70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Na marginesie wykładu Charlesa Taylora

Taylor ma rację, gdy mówi, że Kościół i jedność winny mieć charakter przede wszystkim sakramentalny. Ale trzeba przeżywać te sakramenty w sposób spersonalizowany.

Problem sekularyzacji współczesnych społeczeństw jest przysłowiowym czubkiem góry lodowej. To raczej symptom niż istota zjawiska. Uwiąd wiary, ekspansja pluralizmu, rozmaitość przemian, o których wspomina filozof, słusznie wiążąc ten proces z „odczarowaniem świata” i kryzysem imaginarium, są zjawiskami znanymi, opisanymi i… nierozwiązywalnymi. Wiążą się z indywidualizmem społeczeństw liberalnych i z nieprzystawaniem struktur ustrojowych do wyobrażeń religijnych. Istotnie, odwołaniem jest średniowiecze, w którym ustrój feudalny odpowiadał wyobrażeniom o Bogu na złotym tronie na obłoku (częsty motyw ikonograficzny) i strukturze hierarchicznej Kościoła. Ale to nie wróci. Żyjemy w społeczeństwach demokratycznych, rządzonych aksjomatem praw człowieka i nową wrażliwością społeczną wyrobioną między innymi przez presję ruchów socjalistycznych (Saint-Simon nazywał socjalizm „nowym chrześcijaństwem”). W dodatku epoka globalizacji narzuciła spojrzenie relatywizujące poszczególne kultury i religie, co II Sobór Watykański odnotował jako semina verbi rozsiane w różnych wierzeniach.

Podstawowym rozróżnieniem pojęciowym, by podjąć temat, wydaje się oddzielenie „religii” od „wiary”. Dyskurs religijny jest instytucjonalny, natomiast wiara jest zawsze osobowa – i nie sposób wyobrazić sobie dzisiaj „socjologicznego chrześcijanina” rozumianego jako uniwersalny typ człowieka. Wierzenia muszą dzisiaj ulec personalizacji, konieczny jest rodzaj inicjacji egzystencjalnej, dojrzałości duchowej, by wiara była „wiary-godna”. Otóż Kościół tego rodzaju rytów nie przewiduje, a „sakramenty inicjacji” (chrzest i Eucharystia) mają charakter zewnętrzny w stosunku do osoby, jak chrzest małych dzieci czy gest przyjmowania komunii, która winna wszak być przede wszystkim uwewnętrzniana (1). Teologia tłumaczy ten mechanizm łaską, a antropologia siłą „pola wierzeń” zbiorowych. Na pewno metanoïa jest łaską, ale przeważnie schodzącą na nas po przejściach osobistych. Nic dziwnego, że młodzi we Francji, gdzie mieszkam, kończą przeważnie katechezę i uczestnictwo we wspólnocie na bierzmowaniu, jako rodzaju „matury” z religii, a potem żyją już własnym życiem.

Do tego obrazu trzeba dodać przynajmniej dwa czynniki: kryzys słowa (dyskursu) w naszej cywilizacji i model indywidualizmu „neonarcystycznego”. Kryzys słowa ma wielorakie przyczyny i łatwo wiąże się go z „ponowoczesnością”, ale korzenie są głębsze. Jeżeli cywilizacja chrześcijańska doprowadziła po dwudziestu wiekach panowania do masowo praktykowanego ludobójstwa, to nie jest wiary-godna. W dodatku „mowa trawa” ideologii, jak też marketing ostatecznie utrwaliły nieufność wobec wszelkiego dyskursu. Taylor wspomina o „odczarowaniu świata” w sensie religijnym, ale to dotyczy również, czy przede wszystkim, wielkich ideologii XX wieku: faszyzmu i marksizmu. W tej perspektywie dla wielu jedynie „dekonstrukcja” wydaje się wyjściem – wyjściem wszak negatywnym, bo nie daje poczucia sensu.

Co do „neonarcyzmu”, związanego z praktyką marketingu, gdzie przedmioty stają się podmiotami, a podmioty (ludzie) – przedmiotami (Baudrillard), konstatacja jest zatrważająca. Dominującym horyzontem sensu staje się konsumeryzm i hedonizm. Celem zaś życia – kupowanie „szczęścia” (tożsamego z wakacjami na wyspach, luksusem codzienności czy pozycją społeczną). Następuje regresywna koncentracja w samym sobie, tylko moje „szczęście” czy komfort się liczy, a wszystko inne – rodzina, wnuki, przyjaciele – schodzi na dalszy plan. Na szczęście proces ten budzi coraz częściej postawy przeciwne – zaangażowania, odpowiedzialności za świat, co można traktować jako znaki nowoczesnych, sekularnych metanoï.

To znaczy, że wartości nie zniknęły. Zostały wchłonięte przez zasadę państwa proceduralnego oraz przez ideały wyrażające się przeważnie w coraz liczniejszych organizacjach pozarządowych. Prawa człowieka, solidarność wewnątrzspołeczna i międzynarodowa, coraz to wzmacniająca się wrażliwość na „Innego” o tym świadczą. Jeśli chodzi o zlaicyzowaną Francję, mało kto pamięta, że Jules Ferry, twórca szkoły laickiej, inspirował się, jak sam mówił, w osiemdziesięciu procentach Ewangelią i w kilku procentach buddyzmem. Horyzont wartości jest więc zbliżony i pozwala na wymianę. Spowodowało to, między innymi, że większość katolików francuskich utożsamia swą wiarę z charité – dobroczynnością, opieką nad ubogimi i wykluczonymi, nad potrzebującymi wsparcia.

Zwraca to uwagę na fakt, wydobyty przez Taylora, iż centrum aksjologii chrześcijańskiej jest człowiek, co tak mocno podkreślał Jan Paweł II. W tym objawia się dzisiaj prawdziwy uniwersalizm chrystianizmu i nadzieja na jego rozpowszechnianie. Ale pozostaje problem indywidualizmu i personalistycznej wagi indywidualnego sumienia, które może nie zawsze się zgadzać z nauką Magisterium i które prowadzi każdego inną „ścieżką wiary”.

Dotykamy w ten sposób istotnej kwestii relacji między wiarą indywidualną a zbiorową, oraz problemu jedności chrześcijan rozbijającej się o pluralizm wierzeń. Jest to teren niezwykle delikatny, bo zawiera zarówno kwestię posłuszeństwa Magisterium w kontekście personalizacji wiary, jak i kulturowych odmian wiary związanych z historią i tożsamością narodową. Ricoeur stwierdził, że język Biblii jest językiem poetyckim, co nie jest dalekie od przekonań Taylora. A trudno o bardziej osobisty język niż język poezji, i to nawet jeśli poeta staje się wyrazicielem treści zbiorowych. Niemniej jest jeszcze moment pośredni – kiedy poezja jest rozpoznana jako głos wiary zbiorowej. Wiemy, że ustalanie kanonu Biblii trwało wieki i różni się on nadal między rozmaitymi konfesjami. To samo dzieje się zresztą z literaturą narodową, jak to wynika z aktualnych sporów o kanon. Tutaj mają miejsce najbardziej bolesne kolizje.

Komplikuje jeszcze sprawę imaginarium współczesnego człowieka. Bóg nie mieszka już w „niebie”, czyli w kosmosie (Gagarin (2)), piekło nie znajduje się w wulkanach, czas jest określony (Big Bang), a więc co znaczy, że Bóg jest ponad czasem? „królestwo Boże pośród was jest” (J Łk 17, 21), mówi Ewangelia. Gdzie jest więc przedział między „inną przestrzenią” a naszą codziennością?

*

Polska poezja romantyczna utworzyła konstelację symboli, które zinterpretowano symbolicznie jako równanie między wiarą i walką o wolność. Jest to uproszczenie, bo chodzi raczej o „chrześcijański prometeizm” i „uniwersalizm etyczny”, jak to nazywam, ale historia interpretacji ma swoje prawa i siłę ciążenia. Czy wiara jako spoiwo narodu bez państwa ma trwać również, gdy państwo polskie jest niepodległe? Romantyzm polityczny Piłsudskiego może być przedmiotem krytyki, ale w okolicznościach tworzenia instytucji politycznych z niczego jakoś może się tłumaczyć. A dzisiaj? Lech Kaczyński został uczczony jako heros narodowy, bo zginął, pragnąć dać świadectwo prawdzie historycznej o Katyniu, jak przedtem o powstaniu warszawskim (zacierając jednocześnie pamięć o pierwszej „Solidarności”). Czy został przez to przewodnikiem narodu jak Mickiewicz czy Piłsudski? Czy szef państwa winien narażać się osobiście, wygrywać przez osobistą ofiarę – kto wtedy będzie instytucjami kierował? Niszczenie autorytetu państwa przez awantury pod krzyżem na pewno nie jest realizowaniem testamentu twórcy polskiej niepodległości. Czy romantyzm polityczny ma rację bytu w ponowoczesnym świecie? Czy pomaga w zbudowaniu indywidualnej wiary?

W świecie kryzysu wielkich narracji, kryzysu tożsamości zbiorowej i indywidualnej, mamy do czynienia z odruchem tonących chwytających się brzytwy. Pluralizm demokratyczny zobowiązuje, nie mówiąc o ustaleniach konstytucyjnych.

A tylko wiara spersonalizowana przetrwa. Rozpad każdego elementu wierzeń na ideologiczne prądy jest może nieunikniony, ale nie pomaga w dawaniu świadectwa. Weźmy jako przykład wyjątkowo silny w Polsce kult maryjny, rozdarty pomiędzy narodową mitologią (czy nacjonalizmem), ideałem czystości i ascezy oderwanej od życia i indywidualnej, a dowartościowaniem codzienności, bo – jak mawiał ksiądz Bozowski – Matka Boska z ubogiej rodziny, bez żadnej pomocy domowej, pomiędzy pieluszkami, utrzymaniem domu i gotowaniem mało miała czasu na modlitwę. Jej krzątanina była modlitwą. Dlatego też została obwołana patronką chrześcijan – ludzi łączących się z Bogiem w codziennej krzątaninie społecznego życia.

Taylor ma rację gdy mówi, że Kościół i jedność winny mieć charakter przede wszystkim sakramentalny. Ale trzeba przeżywać te sakramenty w sposób spersonalizowany. Czy to jest realne?

Tu trzeba zaznaczyć, że jedność rytualną osiąga się również poza Kościołem, w czasie wielkich przeżyć zbiorowych, manifestacji, odruchów solidarności społecznej i międzynarodowej. Jeśli „królestwo Boże pośród was jest”, to nie pieczęć Kościoła, a autentyczność zaangażowania decyduje o przynależności do wspólnoty. „ Poznacie ich po ich owocach” (Mt 7, 16 ). Sobór Watykański II rozszerzył zresztą definicję Kościoła: już nie tylko ochrzczeni, ale wszyscy, którzy nie z własnej winy nie znają Chrystusa, ale „szczerym sercem szukają (…) dobra i prawdy”(3), czyli wszyscy ludzie dobrej woli, stają się jego członkami. Oni też reprezentują chrześcijańskiego ducha we współczesnym świecie.

Co nie przeszkadza w poszukiwaniu jedności sakramentalnej poprzez przemawianie do ludzi językiem ich przeżyć i problemów. To banał, ale niełatwy do wykonania. Wtedy – to chwile cudowności w ponowoczesnym świecie – następuje komunia pomiędzy ludźmi pozornie oddalonymi od siebie. Tam, gdzie nie ma takiej komunii, nie ma też ducha chrześcijańskiego.

*

Kościół instytucjonalny stoi dzisiaj przed wyborem pomiędzy postawą tradycyjnie autorytarną a rezygnacją z odgrywania ważniejszej roli w świecie. To kwadratura koła, chodzenie po linie. Natomiast „my” jako wspólnota wiary, ecclesia, musimy wybierać pomiędzy indywidualnym szukaniem sensu a Tradycją, której strażnikiem jest Kościół. W jednym i drugim przypadku dochodzi więc do skomplikowanych transakcji, przeważnie nie formułowanych dyskursywnie, tak by „wilk był syty i owca cała”. Czyli pogłębiamy osobiste rozumienie Tradycji i sakramentów, jednocześnie „homologując” nasze przejścia i wybory z nauką Magisterium. Sumienie indywidualne staje się wtedy ostatecznym sędzią decyzji egzystencjalnych i etycznych. Może to prowadzić do solipsyzmu duchowego.

Otóż zapomina się, że wiara ma zawsze charakter wspólnotowy, jak język. Nie można „wierzyć” tylko indywidualnie (wiara to za-wierzenie Komuś, świadkom, przodkom), tak jak nie można zostać indywidualnie zbawionym. Przypomniał o tym niedawno Benedykt XVI w encyklice Spe salvi, w której określił indywidualną troskę o tylko swoją duszę – egoizmem duchowym.

Doszliśmy w ten sposób do fundamentalnej sprawy źródeł sensu. Funkcjonuje bowiem obecnie multum mechanizmów zdobywania sensu, które wydają się jednak przeważnie błyskotkami i mają charakter neopogański: kariera, sława, pieniądze, powodzenie u kobiet (mężczyzn), sukces zawodowy… Ale i – piętro wyżej – odkrycia, dzieła, odpowiedzialność za życie zbiorowe, planetarne. Na tym poziomie nie jesteśmy daleko od duchowości chrześcijańskiej w wymiarze sekularnym, ale autentycznym, i wprowadzającym do nieformalnej wspólnoty duchowej ludzkości.

Jak ją określić? Na pewno poczucie sensu nie pojawia się tutaj w wyniku nauki instytucjonalnej ani indywidualnych wzorów, ale wynika ze spojrzenia innych, uznania zbiorowego, przekonania, że nie dla siebie człowiek żyje. Etyczne pole wierzeń wspólnoty kulturowej służy wtedy za zwierciadło dla sumienia indywidualnego, umożliwia kryteria samooceny, ale nie ma ona wtedy charakteru solipsystycznego.

Ta wytwarzająca się stale nieformalna jedność duchowa, o niejednorodnej naturze, z rozmaitymi fluktuacjami, nie jest konkurencją dla jedności sakramentalnej; wręcz przeciwnie, obie winny się wzajemnie wspierać. Ale nie zawsze tak jest.

Pozostaje modlitwa do Ducha Świętego, który „wieje tam, gdzie chce”, i który nadaje rzeczywistą jedność i sens naszej ludzkiej wierze.


1 Stąd zrodził się spór o formy komunikowania: do ust – gest karmionego przez matkę dziecka (wtedy Kościół jest Matką) czy na rękę, co odpowiada symbolicznie dorosłej postawie indywidualnej odpowiedzialności. Najbardziej żywym i osobowym jest stosunkowo niedawny gest „pokoju Chrystusa” – co jest rodzajem komunii poziomej między ludźmi. 2 Na murze w Lublanie zobaczyłem parę lat temu napis: „Gagarin said: the sky is black, the earth is blue”. Mimo prześmiewczej w stosunku do religii intencji, powiedzenie to świetnie oddaje przemianę obrazu świata współczesnego człowieka. 3 Ci bowiem, którzy bez własnej winy nie znając Ewangelii Chrystusowej i Kościoła Chrystusowego, szczerym sercem jednak szukają Boga i wolę Jego przez nakaz sumienia poznaną starają się pod wpływem łaski pełnić czynem, mogą osiągnąć wieczne zbawienie. Nie odmawia też Opatrzność Boża koniecznej do zbawienia pomocy takim, którzy bez własnej winy w ogóle nie doszli jeszcze do wyraźnego poznania Boga, a usiłują nie bez łaski Bożej, wieść uczciwe życie. Cokolwiek bowiem znajduje się w nich z dobra i prawdy, Kościół traktuje jako przygotowanie do Ewangelii i jako dane im przez Tego, który każdego człowieka oświeca, aby ostatecznie posiadł życie. (Lumen gentium, rozdz. II, 16).

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata