznie, takim samym tonem, jakim przyjąłem na siebie od Matki już dziesiątki, setki zobowiązań, których nie dotrzymałem. Może Matka lepiej wie, jak było przed chwilą, a ja się przed tym bronię, chcąc chociaż wobec siebie pozostać lepszym, niż okazałem się naprawdę?

Znaleźć brata, co to znaczy? Pójść do jego mieszkania, zadzwonić na policję, do szpitali, porozmawiać z jego znajomymi, odnaleźć jego przyjaciół, prowadzić własne śledztwo? Dopiero teraz zacząłem sobie uświadamiać, o co Matka mnie prosi. I zobaczyłem, że ta prośba była jednocześnie jej cichym przyznaniem się do bezradności. Poprosiła, bo była bezsilna, bo nigdy nie prosiła o to, z czym sobie dawała radę. Teraz przekazuje mi poszukiwania: ona próbowała i nie dała rady, nie potrafi, nie wie, co robić, teraz ja muszę. Matka powierzyła mi swoją największą troskę: mam odnaleźć Bartka, który zniknął. Wyjechał? Dlaczego nie powiedział, przecież to Wigilia? Porwali go, zaginął, wpadł pod pociąg, pod samochód, ktoś go pobił i zostawił przy drodze? Wcześniej nie zastanawiałem się nad tym. Nie dzwoni, bo mu komórka padła, nie dzwoni, bo nie może zadzwonić.

Ale teraz wiem, o co mnie pytała. W tamtej chwili, przed wigilijną wieczerzą, w rozgadanym zgromadzeniu mojej rodziny zrozumiałem, po co było to powtórzenie. Matka chciała, bym zadał sobie te wszystkie pytania, bym ja sam zakwestionował sam siebie, ja, nie ona, bym podał w wątpliwość swoją dobrą wolę, swoje przekonanie o domniemaniu własnej dobrej woli, bym przeszedł przez to wszystko i nie poprzestał na bezmyślnej zgodzie.

– Znajdziesz go?

– Tak – odpowiedziałem i uwierzyłem we własną odpowiedź.

Chyba o to jej chodziło. Przytuliłem ją na znak zakończenia życzeń, powrót w ramiona obrzędu, jeszcze odłamaliśmy po okruszku opłatka, małym, rozmiękłym od trzymania w palcach, oddartym, nie odłamanym, i ruszyliśmy we dwoje na górę, do pokoju Ojca, by tam przez kilka minut, przed wigilią, jak co roku, przy jego łóżku.

Po schodach, korytarzach odprowadzał nas gwar rodzinnego zgromadzenia, polifonia głosów, szeptów i śmiechów. Melodie pojawiały się i uciekały, frazy krzyżowały się i zderzały, moi bliscy, nasi bliscy odzywali się i milkli, nawet w najcichszych momentach nie zapadało zupełne milczenie.

Przy Ojcu siedziała babcia Maria, góralski profil Berdów, rysy wyostrzone jak na dziewiętnastowiecznych sztychach. Wsparta na lasce, zgarbiona, patrząca w uśpioną twarz swojego syna. Kiedy weszliśmy, wstała z trudem. Podeszła do Matki i objęła ją.

– Jest taki spokojny – powiedziała.

Stały chwilę w milczeniu, patrząc w tym samym kierunku. W pokoju było ciemno, lampka na stoliku przy łóżku rozświetlała tylko posłanie, kąty tonęły w mroku.

– Basiu, jesteś taka dzielna – powiedziała i rozpłakały się przytulone.

Wyszedłem na korytarz, zawstydzony.

9

Zasiedli przy stołach, zasiedliśmy. Bez ustalonego wcześniej porządku, bez karteczek przy nakryciach, tworząc niewielkie grupy, ledwo wydzielone z całego zgromadzenia, zawiązane doraźnie, bez głębszych uzasadnień, czy mogę koło ciebie, siadaj, ależ proszę, może siądę przy babci, przy cioci, przy wujku. Tylko dzieci zbite w gromadkę, my chcemy razem, posadzone z brzegu stołu, blisko szopki, blisko choinki, w każdej chwili można odejść, sprawdzić, czy aniołek się nie pojawił, może są już prezenty. Stół długi, biały, rozjarzony skocznymi płomykami świec, niebieskie wiatraki i drzewa na talerzach zdają się poruszać, łamiąc się w ciepłym świetle. W głowie stołu, w obydwu głowach, któż rozsądzi, który koniec ważniejszy, który jest na początku, a który na końcu, w głowach stołu puste miejsca dla Nieznajomego i dla mojego Ojca, komplet zastawy, opłatek na talerzu, krzesło dotykające oparciem krawędzi obrusa.

Zasiedli, zasiedliśmy, cała rodzina, wszyscy, którzy mogli, zasiadł cały Dom. Naprzeciw mnie, od lewej: Ania Chochoł, moja kuzynka, córka stryja Piotra i cioci Magdy; Bartłomiej Chochoł, puste miejsce dla Bartka, mojego brata, dokładnie na wprost mojego nakrycia; wuj Łukasz Wicher, malarz, starszy brat mojej Matki; wujek Tomasz, ksiądz i ślepiec, młodszy brat mego nieżyjącego już dziadka, Jana Chochoła i szwagier babci Marii; babcia Maria, z domu Berda, wdowa po Janie Chochole, najstarsza z rodu, matka mojego Ojca i stryja Piotra; stryj Piotr, młodszy brat mojego Ojca, architekt; ciocia Magda, z domu Ryś, żona stryja Piotra i matka Pawła, Ani i Andrzeja; Paweł, mój kuzyn, starszy brat Ani, syn Piotra i Magdy; Małgosia, żona Pawła, z domu Chowaniec; kuzynka Monika Ryś, po prawdzie żadna kuzynka, córka Marka i Uli; Mateusz, syn Moniki; Franek, syn Pawła i Małgosi.

Zasiedli, zasiedliliśmy, po mojej stronie stołu, od lewej Andrzej Chochoł, młodszy brat Ani, syn Piotra i Magdy; ja, naprzeciw pustego miejsca po Bartłomieju, moim bracie; moja Matka, z domu Wicher, żona Wojciecha Chochoła, mego Ojca; babcia Marysia Wicher, z domu Kądziela, matka mojej Matki; ciotka Maria, z domu Kozioł, wdowa po Szczepanie Chochole, bracie mego nieżyjącego dziadka Jana Chochoła i wujka Tomasza, księdza i ślepca, szwagierka babci Marii; wujek Marek Ryś, po prawdzie żaden wujek, brat cioci Magdy; ciocia Ula Ryś, żadna ciocia, żona wujka Marka; kuzyn Michał, po prawdzie żaden kuzyn, syn Marka i Uli, młodszy brat Moniki; Olga, z domu Rohaniuk, żona Michała; Kaja, w nosidełku, córka Michała i Olgi; Anielka, córka Pawła i Małgosi, siostra Franka.

Wnieśli, wnieśliśmy pierwszą potrawę, wnieśliśmy karpia w galarecie. Na półmiskach, lekko drżący, przybrany gotowaną marchewką i zieloną pietruszką; krojony w dzwonka, potem przepołowione, moczony przez noc w mleku, płukany, ugotowany w wywarze z jarzyn, z zielem angielskim i liściem laurowym, obierany z ości delikatnymi opuszkami kobiet z naszego Domu, sprawdzany dwukrotnie, żeby się nie zadławili, żeby dzieci, żeby starcy, żebyśmy wszyscy mogli jeść spokojnie. A do tego chałka drożdżowa, też w Domu pieczona, wyrabiana przez moją Matkę, potem zaplatana w poczwórny warkocz przez babcię Marię, do tego cytryna, do tego dobrze schłodzone białe wytrawne orvieto, specjalnie wybierane i sprowadzane przez stryja Piotra ze słonecznej Umbrii.

Widelce stukały o talerze, galareta zatrzęsła się, skropiona sokiem z cytryny. Wszyscy rzuciliśmy się do jedzenia, jakbyśmy od rana nic nie jedli. Wreszcie na siedząco, wygodnie, wreszcie jakiś smak poza opłatkiem. Dość mieliśmy słów, od słów trzeba było odpocząć, ta pierwsza potrawa, prawdziwie pierwsza, w milczeniu, bo może jednak jakaś przegapiona ość, w skupieniu, bo pierwsza, opłatek nie potrawa, opłatek ważny, ale się nie liczy, karp w galarecie, miękkie białe mięso.

Pamiętam, jak siedliśmy do wigilii po raz pierwszy w Domu, wtedy jeszcze w innym składzie, nie było rodziny Rysiów, dzieci się nie zdążyły narodzić, nikt o dzieciach nie myślał, ich rodzice, moi kuzyni, mieli, mieliśmy niespełna po dwadzieścia lat. Sala kolumnowa jeszcze nie istniała, siedzieliśmy w dużym salonie w mieszkaniu dziadków Chochołów, dziś przejętym przez pokoje starców. Salon mieszczański, stare meble, serwisy do kawy w kredensie z fazowanymi szybkami, gęste zasłony, wielka palma między oknami, modernistyczna atmosfera międzywojnia. Był rok 1990, z sąsiednich pokojów dochodził zapach schnących farb, salon dziadków jako jedno z niewielu pomieszczeń ocalał z przebudowy. Jego dni były policzone, ale wtedy, w tamten grudniowy wieczór stanowił ostatni przyczółek dawnego życia, był pomostem pomiędzy nowymi i starymi czasami.

Pamiętam wieczerze wigilijne u dziadków, jeszcze wcześniejsze, kiedy nawet nie mówiliśmy o Domu, wieczerze sprzed epoki Domu, czasy z poprzedniej ery; po prostu, wigilie w mieszkaniu dziadków. Żył dziadek Jan Chochoł, babcia Maria nie miała jeszcze siedemdziesięciu lat, a dziadkowie Wichrowie mieszkali daleko, w Rokicinach. Jedliśmy te same potrawy, też zaczynaliśmy od karpia w galarecie według tego samego przepisu, od lat, od dziesięcioleci tak samo. Wtedy podczas wigilii czekałem przede wszystkim na prezenty, każde danie przyśpieszało tajemniczą chwilę, kiedy miejsce pod wielką choinką –w naszych małych, zagraconych mieszkaniach w blokach starczało przestrzeni tylko na skromne stroiki – zapełniało się przewiązanymi wstążkami pudłami. Nie było kolorowych papierów, nie było w sklepach działów pakowania prezentów, dary od aniołka przypominały raczej pocztowe paczki. Z kuzynami na czworakach szukaliśmy naszych imion, karp w galarecie w ogóle się nie liczył.

Były lata osiemdziesiąte, mój Ojciec był zdrowy i w pełni sił. Patrzyłem teraz na stryja Piotra, trochę podobnego do mojego Ojca. Nie byli identyczni, choć z każdym rokiem odnajdywałem coraz większe podobieństwo. Przez ten cały czas, kiedy Ojciec leżał w śpiączce, stryj Piotr przejmował jego cechy. Teraz był starszy niż Ojciec przed wypadkiem, w przedziwny sposób stał się sam starszym bratem, cała ta sytuacja pozwoliła oszukać czas. Patrzyłem na niego, jak opowiada coś z zapałem, kordialny, uśmiechnięty, jak namawia swoją matkę, swoją żonę, osoby siedzące w polu jego oddziaływania na dokładkę karpia. Jak lekko unosi półmisek i podsuwa teatralnym gestem pod nos babci Marii:

– Wiem, mamo, jak lubisz ryby, w ten jeden wieczór nie daj się prosić.

A babcia zaplatała dłonie i kiwała głową, tyle jeszcze potraw, chcesz mnie utuczyć, znowu mnie rozedmie. Stryj Piotr był duszą towarzystwa, gdzie siadł, gdzie przystanął, wsączał w Dom swoją energię, napełniał przygasłe towarzystwo życiem, ożywiał rozmowy, wprowadzał ciekawe tematy, rozbudzał myślenie i odchodził, by napełnić swoją witalnością kolejną grupkę krewnych. Przy stole rzadko zagrzewał miejsca, często podsiadał tych, którzy na chwilę opuścili swoje krzesła, potem przepraszająco wskazywał swoje, jakby czekające na taką odmianę miejsce, wszędzie było go pełno.

Pamiętam wigilie z mieszania dziadków, kiedy wszystkie te funkcje spełniał mój Ojciec. Ukochany syn babci Marii, ależ mamo, co też mama, Ojciec mój wypełniał sobą całe pomieszczenie. Wtedy stryj Piotr był raczej nieśmiały, odzywał się rzadziej, przytłoczony nadobecnością swojego starszego brata. Dzieliły ich tylko cztery lata, niedużo, lecz widać wystarczająco, by Ojciec zdominował stryja Piotra. Piotr wtedy obserwował, przysłuchiwał się, nie mówił, pamiętam, że potrafił słuchać, zawsze przechylony w stronę rozmówcy, skupiony, ze ściągniętymi brwiami.

Potem przyszła ta wigilia bez Ojca, pierwsza w Domu, pierwsza po jego przyjeździe, po przywiezieniu go z Egiptu, po tym, jak zabraliśmy go ze szpitala. Był nieobecny, nikt nie zajął jego miejsca, nikt nie potrafił, nie chciał odegrać jego roli. To była smutna wigilia, w tamtym okresie każdy co kilka chwil krzepiąco spoglądał na moją Matkę, dodając jej tymi spojrzeniami otuchy. Karp w galarecie miał pełno ości, w całym tym remontowo-chorobowym zamieszaniu kobiety nie dopilnowały tej fazy przygotowań. Brzegi talerzy usiane były drobnymi igiełkami dyskretnie wypluwanymi na widelce. Jedliśmy w milczeniu, ciesząc się, że ości dają nam pretekst do zawieszenia rozmów.

Nie pamiętam, kiedy stryj Piotr zaczął przejmować rolę Ojca. Spokojnie, z roku na rok wychodził z cienia swojego brata, odzywał się, zabierał głos, narzucał nastroje. Z początku po swojemu, po dawnemu, oszczędnie, rzucał temat i od razu się wycofywał, obserwując, jak dyskusja toczy się bez niego. Potem podsycał rozmowy, dorzucał argumenty i opowieści, kiedy te dogasały, aż wreszcie zaczął grać pierwsze skrzypce. To był proces, to musiało trwać kilka lat. Dzięki wigiliom równo wybijającym roczne miary mogłem uchwycić kolejne etapy tego przepoczwarzania się stryja Piotra. Aż wreszcie, już kilka lat temu, metamorfoza się zakończyła, stryj wypełnił sobą miejsce po moim Ojcu; nie chcąc tego, nie planując, poddając się tylko przepływającym po Domu nastrojom. Teraz dominował nad stołem, zawisał nad milczeniem całego zgromadzenia. W drugim końcu stołu szeptały dzieci, onieśmielone rodowymi srebrami i nakłaniane do skupienia przez matki, w rybach mogą być ości, zawsze uważajcie, najpierw kawałek ryby, dopiero potem pieczywo, żebyście się tylko nie zadławiły. Pod stołem Knieja, Puszcza i Skowyt czatowały na śliskie resztki rybich skór.

Karp w galarecie był wyśmienity, jak zawsze, jak w Sèvres, dzięki karpiowi w galarecie wszystko było jak zawsze. Dookoła niewiele zostało z czasów mieszkania dziadków. Ściany poprzesuwano, pomieszczenia zmieniły swoje przeznaczenie, wewnętrzny system klatek schodowych przeobraził cały układ Domu. Dołączanie co jakiś czas kolejnych mieszkań przypominało pochłanianie nowych lądów, przyłączanie ziem zamorskich do korony. Z mieszkania dziadków pozostały meble, rozproszone po całym Domu, trzy pokoje, zamieszkałe teraz przez najstarsze pokolenie. Tyle wokoło się zmieniło, pozostał tylko karp w galarecie.

Wnieśli, wnieśliśmy karpia po żydowsku. To była nowość wprowadzona przez rodzinę Rysiów. Wcześniej u nas nie bywało, się nie jadało, nie było w zwyczaju, raz albo dwa pojawił się efemerycznie, jako ciekawostka, po czym zniknął na kolejne lata. Jednak od jakiegoś czasu wszedł na stałe do kanonu, zaraz po karpiu w galarecie. Przygotowywany podobnie jak jego poprzednik i konkurent, lecz potem zalewany gęstym sosem z migdałami, rodzynkami, cebulą i kruszonymi kawałkami świątecznego piernika. Karp w galarecie jaśniał, zanurzony w przeźroczystej tafli, karp po żydowsku krył się w bogactwie bakalii. Tylko ciotka Ula, która go przygotowywała, potrafiła wprawnie łyżką przedrzeć się przez odmęt i nałożyć cały, nieokaleczony kawałek. Dlatego chodziła wraz mężem dookoła stołu, wujek Marek trzymał wielki półmisek, a ciocia nakładała każdemu domownikowi solidną porcję. Korzenny, słodko-kwaśny, karp po żydowsku wprowadzał na wigilijny stół nową, nieznaną wcześniej paletę aromatów. Zgromadzenie co roku dzieliło się na zwolenników i przeciwników. Wszyscy doceniali smak, nikt nie kwestionował walorów kulinarnych, ale ta potrawa inicjowała dyskusję nad tradycją i jej możliwymi modyfikacjami.

Debatę rozpoczynał stryj Piotr. Przeprowadzał nas przez całe dzieje rodzinnych wieczerzy, pokazując, jak kolejne pojawiające się w rodzinie osoby wzbogacały wigilijny rytuał. W tym przeglądzie historii ucztowania było wiele niejasnych momentów, chór starców nie przemawiał jednym głosem, rodzina gubiła się w domysłach. Co do jednego nikt nie miał wątpliwości: zmiany w wigilijnym kanonie ściśle wiążą się z powstaniem idei Domu. Wtedy to małe tradycje kultywowane za plecami dziadków, narzucane po cichu przez domowe strażniczki starły się na szerszym forum. Część nie przetrwała tej walki. Do dziś w Domu można usłyszeć requiem dla klusków z makiem, zupy ze śliwek, śledzi w oleju czy gołąbków z kaszą gryczaną. Dom odmienił oblicze rodzinnych kuchni.

Wcześniej było mieszkanie dziadków, jeszcze wcześniej był okres prehistoryczny. Kamienicę przy ulicy S. kupił Idzi Chochoł, mój pradziadek. Babcia Maria przekazała nam tyle wersji tej opowieści, że przez następne dekady rodzinni hermeneuci będą docierać do tego, jak było naprawdę.

Pradziad Idzi był rodowitym krakowianinem, kamienicę kupił z pieniędzy, których dorobił się na handlu z Austriakami; pradziad Idzi był krakowianinem, kamienicę kupił za posag swojej żony, prababci Katarzyny, rodzice prababci dorobili się na handlu drewnem spławianym Wisłą do Gdańska; pradziad Idzi przybył do Krakowa ze Wschodu, zawsze wymawianego wielką literą, ze Wschodu, i wygrał kamienicę w karty; pradziad Idzi przybył ze Wschodu i sam wybudował kamienicę; pradziad Idzi przybył ze Wschodu i odkupił kamienicę od nieuczciwego kupca, który wygrał ją w karty od jakiegoś krewnego pradziada Idziego lub prababki Katarzyny. Prababka Katarzyna, którą jeszcze pamiętam, bo zmarła na początku lat osiemdziesiątych, na pytanie o początki kamienicy machała znacząco ręką, dając do zrozumienia, że pytający nie wiedzą nawet, jak śliskich i mrocznych spraw dotykają. Skutkiem tego machania jej syn, dziadek Jan i jego żona, babcia Maria, mogli tylko przejąć ten gest, nie znając prawdziwej wersji. Ta na wieki zostanie ukryta, jak karp po żydowsku w zawiesistym, choć przepysznym sosie.

Pradziad Idzi, ojciec założyciel, mityczny heros, którego początki giną w mrokach. Skąd przybył, gdzie się narodził? Czy miał rodziców, czy wykarmiła go koza, albo przyniosła tratwa z sitowia, czy raczej wychowała go wilczyca na pustkowiach, jego i jego brata bliźniaka, który osiągnąwszy wiek męski, pożeglował przez dalekie morza, by założyć inny Dom, w innym mieście? Może podrzucono go do klasztornego sierocińca, może wychowano jako znajdę w ziemiańskim dworku, może narodził się z niewiasty i halnego wichru, cokolwiek w tej kwestii powiemy, będzie równie prawdziwe. Wszystko jest rozmyte, oglądane jakby w zwierciadle, prawda początków opalizuje, ustawicznie zmieniając odcienie. Pradziad Idzi jest dobrym początkiem rodzinnego mitu Chochołów. Ale gdzie były początki, gdzie naznaczyć punkt zero Domu? Logika historii wskazuje na moment, kiedy pradziad Idzi został prawnym właścicielem kamienicy przy ulicy S. Data również nie jest znana, w opowieściach rodzinnych rozrzut wynosi ponad piętnaście lat. Nie żyją już świadkowie, historia skazana jest na współczesne prządki. Logika historii wskazuje na moment wejścia w posiadanie, lecz w strukturach mitycznych taka logika bywa zawodna. Pradziad Idzi po prostu został właścicielem kamienicy. W najlepszym mieszkaniu zagnieździł się wraz z rodziną, resztę wynajmował obywatelom wszelkich stanów. Ale idea Domu narodziła się dużo później, około roku 1989, sięgając nie do pradziada Idziego, lecz do wspólnych wakacji w Łopusznej. Idea była poważna: porzućcie swoje domostwa, zamieszkajcie pod jednym dachem. Przyrost metrażu był dużym atutem, ale cała reszta wymagała solidnej podbudowy. Mit rodzinny wyplótł się sam, mitycznie rekonstruując swoją własną prehistorię. Mity początku nie powstają na początku, one uzasadniają siebie poprzez sięganie do ginących w mrokach dziejów początków. Mit założycielski Domu powstał wiele dziesiątków lat po założycielskim wydarzeniu pradziada Idziego. Nie został skłamany, bo to zakładałoby znajomość prawdy i złą wolę. Prawda nie była znana, u podstaw Domu uwiła swoje gniazdo dobra wola, więc zarzut kłamstwa byłby tu obelgą. Mit założycielski opowiedział się sam, ustami babć i dziadków, stryjów i ciotek, logika mitu wyparła logikę historii. Mit zaczął rekonstruować chwiejne fakty początków. Nikogo przy początku świata nie było, ale wszyscy wiedzą, co się wówczas działo. Początki są śnione, mity są śnione, każda próba ich opowiedzenia przekłuwa je jak bańkę. Mroki i światłocienie, zapach miodu i koziego mleka.

Późniejsze losy kamienicy są za to jasne, klarowne jak galareta, w której zastygają wigilijne karpie. Po względnie spokojnym okresie międzywojnia, kiedy to w kamienicy Chochołów prababcia Katarzyna przy niejakim wsparciu pradziadka Idziego urodziła i wychowała piątkę swoich dzieci, przyszła wojna. Ta zabrała pradziadka Idziego i drugie w kolejności dziecko, ciotkę Marię. W tym czasie pierworodny syn Idziego i Katarzyny, mój dziad Jan, był już żonaty z babcią Marią z Berdów i to on przejął zwierzchnictwo nad osieroconym rodem. Jego trzech młodszych braci opuściło kamienicę: Szczepan wyjechał do Wrocławia, Tomasz wstąpił do seminarium, a Kazimierz wyemigrował do Francji, gdzie zresztą dość młodo zmarł. Tuż przed zakończeniem wojny narodził się Wojciech, mój Ojciec, cztery lata później stryj Piotr. Wraz z ich pojawieniem się na świecie w tej akurat części świata przedefiniowano pojęcie własności i większość mieszkań została zasiedlona przez władze uchodźcami ze Wschodu oraz przybyszami z różnych dziwnych stron Polski i przede wszystkim z samego Krakowa. Kwaterunkowi lokatorzy kamienicy dla Chochołów zawsze stanowili ciało obce, żywy dowód niesprawiedliwości dziejowej i trudno mówić o jakiejś zażyłości mojej rodziny z tymi ludźmi. Poza panem Zygmuntem, oczywiście, ale pan Zygmunt był starszy niż jakakolwiek rewolucja. Reszta dawnych mieszkańców, która zdołała przeżyć wojnę, umarła cicho i niezauważenie. Dziadkom zostało duże mieszkanie na pierwszym piętrze, ich dzieci zamieszkały w blokach na wybudowanych wtedy osiedlach.

Po roku 1989 pojawiła się szansa na odzyskanie zagrabionego dobra. Tu na arenę dziejów wkracza kolejne pokolenie. Ponoć twórcą idei Domu był mój Ojciec. On przekonywał całą rodzinę, że warto, że trzeba, że to jest szansa. Na początku chodziło o rzecz bardzo prostą, o przeniesienie się z blokowisk do większych, przestronniejszych mieszkań. Ale projekt ewoluował, trochę pod wpływem okoliczności zewnętrznych. Wprawdzie kamienica wróciła w ręce Chochołów, ale większość mieszkań była zajęta. Wprawdzie mieszkania zaczęły się zwalniać, ale były rozsiane po wszystkich trzech piętrach i oficynie, i aby się odwiedzać, trzeba było wkładać buty i przemieszczać się po brudnych korytarzach i śmierdzących kotami klatkach schodowych. Wtedy właśnie musiała się zrodzić idea, by odzyskane mieszkania połączyć korytarzami i schodami. W ten sposób powstał cały system, zaplanowany na wiele lat do przodu, połączenia wszystkich kondygnacji i zakamarków w jeden, alternatywny względem oficjalnego, obieg schodów i przejść. Stryj Piotr, który był architektem, wówczas nawet mającym stanowisko Głównego Architekta Miasta Krakowa, przedstawił plan docelowy, w którym wszystkie pomieszczenia w kamienicy zostaną włączone do Domu. Rzecz jasna, niewiadomą były terminy tych przyłączeń, lokatorzy kwaterunkowi trzymali się mocno w swoich zdewastowanych mieszkaniach, przeklinając renesans rodu Chochołów. Dlatego też na każdym etapie rozwoju Dom musiał spełniać wszystkie funkcje, co oznaczało przewidzenie szeregu rozwiązań doraźnych i prowizorycznych. Z czasem udało się odzyskać coraz więcej zasobów kamienicy, i tak Dom doszedł do obecnych rozmiarów.

Jego sercem była sala kolumnowa, zajmująca sporą część pierwszego i drugiego piętra. Parter zajęty był przez sklep korzenny Olgi i Michała, resztę należącą do Domu zajmowały pokoje gościnne. Jedno mieszkanie na parterze należało do lokatorów kwaterunkowych. Pierwsze piętro w całości było nasze i tam, poza salą kolumnową, kuchnią i pracownią stryja Piotra, mieściły się pokoje najstarszego pokolenia. Drugie piętro zajmowała druga kondygnacja sali kolumnowej, biblioteka, a także pokoje moich rodziców i jedno mieszkanie kwaterunkowe. Na trzecim piętrze z kolei było mieszkanie stryja Piotra i cioci Magdy, poza tym żyli tam Ania, Olga z Michałem oraz wujostwo Rysiowie. Nad tym wszystkim był jeszcze strych, zajęty przez wujka Łukasza, graciarnię i mnie. Całość wieńczyła nadbudowana na dachu rodzinna kaplica. I pozostawała jeszcze oficyna, gdzie na parterze miał swoją pracownię fotograficzną pan Zygmunt, a wyżej dwupoziomowe mieszkanie zajmował kuzyn Paweł z rodziną, nad nimi mieszkała Monika z małym Mateuszkiem, a ponad nimi, pod samym dachem oficyny, mieściło się niewielkie mieszkanko mojego brata Bartka. Była jeszcze piwnica, ale o niej mówiono szeptem, ta idea była dopiero w fazie oswajania, to nie był wigilijny temat, pod nami przodkowie spali w kamiennych sarkofagach.

Z każdym rokiem Dom pęczniał, zza wyburzonych ścian przezierały nowe, obce pokoje, śmiałe amfilady otwierały nieskończone perspektywy. Na każdym piętrze układ był nieco inny, labirynt rodzinny, w którym każdy choć raz się musiał zagubić. Rzecz dziwna, w tej nieoczywistej plątaninie pasaży znakomicie odnajdywały się dzieci. Zabawą oswajały domową gęstwinę, potem były przewodnikami starców i dorosłych.

Dom żył, pulsował, pochłaniał swoich mieszkańców. Czyż zagubienie nie jest sprzeczne z zamieszkiwaniem? Czy można zadomowić się w miejscu, które sprzyja zgubieniu drogi, w którym mieszka ponad dwadzieścia osób, bliskich, ale nie znanych, oglądanych w kapciach i szlafrokach, ale oddzielonych od siebie szybą jak nieprzekraczalną zaporą? Idea Domu zjadała samą siebie, im większy stawał się Dom, im bardziej wypełniał sobą kontury kamienicy przy ulicy S., tym mniej był domem. Domownicy mieli swoich znajomych, których zapraszali do Domu, wieczorami, zwłaszcza w soboty, spotykało się na korytarzach osoby obce, jeszcze bardziej zagubione, ubrane wizytowo, szukające łazienki, stukające szpilkami po dźwiękonośnych parkietach. Spotkania z nimi były niepokojące, zachowanie wobec nich niejednoznaczne. Mijałem ich jak obcych, jak spotkanych na ulicy przechodniów; z drugiej strony stojąca za ich wtargnięciem gościnność moich bliskich nadawała naszej wzajemnej obcości nastrój niedorzecznej familiarności. Jednak korytarze domu nie były ulicami Krakowa, ludzie na nich spotykani krążyli po odległych orbitach naszej rodziny. Nie znałem ich imion, nie zapamiętywałem ich twarzy. Uśmiechaliśmy się do siebie bezradnie, nieporęczność naszych spotkań rozwiązywaliśmy prostymi pytaniami o drogę do miejsc ustronnych, przepraszając się w wąskich przejściach.

Karp po żydowsku, mieszanina smaków, swojski, ale obcy, wigilijny, ale pachnący orientem, nieprzeniknione tajemnice sklepów cynamonowych. Z nich wszystkie nasze przyprawy, z nich aromaty oswojone przez nasze nosy, dla nas niemal niewyczuwalne, dla gości wyraziste i natarczywe, Dom zmieniony w świadomości przybyszów w bliskowschodni bazar. Kręte uliczki, starożytne przedmioty, dywany i odurzające wonności. I karp po żydowsku wyrażał tę oswojoną obcość, nie tylko wnikającą ukradkiem do pomieszczeń, żeglującą niewidzialnymi chmurami po więźbę strychu, ale podaną otwarcie, przy wigilijnym stole, podczas jedynej takiej wieczerzy w roku, w sali kolumnowej. To było centrum świata, rodzinna agora i miejsce spotkań. Ale też miejsce najbardziej wyludnione, najmniej wykorzystane, swoją wielkością obnażające jakąś dojmującą pustkę. W zamyśle Domu tu miało tętnić życie, zmęczony wędrowiec po labiryncie tu miał przysiadać, domownik tu miał schodzić ze swych prywatnych pokojów; tu powinno wymieniać się idee, handlować wspomnieniami, podtrzymywać więzy. Tu sali kolumnowej miało przyćmić wszystkie możliwe tam, wszystkie alternatywy, wszelkie podające się za centra peryferie i prowincje. Niestety, projekt ten od początku miał w sobie wyraźną i nieusuwalną skazę. Nastrój i regulamin tego rodzinnego forum pochodził bowiem od chóru starców, odzwierciedlał przedwojenne wzorce rodzinnego życia, tajemnicze rodowe obrzędy międzywojnia sprawowane w formie długich jesiennych wieczorów, jałowego przeżuwania każdej przeżytej w ciągu dnia chwili. Ten nastrój spłoszył nas, pokolenie moich kuzynów, szukaliśmy innych miejsc w Domu i poza nim, organizowaliśmy tajne salony, w niewykończonych pokojach, w pomieszczeniach o niejasnym jeszcze przeznaczeniu, w mieszkaniach znajdujących się poza zasięgiem dobrotliwych starców z powodu odległości, stromych schodów, licznych i niemożliwych do spamiętania zakrętów. Tam spotykaliśmy się, otoczeni muzyką i spowici dymem papierosowym, tam toczyliśmy własne, pokątne życie rodzinne, tworząc kontrkulturę względem monumentalnych proporcji sali kolumnowej. Jeśli ona była sercem Domu, to my gnieździliśmy się w jego nerkach, wątrobie, zamieszkiwaliśmy jego mroczne trzewia, nadając rodzinnemu życiu drugi obieg. Było w tym coś z dziecięcej konspiracji, ściszone głosy, spiskowe rozmowy, małe, topione w kuflach piwa rewolucje. Pulsujący rozwój naszego Domu, jego ekspansja, zmuszały nas do ciągłych zmian lokali, zacierania śladów, wietrzenia przeżartych dymem pomieszczeń.

Karp po żydowsku był wyborny, rozgotowane migdały rozpływały się w ustach, na języku czuć było aromat goździków, cynamonu i gałki muszkatołowej. Ciszę towarzyszącą karpiowi w galarecie wypełnił teraz przyjazny gwar, stryj Piotr opowiadał o swojej ulubionej winnicy pod Orvieto. Czerwony tuf wulkaniczny, na horyzoncie ponad linią wzroku płaskowyż etruskiego miasta przeżarty niewidocznymi dla oka dziesiątkami kilometrów krętych korytarzy i pieczar, górujące nad światem pasiaste Duomo, i niebo, umbryjskie niebo ponad wszystkim. Słowa stryja Piotra rezonowały, w każdym poruszały inne struny, rodzina dostrajała się do winnej symfonii. Wuj Łukasz, precyzyjnie gestykulując sztućcami, opisywał Sąd ostateczny Luki Signorellego, kreśląc w powietrzu poszczególne sceny i dynamikę opisywanych fresków. Wypowiadane półgłosem, z szacunkiem dla geniuszu dawnych mistrzów i pierwszeństwa stryja Piotra, jego wtrącenie było ledwie niewielką glosą, przypisem do barwnej, prawdziwej opowieści tego wieczoru, w żadnym wypadku wuj Łukasz nie chciałby przejmować na siebie całego ciężaru, jakim jest skupiona uwaga rodzinnego zgromadzenia. Stryj Piotr co chwila zawieszał głos, pozwalając wybrzmieć słowom Łukasza, potakiwał, zwrotem głowy wzmacniając przemowę malarza, swoim skupieniem namawiając do jej wysłuchania, cały uprzejmie wyczekując na zakończenie wątku, na ostatni akord sekwencji, by przejąć znowu pałeczkę. W ten sposób przy stole rodziła się dwugłosowa fuga, wytrawnie prowadzona przez brata mojego Ojca. W kontrapunkcie odzywały się czasem inne głosy, Ania wspominała pierwszą wyprawę do Włoch, słońce, smak oliwy i świeżego parmezanu, Paweł błyskotliwie kreślił nad naszymi głowami strukturę więźby dachowej katedry w Sansepolcro, a ciocia Magda dopowiadała w przerwach o uciążliwościach podróży w czasach socjalizmu: załadowany po sufit maluch, weki poupychane pod siedzeniami, rzężenie podczas podjazdów pod alpejskie przełęcze. Piotr podchwytywał wszystkie te tematy, istotne i mało ważne, i rzeźbił z nich wielogłosową opowieść, która powoli wciągała wszystkich domowników. Każdy pił kiedyś jakieś wino, podziwiał jakąś katedrę, gdzieś jechał, gdzieś rzęził, każdy odnajdywał się w tej strukturze.

Za to właśnie kochaliśmy stryja Piotra, który bez wysiłku organizował nas w dobrze zestrojony chór, w którym każdy czuł się solistą, partia każdego wydawała się mieć znaczenie. Stryj nie nadużywał tej formy, nie zawsze też właściwy nastrój zawisał nad naszymi zgromadzeniami. Czasem ponosił klęskę, usiłując mozolnie lepić z banalnych wspomnień wielkie symfonie. Kiedy uświadamiał sobie nieuchronność porażki, zwijał rozbuchaną, nieświadomą siebie harmonię i samym sobą wypełniał całą przestrzeń. Przyjmowaliśmy to z ulgą, jego barwna jednogłosowość była odsieczą przybywającą w samą porę, chroniła rodzinę od klęski.

I karp po żydowsku, migdały jak echo słonecznej Italii, na języku namiastka odległych smaków Śródziemnomorza, środek zimy w Krakowie, ciemność za oknami zastąpiona iluzorycznym sklepieniem włoskiego nieba, a pośrodku karp, i goździki, i ostry aromat cynamonu, te wyobrażone i rzeczywiste składniki wielogłosowej opowieści podtrzymywanej wigilijnym nastrojem. Cichym, nieco nieśmiałym głosem zaczął nękać mnie z lewej flanki Andrzej, najmłodszy syn stryja Piotra. Nieśmiały, jak jego ojciec przed laty, jego ojciec sprzed swego złotego wieku, z czasów wegetacji w cieniu mojego Ojca, Andrzej w rodzinnym gwarze dzielił się ze mną swymi najskrytszymi marzeniami. Spłoszony przez obejmującą cały stół opowieść, przygarbiony w kącie zgromadzenia wszechobecnością swojego ojca, ale też zachęcony powszechnym brakiem uwagi dla detali, Andrzej szeptał mi na ucho o swoich planach zakupu samochodu. Ma już uzbierane, odkłada od kilku lat, już umówił się w komisie, po Świętach ma jeszcze wszystko obejrzeć, a zna się na tym, trzeba zajrzeć pod maskę, i takie tam, bo nigdy nie wiadomo, na resztę weźmie niewielką pożyczkę, nie kredyt nawet, pożyczkę, dogodne procenty, po znajomości, i wreszcie będzie miał własne, jego tylko, niczyje inne, autko jak marzenie. Marka i model umknęły w początkach tego szeptanego wstydliwie wyznania, pozostał tylko kolor, kolor czerwonego wina, może to był punkt zaczepienia, rozpaczliwie usiłujący spleść poboczny wątek z głównym tematem; strzępy oderwanego od rodzinnej symfonii monologu brzęczały w moim uchu. Opędzałem się jak od muchy, ostentacyjnie odwracając głowę w kierunku centrum stołu, wiercąc się i nie potakując w stosownych momentach. Niezrażony tym Andrzej nie przerywał, wymieniając na jednym wdechu wszelkie parametry wymarzonego samochodu. Krztusił się potokiem liczb, przegryzał chałką, widelec boleśnie zgrzytał po pustym talerzu, tropiąc resztki galarety, Andrzej popijał swoją opowieść winem z okolic Orvieto.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata