70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

W oczekiwaniu na niewiarygodne

Od tysięcy lat żydzi trwają w wiernym oczekiwaniu na Mesjasza, które jest głównym składnikiem ich wiary. A czym jest oczekiwanie dla współczesnego chrześcijanina? Przedłużające się oczekiwanie rodzi wątpliwości, a wiara wyczekująca na zbawienie bywa wystawiana na próbę. Ludzie upadają i podnoszą się z Bożą pomocą, by ponownie uchwycić się nadziei zbawienia. Odpowiedzi na pytanie o sens oczekiwania można szukać interpretując historię bożonarodzeniową, opowieść o tym, jak niemożliwe staje się realne w życiu Elżbiety, Zachariasza i Marii.

Powtarzając za Aleksandrem Kumorem, „wiara oczekuje rzeczy niewiarygodnych”1. Jak twierdzi Karl Barth, zapewnia spotkanie, „w którym ludzie zyskują wolność, by słuchać słowo łaski wypowiedziane przez Boga w Jezusie Chrystusie w taki sposób, iż na przekór wszystkiemu, co temu przeczy, raz na zawsze, wyłącznie i całkowicie mogą trzymać się Jego obietnicy i przewodnictwa”2. Wiara wprowadza człowieka w przestrzeń, która wydaje się odległa i niedostępna, pozwala upewnić się, że dla Boga nie ma nic niemożliwego (Por. Łk 1, 37). W historii bożonarodzeniowej niemożliwe staje się realne w życiu Elżbiety, Zachariasza i Marii, którzy mieli doświadczyć szczególnego rodzaju oczekiwania.

Oczekiwanie pojawia się w Biblii wraz z pierwszą obietnicą zbawienia. Zaraz po popełnieniu grzechu Adam i Ewa, reprezentujący całą ludzkość, zyskują zapewnienie, że w przyszłości urodzi im się potomstwo, które pokona grzech i szatana (Por. 1 Mojż 3, 15). Mimo rozczarowania ludźmi Bóg obiecuje pojednanie i gotów jest wyjść im na przeciw. Dlatego z każdym bohaterem wiary zawiera przymierze, by wzbogacić oczekiwanie i udowodnić, że On gotów jest pokonać dystans dzielący człowieka i Boga.

Abraham, Izaak, Jakub, a wraz z nimi cały naród wybrany trwają w oczekiwaniu na Mesjasza, które staje się głównym składnikiem ich wiary. Przedłużające się oczekiwanie rodzi wątpliwości, dlatego wiara wyczekująca na zbawienie bywa wystawiana na próbę, ludzie upadają się i podnoszą z Bożą pomocą, by ponownie uchwycić się nadziei zbawienia.

W perspektywie obietnicy z 1 Księgi Mojżeszowej niezwykle istotna staje się kwestia potomstwa. Zbawiciel ma urodzić się w konkretnej rodzinie, jako dziecko, na którym „spocznie Duch Pana” (Iz 11, 2)3. Nie może dziwić więc przekonanie poszczególnych postaci biblijnych o konieczności posiadania dzieci. One są przypieczętowaniem przymierza i dowodem na to, że Bóg zamierza spełnić swoją obietnicę. Brak potomstwa wywołuje zaniepokojenie w kobietach i mężczyznach w Biblii, dlatego modlą się o nie tak, jak czynili to ojciec Izaaka Abraham, matka Samuela Anna, rodzice Samsona czy też Elżbieta i Zachariasz, pierwsi bohaterowie bożonarodzeniowej historii.

Elżbieta pochodziła z kapłańskiego rodu Aarona i była żoną kapłana Zachariasza. Kapłani według Bożych zaleceń mogli się żenić, ale tylko z kobietami o nieskazitelnej reputacji, byli bowiem dla Boga święci (3 Mojż 21, 7). Ewangelista Łukasz, rozpoczynając swoją opowieść, zapewnia, że Zachariasz i Elżbieta byli ludźmi pobożnymi i sprawiedliwymi (Łk 1, 6), spełniali więc wszelkie warunki, by zgodnie z powszechnym przekonaniem panującym w ich narodzie, szczęściło im się w życiu. Mimo to nie mogli w pełni cieszyć się życiem rodzinnym, gdyż podobnie jak Abraham i Sara, nie mieli dzieci.

Elżbieta nie mogła mieć dzieci (Łk 1,7), a bezpłodność była negatywnie odbierana w społeczności żydowskiej. Każda kobieta miała nadzieję, że urodzi Mesjasza, od każdej kobiety oczekiwano, że będzie płodna, bo rodzina liczyła na to, że właśnie w jej gronie pojawi się Zbawiciel. Tam gdzie nie było dzieci, stawiano pytanie „dlaczego?” i podawano w wątpliwość głównie jakość kobiecości. Konsekwencje niepłodności mogły mieć wpływ na całe życie kobiety: z niechęcią patrzyli na nią członkowie rodziny, mąż mógł się z nią rozwieźć, narażona była na wstyd i poniżenie. Dzieci były błogosławieństwem, a bezdzietność hańbą (1 Mojż 30, 23); znakiem Bożej kary, „zapomnienia” o kobiecie (, niieuwz1 Sam 1, 11), a przez to nieuwzględnienia jej w Bożym planie zbawienia.

Zachariasz i Elżbieta byli osobami w podeszłym wieku, dla nich więc sprawa rodzicielstwa wydawała się całkowicie zamknięta, choć przez całe swoje dotychczasowe życie modlili się o dziecko. Wszystko miało się jednak zmienić wraz z pojawieniem się anioła Gabriela i wiadomością, którą przekazał kapłanowi.

Gabriel („Bóg jest moją siłą”) pojawił się wcześniej w Starym Testamencie – ukazał się prorokowi Danielowi, gdy potrzebne mu było wyjaśnienie widzenia, jakiego doświadczył. Według tradycji rabinistycznej anioł ten należał do grupy czterech najwyższych rangą aniołów, które przebywały w otoczeniu Boga. Uważa się, że znalazł się on w gronie „mężów Bożych”, którzy odwiedzili Sarę i Abrahama, żeby powiedzieć im, że będą mieli dziecko (1 Mojż 18). Gabriel wyjaśnił Zachariaszowi cel swojej wizyty, dokładnie też określił zadanie, jakie będzie miał jego syn. To jednak było dla kapłana zbyt wiele. Gdy modlitwa została wysłuchana Zachariasz nie mógł pozbyć się wątpliwości, przez co stał się na 9 miesięcy niemy, Elżbieta z kolei przez 5 miesięcy nie ujawniała nikomu, że jest w ciąży (Łk 1, 24). Może nie do końca rozumiała całą sytuacją i bała się upubliczniać swój stan, by nie wystawić się na pośmiewisko i nie robić rodzinie niepotrzebnych nadziei.

Niemożliwe ponownie uderzyło z taką siłą, że przerosło wszelkie oczekiwania. Stosownie do rozumowych przesłanek nie powinno było się stać, lecz w kontekście wiary można się było tego spodziewać. „Wiara jest bowiem pewnością tego, czego się spodziewamy, przeświadczeniem o tym, czego nie widzimy” (Hebr 11, 1). Elżbieta oraz jej mąż jakby na chwilę o tym zapomnieli. Dlatego oczekiwanie dla Zachariasza stało się czasem milczenia, czasem refleksji nad dotychczasowym życiem, a może nawet okazją do jego przewartościowania. Zachariasz był kapłanem, wydawał się obcować z Bogiem niemal codziennie, miał dostęp do świątyni i wiedzy, która nie była dana każdemu. Kto, jak nie on miał odpowiedzieć z wiarą na Boże wezwanie? Jednak w obliczu niemożliwego przestraszył się, zatrzymał i zamilkł.

Z Elżbiety została zdjęta hańba, więc zapewne codziennie dziękowała Bogu za to, co dla niej uczynił. To, co dotąd wydawało się karą, okazało się błogosławieństwem. Jej niepłodność miała swoją przyczynę, niezależną od niej, jej wcześniejsze oczekiwanie nabrało sensu. Bóg postanowił działać w sposób nieprzewidywalny także w jej życiu. Stąd jej oczekiwanie na narodziny dziecka, kiedy już w pełni przyjęła do wiadomości ciążę i ujawniła ją światu, wypełnione było radością, wdzięcznością i patrzeniem z nadzieją w przyszłość.

Ewangelista Łukasz nie informuje czytelników, kiedy Elżbieta dowiedziała się, kim będzie jej syn. Możliwe, że wyjaśnił to jej niemy mąż, gdy wrócił ze świątyni, wznosząc ręce ku niebu, być może napisał; jako żona kapłana mogła umieć pisać, na co wskazuje dalszy przebieg historii i posługiwanie się przez Zachariasza tabliczką przy nadawaniu imienia dziecku (Łk 1, 59–64). Kobieta niemal od początku wydawała się świadoma, że wyda na świat wyjątkowe dziecko, choć nie miała możliwości usłyszeć osobiście słów anioła. Wydarzył się cud, niepłodna była w ciąży, musiała być więc tego konkretna przyczyna. Zachariasz i Elżbieta mieli doświadczyć rodzicielstwa w tak późnym wieku, bo Bóg wybrał ich syna na człowieka poprzedzającego Mesjasza.

Jak się z czasem okazało, nieprawdopodobnego cudu w swoim życiu miała doświadczyć jeszcze inna kobieta, Maria z Nazaretu, zaledwie zaręczona z Józefem. Początkowo te dwie historie nie wydają się ze sobą powiązane, ale z czasem okazuje się, że Elżbieta i Maria są ze sobą złączone nie tylko więzami krwi, ale relacją, która łączyć będzie także ich dzieci.

Kiedy Marię odwiedził anioł zwiastowania Gabriel, dowiedziała się, że została wybrana, by urodzić Mesjasza. Dla Marii sytuacja była bardzo zaskakująca. Być może wiedziała o tym, że jej lud oczekuje Zbawiciela, bo była to informacja przekazywana z pokolenia na pokolenie, ale nie podejrzewała, że wypełnieniem obietnicy stanie się jej syn. Gdy spotkała Gabriela, mogła mieć około 14 lat, gdyż w takim właśnie wieku kobiety zawierały związek małżeński w jej narodzie. Zwykle decyzja o małżeństwie nie należała do kobiety, kontrakt zawierały rodziny. Pierwszym etapem poprzedzającym ślub i wprowadzenie do domu męża były zaręczyny. W tym czasie kobieta nadal przebywała w domu rodziców. Kiedy anioł odwiedził Marię w Nazarecie, była ona zaręczona. Zaskakujące w tym spotkaniu było wszystko, począwszy od pozdrowienia Gabriela, w którym nazywał Marię błogosławioną, poprzez nowinę o mającym nastąpić narodzeniu Mesjasza, a skończywszy na reakcji kobiety. Początkowo młoda dziewczyna przestraszyła się anioła i jego pozdrowienia, bo nie rozumiała, co ma ono oznaczać. W jej uszach dźwięczało zdanie: „dziecko bez męża”, i nie wiedziała, jak to jest możliwe. Dotąd nie odbyły się jeszcze jej oficjalne zaślubiny z Józefem, „nie znała mężczyzny”, w jaki sposób miałaby więc zajść w ciążę? Może przez myśl przeszło jej, że to, co się dzieje, może rzutować na jej reputację (urodzi nieślubne dziecko, kto jej uwierzy, że spotkała anioła) i relacje z przyszłym mężem, ale przebieg rozmowy wskazuje, że nie miała na tym etapie zbyt wielu wątpliwości. W porównaniu ze starszym i doświadczonym duchowo Zachariaszem, Maria wykazała ogromną dojrzałość i spokój. Przyjęła słowa anioła z pokorą i pełną gotowością mówiąc: „Oto ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według słowa twego” (Łk 1, 38). Podczas rozmowy z Gabrielem Maria dowiedziała się, że jej krewna również spodziewa się dziecka (Łk 1, 36–37). Musiała być to dla niej ogromna niespodzianka, bo znała wiek Elżbiety, słyszała też opowieści, jakie snuto o niej w rodzinie. Dwie kobiety, które dzieliły różnice pokoleniowe i społeczne, nagle stały się sobie bardzo bliskie. Wiadomość o ciąży Elżbiety okazała się dodatkowo ważna dla Marii – nie będzie oczekiwać samotnie, w ukryciu i niezrozumieniu, będzie miała kogoś, kto doskonale rozumie, czym jest Boże niemożliwe działanie.

Po rozmowie z aniołem Maria potrzebowała wsparcia, czuła, że dzieje się w jej życiu coś niezwykłego, i chciała się tym z kimś podzielić. Z kim jednak miała rozmawiać? Z matką, ojcem, a może narzeczonym Józefem? Te osoby mogły nie zrozumieć tego, co się wydarzyło, niewłaściwie odczytać sytuację. Jedyną osobą, która mogła ją zrozumieć, była Elżbieta. Maria udała się więc niezwłocznie w podróż, by zobaczyć się ze swoją krewną. Elżbieta i Maria, pozornie tak różne, miały ze sobą wiele wspólnego. Obie wpisane w Boży plan zbawienia stały się Bożymi narzędziami. Mimo różnicy wieku i statusu dzieliły też konkretne doświadczenie pierwszej ciąży – żadna z nich wcześniej nie rodziła.

Kiedy Maria zjawiła się u krewnej, Elżbieta była w szóstym miesiącu ciąży, prawdopodobnie jej brzuch był już dobrze widoczny. Mogły emanować z niej pokora i wewnętrzny spokój, bo oswoiła się już z tym, że będzie miała dziecko. Prawdopodobnie zauważała też zmiany zachodzące w jej ciele i cieszyła się z ruchów dziecka. Nie spodziewała się Marii w swoim domu. Kiedy młoda kobieta stanęła u progu domu Elżbiety, przywitała się z nią i pozdrowiła, miało miejsce kolejne wyjątkowe wydarzenie. Dziecko w brzuchu Elżbiety poruszyło się z radości, a ona sama została „napełniona Duchem Świętym” (Łk 1, 41).

To dzięki działaniu Ducha kobieta zobaczyła, jak zmieniła się Maria, i zauważyła, że jest w ciąży, dzięki Duchowi nienarodzone dziecko odkryło obecność Mesjasza, dzięki Duchowi z ust Elżbiety padły słowa proroctwa dotyczące Marii i jej dziecka. Starsza wiekiem Elżbieta uniżyła się przed Marią, nazywając ją matką swego Pana. Ona też jako pierwsza w Ewangeliach wyznała Jezusa jako swego Pana. Maria dzięki spotkaniu z Elżbietą pozbyła się wszelkich obaw, które być może pojawiały się w jej głowie. Była gotowa, całą sobą przyjęła to, co Bóg dla niej przygotował. Obie kobiety czekały na siebie nawzajem, by w pełni wyrazić swoją wiarę i uczucia, obie doświadczyły zmian we własnym ciele za sprawą Bożego działania. Maria uwierzyła w to, co powiedział jej anioł, i dlatego stała teraz naprzeciw Elżbiety, zesłanej jej do pomocy przez samego Boga, podczas gdy zwyczajowo to ona, jako młoda kobieta, powinna otoczyć opieką osobę starszą.

W odpowiedzi na działanie Ducha Świętego Maria wypowiedziała słowa hymnu nazwanego później Magnificat, inspirowanego modlitwą pochwalną Anny (1 Sam 2, 1–10) i starotestamentowymi psalmami. Zadziwiająca jest dojrzałość i świadomość Bożego działania, jakie towarzyszyły jej wyznaniu: Bóg jest Zbawicielem, Wszechmogącym, Tym, który dotrzymuje obietnic. Dzięki spotkaniu Marii i Elżbiety wydarzyło się coś niesamowitego, Bóg przez Ducha Świętego nie tylko stał się obecny w ich ciałach, ale także natchnął ciężarne kobiety, by oddawały Mu cześć, tworząc z nich pierwszą wychwalającą Go społeczność Nowego Przymierza (por. Mat 18, 20).

Elżbieta i Maria spędziły razem trzy miesiące, lecz ewangelista Łukasz nie zdaje dokładnej relacji z tego, co w tym czasie się wydarzyło. Można tylko sobie wyobrazić, jak ważny był to czas dla obu kobiet. Elżbieta doczekiwała rychłego porodu, otwierał się przed nią zupełnie nowy rozdział życia. Maria miała przed sobą perspektywę rozmowy z rodzicami i narzeczonym, ale była pewna, że Bóg darzy ją swoją opieką (Łk 1, 48). Obie kobiety zyskały wsparcie, zrozumienie i akceptację. Wzajemnie uczyły się od siebie czym jest oczekiwanie i jaką treścią można je wypełnić. Dla nich stało się też oczywiste, że uczestniczą w wyjątkowym Bożym planie, którego realizacja oznacza, że trwający od początków ludzkości czas oczekiwania się kończy.

Gdyby ta historia wydarzyła się współcześnie, wzbudziłaby sensację i zainteresowanie mediów, szczególnie tabloidów, informacja zapewne pojawiłaby się na plotkarskich witrynach internetowych czy blogach. Informacje o niecodziennym zjawisku obiegłyby błyskawicznie cały świat i może nawet w pierwszej chwili spowodowałaby masowy powrót ludzi do praktykowania swojej wiary. Wraz z upływem czasu zapewne podawano by w wątpliwość Bożą ingerencję i cuda jej towarzyszące. Obie panie zostałyby gruntownie przebadane, a brak jednoznacznych wyników nie powstrzymałby fali nieufności, ale raczej spowodował poszukiwanie dokładniejszych metod. Byliby i tacy, którzy mieliby zastrzeżenia co do reputacji młodej Marii, inni nazywaliby Elżbietę ofiarą eksperymentów, a może nawet oszustką. W hałasie, który rozlegałby się nad głowami dwóch kobiet w ciąży, nie byłoby słychać wyznania Elżbiety ani Magnificat Marii. Zresztą zainteresowanie mediów szybko przyciągnęłaby inna sensacja. Nikt nie zatrzymałby się w zadumie, nie posłuchał, nie poczekał na rozwiązanie. Dziewięć miesięcy oczekiwania, a może dziewięć miesięcy wątpliwości i poszukiwania dowodów, dziewięć miesięcy biegania i zakrzykiwania. Wystarczająco długo, by zagubić sens i stracić z oczu to, co najważniejsze.

Od narodzin Zbawiciela upłynęło ponad 2000 lat. Oczekiwanie na Mesjasza i na jego przyjście na świat przerodziło się w oczekiwanie na powtórne przyjście, ludzkość żyje w ciągłym adwencie. Niektórzy niczym Zachariasz stali się niemi, nieobecni, niedowierzający, a czekanie sprawiło, że duchowo się postarzeli. Inni zostali doświadczeni i upokorzeni jak Elżbieta, więc próbują schować się przed światem. Jeszcze inni powtarzają za Marią jej pieśń, ale brzmi dla nich coraz mniej wiarygodnie.

Ludzkie emocje związane z oczekiwaniem słabną wraz z upływem czasu, czego doświadczali starotestamentowi bohaterowie wiary. Trudno jest czekać, potrzebne jest więc przypomnienie sensu oczekiwania. Nie zawsze też jest się gotowym na to, że modlitwa, którą wzniosło się do Boga, zostanie wysłuchana i przyniesie odpowiedzi zupełnie inne, niż się spodziewano. Czy jednak ludzka wiara nadal gotowa jest na przyjęcie nieoczekiwanego, niewiarygodnego wydarzenia? Czy współczesny człowiek na cokolwiek jeszcze czeka? Może zatracił tę umiejętność?

Co roku powtarza się data w kalendarzu, jakiś czas trwa adwent, potem Boże Narodzenie, lecz dla chrześcijan musi być to coś więcej niż tylko data. Powtarzanie nie jest jeszcze czekaniem, a może stać się rutyną. Tymczasem każdy element jest istotny. Jeśli zabraknie adwentu, to nie będzie też Bożego Narodzenia. Nie czekając, nie dozna się doczekania. „Wiara oczekuje rzeczy niewiarygodnych”. Wiara też karmi się niewiarygodnym. Bóg obdarza człowieka wiarą, by na Niego czekał. On przychodzi do ludzi w Jezusie, w niemowlęciu urodzonym w Betlejem, nieoczekiwanym dziecku młodej matki. Tymczasem okazuje się być tym najbardziej oczekiwanym – Mesjaszem – zbawieniem i nadzieją dla ludzkości. Boże Narodzenie jest więc zarówno spełnieniem oczekiwań, jak i dalszym oczekiwaniem. Bóg objawił się w Chrystusie Jezusie, w Nim również dokonał zbawienia na krzyżu i zmartwychwstania. „Wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny” (Łk 1, 49). Zbawienie się dokonało i dana została obietnica powrotu Jezusa Chrystusa (Dz 1, 11). To znaczy, że w chrześcijaństwie musi znaleźć się miejsce na czekanie.

By zrozumieć, jakie powinno być to oczekiwanie, warto raz jeszcze spojrzeć na sposób objawienia się Boga. Zbawienie przychodzi w dziecku, Jezusie, jego narodziny zmieniają bieg ludzkości. To nie przypadek, że Bóg wybrał ciążę i narodziny. Oczekiwanie na dziecko jest jak oczekiwanie w wierze na niewiarygodne. Mimo postępu technicznego narodziny nadal są czymś nie do końca spodziewanym i określonym. W wierze, jak w czasie ciąży, może być radość, spełnienie i nadzieja, ale też niepokój, strach i ból. Wiara nie jest stanem bezruchu, ale działania, składania świadectwa i wydawania owoców. Czynna wiara spełnia się w otwarciu się na drugiego człowieka. Także na tego, któremu radość rodzicielstwa nie jest dana, mimo wszelkich starań i dostępnych współczesnemu człowiekowi metod. W oczekiwaniu Bóg stawia na ludzkiej drodze osoby, które pomagają zrozumieć jego sens, pojawia się potrzeba wspólnoty. Maria niepewnie czuła się w swoim oczekiwaniu, szukała więc kogoś, kto da jej wsparcie. Elżbieta nie tylko odegrała swoją rolę, ale również utwierdziła się w wierze dzięki Marii. Międzypokoleniowa więź nawiązała się dzięki wspólnemu przekonaniu, że Panem jest Chrystus. Wspólnota jest pełnią gdzie spotykają się w Chrystusie dzieci, młodzi, starsi, dalecy, bliscy, kobiety i mężczyźni. Wtedy najdłuższe nawet czekanie staje się okazją do uczenia się od siebie i wzajemnego budowania. „Abyśmy będąc szczerymi w miłości, wzrastali pod każdym względem w niego, który jest Głową, w Chrystusa, z którego całe ciało spojone i związane przez wszystkie wzajemnie się zasilające stawy, według zgodnego z przeznaczeniem działania każdego poszczególnego członka, rośnie i buduje siebie samo w miłości”  (Ef 4, 15–16).


1 A. Kumor, Krótkie myśli, Instytut Wydawniczy Związków Zawodowych, 1988 2 K. Barth, Dogmatyka w zarysie, Wydawnictwo Naukowe Semper, Warszawa 1994, s. 12 3 Cytaty za Pismem Świętym Starego i Nowego Testamentu, Towarzystwo Biblijne w Polsce, Warszawa 2008.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata