70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Szanujemy piłkę (III)

I tak wygraliśmy z Argentyną 3:2. Włosi zaś przemogli Haitańczyków, strzelając im trzy gole, które Ciszewski (a może „redaktor Budny”, który „składał meldunki” Ciszewskiemu) uznał za niegodne już wzmianki. Ale też te trzy gole razem wzięte nie ważyły tyle, ile tamten jeden.

Stało się bowiem, że włoski superbramkarz Dino Zoff przyjechał na mistrzostwa w aureoli niepokonanego: od dwóch lat, czyli kilkunastu już meczów w drużynie narodowej, nie przepuścił gola i rekord ten ciągle poprawiał a śrubował, dziennikarze zaś oddawali się językowemu racjonalizatorstwu, ściągając kolejne uzdy metaforyce, w której wyczyn Zoffa opiewali, liczyli mu minuty wspaniałej passy, których było już ponad tysiąc i typowali, kto też pierwszy podczas tych finałów może dać mu radę. I nikt chyba nie stawiał, iż będzie to Emmanuel Sanon obdarzany przez Haitańczyków przydomkiem „Ti Manno”. Jak to ładnie napisano na stronie rediscoverhaiti.com: „Ti Manno of Haiti was the first soccer player to penetrate the virgin nets of Dino Zoff”. Ja bym napisał, że Ti Manno strącił Zoffowi aureolę. To było od razu na początku drugiej części meczu. Pierwsza, jak łatwo się domyślić, była haitańskim Wembley z bramkarzem Francillonem w głównej roli. Ale w czterdziestej siódmej minucie Sanon dostał od Philippe’a Vorbe’a długie podanie na dobieg i w stylu Laty popędził naprzód, wyprzedził obrońcę Spinosiego, który w stylu McFarlanda szarpał go z tyłu za wierzchnią odzież, jednym zwodem położył Zoffa spać i posłał piłkę do pustej bramki, wskutek czego haitański komentator telewizyjny przez minutę nie mógł wydobyć z siebie żadnego dźwięku poza powtarzalnym rykiem „Vive l’Haiti!”. I tak oto rekord Zoffa, do dziś, zdaje się, niepobity, ustalony został na poziomie tysiąca stu czterdziestu dwóch minut.

Zanim Polacy stanęli na murawie Stadionu Olimpijskiego w Monachium naprzeciw Haitańczyków, którzy takiego stracha napędzili Włochom, doszło w naszym obozie, a konkretnie w organizmie Antoniego Szymanowskiego, do afery dopingowej. Było to godne Radia Erewań zagadnienie kryminalne, którego wszystkie wątki i niuanse do dziś pozostają niejasne poza tym jednym, że nikt tam żadnego dopingu nie brał. Z komiksu Rosińskiego wynika, że przed meczem z Haiti szef sztabu medycznego polskiej ekipy, słynny doktor Garlicki, odezwał się w szatni znad gazety: „Przypisali nam branie środków dopingowych”, na co trener Górski odparł z prostotą: „Jeszcze jedna prowokacja springerowskiej prasy”. Z zeznań Szymanowskiego złożonych współcześnie przed Markiem Wawrzynowskim na łamach springerowskiego „Przeglądu Sportowego”, wyłania się obraz następujący: „Szymanowski po meczu z Argentyną został wzięty na badania antydopingowe. A po następnym meczu z Haiti niemiecki »Bild« napisał, że »wpadł« jeden z Polaków. Podejrzenie padło na Szymanowskiego.

– Wszyscy zaczęli wypytywać. Jak człowiek jest podejrzewany, to sobie mózg pierze: »A może było tak, że coś mi dosypali? A może jednak coś było w pierogach?«. Wszystko się w głowie pomieszało. Dobrze, że zdrowy chłop był ze mnie i nie brałem żadnych prochów, bo wtedy to by dopiero było… (…)

Okazało się, że faktycznie doping wykryto, ale u piłkarza Haiti”.

Tomaszewski, odsłaniając Kulisy reprezentacyjnej piłki, inne wskazywał przyczyny afery. Jego zdaniem, kiedy z laboratorium nadeszła informacja o negatywnym wyniku badania Szymanowskiego, wszyscy, łącznie ze słynnym doktorem Garlickim, uznali, że oznacza to wynik negatywny w potocznym znaczeniu, po prostu „zły” wynik. Wynikałoby z tego, że źródło afery biło w samym łonie naszej drużyny narodowej. Prawda leży zapewne prawie pośrodku, tylko tak bardziej z boku. Jeden z Haitańczyków rzeczywiście zjadł pieróg zakazany, więc dziennikarze mogli mieć przecieki, że coś u kogoś w pomeczowych sikach znaleziono (nawiasem mówiąc, był to pierwszy w historii piłkarz wykluczony z finałowych rozgrywek za doping). I kiedy springerowski szpicel podejrzał Szymanowskiego rozdłubującego sznycel pod lupą albo nosy innych Polaków zwieszone na kwintę, wysnuł wnioski tyleż oczywiste, co błędne, i z typowo niemiecką butą natychmiast je opublikował.

19 czerwca ze swej szatni wypadła na naszych haitańska horda. Dzicz ledwie co oderwana od stęp i dzid. Byli owi Haitanie skoczliwi jako małpy i jako małpy podobni do siebie. Zabawny epizodzik z tym związany miał miejsce, kiedy Sanon groźnie nas zaatakował, a od razu po tej akcji Musiał zaszedł go od tyłu, żeby sprawdzić po numerze, co to za jeden i czy nie on, Musiał, miał go kryć. Jedyny biały zawodnik w haitańskiej drużynie nazywał się Vorbe. Polacy zagrali tak ofensywnie, Szymanowski tak wyrywał do przodu, że jego obraz nakładał się chyba Ciszewskiemu na Kasperczaka, bo kilka razy mowa jest o „Henryku Szymanowskim”. Przez kwadrans przeciwnicy trzymali się dzielnie, ale w siedemnastej minucie ten, co zastąpił dopingowca, niejaki Andre, tuż przed swoją bramką dostał nogopląsu, skiksował i zostawił piłkę Lacie, a Lato to Lato, więc już po chwili, jak to biblijną frazą podsumował Ciszewski, zapanowała „radość wśród kibiców Juventuru i Sport Touristu”. Na ciemnym tle egzotycznego rywala wszystkie jasne punkty polskiej drużyny były znakomicie widoczne. Gadocha trzy razy w tym meczu wykonywał rzuty rożne i po każdym z nich padała bramka. Rozluźnieni napastnicy dali nawet Gorgoniowi strzelić sobie po rzucie wolnym gola z trzydziestu metrów. Żeby nie przedłużać: skończyło się wynikiem 7:0.

Manno Sanon strzelił jeszcze gola Argentynie i choć jego drużyna poniosła wyłącznie sromotne porażki, stał się na rodzinnej wyspie bohaterem narodowym: śpiewano o nim piosenki, a w 2000 roku nadano mu oficjalny tytuł Haitańskiego Sportowca Stulecia. Nawiasem mówiąc, fakt, iż tytuł ten przyznano zawodnikowi drużyny, która z mistrzostw świata wróciła bez punktu i z bagażem czternastu bramek przy zdobytych zaledwie dwu, wiele mówi o haitańskim sporcie w ubiegłym stuleciu, ale przecież nie będziemy sobie żartować z jednego z najbiedniejszych krajów świata. Po latach Deyna miał jeszcze grać z Sanonem w jednym klubie, w San Diego Sockers. Dziś obaj już nie żyją. Deyna, wiadomo: zginął w San Diego w wypadku samochodowym w 1989 roku. Sanon zmarł na raka w 2008 roku w Orlando na Florydzie. Na pogrzebie Deyny było około stu osób, w tym nikogo, kto by przyjechał z Polski. Sanona żegnało ponad dwadzieścia tysięcy ludzi.

Począwszy od meczu z Włochami, 23 czerwca w Stuttgarcie, niemiecki mundial wszedł w nową, jeszcze wspanialszą fazę. Zaczęły się wakacje i wywieziony zostałem do Mielca do ciotki, która owszem, miała imię i nazwisko, ale w mojej rodzinie funkcjonowała jako Ciotka z Mielca. Chyba bez żalu pożegnałem Toscę Lux Adamczyków i udałem się na to słoneczne, czerwcowe wygnanie. Bywałem w Mielcu na wakacjach kilkukrotnie, żyło się tu po miejsku i nowocześnie, z ciotecznymi siostrami poznawałem uroki lodów w kawiarni, tu zaliczyłem kino i pierwszy w życiu spektakl w teatrze, widziałem też stadion Stali, za to na oczy nie widziałem mieleckiego kościoła. Siostry, dorosła Halina i prawie dorosła Danka, kibicowały brylującym w piłkarskiej kadrze chłopakom z Mielca: Kasperczakowi, Lacie i Domarskiemu. Od kilku lat miasto żyło niespodziewanymi sukcesami piłkarskimi tutejszej drużyny, w którą fabryka samolocików włożyła spore pieniądze, toteż nikt się tu nie dziwił, że piłka nożna zaczarowała i mnie.

Tymczasem tabela wyglądała tak, że, biorąc za pewnik zwycięstwo Argentyny nad Haiti, Włosi potrzebowali przynajmniej remisu z nami, aby przejść do kolejnej tury. My zaś takiego awansu byliśmy już pewni, mogliśmy nawet przegrać sobie z Włochami 0:10, gdyby nas naszła taka fantazja. Ale polska fantazja, w odróżnieniu od haitańskiej, ciągnie nas przecież nie ku porażkom, lecz ku zwycięstwom. W meczu tym stawką był jedynie honor, ale honor właśnie jest tym, czego Polak ma najwięcej, a im więcej go ma, tym bardziej jeszcze go pożąda.

I nasi walczyli o ten honor jak o życie. Sytuację mieli utrudnioną, gdyż trzy czwarte półmiska Neckarstadionu przywaliło niczym trzydzieści tysięcy makaroników trzydzieści tysięcy Włochów, i ułatwioną, gdyż w zespole włoskim wystąpiły jakieś niestyki i trener Valcareggi nie wystawił przeciw nam dwóch wielkich gwiazd, Gianniego Rivery i Luigiego Rivy. Po pierwszej akcji meczu wydawało się, że Polacy rzeczywiście mają zamiar przegrać dziesięć do jaja, bo w efekcie parady Tomaszewskiego, podczas której jego ręce okazały się o dwa metry za krótkie, i niedoróbki Szymanowskiego, który mentalnie chyba przebywał jeszcze w szatni, Anastasi znalazł się cztery metry przed naszą pustą bramką z piłką u nogi. Z wrażenia nie trafił jednak nie tylko do bramki, ale nawet w piłkę. Potem gra się wyrównała, ale my dopiero po dwudziestu minutach napędziliśmy stracha Włochom, kiedy „milimetry dzieliły nas od pierwszej bramki” po strzale Maszczyka z drugiej linii.

Był to piękny, niezapomniany mecz. W obu drużynach cudów dokonywali piłkarze drugiego planu, na co dzień mało widoczne mięso armatnie futbolowych strategii. U Włochów szalał przede wszystkim Anastasi, u nas mecz życia zagrali tego właśnie dnia Kasperczak, Maszczyk, Szymanowski i Musiał. Długimi okresami nasi stosowali niemrawy z pozoru „atak pozycyjny”, jak to określał Ciszewski: „szanowali piłkę”. Czyli nie spieszyli się z kolejnym kopnięciem, nie szarżowali, panowali nad sytuacją, podczas gdy Włosi z jęzorami na brodach przeciwnie, wszystko starali się zrobić na wczoraj, zwłaszcza kiedy już stracili dwa gole jeden po drugim. Jakże przyjemnie będzie to opisać! Najpierw w trzydziestej dziewiątej minucie Kasperczak z precyzją odrzutowego samolotu rolniczego produkowanego w Wytwórni Sprzętu Komunikacyjnego w Mielcu zacentrował w pole karne. Szarmach, zobaczywszy przed własnym dziobem piłkę lecącą dokładnie na jego kursie, wspaniałym półszczupakiem wyprzedził obrońcę i szlachetnie sklepionym czołem palnął piłkę, która poszybowała w okienko bramki Zoffa. Daremnie wielki Dino wił się w powietrzu jak ryba wyrzucona na piasek, mimo efektownej parady nie miał szans nawet dotknąć wpadającej do bramki piłki. Określenie „strzał nie do obrony” jest trochę w piłkarstwie nadużywane, ale to był właśnie ten przypadek. Potem nastąpiła krótka wymiana ciosów, miedzy innymi Tomaszewski obronił strzał Causia w pojedynku jeden na jednego, a w czterdziestej czwartej minucie Kasperczak znów znalazł się z piłką w tym miejscu, z którego podawał Szarmachowi. Ciszewski miał nosa, bo zapytał w tej właśnie chwili: „Czyżby powtórzył tę samą historię?” Ale Kasperczak tym razem podał po ziemi na mniejszą odległość, do nadbiegającego Deyny. Idealnie trafił w rytm jego biegu, „w tempo”, jak to się mówi. Deyna uderzył ze wszystkich sił, nadając piłce niebywałą rotację. Pękł mu przy tym but, taką moc miało to kopnięcie i takie stare były te buty – Deyna zwykł grać w swojej „szczęśliwej” parze adidasów. Piłka, która początkowo szybowała gdzieś w stronę niewidocznej wstęgi Neckaru, aby wylądować w krzakach, szybko zmieniła kurs i, zacieśniając łuk, zaczęła zbliżać się do bramki Zoffa. W połowie jej lotu zdawało się, że strzał będzie chybiony ledwie o dwa, trzy metry. Ale ona wciąż i wciąż ostrzej brała swój powietrzny zakręt. Daremnie wielki Dino, frunąc ku niej, wił się w powietrzu jak piskorz, któremu przypiekają pięty. To nawet nie był strzał niemożliwy do obrony. To był strzał niemożliwy do oddania. Piłka otarła się jednocześnie o pazury Zoffa i słupek, po czym zatańczyła w siatce radosnego, z polskiej ziemi pochodzącego oberka.

W drugiej połowie Włosi oczywiście próbowali nas od początku przycisnąć, ale szło im to niesporo. Tomaszewski bronił strzały Anastasiego i Mazzoli („To nie są strzały, nie martwcie się o mnie!” – woła w komiksie do kolegów), a nasi napastnicy też pod włoską bramką nie spali. Choć na przykład Lato w tym akurat meczu zdziałał wyjątkowo mało jak na niego. Za to w siedemdziesiątej minucie po kornerze Maszczyka główkował Deyna i tym razem piłka obeszła słupek chyba naprawdę w odległości kilku milimetrów. Parę minut później ten sam Deyna, mając podaną z autu piłkę, dokonał wielkiej sztuki: bez dotykania piłki, samym balansem ciała zrobił zwód, który obalił na ziemię włoskiego obrońcę i pozwolił polskiemu kapitanowi wyjść na czystą pozycję, gdzie powstrzymał go dopiero Zoff. No i wróćmy teraz dla spotęgowania emocji, proszę państwa, do czasu teraźniejszego: do końca meczu pozostaje już tylko dziesięć minut, Włosi biją pięć rzutów rożnych jeden po drugim, Tomaszewski uwija się jak ruski przy pierogach, broni główkę Facchettiego z trzech metrów, niedługo potem tak dziwnie, jakby miał plecy z przodu, odbija piłkę, chociaż nie wie, gdzie ona jest, prawą nogą i lewą ręką jednocześnie, po czym już i piłka jest tak ogłupiała, że turla się na kolejny rzut rożny. Normalnie drugie Wembley się robi. Na cztery minuty przed końcem meczu piłkę wciska wreszcie do polskiej bramki Fabio Capello, ale jest to już łabędzie belcanto, wkrótce Wilson z rozpaczy ścina z nóg Maszczyka, który przekazał już piłkę partnerowi, ale nawet nikt nie ma o to do Wilsona pretensji, nasi podnoszą ręce do góry w geście triumfu, na trybunach radośnie powiewają dwie biało-czerwone flagi, gdzieś w okolicy Argentyńczycy mają już przygotowaną dla nas walizeczkę wypchaną honorem po brzegi.

We wspomnieniach opublikowanych w 1991 roku Tomaszewski o tym nie wspomina. Ale akurat w kontekście meczu z Włochami zabiera głos na temat finansowej strony mistrzostw: „Zanim doszło do naszej potyczki z włoską drużyną, miało miejsce dowcipne zdarzenie związane z premiami za to spotkanie. (…) Nasi wspaniali działacze ustalili, że nie będą nam płacili za każdy mecz z osobna, tylko globalnie za wyjście z grupy. Było to 500 dolarów amerykańskich i 50.000 złotych. Ponieważ awans mieliśmy już w kieszeni, więc mecz z Włochami gralibyśmy za darmo. Paradoks ten zlikwidował wreszcie wspaniałomyślny gest prezesa Polskiego Związku Piłki Nożnej – Jana Maja. Zaoferował on nam, ponoć ze swojej kieszeni, po sto zachodnioniemieckich marek za zwycięstwo. Byliśmy zaskoczeni, bo wokół naszej ekipy zaczęły krążyć różne plotki o wypchanych szeleszczącymi banknotami to włoskich, to argentyńskich teczkach. Do ekipy sportowej składającej się z dwudziestu dwóch zawodników i trzech trenerów informacje te jakoś nie docierały”.

Gdyby prezes PZPN wypłacił piłkarzom po sto marek z własnej kieszeni, to dopiero byłby paradoks! Paradoks Maja! W tym jednak przypadku mieliśmy do czynienia raczej z Paradoksem Gadochy. W połowie lat 90. Grzegorz Lato mówił w wywiadzie Wojciechowi Malickiemu, że Włosi bezskutecznie próbowali kupić od nas remis w przerwie meczu w szatni, zaś w 2004 roku ogłosił, że jeden z jego kolegów wziął od Argentyńczyków pieniądze za ogranie Włochów i nie podzielił się nimi z resztą drużyny. Na pytanie, dlaczego dopiero teraz o tym mówi, Lato odparł, że to z okazji trzydziestolecia polskiego sukcesu w RFN-ie. Który to był kolega, Lato nie powiedział – należy domniemywać, że dlatego, iż trzydziesta rocznica nie jest jednak tak okrągła jak pięćdziesiąta czy setna. Ale zgłosiła się za to była żona Gadochy. Nie wiem, czy akurat wypadły im perłowe gody, czy dziesiętnica rozwodu, w każdym razie pani Gadochowa potwierdziła, że łapówkę przejął jej mąż, a ona sama osobiście wpłacała w Niemczech argentyńskie srebrniki na ich konto. Od tego czasu honor polski liczony jest, choć po cichu, w gadochach.

Nie bardzo chce mi się wierzyć, że pozostali piłkarze absolutnie o niczym nie wiedzieli. Prędzej uwierzę, że Gadocha wstawił im kit, że na przykład emisariusz Argentyny nie stawił się z kasą w umówionym miejscu albo coś podobnego. Gdybym był Grzegorzem Rosińskim i umiał rysować, rozrysowałbym ten akt dramatu następująco. Idzie Robert Gadocha niemiecką ulicą po meczu z Haiti. Kiedy zatrzymuje się przed wystawą sklepu z sukienkami i sentymentalnie marzy o sprawieniu prezentu żonie, podczołguje się do niego długowłose monstrum z teczką. Jest to prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej Jan Maj, aktualnie przebrany za argentyńskiego napastnika Rubena Ayalę.

– Wygrajcie z Włochami. Oto pieniądze – mówi prezes Maj. Celowo mówi tak zwięźle, żeby wszystko się w dymku zmieściło. Ale, żeby lepiej udawać Ayalę, mówi też po hiszpańsku. Dlatego Gadocha nie rozumie, co do niego mówią. Widzi jednak dwadzieścia cztery tysiące dolców w teczce, toteż przyjmuje ów dar. Po południu prezes Maj już bez charakteryzacji, w obecności wszystkich piłkarzy jak gdyby nigdy nic pyta Gadochę:

– No i jak tam, Robert, było na spacerze?

– Na spacerze jak na spacerze – odpowiada Gadocha, rumieniąc się biało-czerwono. – O mało nie kupiłem Irce sukienki, ale jakiś Cygan zwędził mi portfel z kasą. Taki kudłaty, podobny do tego z Argentyny, co grał z dwójką.

Istnieje jeszcze jedna wielka narracja dotycząca tych mistrzostw, semiepos zatytułowany Cześć drużynie narodowej. Jest to summa całkowicie przemilczana przez nastawioną na ersatz, zapatrzoną w swój kosmopolityczny pępek polską krytykę literatury narodowej. Zaledwie jej fragmenty przedstawił Janusz Kidawa w filmie Polska gola z 1975 roku, po czym zapadło głuche i znamienne milczenie na temat tego dzieła, w całości dostępnego jedynie na prywaciarskich pocztówkach dźwiękowych z tamtej epoki. Stworzyła je Krakowska Szmelcpaka:

„Cześć drużynie narodowej, hip hip hip hip hip hurra,

to jest głos Polski sportowej, hip hip hip hip hip hurra!

Dla trenerów duże brawa, hip hip hip hip hip hurra,

a dla Polski w świecie sława, hip hip hip hip hip hurra!”

Tak się to zaczyna. A początek końca stanowi wspomnienie bolesnej porażki z Włochami w eliminacjach do mistrzostw z 1966 roku, meczu, w którym brali także udział co starsi uczestnicy obecnego starcia:

„Przyszedł rewanż za 6:1,

teraz Włosi wpadli w biedę,

płacze cała Italija,

krzyczą Włosi: Mamma mia!

Ciężki był mecz ze Szwedami,

przyznać to musimy sami,

jednak nas nie zmogli Szwedzi,

główka Laty i gol siedzi!

Górski, Strejlau z Jackiem Gmochem

też marzyli skrycie o tym

i czekali na to lata,

by pokonać mistrza świata!

Serca nam z radości biją, hip hip hip hip hip hurra,

niech piłkarze sto lat żyją, hip hip hip hip hip hurra!

Wszystkim miła ta zapłata, hip hip hip hip hip hurra,

Polska medalistą świata! Hip hip hip hip hip hurra!”.

Ciężki był mecz ze Szwedami, od którego zaczęła się nasza rywalizacja w grupie 2, której skład uzupełniały Jugosławia i NRF. Atmosfera w polskiej ekipie – fatalna. Wtedy oczywiście nikt o tym nie wiedział, ale po aferach Szymanowskiego i Gadochy przyszedł czas na aferę Musiała. Ten dzielny krakus wymknął się wieczorem z hotelu i wrócił w środku nocy napruty. Przyłapał go trener Górski i chciał go od razu odesłać do ojczyzny na odwyk, ale wskutek perswazji swych asystentów zdecydował się jedynie nie wystawiać go przeciwko Szwedom. Ponadto piłkarze nie słabli w słusznych próbach dorobienia sobie. Ponieważ grali w strojach Adidasa, który im za to nie płacił, łebski Tomaszewski przeciwko szwedzkiej nawale wyszedł w bluzie bez logo tej firmy, w butach ze świętymi trzema paskami Adidasa zapastowanymi na czarno i w dziwnych ochraniaczach na kolana, które z kolei zasłaniały trzy paski na getrach. Adidas tak się tym przejął, że wkrótce sprezentował polskim piłkarzom po kasetowym grundigu.

Mimo nieodpowiedniego stroju polskiego bramkarza mecz się zaczyna. Za Musiała gra na obronie Gut. Gra dobrze, już w czwartej minucie zapędza się pod linię końcową i ładnie dośrodkowuje, ale piłkę chwyta Helström i zaczyna kontrę, za którą Gut nie nadąża i omal nie tracimy gola wskutek wyrwy w defensywie. Od początku meczu widać u naszych piłkarzy dziwną nerwowość. Kłócą się o co piąte zagranie, najczęściej Lato, Szarmach, Deyna i Maszczyk. W piętnastej minucie w polu karnym Szwedów powstaje wielka kotłowanina, piłka spada na nogę Deynie, a ten delikatnym lobem omija całe zamieszanie jak głowa wielodzietnej rodziny, która jednym celnym zdaniem rzuconym nad głowami krnąbrnych urwisów uspokaja ich, ale zmierzającą pod poprzeczkę piłkę Helström piąstkuje na rzut rożny. Zaraz potem po dośrodkowaniu Gadochy Lato strzela głową i trafia w poprzeczkę. Cały Mielec drży w posadach. Ale od tej pory, stopniowo, gra nie tyle się może uspokaja, bo wszyscy walczą przecie na całego, co nijaczeje. Poczynania obu zespołów cechuje niedokładność, która jest matką utraty. Gdyby nie to, że grają nasi, mecz można by było uznać za nudny. Ponieważ Szwedzi nie ustępują nam szybkością, co na tych mistrzostwach jest ewenementem, polscy piłkarze sporo faulują. W dwudziestej czwartej minucie swoje pięć sekund na tych mistrzostwach ma nasz zastępczy bramkarz, Zygmunt Kalinowski. Niestety, akurat wtedy, kiedy kamera pokazuje go na zbliżeniu z ławki rezerwowych, reprezentant Polski nieprzystojnie dłubie w nosie.

Pod koniec pierwszej połowy drużyna Górskiego łapie lekki wiaterek w żagle. Akcje nabierają trochę płynności, a w czterdziestej pierwszej minucie po wrzutce Gadochy Szarmach pięknym szczupakiem rzuca się w akwen szwedzkiego pola karnego. Helström ma szczęście, że piłka leci prosto do niego, a nie gdzieś w róg. Ale w dwie minuty później jego szczęście się kończy jak ucięte łyżką. Znowu dośrodkowuje Gadocha. Znowu główkuje Szarmach, ale tym razem zgrywa piłkę w kierunku Laty. Piłka kozłuje, Lato się szykuje. Wszystko to dzieje się tuż przed polem bramkowym, więc Helström próbuje przeciąć lot piłki, rzuca się ku niej, ale piłka przecieka mu między palcami i ląduje na łysej głowie Laty, który pakuje ją do bramki. 1:0! Cała Polska na kolanach! Lato bożyszczem Mielca!

Jeszcze przed przerwą sędzia omal nie zatłukł Szarmacha żółtą kartką, tak mu nią wywijał nad głową, kiedy nasz napastnik udawał, że Szwed go kopnął. I leżał Szarmach na murawie, a sędzia bardzo chciał, żeby Szarmach wstał, bo przecież widział, ze Szwed go nie kopnął. A co się działo po przerwie, to aż strach opowiadać. Ruszyli na nas Szwedzi ze zdwojonym zapałem i z potrojoną ambicją, ze szwedzką zaciętością rozpędzali swój atak, jakby chcieli szwedzkim stołem staranować wrota do naszej bramki. W pięćdziesiątej trzeciej minucie prawie im się udało, lecz Sandberg z czterech metrów nie potrafił strzelić gola. Zaraz potem Tomaszewski wykazał się niezwykłym refleksem i odbił piłkę po samobójczej główce Guta. W sześćdziesiątej minucie trener Górski, szukając jakiegoś środka zaradczego, zastąpił Szarmacha Kmiecikiem.

Kazimierz Kmiecik to jeden z zapomnianej trójki wspaniałych napastników Wisły Kraków, którym do wiecznej sławy zabrakło półtora kroku, każdemu po pół. Trzej panowie K.: Kmiecik, Kapka, Kusto. Cała linia napadu ówczesnej Wisły. Wieczni rezerwowi kadry narodowej. Zmiennicy, zapchajdziury. Przez kilkanaście lat wśród najlepszych polskich piłkarzy, a jednak zawsze trafiał się ktoś, kto błyszczał bardziej niż oni. Jeśli zsumować ich dorobek, łącznie wystąpili w sześćdziesięciu siedmiu meczach reprezentacji. Ale zaledwie w dziewiętnastu z nich zagrali od początku do końca, to mówi samo za siebie. Kusto był rezerwowym na trzech mundialach i dopiero na tym trzecim, w Hiszpanii w 1982 roku, dane mu było zagrać trzy kilkunastominutowe ogony. Toż hemoroidów można było dostać od tak długiego grzania ławy! Trochę mi dziś szkoda ich talentów, ale co zrobić?

No więc na ostatnie pół godziny do gry wchodzi Kmiecik. Ale co tam Kmiecik, skoro zaraz potem sędzia dyktuje karnego dla Szwedów! Za wślizg Gorgonia! Nasi w rozpaczy, łapią się za głowy, jeden przez drugiego modlą się do sędziego, jeden tylko Tomaszewski od razu wszystkich uspokaja, jakby zadowolony, że zaraz obroni karniaka i będzie sławny na cały świat. Ale jak człowiek może obronić karnego, skoro bramka jest aż na siedem i pół metra szeroka, wysoka na dwa i pół, a karnego strzela się z odległości zaledwie jedenastu metrów? W polskich domach napięcie sięga zenitu, ojcowie nie reagują na płacz dzieci, siostrzeńcy nie słyszą dotyczących obiadu pytań ciotek, co bardziej krewcy mężowie z braku mieczy imają się siekier, zaraz telewizory rąbać będą…

Jak amerykański Murzyn w obliczu białych sędziów, tak Jan Tomaszewski niewzruszenie stanął na linii bramkowej naprzeciw Stefana Tappera… Naprzeciw światu całemu. Kiedy Tapper ruszył do piłki, Tomaszewskiemu w jednej chwili przypomniał się Mieszko Pierwszy, drugi rozbiór, trzeci maja i czwarty wymiar rzeczywistości, włączył mu się piąty bieg i stanął mu też przed oczami papież Paweł VI, a obraz ten tak szarpnął go wewnętrznie, że rzuciło nim w prawo i wiedziony jakimś siódmym zmysłem wypchnął przed siebie ręce jak cudem uzdrowiony, który chce odrzucić precz protezy górnych kończyn albo jak matka, która próbuje niemowlę zasłonić przed ciosem, po czym z całym przekonaniem odbił piłkę na bok, ad acta. Ja na kolana padłem, a Tomaszewski, jak tylko się podniósł, od razu poszedł pocieszać Tappera.

Na radość jest jednak wciąż za wcześnie. Szwedzi cisną nas jak prezes spółki z o.o. nową sekretarkę, rzecz coraz bardziej przypomina mecz do jednej bramki, nawet Kmiecik gra jak gdyby w liniach obronnych. „Pora otrząsnąć się z tej przewagi przeciwnika…” – mówi komiksowy Deyna i ma rację. „Do końca już blisko. Musimy wytrzymać!” – wtóruje mu Gorgoń. Po latach wszedłem w posiadanie zapisu polsko-szwedzkiej batalii bez głosu komentatora, co pozwala wsłuchać się w odgłosy z boiska i mimo nie najlepszych wtedy mikrofonów stwierdzić z całą pewnością, że tak długich i podniosłych kwestii polscy piłkarze jednak nie wygłaszali. Dominują proste komunikaty w rodzaju: „Jedź, Grzesiek, jedź!”, „Idź, Zbysiek! Teraz nie!”, „Kaziu, weź szóstkę!”, „Twoja, twoja, Kacper! Kurwa mać!”.

„Z tyłu!”

„Idź na niego!”

Jak okrzyki rycerzy wznoszące się ponad bitewny zgiełk. Jak toasty wznoszone w tysiącach polskich domów za orły trenera Górskiego. I te okrzyki, te toasty, domowe modlitwy i pamięć przegranych bitew, wszystko to do kupy wzięte – pomogło. Nie daliśmy sobie wydrzeć zwycięstwa. Wytrwaliśmy do końca.

I dwa czy trzy dni później przyszło nam stawić czoła Jugosłowianom, którzy zdążyli tymczasem wziąć baty od NRF-u. Chcę powiedzieć, z dumą i lekkim zażenowaniem, że po tylu latach pamiętam ich nazwiska: Dragan Dżajić, Šurjak, Bajević, Buljan, Karasi, Bogićević, Kovaćević, Hadżiabdzić… Do naszego składu wrócił marnotrawny Musiał. Waldstadion we Frankfurcie zapełnił się po brzegi. Głównie kibicami przeciwników, bo przez ich „Plavi!!! Plavi!!!” tylko z rzadka przebijało się słabiutkie „Polska… Polska…”.

Znów był to porywający mecz, na który jeszcze dziś patrzy się z przyjemnością. Jeden z tych, w których wychodzi na jaw okrutna niesprawiedliwość piłki nożnej: że zwycięzca może być tylko jeden. Jugosławia, wiadomo – krajotwór trochę zachodni i, jak wskazuje nazwa, prawie południowy, taki też styl gry. Pykali sobie piłeczkę szybko, z polotem i wiarą we własne siły. My tak samo, może tylko polot zastępując kurażem.

Przebieg wydarzeń na boisku należy śledzić uważnie, ponieważ w futbolu w każdej chwili wszystko jest możliwe. Po dwudziestu pięciu minutach obustronnych frontalnych ataków i po kolejnym zakończonym niepowodzeniem ataku Polaków piłkarze właśnie wychodzili sobie spokojnie z pola karnego Jugosławii, kiedy sędzia nagle dmuchnął w gwizdek, pobiegł w to pole karne i pokazał na ziemię jedenaście metrów od bramki jak jasnowidz, który nagle coś poczuł i podejmuje decyzję: „Tu będziemy kopać!”.

Tu będziemy kopać karnego za faul bez piłki Katalinskiego na Szarmachu.

Na boisku wszystko się może zdarzyć, ale też nic na boisku nie dzieje się bez przyczyny. To wiem dzisiaj, ale przez całe lata, chyba właśnie od czasu złośliwości Katalinskiego, „faule bez piłki” uważałem za akty bezinteresownego zła: że oto podchodzi piłkarz do innego, łagodnie nastawionego do świata piłkarza i bez powodu kopie go z całej siły w nogę. Tak też przedstawiała to wówczas prasa, tak widział to Grzegorz Rosiński. W jego komiksie najpierw Szarmach i Katalinski walczą o piłkę w powietrzu, aż iskry czy raczej takie promienie od zderzania się głowami lecą, a stojący obok Deyna woła: „Nie tak ostro, panowie!”. Po chwili „Katalinski kopie bez piłki Szarmacha”, co sędzia komentuje z surowością godną Norymbergi: „Za taki czyn mogę podyktować tylko jedenastkę!”. Co więcej, kiedy u Rosińskiego polscy piłkarze oglądają wieczorem nagranie tego meczu w „salonie telewizyjnym” w Murhardt i kiedy na ekranie narysowany jest Katalinski z całej siły kopiący z tyłu Szarmacha w łydkę, trener Górski mówi: „Teraz już nikt nie będzie miał wątpliwości, za co sędzia podyktował rzut karny!”.

Tak naprawdę na telewizyjnych powtórkach widać niewiele. Widać, że po jakimś starciu w polu karnym Szarmach, wycofując się, mówi do Katalinskiego coś, co wywołuje jego nerwową reakcję. Być może Szarmach mówi: „Niedaleko pada jabłko od jabłoni” albo: „Z dużej chmury mały deszcz” i być może pech chce, że: „Zdużejch murym ały deść” znaczy po serbsku „Masz gębę jak klapa od sedesu”, bo w rewanżu Katalinski zahacza nogą o nogę Szarmacha, który oczywiście pada na ziemię jak rażony gromem lub obezwładniony przez ORMO. Żeby się przekonać, o co dokładnie poszło, trzeba jeszcze raz obejrzeć całą wcześniejszą sytuację. Polacy wykonywali wolnego z dwudziestu metrów. Deyna leciutko podał Gorgoniowi, który oczywiście odpalił bombę z prawej nogi, ale trafił w mur ustawiony przez Jugosłowian. Tymczasem w pole karne wbiegał Szarmach, może spodziewając się dośrodkowania, a może, jak to się mówi, „idąc na dobitkę”. I zamiast dobitki znalazł możliwość do bitki. Powstrzymywał go bowiem Katalinski, który chyba troszkę za długo przytrzymał go ręką, bo kiedy już było w zasadzie po wszystkim, Szarmach ostentacyjnie walnął Jugola po łapach i powiedział to o dużej chmurze i klapie od sedesu. A powtórki pokazywano z ujęć zza bramki, i na nich akurat nie widać, że zasłonięty przez Katalinskiego Szarmach bije go po rękach. I że to z zemsty tamten trąca go dolną kończyną.

Grzegorz Rosiński to w ogóle wiele boiskowych wydarzeń widział inaczej, niż miały one miejsce w rzeczywistości. Prawdopodobnie wzorował się raczej na fotografiach niż ruchomym obrazie telewizyjnym. Niektóre sytuacje oddał dokładnie, jakby miał fotograficzną pamięć, inne znów tak, jakby znał je tylko z gazetowych opisów, często myląc na przykład kierunki, i wtedy gole, które znam na pamięć, wpadają w prawy róg bramki zamiast w lewy (ciekawe, że od dziecka znam na pamięć gole i z telewizji, i z komiksu, i jakoś nie kłócą mi się ze sobą, polubiłem jedne i drugie). Ale i tak poradził sobie nieźle, biorąc pod uwagę, że przecież nie miał do dyspozycji urządzenia nazywanego w dawnych czasach magnetowidem, a jeśli w ogóle oglądał mecze z Anglią i Walią w 1973 roku, to przecież nie wiedział jeszcze, że za rok będzie je odrysowywał. Że pora opłakiwać własne dzieciństwo, zrozumiałem po raz pierwszy może właśnie wtedy, kiedy – zaśmiewając się – czytałem w Książkach najgorszych Barańczaka recenzję tego komiksu zatytułowaną Nie będzie Neeskens pluł nam w twarz.

No, ale my tu gadu gadu, a tam karnego będą strzelać. Łatwo powiedzieć, lecz jakże człowiek może strzelić gola z karnego, skoro bramka jest ledwie na siedem metrów szeroka, wysoka na dwa i pół, a karnego strzela się z odległości aż jedenastu metrów? Na szczęście piłkę bierze w ręce kapitan polskiej drużyny, Kazimierz Deyna. Ustawia na wapnie. Bierze rozbieg, zwodzi bramkarza balansem ciała i z zimną krwią strzela po ziemi w kierunku prawego rogu. Prowadzimy 1:0!

W trzydziestej piątej minucie wspaniałą szarżą popisuje się Gadocha. Dostaje piłkę w środkowej strefie i jakby mu się włączył motorek w tyłku: w pełnym pędzie mija jednego po drugim pięciu przeciwników, potem jeszcze robi w konia bramkarza i strzela do pustej bramki! Niestety, z ostrego kąta, więc trafia tylko w boczną siatkę, a sam siłą rozpędu wpada w stadko fotoreporterów, skąd długo nie będzie się mógł pozbierać, poobijany o obiektywy i lampy błyskowe. Gdyby trafił, być może gol ten zyskałby sławę podobną sławie gola strzelonego przez Maradonę Anglii w 1990 roku, po takim samym rajdzie przez szeregi przeciwnika.

W czterdziestej trzeciej minucie meczu Jugosłowianie znajdują dziurę w naszych fortyfikacjach, w tą dziurę wchodzi podanie do Karasiego, Karasi omija walącego mu się pod nogi Tomaszewskiego i po chwili, choć miliony Polaków stękają w tej właśnie chwili: „Skuś baba dziada!”, jest 1:1. Na przerwę nasi schodzą do katakumb szatni z grobowymi minami. A po przerwie trwa napór Jugosłowian. Nie dają naszym chwili wytchnienia, „siedzą” na nich strasznym pressingiem, nie pozwalają na spokojniejsze rozgrywanie piłki, zmuszają do walki na całego, z dużą ilością wślizgów, padów i powstań. Trwa to aż do sześćdziesiąt dwie minuty, kiedy mamy wreszcie róg i po centrze Gadochy piłka trafia na łysą od ciągłych główek głowę Laty, którypakuje ją do siatki tuż przy słupku. Prowadzimy. Jugosłowianie rzucają na szalę resztki sił, podrywają się do ataku, ale po chwili znów nasi przeprowadzają typową dla siebie akcję: kontra, centra i… Byłby gol, gdyby bramkarz nie odbił z najwyższym trudem strzału głową i następującej po nim dobitki. Centrował oczywiście Gadocha, główkował Lato.

Zaczęło padać. Kolejne wślizgi żłobią coraz głębsze szramy w murawie boiska. Deszcz utrudnia Jugosłowianom ich trochę przekombinowane ataki. Widmo porażki zagląda im w bałkańskie oczy, świeci w źrenice. W ostatnich minutach są tak zdesperowani, że skaczą w polu karnym do pojedynków główkowych z Gorgoniem! Nigdy wcześniej ani później nie widziałem, żeby ktoś podskakiwał Gorgoniowi, bo widać przecież na oko, że równie dobrze można by rozpędzać się i próbować zwalić z nóg Giewont. Raz jednemu się udaje, ale oczywiście tylko za pomocą faulu. Giewont też dałoby się zrównać z ziemią, gdyby postępować z nim nie fair.

Tymczasem Niemcy w tym samym deszczu męczą się ze Szwedami i ostatecznie pokonują ich 4:2. Po zakończeniu obydwu meczów i my, i oni mają na koncie dwie wiktorie. Teraz drużyny te mają się zmierzyć w walce, której stawką jest pierwsze miejsce w grupie i od razu wielki finał – gdyż w tych wielkich czasach nie rozdrabniano futbolu na mecze półfinałowe. Niemcom wystarczy remis, nam trzeba zwycięstwa.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata