70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Królewicz i żebrak

Odyseusz wraca do domu jako żebrak. W czasie gdy błądził po morzu, najechało tam, jak wiadomo, mnóstwo nieproszonych gości, gotowych zająć jego miejsce. Korzystają z jego dóbr i czekają, aż Penelopa zdecyduje się któregoś z nich poślubić. Toteż w Pieśni XIII, gdy Odyseusz dotarł już do Itaki, Atena doradza mu podstęp: powinien zjawić się w domu w przebraniu i znienacka rozprawić się z zalotnikami.

„…wprzód zmienię twoją postać, aby nikt, ni oni

Nie poznali, kto jesteś: skurczę piękne członki,

Z głów postrącam ci jasnych kędziorów pierścionki,

Na grzbiet łachman narzucę, byś pozór miał wstrętny,

Ten wzrok, taki iskrzący, zmienię w mdły i smętny.”

Tak też się dzieje. Do sekretu dopuszczony zostaje tylko Telemach, a potem dwaj pasterze, wierni dawnemu panu. Maskarada wprowadza w błąd wszystkich, z wyjątkiem psa i starej piastunki. Odyseusz nie wypada z roli, z przykładną pokorą znosi zniewagi zalotników, aż do wielkiej sceny z napinaniem łuku, kiedy bierze odwet. Własną postać przybiera z powrotem dopiero w Pieśni XXIII. Odyseusz, jeśli chciał zachować incognito, mógł przedstawić się jako rozbitek, ofiara morskiej przygody, tak jak zrobił to na dworze króla Feaków. Ale nie, przybywa do własnego domu jako nędzarz, żyjący z jałmużny i poniewierany. Bardzo ciekawie wypada w tej historii Penelopa. Wiadomo, jak czekała na męża, jak tęskniła i jakich sposobów się imała, by trzymać na dystans zalotników. A jednak nie spieszy się z powitaniem, przeżywa rozterkę:

„schodząc, w myśli zaczęła układać,

Jak męża przyjąć: czy go z daleka wybadać,

Czy się rzucić na szyję, ucałować lice?”

Nie przekonują jej perswazje piastunki, że przybysz ma na nodze taką samą bliznę jak Odyseusz, ani że brawurowo dokonał aktu zemsty. Zemstę mógł przecież wziąć na siebie oburzony nieprawością bóg. Bóg mógł też bez kłopotu wcielić się w zewnętrzną postać Odyseusza, razem ze wszystkimi znakami szczególnymi. Mało to takich wypadków opisują mitologiczne przekazy? „Tylu oszustów włóczy się po świecie!…” Penelopa przeprowadza więc pamiętny test. W obecności przybysza każe piastunce wynieść łoże z małżeńskiej sypialni i przygotować posłanie. Przybysz dziwi się i głośno wyraża oburzenie, czym dowodzi, że naprawdę jest Odyseuszem. Łoża bowiem nie można ruszyć z miejsca, ponieważ sam Odyseusz swego czasu wbudował je w rozłożysty pień oliwki i wrośnięte jest w ziemię, a wiedzą o tym tylko oni, małżonkowie. Wygląd to jeszcze nie dowód, łatwo można przybrać dowolny wygląd. Podszyć się pod cudzą przeszłość to już co innego. Wiarygodnym dowodem tożsamości jest dopiero pamięć, i to ta najbardziej intymna, sekretna.

I mijają wieki, kończy się czas epopei, przychodzi czas rycerskich romansów. Tristan poznaje Izoldę. W tej historii, rozgrywającej się między Bretanią, Irlandią i Kornwalią, morze i żegluga też odgrywają znaczną rolę. Norwescy kupcy spuszczają Tristana w czółnie w pobliżu wybrzeży Kornwalii, gdzie panuje jego wuj, król Marek, morze popycha barkę z bliskim śmierci Tristanem w stronę Irlandii, ku spotkaniu z Izoldą. Magiczny napój miłosny wypijają oboje na pokładzie statku. Niepewny i nieobliczalny żywioł morski rządzi zdarzeniami. Kolor żagli zwiastuje dobrą albo złą nowinę. Ale Tristan nie jest żeglarzem, jest rycerzem i zdobią go chyba wszystkie możliwe rycerskie przymioty i sprawności. Zna się na wymogach honoru. Świetnie daje sobie radę z różnymi rodzajami broni, w tym z łukiem – ujrzawszy zaledwie cień głowy przeciwnika na ścianie, umie odwrócić się błyskawicznie i, nie celując, trafić. Jest znakomitym myśliwym, umie wedle reguł sztuki oprawiać ubitą zwierzynę, umie układać psy myśliwskie, co przyda się, gdy trzeba będzie nauczyć Łapaja, by szczekaniem nie zdradził miejsca ukrycia kochanków. W podobnych okolicznościach przyda mu się umiejętność naśladowania ptasich głosów. Zresztą Tristan sam śpiewa urzekająco.

Tristan i Izolda muszą uciekać się do rozmaitych sztuczek, żeby zachować swoją miłość w tajemnicy i przechytrzyć wrogich baronów. Znakomity fortel obmyśla Izolda, gdy baronowie żądają, aby oczyściła się z zarzutu zdrady przez sąd Boży. Ma zaprzysiąc na święte relikwie, że żaden mężczyzna prócz króla Marka nie trzymał jej w ramionach, a następnie poddać się próbie rozżarzonego żelaza. Miejscem ceremonii jest równina nad rzeką i aby tam dotrzeć, Izolda musi przeprawić się przez błotniste rozlewisko. Tamże już czeka Tristan przebrany za żebrzącego pielgrzyma, według wersji Béroula – „odziany w strój trędowatego”. Na wezwanie spieszy przenieść królową przez błoto. Potem Izolda może już spokojnie wygłosić formułę przysięgi, dodając jedynie, że prócz króla Marka trzymał ją w objęciach, jak wszyscy widzieli, „ten ubogi pielgrzym” (tak w wersji skompilowanej i opracowanej przez Josepha Bédier; przekaz Béroula opisuje całe zdarzenie bardziej dosadnie). Powiedziała prawdę, więc rozżarzone żelazo nie czyni jej żadnej krzywdy.

Tristan przebiera się za trędowatego, za mnicha, za minstrela, zamienia się na ubiór z rybakiem, zachowuje się jak szaleniec. Z wystrzyżonymi włosami i twarzą pomazaną sokiem magicznego ziela, wykrzykując, jak to królowa go kocha, jest tak groteskowy i do siebie niepodobny, że sama Izolda wpada w popłoch i „bliska jest szaleństwa”. Ostatecznie jednak zawsze rozpoznaje Tristana, według jednej wersji po głosie, według innej po pierścieniu. A właściwie rozpoznaje, że w miłości szaleństwo należy do istoty rzeczy.

W przebraniu obdartusa, w łachmanach i z przepaską na oku Robin Hood stawia się na zawodach łuczniczych w Nottingham, oczywiście zwycięża i, nierozpoznany, odbiera nagrodę z rąk szeryfa. Drużyna Robin Hooda dysponuje zresztą czymś w rodzaju podręcznej garderoby teatralnej, z której w razie potrzeby albo kaprysu wyciąga się coś odpowiedniego. W razie potrzeby – gdy chodzi o to, żeby zamaskować zielony strój drużyny i zmylić przeciwnika. Niezależnie od tego przebranie obiecuje też rozrywkę i zabawę:

„Ale jak się zapatrujesz na wesołą przygodę w ten śliczny dzionek, Mały Johnie? Weź habit mnisi z naszego kufra osobliwych strojów i wdziej go na grzbiet, a ja zatrzymam pierwszego napotkanego żebraka i zamienię się z nim na ubranie. A potem powałęsamy się w ten piękny dzień po okolicach i zobaczymy, co się nam przydarzy.”

Można by wręcz pomyśleć, że kwintesencją złotej swobody, jaką oferuje las sherwoodzki, są właśnie nieograniczone możliwości bycia coraz to kimś innym.

Za żebraka, wydawałoby się, najłatwiej się przebrać, jakieś łachmany zawsze są pod ręką. Choć z drugiej strony ci literaccy przebierańcy zwykle celebrują maskaradę, dobierają rekwizyty, przemyślnie zmieniają wygląd sylwetki, skóry, włosów. Ale problem nie jest natury technicznej. Zjazd z wierzchołka na niziny w połączeniu z maskaradą ma coś z karnawału i rytualnego wywracania świata na opak. Dodatkową wagę ma degradacja jako taka, zstąpienie na sam dół. Przybrać postać żebraka (trędowatego, rybałta, szaleńca, łazika) to wyłączyć się ze społecznej gry interesów i hierarchii, wydostać się poza układ, i z dołu nad nim górować. „(…) oderwanie od społeczeństwa, marginesowość kondycji życiowej, powiązanie ze światem społecznych nizin pozostaje stale dla jednych (…) codzienną prawdą bytowania, dla innych zaś marzeniem, horyzontem swobody” – pisze Bronisław Geremek.

Nie ma co, jest jakaś perwersja w tym, że kluczem do emancypacji ma być figura wykluczenia, a do wolności droga wiedzie przez degradację i niedolę. Trudno się z tym pogodzić. Nie dałoby się jakoś inaczej?

Trudno się z tym pogodzić i na przykład frankfurtczycy się nie godzili. Już sama przebieranka jest w ich oczach czymś podejrzanym: widzą w niej nie sprytne zagranie i nie gest wyzwolenia, ale kapitulację wobec istniejącego stanu rzeczy. Maskarada zawsze jest blisko mimikry, powiela złe, fałszywe stosunki, pogrąża świat w znieruchomieniu bez wyjścia, czyli w tym, co Benjamin utożsamiał z mitem: „Dopóki będzie istnieć choćby jeden żebrak, dopóty istnieć też będzie mit”.


Homer, Iliada, przeł. L. Siemieński, Wrocław–Kraków1959; Dzieje Tristana i Izoldy, odtworzył J. Bédier, przeł. T. Żeleński (Boy), Warszawa 1982; Tristan i Izolda, przeł. i opr. J. Gorecka-Kalita, Wrocław–Warszawa–Kraków 2006; H. Pyle, Wesołe przygody Robin Hooda, Warszawa 1961; B. Geremek, Świat „opery żebraczej”. Obraz włóczęgów i nędzarzy w literaturach europejskich XV–XVIII wieku, Warszawa 1989; W. Benjamin, Pasaże, przeł. I. Kania, Kraków 2005.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter