70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

„Msza po staremu się odprawia…”

Wilno mojego dzieciństwa, czyli późnych lat dwudziestych ubiegłego stulecia, to miasto wielu wyznań, kwitnące kościołami, niemal bez wyjątku zabytkowymi.

1.

Kilka miesięcy temu Benedykt XVI zapowiedział powrót niektórych form liturgicznych dotyczących Ofiary Eucharystycznej, a także gorąco zachęcił do wznowienia jako równorzędnej tak zwanej trydenckiej liturgii Mszy. Co może zastanawiać, w Kościele polskim reakcja na te naprawdę zastanawiające posunięcia była znikoma – w wielu diecezjach nie sposób nawet spostrzec, że coś się zmieniło, ani też dopytać, czy w danym kościele jest możliwość uczestniczenia w „mszy trydenckiej”. Ale właśnie ta niedawno ogłoszona wiadomość stała się dla mnie rodzajem wyzwania, by spojrzeć na dzieje Mszy świętej w Polsce od jednej granicy pamięci, przedwojennego świata dzieciństwa w dwudziestoleciu międzywojennym po dzień dzisiejszy i rozważyć wagę tych wszystkich zmian i doświadczeń, jakie one stanowią. To jakby podwójne wyzwanie: ewentualna decyzja o powrotach, ale przecież i obrona dokonań soborowych, z których nie należałoby za nic rezygnować. Polska jest pod tym względem polem szczególnie wyrazistych doświadczeń, ponieważ jak dotąd wszystkie kolejne, w tym zwłaszcza soborowe przemiany w liturgii i życiu sakramentalnym Kościoła dzieją się w wymiarze masowym, przy pełnych świątyniach w każdą niedzielę, przy zachowaniu jej odświętnego charakteru i bardzo szerokim respektowaniu obowiązku mszalnego (nawet jeśli dla wielu jest on łączony z rozgrzeszaniem siebie samych, na przykład podczas urlopu za granicą).

Wilno mojego dzieciństwa, czyli późnych lat dwudziestych ubiegłego stulecia, to miasto wielu wyznań, kwitnące kościołami, niemal bez wyjątku zabytkowymi. Kraszewski, przebywający w Wilnie po powstaniu listopadowym, najpierw jako student i konspirator, potem w areszcie, wieże kościelne zaniedbanego miasta utrwali w pamiętniku jakby z irytacją, porównując je do palców wystających z podartej rękawiczki . Moje wspomnienia są zapisem oczarowania. Kościoły były ubogie w tym sensie, że nikt ich chyba wtedy nie konserwował i nie odnawiał, ale zabytkowe wnętrza tchnęły klimatem skupienia, a przede wszystkim rozbrzmiewały muzyką i śpiewem. Lud wileński śpiewał bardzo wzruszająco: rzewnie, rozlewnie i z całego serca. A organiści mieli ogromne pole do popisu, bo cała Msza odprawiała się jakby osobno, przy ołtarzu zasłoniętym przez księdza dialogującego po cichu z ministrantami, cały więc czas należał do wiernych.. Można było śpiewać (całe kolędy, całe pieśni wielkopostne…) albo po cichu odmawiać różaniec, albo milcząc, śledzić to, co robi kapłan, bo już zaczyna się era mszalików i dla znających łacinę otwiera się droga ku recytacji ministrantury (takie sygnały zaczynały płynąć z innych krajów, głównie Austrii). Celebra Mszy śpiewanej była mało rozpowszechniona, ale za to staranna, na przykład w katedrze, gdzie przy głównym ołtarzu gromadził się chór seminarzystów. Do dziś pamiętam zachwyt posłyszanym pierwszy raz Rorate coeli w Adwencie czy Lamentacjami Jeremiasza w Wielkim Tygodniu. A tak zwana cicha Msza święta trwała najwyżej pół godziny, znaczona tylko sygnałem dzwonków o wiele bogatszym niż obecnie. W niedzielę wierni otrzymywali swoją chwilę, nawet i bardzo długą, gdy po Ewangelii czytanej po łacinie (Mszał przenoszony był wtedy z jednej strony ołtarza na drugą) celebrans opuszczał ołtarz, żeby uroczyście udać się na ambonę i stamtąd odczytać po polsku Ewangelię, a potem wygłosić kazanie.

Dzisiaj trudno już sobie wyobrazić, że to była Msza, w czasie której nie odmawialiśmy wspólnie ani Credo ani „Ojcze nasz”, i nie wiedzieliśmy, iż może być coś tak pięknego jak znak pokoju; że nie było procesji z darami. Ale z momentem, gdy mszaliki zaczęły otwierać przed niektórymi z nas (stopniowo coraz liczniejszymi) tajemnice modlitw kapłańskich, także w duecie z ministrantami, pierwszą taką pocieszającą przestrzenią stał się – już na dobre – sam początek Najświętszej Ofiary. Psalm Przystąpię do ołtarza Bożego był odtąd najlepszym wprowadzaniem w Eucharystię. Pozostał niezastąpiony. Do dzisiaj jest mi żal, że z niego w posoborowej Mszy zrezygnowano i do dzisiaj nie rozumiem, dlaczego.

Eucharystia, poza obowiązkową niedzielną, odbierana była wtedy przez wiernych jako akt dziejący się między celebransem a jego asystą. Ale ponieważ każdy ksiądz odprawiał osobno, zdarzało się nieraz, że wychodząc z mszą asysty już nie miał, brakło bowiem ministrantów, w dzień powszedni zwłaszcza. I wtedy, przy wielu ołtarzach naraz, odprawiała się Najświętsza Ofiara, a wchodzący do świątyni znajdował ją w różnych stadiach i zaczynał „słuchać” (bo to tak się nazywało) tam, gdzie była najbliżej początku. Było to więc znowu jakby zaprzeczenie istoty Mszy, stanowiącej przecież uobecnienie Najświętszej Ofiary „na Jego pamiątkę”. Więc Msza święta jest czymś wspólnym, wspólnotę i zakłada, i sama rodzi, to nie jest kontemplacja, samotność wobec Boga-tajemnicy. Dlatego, gdy niedawno czytałam Rekolekcje beskidzkie, było mi trudno zrozumieć tak mocno przeżywane walory Mszy leśnych, samotnych, tylko dla pary przyjaciół odprawianych…

Jedno muszę podkreślić: ten dawny wielki pietyzm i poszanowanie sacrum. Na przykład z jaką powagą odnoszono się do naczyń liturgicznych. Tylko zakrystian, a nie pierwszy z brzegu ministrant, miał prawo wziąć do ręki monstrancję (oczywiście bez Hostii) i czynił to w białych rękawiczkach. Palce celebransa od momentu konsekracji aż do komunii pozostawały złączone, potem obmywał je nad kielichem i wodę wypijał, bo mogły w niej być drobiny Eucharystii. Klękał w czasie Mszy częściej, a dla wiernych postawa stojąca (poza szczególną kondycją w razie choroby) była wykluczona, zarówno w czasie konsekracji, jak przystępowania do Komunii Świętej. Balaski z białym obrusem nakrywającym ręce komunikujących też dodawały odświętności, wagi temu, co się dokonuje (wydaje się, że to właśnie, nie tylko postawęę klęczącą, chcieliby dziś przywrócić tradycjonaliści).

Koniecznie trzeba jednak przypomnieć tu dwie sprawy. Jedna szczęśliwie zniknęła po Soborze: to przystępowanie wiernych do Komunii Świętej poza Mszą, przed, po, albo zupełnie osobno, na przykład na prośbę kogoś, kto wszedł do kościoła tylko na chwilę. Taki akt pobożny nie kończył Ofiary ucztą, czyniąc także z niego sprawę jednostki, nie wspólnotową. Druga sprawa jest do dziś aktualna, praktykowana w Polsce masowo i tak samo niezrozumiała, choć wygląda na to, że nikt tego nie chce zauważać – przyjmujący Komunię wierni (już w czasie Mszy, zaraz po komunii kapłana) nie otrzymują jej z ołtarza, z Ofiary tuż przedtem konsekrowanej, lecz z tabernakulum, z Eucharystii przechowywanej dla celów adoracji. Dlaczego? Bo to praktyczniej. A że stoi w całkowitej sprzeczności z modlitwami właśnie odprawianej Ofiary, to nikogo nie bulwersuje. Teksty mówią przecież o „tym stole”, „tym ołtarzu”, „tej ofierze”, a praktyka temu przeczy, czyniąc symbol jakby zupełnie nieważnym, nic nie znaczącym.

Wspomnienie z lat wojny. Gdy nasza wspólnota liturgiczna u św. Katarzyny w Wilnie stawała się coraz głębsza i bardziej integralna, ojciec Jacek wprowadził zasadę, by mający przystąpić do Komunii uczestnicy Mszy na samym jej początku składali swoje komunikanty z przygotowanej u wejścia puszki na patenę, która później przed Ofiarowaniem zanoszona była uroczyście do ołtarza. W niedzielę zwłaszcza było to bardzo akcentowane, symbol darów od wiernych stawał się w ten sposób całkowicie wyrazisty. Nie minęło jednak wiele czasu, a miejscowy biskup zakazał tego bardzo surowo. Bez słowa wyjaśnienia oczywiście. Przyjęliśmy to pokornie, ale z głębokim poczuciem niesprawiedliwości, ba, jako nadużycie władzy. Minęły dziesiątki lat, cała epoka. I oto do dziś dnia przy bardzo wielu nawet uroczystych okazjach, jak Pierwsze Komunie, śluby, jubileusze – dalej nie widzę tego symbolu w liturgii mszalnej w Kościele polskim. Niestety.

2.

Powojenny prąd wprowadzania czynnego udziału wiernych we Mszy świętej przez prawo do odpowiadania celebransowi razem z ministrantami, szerzący się przede wszystkim w duszpasterstwach akademickich, sprawił, że misterium Mszy stało się przynajmniej dla inteligencji o wiele bliższe, że głęboki sens znaków – a nie tylko tekstów – zaczął się odsłaniać bez przeszkód. Jeżeli coś stawało tu na przeszkodzie tym, którzy łacinę mieli już przyswojoną, to niedostępność wielu znaków zasłanianych przez celebransa. Bo nie chodziło o to, że był od wiernych „odwrócony” – tę jego postawę odbieraliśmy jako wspólne zwrócenie się ku Bogu, ku tajemnicy sprawowanej liturgii, którą wyrażała hostia i kielich. Przypomnijmy, że główną intencją zmiany sytuacji kapłana przy ołtarzu nie było odwrócenie go ku wiernym jak aktora na scenie, lecz postawienie ołtarza pośrodku wspólnoty, która miała otaczać go zewsząd. W czasie pierwszych moich posoborowych wyjazdów do innych krajów właśnie tego doświadczyłam i to przeżywałam jako kolejne wkraczanie w głąb misterium Ofiary współsprawowanej. Ale do dziś odczuwam też jakby częściowe rozmijanie się intencji reformatorów wprowadzających zasadę odprawiania Mszy „twarzą do wiernych” , z jej realizacją, która w Polsce mało gdzie nie dokonała się przez usytuowanie ołtarza w środku wspólnoty, tylko przez ustawienie go dokładnie jako sceny: widocznej, oczywiście wyniesionej nad poziom świątyni, ale dla wiernych dalej niedostępnej, osobnej. Nie wiem, czy kapłani czują się zawsze dobrze w tej sytuacji bezustannego bycia obserwowanym, nie wiem, czy nie rodzi to pokusy skupiania się na estetyce albo specjalnej wizualizacji gestów. Wiem tylko, że w telewizyjnych transmisjach Mszy od dawna ma miejsce nadużycie obecności, wręcz natręctwo kamery, która zagląda księdzu w twarz z bliska (nawet w czasie konsekracji), i że to musi rozpraszać i zabijać poczucie tajemnicy, poczucie sacrum (dodajmy do tego jeszcze fakt, iż teraz już wszystko, łącznie ze słowami konsekracji, wymawiane jest na głos, co pośrednio skupieniu nie pomaga. Milczenia w czasie obecnej Mszy świętej nie ma ani na moment. Ani ciszy, kiedy milkną organy, milknie celebrans, kiedy staje między nami to, co niepojęte. W tej mierze rozumiem niepokój obecnego papieża i jego zawracanie ku tym cechom mszy trydenckiej, które z faktem tajemnicy, jaką jest Eucharystia, obchodziły się z o ileż większym szacunkiem i czcią.

3.

Pora więc już chyba popatrzeć na to, co mamy od chwili, gdy kolejne kościoły wcieliły w życie soborowy dekret o liturgii. Z tym momentem koncentruję się już tylko na doświadczeniu polskim, i to na Mszy takiej, jaką przede wszystkim znam z wielkomiejskiego życia parafialnego, dodając czasami zjawiska dostrzegane przy różnych okazjach w trochę innych warunkach. Nie jest to przecież raport o stanie liturgii mszalnej w Polsce, lecz refleksja świeckiego wiernego, u schyłku lat, pisana z potrzeby odniesienia się do tego, co w Kościele zawsze będzie najważniejsze, bo jest jego życiem nadprzyrodzonym, choć wydaje się przebiegać w cieniu aktualności wszelkiego rodzaju na pozór od niego ważniejszych. „Msza po staremu się odprawia”, stwierdza gdzieś bohater powieści, miotany wydarzeniami historii, a odnajdujący w tej pozornej niezmienności najmocniejszą nadzieję, ba, trwałość. Ale właśnie: jak to wygląda i co nam daje?

Jest więc Msza dzisiejsza już od dziesiątków lat w pełni rozumiana, bo wszystkie jej teksty rozbrzmiewają w świątyniach głośno. Albo czytane i mówione przez kapłana, albo przez wiernych, albo wspólnie. Szczególnie ważne jako współudział – nie w samej modlitwie przecież, lecz w odnawianiu uobecniania Ofiary Jezusa Chrystusa – są dwie modlitwy: wyznanie wiary i Modlitwa Pańska. Te pozostają niezmienne i stanowią, gdy to się sobie uświadomi, największy dar reformy liturgicznej. Gorzej jest z rozpoczynaniem Mszy świętej. Już wspomniałam, jak bardzo brak tym, co pamiętają, owego wstępnego psalmu Przystąpię do ołtarza Bożego. Zamiast niego mamy wstęp dowolny, poza pierwszym „Pan z wami”, niestety w tym wstępie ginie czasem zupełnie spowiedź powszechna, kiedyś niewzruszona. Zamiast niej mogą być różne warianty wyrażania żalu, w tym śpiewy muzycznie naprawdę mało sposobne (Panie, przyjmij nas, Ojcze, przygarnij nas! śpiewane niestety w rytmie… walca!). Pozostało Kyrie elejson, ale naprawdę nie wiadomo, dlaczego skrócone i zamiast trzykrotnych wezwań mamy dwukrotne tylko… Naprawdę, nie rozumiem do dziś dnia tej małostkowości ojców Soboru. „Chwała na wysokości” na szczęście została. I tyle części nauczającej, niestety rozbudowanej dodatkowo o zjawisko, które wydaje mi się zbytnio akcentować w odbiorze wiernych słowo i nauczanie na niekorzyść rozumienia i współprzeżywania misterium. W mojej parafii od lat ma to charakter kazania kilkuminutowego wygłaszanego już na samym początku Mszy, zapowiadającego nie tylko intencje, ale także wstępnie objaśniającego czytania (a normalna homilia czy kazanie i tak są przewidziane po Ewangelii). Ma się poczucie, że to nauczanie wiernych, a nie złożenie razem z nimi Najświętszej Ofiary będzie tym, na co się wszyscy zgromadzili w świątyni.

Zamykając tę tak ważną sprawę otwarcia dla świeckich czynnego udziału w Ofierze Mszy świętej przez recytację (i to w języku zrozumiałym dla wszystkich), chciałabym dokonać pewnego podsumowania. Będzie nim próba odpowiedzi na pytanie tak ważne, jak pytanie o „wspólnotę uczestników”. Po to przecież Sobór dał im ten dar. Mam we wspomnieniu sprzed kilkunastu lat Mszę pierwszokomunijną w małym alzackim miasteczku. Cała była jednym wielkim uczestnictwem zebranych tłumnie wiernych towarzyszących gromadce dzieci, dla których było to święto – a kiedy przyszła pora odmówienia „Ojcze nasz”, ludzie wyszli zza ławek, skupili się ciaśniej, żeby wszyscy, tworząc łańcuch, mogli ująć się za ręce i odmówić modlitwę. Był to wspaniały, poruszający w najwyższym stopniu znak prawdziwej wspólnoty. Do dziś w niejednym polskim kościele słychać niestety recytację (podobnie jak Wierzę) na wyprzódki, każdy sobie, pośpiesznie, bez oglądania się na resztę. Młodzi ludzie z reguły mówią jak najszybciej i mało wyraźnie, starsi nie potrafią za nimi nadążyć. A celebrans albo nie daje rady zapanować nad tym, albo nawet nie próbuje, modląc się półgłosem.

4.

Kiedy zaczyna się druga część Mszy świętej, ta ofiarnicza, i tak zaczyna się od modlitw. To są te modlitwy wiernych, zazwyczaj przygotowane wcześniej i nie korespondujące (poza intencją ewentualnych ofiarodawców, wyartykułowaną dokładnie) z życiem, które wierni przynieśli do ołtarza. Jeśli stało się coś ważnego lub dramatycznego w życiu świata, Kościoła, kraju czy też wspólnoty parafialnej, trzeba szczególnej okazji, by przeniosło się to natychmiast do modlitwy wiernych w najbliższą niedzielę. Zwłaszcza, gdy dzieje się to trochę dalej od Polski. Nie rozpowszechnił się zwyczaj wielu innych Kościołów lokalnych, by sami uczestnicy Mszy zostali zaproszeni do zgłoszenia prośby o jakąś sprawę leżącą im na sercu: czyjeś zdrowie, czyjeś biedy. Dzieje się tak raczej we wspólnotach innego typu: duszpasterstwach akademickich, ciaśniejszych wspólnotach organizacyjnych. Do wielkomiejskiej parafii nie dotarło to aż do dziś. Nie wiem, jak jest na wsi. Nie ma również żadnego symbolicznego składania darów, które przypominałoby ludziom, że przyszli właśnie, by wspólnie złożyć dar, dołączany do uobecnianej Ofiary Jezusa Chrystusa. Pozostaje to bez symbolu, podobnie jak zupełnie nie powróciła praktyka składania hostii po konsekracji (dziś pewnie nawet mało wykonalna, bo do Eucharystii przystępujemy masowo…). Tak jak wspomniałam, nie czyni się tego nawet w czasie Pierwszej Komunii Świętej. I żeby od razu to powiedzieć, nie wiadomo dlaczego bardzo starannie omija się okazje (mówię ciągle o parafii) podawania wiernym Komunii pod dwiema postaciami. I jakoś nikogo nie razi, że tyle tekstów odmawianych głośno razem z kapłanem mówi o „przyjmowaniu Ciała i Krwi”. Pod tym względem nasi bracia prawosławni są o niebo bardziej konsekwentni i o tyleż bardziej mistyczni…

Bezcenną rzeczą jest znak pokoju przed Komunią. Bogu dzięki, opór Kościoła polskiego w tej mierze, usiłujący podanie ręki zastąpić kiwaniem głowami, skończył się już dawno. Nie wiem, czy w powracającej mszy trydenckiej celebrans ma wyrzut sumienia, że pozbawia tego znaku i jego wagi swoich wiernych. Bo powinien mieć.

Dodajmy tu jeszcze, że znak pokoju spełnia swą rolę szczególnie podczas uroczystości wyjątkowych, stanowiąc wtedy fakt, na który zwracają uwagę na przykład sprawozdawcy medialni, gdy liturgia transmitowana jest w telewizji lub radiu. Stanowi wtedy jakby egzamin z wiary: czy przeciwnicy polityczni potrafią go sobie przekazać, czy nie? I kiedy idzie w świat komunikat, że nie, że pozostali z dala od siebie, to nie jest ciekawostka medialna. To jest zasmucające ostrzeżenie. Niezależnie od tego, kogo dotyczy: to może być każdy z nas. To jest wezwanie do prawdziwego pojednania i przypomnienie: zanim złożysz dar na ołtarzu, masz się pojednać. Wezwanie z Ewangelii. Może za mało się o tym przypomina. Może wcale. Bo ze znakiem pokoju jest u nas w Polsce tak, że są Msze, podczas których czujemy i widzimy prawdziwą manifestację dobrej woli i zbliżenia, i takie, gdzie tylko znajomi albo najbliżsi sąsiedzi z ławki podają sobie ręce, na innych nawet nie rzucając okiem. Dlaczego starzy ludzie unikają uczestnictwa w mszach młodzieżowych? Bo między młodymi będą traktowani w takim momencie jak nieobecni…

I jeszcze ostatnia sprawa związana z elementami rozbijającymi siłę znaku, jakim jest współsprawowanie Ofiary Eucharystycznej w obecnym kształcie: to dowolne wzbogacanie Mszy u jej końca przez różne dodatkowe „paraliturgie”: a to osobne wspominanie wiernych zmarłych z dodatkowym „Wieczny odpoczynek, a to jakaś modlitwa do Maryi, na przykład Pod Twoją Obronę, bo w kraju właśnie coś się dzieje, a to jakaś inna duszpasterska inicjatywa. Tak jakby Msza nie była pełnią najdoskonalszą (a wystarczyłoby rozważać czasem poza celebrą te teksty i te znaki, które w niej się czyni i wypowiada). Dodam na koniec, że kazań o liturgii Mszy, o poszczególnych jej częściach, symbolach, dzianiach się – nie słyszałam od dziesiątków lat. Tak jakby panowało przekonanie, że przecież wszystko jest jasne, bo po polsku i na ołtarzu dobrze widocznym, a więc czytelne do samego spodu (a właściwie wszystko jasne i płaskie).

5.

Tak dochodzimy do Komunii wiernych, spełniającej uczestnictwo w Ofierze. Tutaj inicjatywy obecnego Ojca Świętego są szczególnie wyraziste. Chce on przywrócić postawę klęczącą, jest też zdecydowany odejść od praktyki podawania Eucharystii na rękę. Nie mówi wprost, ale pewnie zatroskany jest nie o masowy udział w Eucharystii, lecz przeciwnie, o beztroskę w przyjmowaniu Ciała Pańskiego zawsze i przez wszystkich, kiedy równocześnie zanika praktyka indywidualnej spowiedzi. W Polsce również wzrosła od czasów Soboru liczba przystępujących do Komunii (ale w odniesieniu do liczby wiernych obecnych na Mszy, bo sama liczba dominicantes maleje). W moim kościele parafialnym niemal wszyscy niedzielni uczestnicy zawsze ruszają z ławek, by w każdej nawie ustawić się w gęste rzędy do rozdających Ciało Pańskie kapłanów (księża pozostają przy ołtarzu, podchodzą wierni). Niełatwo byłoby w tej sytuacji wprowadzić obowiązek przyjmowania na klęczkach (nie wspominając o tym, że przy coraz powszechniejszej rezygnacji z balasek przy ołtarzu mnóstwo osób mało sprawnych w ogóle klęknąć nie zdoła!).

Ale gdy natrafiam coraz częściej na rodzaj zniecierpliwienia szafarza Eucharystii, wyrażający się w tym, że podając Ją, nie zostawia ani sekundy czasu na moja odpowiedź „Amen”, a nawet bywa, że sam też nie wymawia słów „Ciało Pańskie”, tylko milcząc, wkłada (bardzo ostrożnie) Hostię w usta, mimo woli myślę, że nie tylko świeckim potrzebne jest ożywienie pamięci o tym, jak niebywała dokonuje się rzecz. A także, że to wtedy sprawdza się soborowa troska o pogłębienie jedności przyjmujących to samo Ciało Pańskie, a nie „osobnego” dla obojętnych na siebie pobożnych katolików, zatroskanych o to tylko, by przed innymi dostać się przed rozdającego Hostię księdza…

6.

Osobną sprawą jest w tej obecnej postaci liturgii mszalnej sprawa muzyki i pieśni. Okrojona do minimum, przedstawia się – nie trzeba być znawcą – naprawdę bardzo źle. Ale to już temat, który powinni wziąć w ręce fachowcy. I oby tak się stało. Tutaj chciałabym tylko wskazać na dwie sprawy: pewien brak i pewien nadmiar. Brakiem staje się zanikanie pieśni naprawdę modlitewnych, modlących się nie tylko tekstami głęboko religijnymi, lecz także odpowiednią muzyką, na rzecz piosenek odpowiednich może na pielgrzymi marsz czy na ognisko wspólnoty religijnej, lecz nie na czas i przestrzeń sakralną. A także piosenek i utworów ideologicznych, a nie religijnych, powstających na użytek działań organizacyjnych, w najszlachetniejszych intencjach, lecz przekazujących bodźce niekoniecznie chrześcijańskie, gdy mowa raczej o wrogu i o zagrożeniach niż o Bogu, który do nas mówi i który jest nieogarnioną tajemnicą i miłością równocześnie. Nadmiarem zaś jest wkraczające zbyt często w przestrzeń świątyni i czas sprawowanej modlitwy i ofiary działanie dydaktyczne. Wezwania mobilizujące, którymi poprzedza się samą modlitwę, okrzyki organisty: „Wszyscy razem!” albo „Głośniej!”, zapowiedzi tłumaczące niepotrzebnie to, co przecież dzięki językowi liturgii jest w pełni czytelne: „A teraz złóżmy wyznanie wiary”, „A teraz przeprośmy Boga” i tym podobne. Nazbyt często ma się poczucie, że to, co dzieje się w świątyni, jest sprawą umowną, którą trzeba dyrygować, a nie najbardziej żywotnym dzianiem się tajemnicy, która nas ogarnia i w której, choć to tajemnica, jesteśmy u siebie bardziej niż w życiu poza świątynią.

Wspomniałam już, że liturgia jest dziś w Polsce ostatnią rzeczą, która zdaniem duszpasterzy potrzebowałaby dalszego pogłębiania i pomocy skierowanej do wiernych we wchodzeniu w jej przestrzeń tak, by po prostu uczytelniała dla każdego swoje tajemnice, bo to jest przybliżanie do tajemnicy samej relacji Boga z ludźmi. Co musi zastanawiać: niejeden duszpasterz szuka nowych, siłą rzeczy paraliturgicznych form przekazu, najwyraźniej nie dowierzając tym, które Kościół ustanawia jako najbardziej sobie właściwe. Tak odbieram coroczne „przechodzenie przez rybę” dziesiątków tysięcy młodzieży na polach lednickich. Wszyscy oni zapewne byli bierzmowani i na pewno wszyscy uczestniczą tam w Ofierze Mszy świętej. A jednak dokonują symbolicznego (bo przecież nie sakramentalnego) „wyboru Chrystusa”, dopiero przechodząc przez ową stalową konstrukcję, i nie wątpię, że dopiero wówczas doznają swego religijnego przeżycia. Nie mam wątpliwości, że takich inicjatyw w kościołach lokalnych świata jest bardzo, bardzo dużo, i może tak chce Duch Święty. Ale tym bardziej myślę, że także Duch Swięty podsuwa Benedyktowi XVI troskę w postaci inicjatywy, w której zwraca uwagę, by z liturgii mszalnej nie wyparowała czytelność sacrum, które pozostaje prawdziwą, nie umowną rzeczywistością.

I żałuję, że w moim polskim Kościele ta właśnie troska pozostaje jakby na marginesie tak żywotnego przecież duszpasterstwa.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata