70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Wiara nie ma jednego oblicza

Po lekturze wykładu Taylora można odnieść wrażenie, że tym, co stanowi o wierze, jest splot czynników socjologicznych kształtujących taki czy inny obraz wyznawanej religii, tak jakby Taylor uważał, że kształt naszej wiary jest zdeterminowany przez dziejową konieczność. Bóg jest adresatem tak ukształtowanej wiary, ale nie ma nic do powiedzenia w procesie jej formowania. To Bóg socjologów, a nie Bóg Abrahama, Izaaka i Jakuba.

 

Na początku chciałbym zastrzec, że wystąpienie profesora Charlesa Taylora wygłoszone podczas Dni Tischnerowskich będę komentował nie jako filozof, socjolog czy historyk idei, ale jako czynny duszpasterz. Problemy, które opisuje, i pytania, które stawia przed nami Kanadyjczyk, traktuję nie jako intelektualną dywagację, ale jako wyzwanie stające przed wspólnotą Kościoła.

Żywa wiara

Istnieje legenda dominikańska o młodym człowieku, który w latach powojennych wstąpił do naszego zakonu, bowiem w domu była bieda, nie było co jeść i trzeba było ciężko pracować. Ów młody człowiek stwierdził, że w klasztorze standard jego życia będzie wyższy niż w domu rodzinnym. Po niedługim czasie przyznał się sam przed sobą, że postąpił nieuczciwie. Poszedł do przełożonego, wyznał mu prawdziwe motywy wstąpienia do zakonu, przeprosił i obiecał, że odpracuje to, co dominikanie w niego zainwestowali. Przełożony zaproponował mu, by nie odchodził, ale spróbował pożyć w klasztorze jakiś czas już nie dla wygody, ale dla Pana Jezusa. Brat ów został w zakonie, złożył śluby wieczyste, przyjął święcenia kapłańskie i dożył późnej starości. A pod koniec życia mówił: „Skoro tyle lat przeżyłem u dominikanów, to chyba jednak miałem powołanie”.

Słuchając tej historii, można stwierdzić, że zapleczem powołania zakonnego owego człowieka była chęć napełnienia swojego żołądka do sytości. Motyw jak najbardziej przyziemny, egocentryczny, pozbawiony nie tylko płaszczyzny religijnej i duchowej, ale nawet po ludzku wzniosłej czy szlachetnej. A jednak otoczenie, w którym się znalazł, słowa, które do niego trafiły, przykład współbraci i mądrość przełożonego sprawiły, że najpierw potrafił spojrzeć na siebie w prawdzie i odnaleźć motywację głębszą, zbudowaną już nie na szukaniu pełnego brzucha, ale na gotowości pójścia za Jezusem.

Rozmawiając z ludźmi, którzy dopiero w dorosłym życiu odnajdywali drogę do Boga, łatwo dostrzec, że motywy szukania wiary i decyzji, by budować swoje życie w odniesieniu do Jezusa, są bardzo rozmaite. W mojej posłudze duszpasterskiej spotkałem osoby, które swoją przygodę duchową z chrześcijaństwem rozpoczynały od chodzenia na Msze święte za Ojczyznę, od fascynacji technikami ezoterycznymi w klimacie New Age’u, od terapii psychologicznej, w chwili krachu dotychczasowego sensu ich życia, od zakochania się w księdzu, od chęci zrobienia przyjemności wierzącej narzeczonej, od zauroczenia sztuką pisania ikon czy muzyką liturgiczną. Podejrzewam nawet, że bardzo rzadko się zdarza, by ktoś wchodząc na drogę wiary, podejmował tak gruntowny i duchowy namysł nad swoją relacją z Bogiem, by w przyszłości nie musiał jej zmieniać. Motywy bywają natury osobistej bądź społecznej, mogą być spontaniczne i nieprzemyślane albo starannie rozważone i przetestowane. Jedno trzeba jednak bardzo mocno podkreślić: punkt wyjścia nie determinuje tego, jaka wiara stanie się udziałem człowieka, który wyrusza w duchową podróż. Wiara bardzo powierzchowna, zależna od nastroju chwili i klimatu otoczenia z czasem – wzmocniona lekturą, rekolekcjami, kierownictwem duchowym – może się pogłębiać, wzrastać.

Takie dojrzewanie wiary można porównać do naturalnego procesu przechodzenia od zakochania się do głębokiej miłości. W przypadku niejednej pary za decyzją bycia ze sobą stała czysto zewnętrzna fascynacja, w której najbardziej znaczącym motywem był pierwiastek erotyczny. Fakt, że wiele takich relacji szybko mija, nie znaczy, że nie może z nich powstać wiele wspaniałych małżeństw. Jeżeli dzisiaj spotykam pięknie ze sobą żyjących małżonków z 30-, 40- albo 50-letnim stażem, to nie znaczy, że u progu ich związku była czysta miłość. Jestem pewien, że niejednokrotnie na początku ich drogi stało egocentryczne szukanie spełnienia.

Taylor pisze, że „każda z tych nowych form wiary może wpaść w tarapaty, może zostać podkopana” jeśli ustaną przyczyny, dla których doszło do zainicjowania procesu jej tworzenia się. Nie jestem socjologiem i nie chcę rozważać, jakie są konsekwencje takiego procesu w społeczeństwie. W człowieku taki kryzys prowadzi do niewiary albo, paradoksalnie, jest przyczyną dojrzewania wiary. Gotowość prawdziwego naśladowania Jezusa sprawia, że chrześcijanin pragnie oczyszczać swoje motywy, krytycznie patrzeć na swoje intencje. Kryzys nie musi prowadzić do zaniku wiary, ale do jej pogłębienia, do szukania zaplecza bardziej dojrzałego, przemyślanego, nakierowanego na źródło wiary, czyli Boga samego.

Czego brakuje mi u Taylora

Zauważenie tego faktu jest pierwszą rzeczą, której brakuje mi w analizie Taylora. Jego opis przypomina spojrzenie z lotu ptaka, ogarniające całość społeczeństwa, ale nie dostrzegające pojedynczego człowieka. Doświadczenie duszpasterza, który ma do czynienia z ludźmi starającymi się ułożyć swoje życie religijne, mówi mi, że Pan Bóg posługuje się rozmaitymi sposobami, by dotrzeć do człowieka. Staje u drzwi ludzkiego serca i kołacze. To kołatanie może mieć wiele postaci, ale gdy spojrzymy na wiarę jako na relację z transcendentnym Bogiem, który powołuje człowieka do przekraczania siebie, do życia na miarę Miłości, która jest w Nim, to można się spodziewać, że będzie prowadził człowieka przez różne etapy i poziomy, by coraz bardziej otworzyć go na swoją Miłość, uzdolnić do przechodzenia od tego, co cielesne, do tego, co duchowe. Takie prowadzenie uniezależnia człowieka od pierwotnych impulsów, od sytuacji społecznej, kulturowej czy politycznej, która panuje wokół niego. Co więcej, podążanie za Bogiem może nawet uwolnić człowieka od wewnętrznych czynników, takich jak samopoczucie czy samoświadomość. Przykładem niech będzie szeroko komentowana w ostatnich latach książka Matki Teresy z Kalkuty Pojdź, bądź moim światłem. Jej poczucie obecności Boga wyparowało, a jednak relacja, odnoszenie wszystkiego do Boga trwała do końca jej życia. To, co działo się wokół niej i w niej, nie przekładało się bezpośrednio na jej wiarę.

Drugą rzeczą, której zabrakło mi w rozważaniach Taylora, to potraktowania Boga jako partnera człowieczej drogi. Po lekturze wykładu można odnieść wrażenie, że tym, co stanowi o wierze, jest splot czynników socjologicznych kształtujących taki czy inny obraz wyznawanej religii, tak jakby Taylor uważał, że kształt naszej wiary jest zdeterminowany przez dziejową konieczność. Bóg jest adresatem tak ukształtowanej wiary, ale nie ma nic do powiedzenia w procesie jej formowania. To Bóg socjologów, a nie Bóg Abrahama, Izaaka i Jakuba.

Wiele lat temu w wywiadzie udzielonym miesięcznikowi „W drodze” profesor Anna Świderkówna podkreślała, że monoteizm Narodu Wybranego był absolutnym fenomenem i nie miał żadnego historycznego czy społecznego uzasadnienia. Patrząc na historię Żydów, którzy byli otoczeni morzem wrogich narodów i religii politeistycznych, podlegając ich naciskom i wpływom, trudno uzasadnić naukowo przyczyny, dla których tak właśnie ukształtowała się wiara Izraela, albo wykazać, dlaczego podobny splot okoliczności nie przyniósł analogicznego efektu w sąsiednich ludach. Nie miejsce tu na dyskusje, czy można znaleźć te przyczyny w historii i socjologii, Judaizm jest wszak religią, w której historia jest miejscem objawienia się Boga. Warto jednak podkreślić, że u Taylora na kształt wiary w Boga wpływa duch czasu, splot ziemskich czynników, a On sam jest bezwolnym przedmiotem sekularyzacji, który może jedynie bezradnie przyglądać się, jak ludzie o Nim zapominają.

Wiara jako relacja

Wracając do tego, co powyżej napisałem o zmieniających się motywach ludzkiej wiary, które kierują człowieka ku Bogu, o ich dojrzewaniu, o twórczych kryzysach, pytanie o wykluczenie poszczególnych ścieżek wiary niezbyt ma sens. Drugorzędną bowiem sprawą jest punkt wyjścia człowieka w kierunku Boga, to, na jakim etapie wiary ktoś aktualnie przebywa, fakt, czy ma w kieszeni jeden talent wiary czy pięć, oraz to, czy jego życie wewnętrzne przyniesie ostatecznie plon trzydziestokrotny, sześćdziesięciokrotny czy stokrotny. Znacznie istotniejsze jest to, czy jego wiara jest skostniałą, martwą strukturą, czy też przypomina raczej drogę wiodącą do Królestwa Niebieskiego, które znajduje się za horyzontem historii.

Jeśli pozostajemy na gruncie chrześcijaństwa, to jeszcze ważniejszym komponentem kształtującym postać wiary jest osobisty kontakt z Jezusem, który jest Bogiem. Dla człowieka, który opisuje swoją wiarę jako indywidualną, niepowtarzalną więź, głównym jej motywem nie jest już coś, ale Ktoś. Tak więc o tożsamości wierzącego nie będzie świadczyła jedynie droga, którą przeszedł, ale relacja, w której się odnalazł. Jeśli punktem odniesienia życia będzie Jezus Chrystusa i Jego Ewangelia, to niezależnie od tego, w jakim momencie zainicjowana została wiara i w jakim kontekście społecznym została przyjęta, będzie miała szansę rozwijać się nieprzerwanie pomimo wszelkich trudności i kryzysów.

Która droga jest lepsza?

Przyjmując istnienie osobowego Absolutu, Boga, który stanowi ponadczasowy, transcendentny punkt odniesienia, a co więcej, z troską patrzy na człowieka, nie będziemy wartościować ani przedkładać jednej drogi nad drugą. C.S. Lewis pisał w jednym z esejów zawartych w tomie Bóg na ławie oskarżonych, że kiedyś wyobrażano sobie Boga jako starca z długą białą brodą. Nowoczesny człowiek wyśmiał takie antropomorficzne wyobrażenie i stwierdził, że Bóg jest kimś duchowym, nieuchwytnym, że jeśli można w jakiś sposób opisać Jego obecność we wszechświecie, to raczej porównując Go do światła, które przenika atmosferę. Lewis twierdzi, że Bóg jest tak inny od naszych wyobrażeń, tak totalnie różny od wszystkiego, co jesteśmy w stanie pomyśleć, że obraz starca z brodą jest tak samo odległy od tego, kim jest Bóg, jak obraz światła przenikającego atmosferę. Analogicznie można stwierdzić, że próba wartościowania dróg wiary, a tym bardziej ocenianie zaplecza, punktu, z którego ktoś wyruszył w pielgrzymkę ku Bogu, jest raczej wyrazem intelektualnej zarozumiałości niż obiektywną oceną rzeczy. Nikt z nas nie jest sędzią w swojej sprawie i nikt tak naprawdę nie jest w stanie stwierdzić, że dana droga bardziej lub mniej przybliża do Boga. Nieustannie spotykam ludzi, którzy twierdzą, że tylko określona droga duchowa jest ratunkiem dla świata albo odpowiedzią na dzisiejsze czasy. Nie wyobrażam sobie jednak, by ktoś potrafił sensownie uzasadnić, że osoba odmawiająca różaniec w Lourdes i czerpiąca wodę z tamtejszego źródełka jest dalej od Boga, a jej wiara mniej warta niż wiara kogoś, kto w ciszy i milczeniu kontempluje w chrześcijańskim aśramie Shinmeizan w Japonii. Nie potrafię też stwierdzić, że kiczowaty wizerunek świętego Krzysztofa przyklejony w samochodzie obok kierownicy z pewnością rodzi gorsze owoce wiary niż ręcznie pisana ikona powieszona w rogu pokoju, przed którą pali się kaganek w glinianej lampce oliwnej. Każda z tych form może zarówno otwierać na rzeczywistość boską i dawać szanse spotkania z Bogiem, jak i być traktowana magicznie, jako źródło nieuzasadnionego poczucia duchowej wyższości i patrzenia na innych z góry.

Agresja okazywana ludziom z innym zapleczem duchowym lub inaczej wyrażających swoją wiarę będzie bardziej obecna w tych, którzy są niepewni swojego doświadczenia, którzy wątpią, że ich droga prowadzi rzeczywiście do Królestwa Bożego. Niechęć może być skierowana bądź przeciwko maluczkim, którzy zadowalają się tandetną dewocją, bądź przeciwko inteligencikom, którzy wydziwiają i snobują się wyestetyzowaną duchowością. Niepewni swojej wiary będą krytykowali innych, budując na poczuciu wyższości przekonanie, że droga, którą wybrali, jest jedynie prawdziwa. Postawa pokoju i łagodnego spojrzenia na inaczej wyznających tę samą wiarę, a nawet na tych, którzy wyznają inną wiarę, przenika ludzi, którzy wiedzą, że do Boga można dochodzić na wiele sposobów. Nie wyklucza to postawy apostolskiej, ale jest ona wtedy wolna od agresywnej propagandy, nie zwalcza nikogo, ale jest chęcią podzielenia się skarbem, który samemu się odkryło. Ludzie, którzy bez lęku mogą spotykać się z osobami o różnych zapleczach wiary i spokojnie słuchać opowieści o innej drodze prowadzącej do Boga, mają często za sobą niejeden kryzys wiary. Czasem przebiegał on łagodnie, czasem bardzo dramatycznie, ale zawsze rozbijał uporządkowaną wizję rzeczywistości i kazał porzucić dotychczasowe wyobrażenia Boga czy wcześniejsze formy pobożności. Kto przeszedł moment takiego kryzysu, a nie stracił kontaktu z Bogiem, pokornieje i już wie, że wiara nie ma jednego oblicza, że nie pozostaje na całe życie taka sama. To pozwala z większym zrozumieniem patrzeć na ludzi, którzy są na innym etapie życia duchowego, którzy inaczej zbliżają się do Boga. Godzić może ludzi nie to, co mają za sobą, ale nadzieja, że kiedyś znajdziemy się w domu Ojca, którego nikt nie widział, więc nikt nie może zagwarantować, że zna oblicze Boga.

Jeśli w tym tekście nieustannie porównuję wiarę do pielgrzymowania, bo tak pojmuję swoją wiarę, to muszę stwierdzić, że niebezpieczeństwem, które jej zagraża, jest pokusa stabilizacji. Mam na myśli sytuacje, gdy wierzący w obliczu niepewności jutra nabiera przekonania, że już doszedł do celu swojej wędrówki, że już wie, jak najlepiej zbudować relację z Bogiem, że po wielu kryzysach i upadkach może się wreszcie cieszyć zasłużonym odpoczynkiem. Taki człowiek staje się niestety głuchy i ślepy na nowe impulsy, które kieruje do niego Bóg. To niebezpieczeństwo wzrasta wraz z upływem lat, bowiem prawie każdy człowiek podlega petryfikacji, im starszy, tym mniej chętnie przedkłada to, co nowe, nad to, co sprawdzone. Przeciwieństwem tak opisanego niebezpieczeństwa jest dla mnie postawa świętego Pawła, wyrażona przez niego w słowach: „Zapominając o tym, co za mną, a wytężając siły ku temu, co przede mną, pędzę ku wyznaczonej mecie, ku nagrodzie, do jakiej Bóg wzywa w górę w Chrystusie Jezusie”.

Kończącz pozwolę sobie zapytać o rolę wspólnoty Kościoła w procesie dojrzewania wiary. Jeśli bowiem pisałem, że oblicze ludzkiej wiary powinna kształtować osobista, indywidualna relacja z Bogiem, to można odnieść wrażenie, że każdy może tę drogę odbyć z dala od wspólnoty innych uczniów Chrystusa. Teoretycznie tak, ale tylko przy założeniu, że jest dojrzałą osobowością, że potrafi samodzielnie i bez żadnej pomocy odkrywać drogę, na którą zaprasza Bóg. W rzeczywistości w obliczu zagrożeń i wyzwań, jakie dzisiejszy świat stawia przed człowiekiem, a które trafnie opisuje Taylor, niewielu jest takich, którzy potrafią samodzielnie sprostać temu zadaniu. Większość ludzi potrzebuje wsparcia innych wierzących, nie mówiąc o darach, które zostawił Jezus w swoim Kościele. Człowiek wierzący ma prawo oczekiwać, że w dobie postępującego sekularyzmu Kościół pomoże mu w kształtowaniu indywidualnej więzi z Chrystusem. Nie znaczy to, że nie mają żadnego znaczenia sakramenty, liturgia czy dogmaty, że bez sensu są struktury, które przez wieki wytworzyły się w Kościele. Wręcz przeciwnie, wszystkie te elementy mają służyć człowiekowi w spotkaniu z Tajemnicą niewyrażalnego i nieogarnionego Boga. Im bardziej osobista będzie to więź, tym większa szansa, że chrześcijanin będzie wzmacniał swoją wspólnotę i stawał się zaczynem przemieniającym oblicze tego świata, niezależnie od kontekstu społecznego i historycznego, w którym egzystuje. Niewybaczalnym błędem byłoby, gdyby Kościół chciał kształtować swoją strukturę i istotę przesłania w taki sposób, by nadążyć za zmieniającym się światem. Odważę się postawić na koniec tezę, że pierwszą przyczyną sekularyzacji nie są różnorodne czynniki wymienione przez Charlesa Taylora, ale letniość chrześcijan, dla których ważniejsze stawały się zachodzące wokół nich procesy, niż wcielanie w życie Dobrej Nowiny zawartej w nauczaniu Jezusa.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata