70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Der Kniefall von Warschau

Przed 40 laty kanclerz „rewanżystowskiej” RFN Willy Brandt ku zaskoczeniu całego świata klęknął przed pomnikiem Bohaterów Getta w Warszawie. Tym na wskroś chrześcijańskim gestem nadał pojednaniu polsko-niemieckiemu nowy wymiar.

Klęczący na mokrej od deszczu granitowej płycie przed warszawskim pomnikiem Bohaterów Getta kanclerz Willy Brandt do dziś ucieleśnia jeden z najbardziej przejmujących gestów w dziejach ludzkości. W kolektywnej pamięci Niemców zdjęcie klęczącego kanclerza weszło do panteonu najważniejszych symboli powojennej historii RFN. Nikt nie skomentował wymowy tego gestu trafniej niż będący jego świadkiem niemiecki dziennikarz: „Oto klęczy ten, który nie musi, w imieniu tych, którzy muszą, ale nie klęczą, bo nie mogą albo nie potrafią, albo nie chcą”. W istocie swoją etyczną i moralną głębię gest ten uzyskał dopiero w kontekście całej biografii Brandta. Do publicznego wyznania winy w imieniu narodu niemieckiego poderwał się bowiem ten, który w latach III Rzeszy sam był prześladowany przez reżim Hitlera i który uciekł z Niemiec, by uniknąć aresztowania. W grudniu tamtego pamiętnego roku, już po powrocie z Warszawy do Bonn, na zadane mu przez żonę pytanie, czy uklęknął spontaniczne, wzruszył tylko ramionami i odpowiedział lakonicznie: „Ktoś musiał to zrobić, wszystko inne byłoby za małe”.

7 grudnia 1970 roku składający wizytę w Warszawie kanclerz Willy Brandt wraz z otaczająca go świtą udał się w godzinach południowych na Grób Nieznanego Żołnierza, by złożyć wieniec i oddać hołd poległym w wojnie z Hitlerem Polakom. Ale delegacja niemiecka chciała jeszcze pod pomnikiem Bohaterów Getta uczcić pamięć pomordowanych w Polsce Żydów. Władze komunistyczne zgodziły się, ale odmówiły asysty i werbli. Kiedy u stóp pomnika członkowie delegacji niemieckiej złożyli wieniec, kanclerz rutynowo, jak to czynią w takich sytuacjach politycy na całym świecie, poprawił szarfę, po czym cofnął się, zszedł stopień niżej i ku zdumieniu wszystkich uklęknął. Na prószącym śniegiem placu zapadła przeraźliwa cisza. Brandt zastygł w bezruchu przez dobrych 30 sekund. Potem podniósł się raptownie. Twarz jego skamieniała. Wzrok miał wbity przed siebie. Po latach powiedział: „Prosiłem o przebaczenie mojemu narodowi i modliłem się o łaskę odkupienia.” On socjaldemokrata, z przekonania agnostyk.

Jak bardzo jego gest wyprzedził zimnowojennego ducha czasu, pokazały reakcje w Niemczech i w Polsce. 40 lat po wojnie rany z przeszłości między „imperialistyczną” RFN a komunistyczną PRL były jeszcze świeże. Polacy mieli żywo w pamięci okupację hitlerowską, a 12 milionów Niemców dramat wypędzeń. Oba kraje były ponadto oddzielone od siebie żelazną kurtyną, dzielił je także spór o przebieg granicy. Nad Renem „Canossa” Brandta wywołała burzę w szklance wody. Według błyskawicznie przeprowadzonej ankiety „Spiegla” ponad połowa mieszkańców RFN gest kanclerza uważała za przesadzony. Dezaprobata rosła wraz z wiekiem respondentów. Günther Grass, którego Brandt zabrał do Warszawy jako członka swojej delegacji, wyznał po latach: „Pamiętam moment popłochu i myśl, że dzieje się coś niewiarygodnego”. Czuli to też gospodarze – komuniści z ekipy Gomułki. Jeden z nich, Mieczysław Rakowski, zapisał w pamiętniku: „Rzeczywiście stało się coś wielkiego, historycznego. Czułem, że łzy napływają mi do oczu. Wracając w samochodzie spod pomnika z członkami delegacji niemieckiej nie mogłem wykrztusić z siebie ani jednego słowa. Brandt zaskakuje, wymaga szacunku i podziwu”. Także żona premiera Cyrankiewicza, więzień wielu niemieckich obozów w czasie wojny, nie mogła powstrzymać się od łez.

Oficjalnie komuniści jednak sarkali: „Uklęknął nie pod tym pomnikiem, co trzeba. Jeśli chciał to uczynić, to lepszy byłby Grób Nieznanego Żołnierza”. W Komitecie Centralnym partii, w Urzędzie Kontroli Prasy Publikacji i Widowisk i w redakcji partyjnej „Trybuny Ludu” do późna w nocy głowiono się nad treścią i układem artykułów o wizycie kanclerza. Ostatecznie zapadła decyzja, by w ogóle nie informować o złożeniu przez Brandta wieńca pod pomnikiem Bohaterów Getta. Do druku w prasie poszło zdjęcie z uroczystości sprzed Grobu Nieznanego Żołnierza. W telewizji bezpośredniej transmisji nie było. W spreparowanej post factum relacji moment uklęknięcia wycięto i zastąpiono obrazem stojących przed pomnikiem kobiet. Następna sekwencja pokazywała Brandta od połowy, bez nóg, jakby unoszącego się w powietrzu przed trzymającym wartę przy pomniku żołnierzem.

Dzień wcześniej, 6 grudnia wczesnym popołudniem, delegacja z kanclerzem Brandtem i ministrem spraw zagranicznych Walterem Scheelem wylądowała na wojskowym Okęciu. Po 35 latach skakania sobie do oczu Gomułka wszedł na drogę dialogu z wybranym w roku 1969 socjaldemokratycznym kanclerzem RFN, zwolennikiem nowej otwartej „Ostpolitik”. Ale Breżniew uprzedził polskiego towarzysza i 15 sierpnia 1970 w Moskwie zawarł z RFN traktat, gwarantujący polską granicę na Odrze i Nysie Łużyckiej. Mimo przynależności Polski do bloku radzieckiego Gomułka panicznie bał się układu niemiecko-radzieckiego, przypominającego dawne, zawierane ponad głowami Polaków, alianse Moskwy i Berlina. Z tego też powodu sam wynegocjował polsko-zachodnioniemiecką umowę, w której RFN uznawała polską granicę zachodnią. Kanclerz miał ją w Warszawie podpisać.

Już pierwsze godziny pobytu niemieckiej delegacji w Warszawie pokazały, jak trudne mogą się okazać próby zbliżenia dwóch wrogich i obcych sobie do niedawna elit politycznych. Wszakże parę lat wcześniej Cyrankiewicz, piętnując nieuznanie przez RFN wyznaczonej w roku 1945 zachodniej granicy Polski, nazywał poprzednika Brandta „watykańsko-waszyngtońskim bastardem, który na nowo rozpala kominy w Auschwitz”. Teraz polski premier witał kanclerza na lotnisku z wszystkimi honorami. Ale członków obydwu delegacji paraliżowało potworne napięcie. Po powitaniu przez Cyrankiewicza Brandt skierował się w stronę Kompanii Reprezentacyjnej Wojska Polskiego. Po raz pierwszy od wojny w Polsce rozległy się melodia i słowa niemieckiego hymnu. Mieczysława Rakowskiego, zaufanego człowieka Gomułki od spraw niemieckich, „coś ścisnęło za gardło”. Brandt był także mocno wzruszony. Po policzkach spływały mu łzy.

Cyrankiewicz zaprosił gościa do czarnego rządowego ziła. W wiozącej Brandta do pałacu w Wilanowie (rezydencji zachodnioniemieckiej delegacji na czas pobytu w Warszawie) limuzynie panowało jednak kłopotliwe milczenie. Kanclerz przerwał je pierwszy, zadając u progu zimy niezwykłe pytanie: „Jak żniwa?”. Cyrankiewicz z niedowierzaniem w oczach odpowiedział „Już po żniwach”. Fantasmagoryczne pytanie miało jednak swoje uzasadnienie. Kiedy pół roku wcześniej Brandt przyleciał do Moskwy, by podpisać traktat z ZSRR, witający go na lotnisku premier Kosygin z troską w oczach zadał wypowiadane tradycyjnie podczas spotkań szefów bratnich państw socjalistycznych pytanie: „Jak żniwa?”. Nierozeznany w obyczajach Brandt uznał to za formułę grzecznościową, obowiązującą przy powitaniach po drugiej stronie żelaznej kurtyny.

Wieczorem, w kameralnym pałacyku w Natolinie, Gomułka w szczupłym gronie wydał kolację na cześć delegacji niemieckiej. Początkowa drętwa atmosfera spotkania szybko ustąpiła. Szef polskiej partii żywo dyskutował z Brandtem. Tuż po kolacji do Rakowskiego podszedł dyrektor urzędu prasowego zachodnioniemieckiego rządu i powiedział: „To nie to, co w Moskwie, gdzie gospodarze karmili kanclerza dużą porcją frazesów”.

Na drugi dzień punktualnie o godzinie 12 w Sali Kolumnowej dzisiejszego Pałacu Prezydenckiego, w którym w 1955 roku powołano do życia Układ Warszawski, pojawili się Brandt i Cyrankiewicz w towarzystwie ministrów spraw zagranicznych. Wśród gospodarzy obecny był też Gomułka i zaproszony przez komunistów nestor pojednania polsko-niemieckiego, katolicki poseł koła Znak, Stanisław Stomma. Brandt i Cyrankiewicz podpisali pierwszy od 1000 lat układ niemiecko-polski, w którym RFN uznawała granicę na Odrze i Nysie Łużyckiej. Było to dla Niemców swoiste pożegnanie ze Śląskiem, Pomorzem i Prusami Wschodnimi. Chwilę później w sąsiedniej sali premier Cyrankiewicz wydał uroczyste śniadanie na cześć kanclerza. Podczas rozmów Brandt w dowód poufałości pokazał Gomułce złoty kieszonkowy zegarek, należący niegdyś do założyciela niemieckiej socjaldemokracji Augusta Bebla, a później tradycyjnie dziedziczony przez kolejnych szefów SPD niczym symbol władzy. Po śniadaniu niemiecka delegacja udała się pod pomnik Bohaterów Getta i na Grób Nieznanego Żołnierza.

Nim Brandt na drugi dzień opuścił Warszawę, Stefan Kisielewski zdążył zapisać w swoim dzienniku: „Dziś jest w Warszawie Brandt, podpisuje ratyfikację porozumienia. To jednak nie byle co! (…) Wolałbym co prawda, żeby uznanie granic podpisywał nam jakiś niemiecki polityk prawicowy i żeby ze strony polskiej nie występowali komuniści. No ale bądź co bądź Cyrankiewicz, więzień Oświęcimia – to także brzmi nieźle, choć taki z niego filut”.

Brandt przebywał jeszcze w Warszawie, gdy informacja o jego geście sprzed pomnika żydowskich ofiar getta lotem błyskawicy rozeszła się po świecie. RFN ukazała nieznane dotąd oblicze, kanclerz urósł do rangi męża stanu, który do polityki wprowadził moralność, a pojednaniu polsko-niemieckiemu nadał nowy wymiar. Der Kniefall von Warschau [dosłownie – na kolanach w Warszawie – przyp. red.] docenili współcześni. Prestiżowy amerykański magazyn „Time” przyznał Brandtowi tytuł Człowieka Roku, a Komitet Sztokholmski pokojową nagrodę Nobla. Dziś w warszawskiej szkole jego imienia w piłkę grają polskie i niemieckie dzieci. W ten sposób spełniło się marzenie Brandta o polsko-niemieckim pojednaniu.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter