70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Egzamin z in vitro

Bez względu na wynik problem dotyczący moralnych aspektów sztucznej prokreacji nie zniknie z publicznej debaty. Z perspektywy chrześcijańskiej in vitro, oprócz społecznych i politycznych racji, pozostanie jednym z egzystencjalnych doświadczeń w odniesieniu do wiary i do Boga.

Przyznanie tegorocznej Nagrody Nobla Robertowi Edwardsowi za opracowanie techniki sztucznego zapłodnienia pozaustrojowego wywołało skrajne reakcje. Zwolennicy in vitro wyróżnienie to uznali za kolejny dowód skuteczności i zasadności jego stosowania. Przeciwnicy przyjęli wiadomość w najlepszym wypadku ze zdziwieniem. Stolica Apostolska wprawdzie nie wydała oficjalnego oświadczenia, ale swoje poglądy wyrazili szefowie watykańskich dykasterii. Przewodniczący Papieskiej Akademii Życia, abp Ignacio Carrasco de Paula przyznał, że „brytyjski uczony nie jest postacią, której można by nie docenić: zapoczątkował on nowy rozdział w dziedzinie ludzkiej reprodukcji, której osiągnięcia wszyscy mogą oglądać, poczynając od Louise Brown, pierwszej dziewczynki urodzonej z probówki”, ale „bez Edwardsa nie byłoby między innymi rynku oocytów, zamrażarek pełnych embrionów czekających na przeniesienie do macicy bądź na wykorzystanie do badań lub na śmierć, w opuszczeniu i zapomnieniu przez wszystkich”.

Czy faktycznie Edwards tak wyobrażał sobie konsekwencje swojego wynalazku i czy jego celem było wydanie „milczącego przyzwolenia na darowizny oraz kupno-sprzedaż istot ludzkich” (abp Carrasco)? Trudno wyrokować, tym bardziej że naukowiec nie chce udzielać dziś wywiadów – nawet rodzimej brytyjskiej prasie. Przez dwadzieścia lat badań musiał być świadom moralnej dwuznaczności swoich działań. Od początku bowiem jego pracom sprzeciwiał się Watykan1. Potwierdził to dr Robert Stillman, z Shady Grove Fertility Center, który w latach 70., jak większość ginekologów, marzył o pracy z Edwardsem i u niego się szkolił. W wywiadzie dla jednej z amerykańskich stacji telewizyjnych ginekolog podkreślił, że Edwards „pracował z pasją i nie przejmował się krytyką Kościoła. Jego celem było niesienie nadziei niepłodnym rodzicom”2.

Pomijając kwestie motywacji Edwardsa czy zasadności werdyktu komitetu sztokholmskiego (nie każdy Nobel wywołuje entuzjastyczne reakcje, vide chociażby kontrowersje wokół pokojowej nagrody dla Baracka Obamy), w przypadku Nobla za in vitro trudno nie zapytać, dlaczego wyróżnienie dostał tylko Edwards, podczas gdy pierwszego zapłodnienia pozaustrojowego dokonał przy współpracy z Patrickiem Steptoe, w równym stopniu zaangażowanym w stworzenie programu in vitro (co prawda Steptoe zmarł 10 lat po urodzeniu się Louise, ale czy nie wypadało wspomnieć o jego udziale)? Po wtóre, dlaczego Edwards dostaje Nobla dopiero teraz – kiedy Watson i Crick odkryli strukturę DNA, od razu zostali nagrodzeni. Nikt nie czekał 32 lat.

Niewątpliwie Edwards wywołał spór, który wraz z postępem nauki nabiera rumieńców i daleko wykracza poza sferę medycyny, budując piramidy problemów legislacyjnych, piętrząc dylematy etyczne, pobudzając do aktywności naukowców, bioetyków, filozofów, teologów i polityków.

Antropologiczny i prawny dylemat

Spór na wielu płaszczyznach budzi emocje – i nic dziwnego, bo jego istotą jest ludzkie życie. Nawet argumenty arytmetyczne, takie jak ten za in vitro: bo „dzięki tej technice na świat przyszło kilka milionów dzieci”, i ten kontra: bo „proceder okupiony jest śmiercią kilkakrotnie większej liczby istnień”, też oddziałują na emocje. A przecież gdybyśmy mieli ocenić, czy w przypadku rodzeństwa lekarz może uratować życie jednego dziecka kosztem życia drugiego, niezależnie od wyznania każdy potępiłby taki wybór i zrobił wszystko, by nie pozwolić na jego legalizację. Zadziałałoby tu prawo naturalne i przesłanki humanitarne, wspólne ludzkości. Dlaczego nie działają w przypadku in vitro? To dowodzi, że spór o in vitro sięga dużo głębiej i w istocie jest sporem nie tyle etycznym, politycznym i religijnym, ile antropologicznym.

I tak podstawowy kłopot komisji Gowina przygotowującej projekt ustawy o in vitro sprowadzał się do ustalenia definicji początku życia. Szczegółowe regulacje miały być następstwem jej treści. Politycy musieli więc zmierzyć się z problemem wykraczającym poza ramy ich kompetencji: kiedy mamy do czynienia z istotą ludzką?

 

Odpowiedź nie jest łatwa. Filozofowie i teolodzy od wieków toczą debatę na temat statusu embrionu jako osoby. Jednym z ciekawszych ujęć tego problemu jest koncepcja animacji równoczesnej bądź opóźnionej. Upraszczając, chodzi o ustalenie momentu otrzymania przez embrion ludzki duszy. Jedni twierdzą, że tzw. animacja opóźniona następuje dopiero około czternastego dnia, w chwili kiedy zygota przestaje się dzielić (nie dojdzie już do podziału bliźniaczego), inni, zwolennicy animacji wczesnej, uznają moment połączenia gamety żeńskiej z męską za początek życia człowieka (ciała plus duszy). W chrześcijaństwie dominuje typowo arystotelesowskie pojęcie duszy – dusza to niezależny byt. Ale jak przekonuje ks. prof. Wacław Hryniewicz, człowiek jest całością i poczyna się z duszą3.

Dzięki odkryciom współczesnej medycyny, a przede wszystkim genetyki, „wiemy doskonale, że zarodek ma w sobie cały plan rozwoju, wszystkie niezbędne geny, by móc się rozwijać. (…) Nie sposób zatem twierdzić, że zarodek staje się człowiekiem dopiero po upływie tygodnia, czy też pięciu tygodni od chwili poczęcia. Zarodek po pięciu tygodniach nie będzie »bardziej człowiekiem«, ponieważ jest nim już w chwili poczęcia. To mój osobisty punkt widzenia, który posiada solidne uzasadnienie biologicznie” – mówił prof. Andrzej Szczeklik4

„Przy ustalaniu tej kwestii wyróżnia się jeszcze dwie płaszczyzny: biologiczną i prawną. Przy pierwszej nie mamy wątpliwości, że człowiek – jako odrębna jednostka biologiczna – istnieje od momentu powstania zygoty, która ma zakodowane w swoim genotypie wszystkie cechy, a dalszy jej rozwój wykazuje cechę continuity, czyli ciągłości (polega ona na tym, że od samego początku embrion wykazuje rozwój ciągły i nie można w nim wyznaczyć jakichś skokowych progów, które oddzielałyby fazę »przedludzką« od ludzkiej). Są oczywiście tacy, którzy twierdzą, że ponieważ z jednego embrionu mogą powstać dwa oddzielne, z orzeczeniem, czy mamy już do czynienia z człowiekiem trzeba poczekać. Jednak w tym miejscu wkracza drugi porządek – prawny – który musi zająć konkretne stanowisko ochrony lub nie życia embrionu. Według zasady rzymskiej, w wypadku wątpliwym prawo stoi po stronie poszkodowanego i słabszego. Jeśli mamy duże podejrzenie, że w chwili poczęcia powstaje człowiek, musimy działać na jego korzyść” – twierdzi ks. prof. Andrzej Muszala, bioetyk z Uniwersytetu Papieskiego w Krakowie.

Poseł Jarosław Gowin przyjął taką właśnie taktykę, referując 22 października bieżącego roku swój projekt w Sejmie. „Jeśli nie mamy pewności, czy istota, która rusza się za drzewami to zwierzę czy człowiek, myśliwy nie powinien strzelać. Jeżeli nie mamy pewności, czy ludzki zarodek powstały w fazie zapłodnienia jest czy nie jest człowiekiem – to traktujemy go tak, jakby był człowiekiem” – wyjaśniał poseł.

A skoro zarodek będziemy traktować jak istotę ludzką, oznacza to, że chroni go polska konstytucja. Artykuł 30 zwraca uwagę, że źródłem wszelkich praw jest niezbywalna godność człowieka, a 38 deklaruje, że ludzkie życie jest zasadniczą wartością konstytucyjną. W polskim kodeksie cywilnym pojawia się ciekawy zapis: w prawie spadkowym, do grupy osób posiadających prawo do dziedziczenia spadku wpisano poczęte dzieci (przy czym dziedziczą one, jeśli się urodzą). Zatem ustawodawca w tym miejscu nie ma wątpliwości co do statusu ludzkiego płodu, niezależnie od stadium jego rozwoju uznaje go za spadkobiercę.

Pierwsze „dziecko z probówki” urodziło się 25 czerwca 1978 roku w angielskim mieście Oldham w pobliżu Manchesteru (po 20 latach naukowych badań)5. Ale dopiero 4 kwietnia 1997 roku Rada Europy uchwaliła Konwencję o ochronie praw człowieka i godności istoty ludzkiej wobec zastosowań biologii i medycyny, znaną jako Konwencja z Oviedo. Nabrała ona mocy prawnej półtora roku później (1 grudnia 1999). Do 2005 roku podpisywano trzy protokoły dodatkowe, w których usankcjonowano klonowanie ludzi, uregulowano kwestie przeszczepów narządów i tkanek oraz badań biomedycznych, wyznaczając granice ingerencji badawczych i genetycznych w człowieka, łącznie z embrionalnym okresem jego rozwoju. Nie wprowadzono zakazu wykonywania zapłodnienia in vitro – państwa członkowskie RE mają względną swobodę w formowaniu przepisów w tym zakresie6 Polska na razie Konwencję podpisała, ale jej nie ratyfikowała. De facto powinniśmy płacić słone kary za brak ustawodawstwa bioetycznego (przystępując do Unii Europejskiej Polska zobowiązała się do wprowadzenia regulacji dotyczących metody in vitro do 2006 r.). Problem ten widzi jasno Episkopat Polski: „Można zrozumieć, że dużym partiom zabiegającym o szeroki elektorat nie jest na rękę zajmowanie się tym tematem. Niezależnie od poglądów na to, jak to prawo ma być uregulowane, i niezależnie od tego, jakie wartości dane grupy chciałyby realizować poprzez te regulacje prawne, wszyscy – zarówno ci prowadzący kliniki in vitro, jak i ci domagający się całkowitego zakazu in vitro – zgadzają się, że regulacja jest konieczna”7.

Zdaniem Gowina brak regulacji prawnych dotyczących kwestii bioetycznych wynika z „tchórzostwa polityków”. „Wiadomo, że kwestie bioetyczne budzą silne kontrowersje społeczne. Każda większość sejmowa, która wprowadziłaby jakieś regulacje prawne, politycznie na tym straci”8 – stwierdził.

Na początku tego roku, Bronisław Komorowski, jeszcze jako marszałek Sejmu, skierował wszystkie projekty o charakterze bioetycznym do Komisji Zdrowia, co wydłużyło prace nad ewentualną ustawą regulującą kwestie zapłodnienia in vitro. W październiku sześć projektów trafiło wreszcie na wokandę Sejmu. Bolesław Piecha, autor jednego z nich, w rozmowach kuluarowych twierdził, że niewykluczony jest scenariusz trwania w politycznym impasie w tej mierze. Podobne obawy podzielał poseł Gowin. W rozmowie z KAI przyznał, iż istnieje ryzyko, że prace nad tymi projektami skończą się niczym i „byłaby to porażka polskiego parlamentaryzmu”9

W pułapce etyki

Splot dylematów towarzyszących regulacji prawnej procedury in vitro po części tylko usprawiedliwia mozolne tempo prac legislacyjnych w Polsce. W większości krajów europejskich istnieją prawne regulacje kwestii chociażby ochrony zarodków (na przykład w Niemczech i w Austrii istnieje całkowity zakaz mrożenia embrionów, ograniczona jest też liczba implantowanych zarodków). Znane są tam statystyki dotyczące in vitro, zarówno prób udanych, jak i nie, liczby ciąż donoszonych, zagrożonych i wieloraczych (na przykład we Włoszech, gdzie przyjęto analogiczny do Gowinowskiego projekt, którego współautorem był Rocco Buttiglione, wiadomo, że do programu in vitro przystąpiło w ubiegłym roku 55 tysięcy par, z czego udanych zapłodnień było 7 tysięcy, i co ciekawe, urodziło się z nich 9,5 tysięcy dzieci; skuteczność programu obliczono na poziomie 1,7 procent na podstawie danych z ostatnich 3 lat10). Daje to ogólny obraz sytuacji i może być punktem wyjścia ewentualnych zmian w prawie.

Tymczasem w Polsce pierwszego udanego zapłodnienia poza organizmem matki dokonał prof. Marian Szamatowicz w Białymstoku w 1987 roku. Liczba urodzeń, ale i zniszczonych bądź zamrożonych ludzkich embrionów od tej pory, a więc przez dwadzieścia lat, pozostaje poza całkowitą kontrolą prawa i społeczną. Bywa, że kliniki kończą swoją działalność i wówczas przechowywane przez lata w ciekłym azocie zarodki ludzkie albo giną (wyrzuca się je na śmietnik lub jak to dzieje się ze szczątkami dzieci po wczesnej aborcji w wielu prywatnych gabinetach – spłukuje się je do ubikacji lub w zlewie; z powodu braku regulacji prawnych ośrodki wykonujące zapłodnienie in vitro nie mają – jak inne placówki medyczne – obowiązku podpisania niezbędnych umów związanych z utylizacją „odpadów medycznych”), albo przewożone są z jednego ośrodka do drugiego (rodzice płacą za ich przechowywanie), albo się je sprzedaje. Budzi to wiele pytań etycznych co do dopuszczalności praktyk medycznych i handlu ludzkimi embrionami, manipulacji genetycznych, selekcji i niszczenia embrionów (szacuje się, że na urodzenie jednego poczętego dziecka przypada 90 zniszczonych embrionów11), czy co do społecznych relacji rodzic – dziecko (kwestia dysponowania życiem drugiego), instrumentalizację roli mężczyzny (w programie in vitro, po tym jak mężczyzna odda nasienie, współpraca odbywa się tylko z kobietą; w Polsce notuje się też przypadki handlu spermą). Rodzi się też pokusa rozszerzenia programu in vitro i udostępnienia go na przykład parom homoseksualnym. Zagadnienia te dotyczą raczej prawa naturalnego, porządku społecznego, szeroko pojętej etyki niż kwestii religijnych przekonań, co dla wielu okazuje się nie tak oczywiste.

Nierozstrzygnięte pozostaje pytanie o etyczność postępowania lekarzy biorących udział w programie in vitro (zagadnienie także poza kontekstem wiary i metafizyki). Czy lekarz powinien uczestniczyć w procesie, który zwiększa ryzyko poważnych powikłań, takich jak trwałe rozregulowanie organizmu w wyniku agresywnej hiperstymulacji jajników (w następstwie często tworzą się torbiele, w jamie brzusznej, czasem w jamie opłucnej lub worku osierdziowym gromadzi się płyn. W ostrych przypadkach dochodzi do zaburzeń elektrolitowych i w obrębie układu krzepnięcia12), a przede wszystkim jeśli sprowadzenie jednego życia ludzkiego obciążone jest unicestwieniem nieokreślonej liczby innych istnień?

Ksiądz prof. Andrzej Muszala: Z jednej strony mówimy o efekcie, a z drugiej – o kwestiach moralnych, a konkretnie o bardzo kontrowersyjnym procederze niszczenia wielu innych embrionów. Cel nie uświęca środków. Stąd Kościół dystansuje się od tej metody.

Dystansują się także coraz częściej sami lekarze. Znany jest przypadek dr. Tadeusza Wasilewskiego, który po 16 latach wykonywania w białostockiej klinice zapłodnienia in vitro, zrezygnował z uczestnictwa w tym programie. Jak przyznał w rozmowie („Tygodnik Powszechny” 2009, nr 29), stosował metodę in vitro „w przeświadczeniu o słuszności” programu, korzystając z największych osiągnięć naukowych medycyny i czując, że pomaga pacjentom „wyeliminować największy dramat ich życia: brak potomstwa”. Odmowa wykonywania transferów i podawania nasienia dawców była następstwem pełnego uświadomienia sobie niezbywalnej antropologicznej wartości człowieka oraz tego, że program in vitro , skoro dopuszcza do niszczenia embrionów, stoi w sprzeczności z podstawowym prawem naturalnym jednostki – prawem do życia.

Doktor Maciej Barczentewicz, ginekolog, niezależnie od przekonań religijnych, nie stosowałby metody in vitro, ponieważ w gąszczu medycznego postępowania dochodzi do działań wkraczających na niebezpieczne pole, którego mimo dosadności określenia, nie boi się porównać do eugeniki. Przykładem jest preimplantacyjna diagnostyka genetyczna, której celem jest wykrycie zarodków potencjalnie słabych. Pomijając jej przebieg, ułatwia ona rodzicom selekcję embrionów ze względu na płeć oraz wyklucza chore zarodki (wyrzuca się je). Przy czym diagnostyka ta jest obarczona błędami, nierzadko niszczy się zdrowe embriony. Przykładowo wskaźnik selekcji zarodków ze względu na płeć tylko w USA w 2005 r. przekraczał 9 procent, a w poszczególnych ośrodkach sięgał do 49 procent (na przykład w Centrum Płodności na Uniwersytecie Illinois w Chicago)13. Barczentewicz uważa za nierealne uniknięcie zabijania zarodków ludzkich w zapłodnieniu metodą in vitro. Wysoka ich liczba jest gwarantem powodzenia programu. Za każdym razem produkuje się ich nadmiar, a w wyniku hiperstymulacji jajników wytwarza się więcej komórek jajowych niż w normalnym cyklu (zamiast jednego oocytu indukuje się na przykład 10 – potocznie lekarze mówią o tzw. bombie hormonalnej w tym przypadku), słabe osobniki się eliminuje, bo „żaden lekarz w praktyce nie implantuje embrionu, który wykazuje defekt”, a pozostałe, nie wykorzystane do transferu – mrozi.

Do spornych w ujęciu etyki należy też kwestia zamrażania embrionów. Co to w istocie oznacza i jak taki proces wygląda? Ludzki zarodek nie może, ot tak po prostu, być zamrożony przez zanurzenie w ciekłym azocie (minus 196 stopni Celsjusza), bo doszłoby do procesu krystalizacji i rozerwania go. Najpierw zarodek trzeba zasuszyć, a więc odessać z niego wodę, pozostawiając struktury stałe jak jądro komórkowe i mitochondria. W czasie odmrażania trzeba go nawodnić specjalnie spreparowanym płynem. Proces ten jest szokujący dla zarodka, ulega zmianie jego struktura biologiczna. Ginie wówczas jedna czwarta ludzkich istnień14.

Wreszcie istotny jest sam sposób kwalifikacji programu in vitro. Jego przeciwnicy słusznie zauważają, że nie eliminuje on przyczyn niepłodności, lecz jedynie je omija. Rodzice po udanej implantacji pozostają bezpłodni. Sukces Edwardsa nie wpłynął na epidemiologiczny obraz bezpłodności. Wbrew temu, zwolennicy in vitro utrzymują, że to program leczniczy. Wystarczy jednak zdefiniować pojęcie bezpłodności. „Bezpłodność nie jest chorobą, ale objawem choroby lub defektów narządów wewnętrznych”15, a więc jajowodów (np. zrosty, endometrioza), macicy (np. mięśniaki), szyjki macicy, przysadki mózgowej (jako centrum decyzyjne gospodarki hormonalnej może generować dysfunkcje hormonalne) itd. Profesor Thomas Hilgers, chirurg i ginekolog, twórca naprotechnologii (w USA określa się ją jako ekologiczną, a nie „kościółkową” metodę prokreacji) twierdzi, że w 1979 roku, kiedy urodziło się pierwsze dziecko z probówki, w istocie wykonaliśmy wtedy krok do tyłu, bo zaniechaliśmy badań nad przyczynami niepłodności16.

Program in vitro poprzestaje na stwierdzeniu niepłodności i przystępuje do procesu reprodukcji. Stąd pytanie o cele i zadania nadrzędne medycyny. W sferze legislacyjnej przekłada się to na problem refundacji zapłodnienia in vitro z budżetu państwa. Jeśli bowiem metoda nie eliminuje przyczyn niepłodności, nie leczy, nie ma też kosztów leczenia czy ratowania życia. Czy nie bardziej zasadnym byłoby wyznaczenie w zasobach NFZ puli funduszy na leczenie niepłodności oraz diagnostykę w tym kierunku (za badania hormonalne i USG narządów rodnych kobiety często trzeba zapłacić nawet kilkaset złotych). Z drugiej strony, zwykle pary, które zgłaszają się do klinik in vitro, są po kilkuletniej diagnostyce. Jednak lekarze i instruktorzy naprotechnologii dowodzą, że diagnozuje się je niewystarczająco dokładnie, nie śledzi się cyklu kobiety z jednoczesnym uwzględnieniem właściwości jej śluzu, temperatury i poziomu szyjki macicy oraz poziomu hormonów (model Creightona). Potwierdzeniem tej tezy mogą być liczne przypadki ciąż uzyskanych dzięki naprotechnologii, po nieudanych próbach in vitro17. Dowodem są też statystyki: wyniki leczenia na przykład w przypadku niedrożności jajowodów za pomocą metod mikrochirurgii rozwiniętych przez Hilgersa sięgają 58 procent skuteczności (badania Instytutu Pawła VI z 2004 r.). A wyniki procedury in vitro w tym zakresie (według United States Department of Health and Human Services) to 27,5 procent żywych urodzeń. W przypadku endometriozy (kiedy błona śluzowa macicy wystąpi poza jamą macicy) to 78 procent skuteczności przy obserwacji prowadzonej do 36 miesięcy po zabiegu operacyjnym.

Muszala: „Nobel więc należy się Hilgersowi, bo to on doszedł do sedna sprawy. Steptoe i Edwards przeskoczyli jedynie przeszkodę. Może efekt jest ten sam: poczęcie dziecka, ale przy Naprotechnologii zostaje wyleczony przypadek kliniczny. Celem medycyny jest terapia, dobro chorego. W przypadku niepłodności pacjentem jest mężczyzna lub kobieta, a nie efekt terapii – dziecko. Medycyna nie uzdrawia w programie in vitro, lecz spełnia życzenie rodziców. To niewątpliwy sukces, ale to zupełnie inna droga”.

Stanowisko Kościoła

Swoje stanowisko wobec sztucznej prokreacji jasno formuje Kościół. Po raz pierwszy Magisterium Kościoła wypowiada się w kwestii in vitro w instrukcji Donum vitae. Dokument sygnowany przez kard. Josepha Ratzingera, wydany przez watykańską Kongregację Nauki Wiary w lutym 1987 r., przypomina o wartości każdego ludzkiego życia od momentu poczęcia i potępia formy zapłodnienia pozaustrojowego. „Embriony uzyskane w probówce są istotami ludzkimi i podmiotami prawa – czytamy – ich godność oraz prawo do życia powinny być uszanowane od pierwszej chwili ich istnienia. Wytwarzanie embrionów ludzkich przeznaczonych jako dostępny materiał biologiczny jest niemoralne”.

Kolejny podtrzymujący to stanowisko dokument ta sama dykasteria opublikowała w grudniu 2008 r. w instrukcji Dignitas personae. Jej autorzy dodają, że rozwój nauk medycznych „zasługuje na poparcie, kiedy służy przezwyciężeniu lub wyeliminowaniu patologii i przyczynia się do przywrócenia normalnego przebiegu procesów rozrodczych”. Oba dokumenty obficie odwołują do encyklik Evangelium vitae i Veritatis splendor Jana Pawła II oraz encykliki Humanae vitae Pawła VI i nauczania Soboru Watykańskiego II.

W Polsce stanowisko Kościoła w zakresie bioetyki przedstawia zwykle Zespół Ekspertów KEP ds. Bioetycznych. W swoim oświadczeniu z 24 marca bieżącego roku pisze, że „zgodny ze stanowiskiem Kościoła jest całkowity zakaz tej metody in vitro. Jeśli jednak takie rozwiązanie prawne zostanie odrzucone, posłowie zatroskani o prawa człowieka, o ochronę jego godności, o prawa dziecka, a przede wszystkim ci, którzy kierują się nauczaniem Kościoła katolickiego, nie powinni być bezczynni (…) ale podjąć starania, aby przyjąć regulacje maksymalnie ograniczające szkodliwe aspekty proponowanych ustaw”.

Powstaje więc pytanie, dlaczego Kościół nie poparł projektu Gowina, który tym warunkom sprostał? Poseł PO swój projekt bazował na prawie naturalnym, polskiej konstytucji i zasadach etyki. Odpowiedź wydaje się dość oczywista: zważywszy na wymienione dokumenty Magisterium, Kościół w Polsce postawiłby się sam w sytuacji moralnie dwuznacznej, bo projekt Gowina dopuszcza zapłodnienie in vitro, nawet jeśli obostrzone surowymi ograniczeniami takimi jak zakaz produkcji nadliczbowych zarodków, zakaz mrożenia, handlu itd. Jest więc już efektem kompromisu, choć najlepszego z możliwych.

Biskupi polscy w liście na niedzielę Świętej Rodziny z 2008 r., podkreślili, że „Bóg i tylko Bóg jest Panem życia” oraz, że „nie istnieje prawo do dziecka”. „Nie jest to opinia – jak czasami usiłuje się sugerować – Episkopatu Polski, ale zwyczajne nauczanie Kościoła katolickiego, dawno już wyłożone w oficjalnych dokumentach”. Warto przypomnieć niezwykle ważny, a pomijany fragment tego listu adresowany do bezdzietnych rodziców, świadczący o tym, że w Kościele nie dominuje jedynie retoryka zakazów i potępienia: „Któż jednak odważy się zakwestionować Wasze życie szarpane tęsknotą za dzieckiem i jej niemalże podporządkowane. Chociażby czytając Wasze wypowiedzi na forach internetowych, można się przekonać, że Bóg tak głęboko zapisał w sercu człowieka powołanie do macierzyństwa i do ojcostwa, że bez dzieci małżeństwo nie potrafi być w pełni szczęśliwe”. Biskupi przekonują też, by przełamać negatywne stereotypy o adopcji. „Pozwólcie dzieciom poznać ciepło rodzinnego domu. Wprawdzie ktoś inny urodził ich ciało, ale wy możecie »rodzić ich serce« i walczyć o kształt ich człowieczeństwa”. Jako wezwanie do adopcji porzuconych dzieci, biskupi przytoczyli słowa samego Chrystusa: „A kto by jedno takie dziecko przyjął w imię moje, Mnie przyjmuje”. (Mt 18, 5).

I tu docieramy do newralgicznego sporu o adopcję, tyle że embrionów zamrożonych, już powołanych do życia. Pamiętam, jak niespełna dwa lata temu na sympozjum w Piekarach Śląskich poseł Gowin stał naprzeciw kilku biskupów i nie kryjąc emocji, domagał się wyjaśnień: „Z jakiego powodu nie pozwalacie na adopcję embrionów? Dlaczego? Proszę mi wyjaśnić”. Nie uzyskał żadnej odpowiedzi. Niektórzy duchowni przekreślają możliwość dopuszczenia adopcji embrionów, bo zezwolenie na nią „jest w gruncie rzeczy dopuszczeniem in vitro”18. Tymczasem Magisterium Kościoła nie zakazuje adopcji. Instrukcja Dignitas personae zauważa, że adopcja prenatalna stwarza „możliwość narodzenia się istotom ludzkim, które w przeciwnym razie skazane są na zniszczenie” oraz, że jest „godna pochwały co do intencji uszanowania i obrony życia ludzkiego”, choć „niesie ze sobą wiele problemów” (DP 19).

„Wszystko zależy od intencji – trzeba rozeznać, czy para ma mentalność pro-life czy anty-life. Gdyby być konsekwentnym i wiernie potraktować tezę, że adopcja prenatalna jest niezgodna z prawem moralnym, to musielibyśmy zamknąć okno życia. Uczestniczymy bowiem w niegodziwym procederze – ktoś porzucił noworodka. Tymczasem przyjęcie go nie oznacza od razu poparcia porzucania nowonarodzonych dzieci. Podobnie Donum vitae mówi, że mimo iż nie akceptujemy sposobu w jaki dzieci z in vitro przychodzą na świat, to jednak nie mogą one być przedmiotem jakiejkolwiek dyskryminacji. Moim zdaniem, dawanie szansy przeżycia zamrożonym embrionom jest działaniem w duchu samarytańskim, polegającym na tym, by dostrzec, wzruszyć się, pochylić się i udzielić konkretnej pomocy. Nie możemy umywać rąk i pozostawiać najmniejszych ludzkich istot na pastwę losu” – twierdzi ks. Muszala.

W maju i czerwcu tego roku dwukrotnie – najpierw w komunikacie Rady Episkopatu ds. Rodziny, a potem w sprawozdaniu po 352. Zebraniu Plenarnym Konferencji Episkopatu biskupi napisali, że ci którzy uczestniczą w procederze in vitro „stają w jawnej sprzeczności z nauczaniem Kościoła katolickiego i nie mogą przystępować do Komunii świętej, dopóki nie zmienią swojej postawy”. Wielokrotnie biskupi powtarzali też, że posłowie, którzy świadomie będą głosić poparcie dla zapłodnienia in vitro, sami wykluczą się z Kościoła, bo akceptują metodę zabijającą ludzkie embriony (m.in. oświadczenie Rady ds. Rodziny KEP, wypowiedzi kard. Kazimierza Nycza, metropolity warszawskiego, oraz abp. Józefa Michalika, przewodniczącego KEP). Słowa biskupów wywołały gwałtowny sprzeciw i dyskusję na temat ekskomuniki. Tymczasem jak twierdzi o. Jacek Prusak, Kościół „domaga się jedynie wiarygodności od polityków uważających się za katolików”, a „nie ekskomunikuje państwa, nie działa w nim także jak inkwizycja”19. Jezuita tłumaczy też, że ponieważ zabieg in vitro „zezwala na niszczenie, mrożenie i selekcję ludzkich embrionów – przez to jest zamachem na życie” i stąd „na sumieniu katolickiego polityka leży obowiązek opowiadania się za najbardziej restrykcyjną formułą ustawy, czyli taką, która będzie ograniczała negatywne skutki in vitro. Jeśli tego nie zrobi, zaciąga winę moralną, która przez Kościół jest sankcjonowana ekskomuniką”20

Wreszcie w liście do prezydenta RP Bronisława Komorowskiego i polskich parlamentarzystów w sześciu punktach stosunek Kościoła wobec kwestii związanych z metodą in vitro wyłuszczyli przewodniczący KEP abp Józef Michalik, przewodniczący Zespołu Ekspertów KEP ds. Bioetycznych abp. Henryk Hoser i przewodniczący Rady Episkopatu ds. Rodziny bp Kazimierz Górny. Kontrowersje wzbudził punkt trzeci listu, w którym duchowni określili zapłodnienie in vitro jako „młodszą siostrę eugeniki”, przypominając o towarzyszącym mu uśmiercaniu zarodków na drodze selekcji, czyli „eugenizmie selektywnym, piętnowanym przez Jana Pawła II”.

Jest tu mowa również o skutkach społecznych, „jakie wywołać może rozpowszechnienie metody zapłodnienia in vitro. Tak poczęte dziecko może mieć trzy matki: genetyczną (dawczynię materiału genetycznego), biologiczną (tę, która je urodziła) i społeczną (tę, która je wychowuje). Ojcostwo w przypadku metody in vitro jest jeszcze trudniejsze do określenia. Tak zwani dawcy »materiału genetycznego« bywają anonimowi”.

Pojawiają się głosy zarzucające Kościołowi powierzchowność w podejściu do tematu, przypisuje się mu próbę dyktatu moralnego, wywarcia wpływu na państwo. Przeciwnie, przedstawiając racje teologiczne, takie jak niemożność zastąpienia Stwórcy w procesie prokreacji – czy broniąc świętości życia w myśl zasad Ewangelii, a także wartości aktu małżeńskiego – Kościół broni chrześcijańskiej wizji człowieka, przypominając ją i proponując, a także mając przy okazji nadzieję, że argumenty te trafią do grupy osób niezaangażowanych religijnie. Inna rzecz, że niektórym wypowiedziom nie zaszkodziłaby odrobina subtelności. „Holokaust” czy „wyrafinowana aborcja” to określenia, które stawiają małżonków starających się o dziecko metodą in vitro w jednym rzędzie ze zbrodniarzami, a co gorsza wprowadzają dyskurs potępienia, obcy Ewangelii. Intencje rodziców mimo wszystko ukierunkowane są na życie, nie śmierć. Zamiast zbliżyć ludzi do Kościoła, buduje się w ten sposób trudną do przeskoczenia przepaść. „Jeśli zależy mi na nawiązaniu dyskusji z adwersarzem, próbuję wczuć się w jego sytuację. Ten adwersarz uznaje, że zarodek nie ma statusu człowieka, a zatem badania nad nim pozbawione są jakiejkolwiek moralnej kontrowersji dla niego. Inna rzecz, że twierdzenie, że skoro nie jestem osobą religijną, to kwestia obrony życia mnie nie dotyczy, jest też nieporozumieniem” – komentuje s. prof. Barbara Chyrowicz, etyk.

Dylematy nie tylko etyczne

Kościół przypomina też, że poczęcie nowego dziecka powinno być „w każdym wypadku owocem wyłącznie aktu małżeńskiego, a nie skutkiem stosowania takich czy innych sztucznych technik” (Donum vitae)21. Wypływa to z nauczania, że małżonkowie, zbliżając się do siebie, otwarci na sprowadzenie na świat nowego życia uczestniczą w ciągłym akcie stworzenia. Co stoi na przeszkodzie, by „współtworzenie” to odbyło się w warunkach innych niż ludzkie ciało? Czy małżonkowie, kochający się i spragnieni dziecka, wobec trudności z jego poczęciem nie mogliby w równie godny sposób sprowadzić go na świat w warunkach laboratoryjnych? Etycy twierdzą, że już sama ta sytuacja – laboratorium, szkło – odarta jest z intymności.

„Aktem odniesienia dla nas wierzących jest zrodzenie Syna przez Ojca, który rodzi Go niejako »w jednym momencie« i z całej swej istoty, dając Mu się bezgranicznie w akcie Miłości. Patrząc przez taki pryzmat, ziemski ojciec ma więc nie tyle przekazywać nasienie do probówki, ale raczej dawać całego siebie w akcie miłości wraz ze swoją drugą »połową« – żoną. Wówczas mamy do czynienia z prawdziwą prokreacją (czyli współuczestnictwem ludzi w dziele stworzenia), a nie z reprodukcją techniczną, jaka zachodzi w przypadku in vitro” – mówi ks. prof. Muszala.

„W naszej wierze wyznajemy, że Syn Boży został w wieczności z Ojca niebieskiego genitum non factum, zrodzony, a nie stworzony, a właściwie »zrodzony, a nie wyprodukowany«. Ten moment Synostwa Bożego może posłużyć jako archetyp pomagający pojąć sens naturalnego ojcostwa” – pisze o. Wojciech Giertych22.

Nie kwestionuję miłości rodziców decydujących się na zapłodnienie in vitro. Próbuje jednak postawić się po stronie dziecka. Ks. Muszala powołuje się na prace naukowe prowadzone między innymi we Francji: „Jednodniowy embrion ma już niezwykle skomplikowany system psychosomatycznych reakcji: wysyła sygnały do matki. Matka, nawet nie wiedząc, również wysyła przyjazne sygnały, które na przykład wskazują embrionowi drogę w stronę jamy macicy. Cały czas zachodzą zatem obopólne interakcje matki i embrionu. Co więcej, mówi się o tzw. pierwotnym aparacie psychicznym embrionu, który oczywiście nie jest uświadomiony, ale z drugiej strony nie jest też czystą reakcją biologiczną. Tego wszystkiego jest pozbawiony embrion w probówce. Tam nie może znaleźć swojej tożsamości, bo nikt mu w tym nie pomógł. Najpierw był w zimnej cieczy (dwa do pięciu dni muszą upłynąć od zapłodnienia do implantacji, w tym czasie zarodki są zatapiane w ciekłym azocie i przetrzymywane w inkubatorze o odpowiednim wysyceniu dwutlenku węgla, temperaturze23), a potem w organizmie kobiety. Pierwsze dwa dni – dla niego najważniejsze – znajdował się poza organizmem matki. Już nie mówiąc o embrionach zamrożonych…

Argumenty przeciw powstawaniu życia metodą in vitro pośrednio daje też Pismo Święte. „Biblia mówi o tym w Psalmie 139 »Ty bowiem utworzyłeś moje nerki, utkałeś mnie w łonie matki«…. Bóg widzi już embrion powstający w łonie matki, wkracza we współpracę; Biblia Jerozolimska tak tłumaczy ten sam psalm: »Twoje oczy widziały mój embrion«. Biblia pośrednio wskazuje, gdzie jest miejsce tworzenia się człowieka: w głębokościach matczynego łona, bo tam jest pod ochroną. Embrion w szkle jest poza właściwym ekosystemem – w konsekwencji można go niszczyć, eksperymentować na nim, modyfikować go, zamrozić” – argumentuje ks. Muszala.

A co kiedy dziecko poczyna się z gwałtu, z aktu poza małżeńskiego, niechciane? Rodzice decydujący się na zapłodnienie in vitro mają uzasadnione racje, twierdząc, że dziecko ich jest chciane i nie będzie efektem przypadku. Jednak, jak przekonuje s. prof. Barbara Chyrowicz, „kiedy dzieci rodzą się naturalnie, nie mamy nad nimi takiej władzy jak w probówce. Powracamy tu do pytań z zakresu antropologii: o kogo tu właściwie chodzi? Kościół odnosi się tu nie do racji religijnych, a obiektywnych.”

Ks. Muszala: „Poczęcie w miłosnym akcie małżeńskim to ideał, do którego Kościół przekonuje, ale niestety pozostaje w debacie o in vitro argumentem poza nawiasem prawa. Tymczasem na porządku społecznym musimy dojść do kompromisu, który zharmonizuje porządki moralne poszczególnych obywateli”.

Dylematów wokół metody in vitro nie koniec. Pozostaje mnóstwo pytań, np. to, czy istnieje prawo do dziecka. Czy odpowiedź na to pytanie ma jedynie konotacje religijne – Kościół przekonuje, że dziecko jest darem Boga. Zwolennicy sztucznego zapłodnienia, za dar z kolei uważają metodę in vitro. Kolejne pytanie, które powinno spędzać sen z oczu nam wszystkim – skąd tak wysokie poparcie dla tej metody wśród katolików (kształtuje się na poziomie około 50 procent w skali społeczeństwa, z prostego rachunku wynika, że także sporo katolików nie sprzeciwia się tej metodzie)?

Więcej, wielu małżonków katolickich nie przyjmuje argumentów o śmierci embrionów. „Problem leży głęboko – podsumowuje ks. prof. Muszala. – Istotą życia chrześcijańskiego jest zapomnienie o sobie. O tym mówił Jezus: kto chce iść za Mną, niech zapomni o sobie. Od nas wszystkich wymagana jest ofiara, na różnych etapach życia. A Bóg trafia zwykle w najczulsze miejsce, na przykład kiedy tracimy bliskich w katastrofie. Jeśli nie jesteśmy przygotowani do logiki życia w duchu zapomnienia o sobie, to zawsze będziemy się buntować przeciw różnym zranieniom i domagać się wszystkiego, co może nam zaoferować technika. Analogicznie, jeśli ludzie nie są przygotowani na ewentualność niepłodności, której nie pokona ani metoda in vitro, ani naprotechnologia, to będą zawsze się buntować. Proszę zauważyć, że przy in vitro nie mówi się o prokreacji, ale o reprodukcji. To dwa diametralnie różne sposoby sprowadzenia życia na świat. Jeśli ktoś tego nie rozumie, oczywiście, nikogo nie należy potępiać. Bardziej daje mi to do myślenia, co my jako Kościół zawaliliśmy w formacji ludzkich sumień”.

Tekst ten kończę przed pierwszym głosowaniem w Sejmie nad projektami ustaw z bioetyki. Bez względu na wynik, problem dotyczący moralnych aspektów sztucznej prokreacji nie zniknie z publicznej debaty. Z perspektywy chrześcijańskiej zapłodnienie in vitro, oprócz społecznych i politycznych racji, pozostanie jednym z egzystencjalnych doświadczeń w odniesieniu do wiary i do Boga. Także egzaminem z recepcji ewangelicznych postulatów miłości i szacunku dla życia, ale i wobec osób niewyznających i nierozumiejących tych samych racji. Słowa te kieruję także do siebie.


1 W 1968 r., a więc już po pierwszej dekadzie badań Edwardsa, w encyklice Humanae vitae, Paweł VI, choć bezpośrednio nie traktuje o zapłodnieniu in vitro, jako moralnie niedopuszczalne uznaje wszelkie metody sztucznej regulacji poczęć (Humanae vitae 14 i 16).

2 Stillman prowadzi jedno z największych w USA centrów in vitro w Waszyngtonie. Komentując Nobla dla Edwardsa dla CNN mówił, że „in vitro dzisiaj w sposób prosty eliminuje przeszkodę, jaką jest niepłodność”, a jedyną trudnością w programie jest „nauka kompromisów u małżonków”, a nie „katolicka wykładnia na temat początków życia”. Amerykańskie i brytyjskie media informowały, że „Kościół katolicki staje na drodze niepłodnym małżonkom” i przekreślając program in vitro, „pogłębia dramat moralny rodziców bezdzietnych”, nie dopuszczając do głosu jego przedstawicieli, nie działa wstaw komentarz – niejasne: zwolenników? twórców? tym samym ograniczając możliwość rzetelnej argumentacji.

Por. W. Hryniewicz, Nad przepaściami wiary, Kraków 2008, s. 112– 113.

Wypowiedź prof. Andrzeja Szczeklika jest częścią wykładu, jaki wygłosił w czasie debaty o poczatkach i końcu ludzkiego życia w krakowskim KIK-u 16 września bieżącego roku.

5 W istocie pierwszej próby sztucznego zapłodnienia dokonał w 1961 r. włoski embriolog prof. Daniel Petrucci; ludzki płód hodował przez 60 dni w tzw. szklanej macicy; Petrucci przerwał doświadczenie, kiedy watykański dziennik „ĽOsservatore Romano” stanowczo potępił jego działania i zarzucił mu „ingerencję w to, co jest wyłącznym prawem i przywilejem Boga”. Włoch dalsze prace skoncentrował nad przeszczepami do płodu tkanek i narządów.

6 Art 18. dokumentu Rady zastrzega, że jeśli prawo miejscowe dopuszcza badania in vitro, „należy zapewnić odpowiednią ochronę tym embrionom”, ale w drugim punkcie precyzuje, że „tworzenie embrionów ludzkich dla celów naukowych jest zabronione”; o embrionie jako „istocie ludzkiej” i jej prawnej ochronie mówi też Międzynarodowy Pakt Praw Obywatelskich i Politycznych z 19 XII 1966; Z kolei Powszechna Deklaracja o Genomie Ludzkim uchwalona na konferencji ogólnej UNESCO stwierdza, iż podstawą ochrony genomu jest przekonanie o jedności wszystkich członków rodziny ludzkiej i uznanie ich przyrodzonej jedności i różnorodności.

7 Wypowiedź ks. prof. Longchamps de Beriera, członka Zespołu Ekspertów Komisji Episkopatu Polski ds. Bioetycznych, dla KAI z 12 stycznia 2010 r.

8 Wypowiedź posła z 12 grudnia 2009 r. W czasie konferencji bioetycznej na Uniwersytecie Warszawskim; cyt. za KAI.

9 Wypowiedź z 22 października 2010 r. dla KAI.

10 Dane włoskiego Ministerstwa Zdrowia za rok 2009.

11 Por. H.W. Michelmann, P. Nayudu, Cryopreservation of human embryos – za Ł. Szymański, In vitro, KRAKÓW 2009 s. 38.

12 Zob. wywiad z dr. Tadeuszem Wasilewskim, „Tygodnik Powszechny” 2009, nr 29.

13 B. Trivedi, Boy or girl? Embryo tests give parents the choice,UZUP 2006 i S.A. Missmer, T. Jain, Preimplantation sex selection demand and preferences among infertility patients in Midwestern United States,UZUP 2007 – za Ł. Szymański, In vitro, dz. cyt.

14 Najdłuższy czas od zamrożenia do implantacji odnotowano w Hiszpanii: 14 lat. W Anglii po 5 latach od zamrożenia zarodki ludzkie się niszczy lub przeznacza do badań naukowych.

15 Dr T. Wasilewski, wykład wygłoszony na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Śląskiego 26 maja 2009 r.

16 Prof. T. Hilgers, w rozmowie z Joanną Bątkiewicz-Brożek i Maciejem Mullerem w „Bioetyce Katolickiej”, dodatku do periodyków katolickich, grudzień 2009.

17 W „Journal of the American Board of Family Medicine” opisano badania 1239 par, które zgłosiły się w latach 1998-2002 do kliniki napro w Galway w Irlandii. 33 proc. par było po próbach zapłodnienia in vitro. Wskaźnik zajścia w ciążę wyniósł 52 proc., przy czym udało się pomóc około 30 proc. Par, dla których metoda in vitro okazała się nieskuteczna.

18 Abp Józef Michalik w rozmowie z Bogumiłem Łozińskim, „Bioetyka Katolicka” 2009

19 Ks. Jacek Prusak, Plac boju, „Tygodnik Powszechny” 2010, nr 43.

20 Wypowiedź dla „Polska The Times”, 18 października 2010.

21 Por. instrukcja Dignitas personae: „Kościół uważa za etycznie nie do przyjęcia oddzielanie prokreacji od całkowicie osobistego kontekstu aktu małżeńskiego: przekazywanie ludzkiego życia jest aktem osobistym mężczyzny i kobiety jako pary, niedopuszczającym żadnego rodzaju zastępczego działania”.

22„W drodze” 2010, nr 10, s. 50–51.

23 Dr Wasilewski, „Tygodnik Powszechny” 2009, nr 29.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter