70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Patriotyzm szerokiego serca

Naszą dumę narodową możemy czerpać z dziedzictwa Pawła Włodkowica, który jest patronem mądrego rządzenia państwem, budowania jedności w wielości. Dzięki takim postaciom jak on nie było w Polsce królobójstwa, co jak wiadomo zdarzało się w historii Francji i Anglii.

Historia rodzinna Ojca każe zacząć od pytania osobistego: czym jest dla Ojca patriotyzm? Czy jest on na tyle pojemny, by łączyć dwie miłości – do Polski i Węgier, czy zakłada wyłączność? Czy jego składnikiem jest wyznanie – katolicyzm i/lub protestantyzm?

W moim wypadku chyba nie ma problemu. Gdybym miał pochodzenie niemiecko-polskie, to pewnie byłyby jakieś napięcia. Ja nigdy nie przeżywałem na tym tle żadnych kłopotów, bo Węgrzy są w Polsce lubiani, Polacy na Węgrzech też.

A komu Ojciec kibicuje podczas meczu Polska – Węgry?

Na szczęście nie jestem kibicem… Ale opowiem historię mojej mamy-Węgierki, która siedząc po turecku na tapczanie, oglądała za „dobrych komunistycznych czasów”, mecz bokserski Rumunia – Węgry. Nie wiedzieć czemu Polska telewizja akurat ten mecz transmitowała. I moja mama, która nie mówi za dobrze po polsku, a zwłaszcza nie używa brzydkich słów, w pewnym momencie wykrzyknęła: „W mordę go!”, zachęcając Węgra, by stłukł Rumuna. Muszę powiedzieć, że mi to zaimponowało…

A gdyby się boksował Polak z Węgrem?

Co bym wtedy zrobił? Zachowałbym wstrzemięźliwość wypowiedzi.

Co w języku biskupów nazywa się „roztropnym milczeniem”…

Otóż to!

Chciałbym jeszcze zapytać o historię rodzinną. Bardzo szczególne były okoliczności przeniesienia się Ojca rodziny do Polski i towarzysząca temu decyzja, by jako dziesięciolatek przeszedł Ojciec z kalwinizmu na katolicyzm. Co najbardziej niebywałe, pomysł taki podsunął Ojca Matce, gorliwej kalwince, jej wuj, który był pastorem.

To była mądrość ze strony rodziny mojej mamy. Kiedy w 1947 roku rodzice zdecydowali się uciekać do Polski, wuj – pastor, który mieszkał w naszym mieście – Paks, polecił zmianę mojego wyznania wręcz w formie nakazu. Ponieważ był niepokorny, nękano go rewizjami i rozmaitymi upokorzeniami, więc nie miał złudzeń co do natury komunizmu. Tłumaczył mamie, że jeśli nie przejdę na katolicyzm (wyznanie mojego Ojca – Polaka), to w kraju komunistycznym, w którym protestanci są garstką, stanę się ateistą. Myślę, że to była bardzo mądra decyzja.

W tej decyzji dostrzegam niezwykłą roztropność, która widzi, że są rzeczy większe niż podział religijny i narodowy. Porozmawiajmy teraz o specyfice patriotyzmu węgierskiego. Co go wyróżnia?

Na pewno jest w nim nuta tragizmu. Co wiąże się przede wszystkim z postanowieniami traktatu z Trianon, wskutek którego Węgry straciły dwie trzecie terytorium i dwie trzecie ludności. Jest rzeczą oczywistą, że stało się to wskutek głupoty dyplomacji węgierskiej, jej wielkopańskości i niezrozumienia dla aspiracji Słowaków, Czechów, Rumunów… Niemniej jednak postanowienia te były niezwykle bolesne. Węgierski patriotyzm jest przeniknięty potworną nostalgią za czymś, co nigdy nie wróci. Łączy się też z niezrozumieniem aspiracji narodowych sąsiadów. Budowany jest często na pewnych mitach, które nie mają korzeni historycznych. Górują w nim emocje, a nie intelektualny namysł. Sam zresztą wzruszam się, kiedy słyszę hymn – Boże błogosław Węgrom.

Jako przykład możliwych aberracji niech posłuży pewien współczesny nurt ideologiczny, który buduje swą tożsamość na czymś takim jak „Prawęgrzy”, którzy mieli żyć w starożytności na terenie dzisiejszego Iraku. Piewcy „Prawęgrów” mieli (może nadal mają?) nawet swoje okienko w radio. A głoszą rzeczy tak absurdalne, jak to, że to Żydzi wygnali „Prawęgrów” z dawnego Iraku. Miłośnicy „Prawęgrów” porównują bombardowanie Iraku przez Amerykanów do niszczenia dawnej kultury węgierskiej przez Żydów i Amerykanów. Głoszą, że Matka Boska była Węgierką, a Jezus księciem Partów, a broń Boże Żydem… Poglądy te wypowiadają ze śmiertelną powagą. Podobne teorie mające dowieść wyższości danego narodu nad innymi pojawiają się też na Ukrainie, na Litwie… Moim zdaniem tego rodzaju upiory przeszłości rodzą się wówczas, gdy brakuje prawdziwej, mądrej teologii.

Nie twierdzę oczywiście, że na Węgrzech nie ma mądrego patriotyzmu – typu Lajosa Kossutha, Sándora Máraiego, Imre Kertésza, który jest Żydem i patriotą węgierskim żyjącym nieprzypadkowo w Berlinie…

Zatem patriotyzm węgierski jest taką mieszanką nostalgii i trzeźwego myślenia. Ta nostalgia jest jednak dominująca. Przychodzi mi do głowy przypadek znakomitego architekta Imre Makovcza, który choć jest kalwinem, projektował kilka kościołów katolickich. Otóż wszystkie rzeźby Ducha Świętego w tych świątyniach, mają wygląd Turula, legendarnego ptaka, który miał przywieść Madziarów na tereny europejskie. Ten symbol budzi dziś w sąsiadach strach – Turul poleci na Karpaty, na północ, na południe i znów Węgrzy powrócą.

A jak z perspektywy węgierskiej widzi Ojciec polski patriotyzm?

Nauczyłem się polskiego patriotyzmu przede wszystkim po 1956 roku, kiedy zaczęły się ukazywać publikacje Władysława Bartoszewskiego, Tadeusza Żychiewicza, kiedy Wyka wydał poezje Baczyńskiego, a ja zacząłem wchodzić w orbitę środowiska Tygodnikowo-Znakowo-Więziowego. Potem jeżdżąc na okresowe spotkania w „Więzi”, zawsze odwiedzałem groby powstańców styczniowych, żołnierzy AK, mogiłę Baczyńskich. Etos tych ludzi bardzo mi imponował – „kamienie na szaniec”! W tym nurcie polskości znalazłem wielką mądrość – nie było w nim ksenofobii, antysemityzmu, hurrapatriotyzmu i innym resentymentów. Była powściągliwość i odpowiedzialność – jak u Kasprowicza w Rzadko na moich wargach… Dodam jeszcze, że bliskie są mi też słowa generała Focha, może dlatego, że oglądam je przed wejściem na Pęksowy Brzyzek w tatrzańskim krajobrazie: „Ojczyzna to ziemia i groby. Narody, tracąc pamięć, tracą życie”. W tym patriotyzmie nie ma miejsca na antyrosyjskość, antyniemieckość, antyukraińskość, antylitewskość, antysłowackość i antyczeskość.

Katechizm Kościoła Katolickiego, nawiązując do myśli św. Tomasza z Akwinu, mówi o wspólnym źródle patriotyzmu i szacunku wobec rodziców. Czytamy: „Czwarte przykazanie jest wyraźnie skierowane do dzieci, określając ich relację do ojca i matki, która jest najbardziej powszechna. (…) [o]bejmuje wreszcie obowiązki uczniów względem nauczycieli, pracowników względem pracodawców, podwładnych względem przełożonych, obywateli względem ojczyzny oraz tych, którzy nią rządzą lub kierują.” (KKK 2199), a potem: „Miłość ojczyzny i służba dla niej wynikają z obowiązku wdzięczności i porządku miłości” (KKK 2239). Czy Ojciec podobnie zapatruje się na źródła patriotyzmu?

Podobnie. Zdania te zresztą współbrzmią ze słowami generała Focha, choć jako nie-teolog i człowiek stąpający po ziemi, wolę język mniej górnolotny.

Sięgnijmy w przeszłość. W starożytnym Rzymie jednym z powodów prześladowań chrześcijan było posądzenie o nielojalność wobec cesarza, brak patriotyzmu. Czy chrześcijaństwo zawsze nosi w sobie ten ładunek anarchizmu?

Nie używałbym słowa anarchizm. Chrześcijaństwo raczej pokazuje jedność w wielości, jak w słynnym cytacie z listu do Galatów (3:28): „Nie ma już Żyda ani poganina, nie ma już niewolnika ani człowieka wolnego; nie ma już mężczyzny ani kobiety, wszyscy bowiem jesteście kimś jednym w Chrystusie Jezusie”.

Oczywiście napięcie zawsze istnieje. I bardzo dobrze, że chrześcijaństwo mogło być krytyczne wobec cesarza, który był pontifex maximus czyli najwyższym kapłanem w Cesarstwie Rzymskim, a potem wobec królów czy władców. Jeśli chrześcijaństwo jest zdrowe, to musi pozostawać znakiem sprzeciwu. Musi czasem powiedzieć: nie!

Uświęcenie patriotyzmu przez Kościół wiąże się chyba z historią Joanny d’Arc, która skądinąd czekała na rehabilitację i kanonizację niemal pięćset lat. Jaki jest stosunek Ojca do jej kultu?

Na całe szczęście nie jest to okres, którym się zajmuję jako historyk. Patrzę na nią z sympatią i współczuciem. Rehabilitacja po tylu wiekach jest wstydem dla chrześcijaństwa.

Musimy na jej dzieje popatrzeć, uwzględniając kontekst historyczny. Jej tragiczny los splótł się z przemianami politycznymi, które wiązały się z poszukiwaniem tożsamości przez państwo wyspiarskie i państwo francuskie. W średniowieczu, kiedy panowała chritianitas takich problemów z tożsamością nie było. Nie twierdzę, że było zdecydowanie lepiej, ale chcę pokazać, że chrześcijaństwo było gwarancją uniwersalności, jedności tego, co różnorodne. Wraz z rodzeniem się nowożytności, naznaczonej „imperializmem” aspiracji poszczególnych państw i narodów, to co partykularne zaczyna brać górę nad tym, co uniwersalne. Dobrym przykładem tych przemian są dzieje kultu św. Brygidy Szwedzkiej. W średniowieczu była po prostu świętą Kościoła, ale w momencie, kiedy Szwecja stała się protestancka, stała się symbolem starej Szwecji. I teraz Kościół katolicki, chcąc wciągnąć Szwecję w swoją orbitę, nawiązuje do jej kultu. Jak wiadomo, Jan Paweł II ogłosił ją patronką Europy. To są czasem karkołomne zabiegi, ale na ogół ułatwiają porozumienie. Oczywiście wszystko zależy od tego, co w danej postaci dostrzeżemy. Jeśli będziemy się odwoływać do Andrzeja Boboli czy Jozafata Kuncewicza jako tych, którzy chcieli nawracać prawosławnych, to daleko nie zajedziemy…

W tym miejscu warto przywołać wspaniałą postać z polskiej historii – Pawła Włodkowica, który na soborze w Konstancji orędował na rzecz praw pogan do zachowania własnej tożsamości politycznej i sprzeciwiał się zbrojnemu nawracaniu na chrześcijaństwo. Wielka szkoda, że obchody rocznicy bitwy pod Grunwaldem nie posłużyły temu, by przypomnieć jego niezwykłe dokonania. Czy myśli Ojciec, że przemawiał przez niego patriotyzm, że jego na jego poglądy miała wpływ niechęć do krzyżaków i wierność królowi polskiemu, którego w końcu reprezentował?

To był geniusz, który rozumiał dużo więcej niż otoczenie i wybiegał tak daleko w przyszłość! Warto w końcu pamiętać, że jego wystąpienie zbiegło się w czasie ze spaleniem Jana Husa…

Myślę jednak, że powodowało nim przede wszystkim głęboko przeżywane chrześcijaństwo. Wczoraj czytałem w brewiarzu myśli Brunona z Kwerfurtu, który na przełomie X i XI wieku apelował do Henryka II, żeby z miłością podchodzić do pogan. Ale wracając do Włodkowica, uważam, że był prekursorem nowożytnej Europy i bardzo żałuję, że nie jest świętym.

Słowo patriotyzm jest w tym wypadku anachronizmem, bo pochodzi z języka pooświeceniowego. Mówiłbym raczej o lojalności wobec króla i państwa polskiego, ale Włodkowica widzę przede wszystkim jako proroka czegoś zupełnie nowego, pewnego uniwersalizmu, o którym nikomu się wówczas nie śniło.

Dodałbym jeszcze na marginesie, że naszą dumę narodową możemy właśnie czerpać z dziedzictwa Pawła Włodkowica, który jest patronem mądrego rządzenia państwem, budowania jedności w wielości. Dzięki takim postaciom jak on nie było w Polsce królobójstwa, co jak wiadomo zdarzało się w historii Francji i Anglii.

Patrząc na polskie dzieje, łatwo nam utożsamić katolicyzm/chrześcijaństwo z patriotyzmem. Wystarczy przywołać postacie Rafała Kalinowskiego, Brata Alberta, czy Jana Pawła II. Czy jednak chrześcijaństwo i patriotyzm szły zawsze w parze? Lew Tolstoj twierdził wręcz w swoim eseju Chrześcijaństwo i patriotyzm, że „patriotyzm nie tylko stał się zbędny, ale stał się jedyną przeszkodą dla unii narodów, do której były one przygotowane przez chrześcijaństwo”. Jak wiadomo, Lew Tołstoj nie był szczególnie mądry, ale pokazując możliwe napięcie między patriotyzmem i chrześcijaństwem, dotykał realnego problemu.

Dobrze, że przywołał Pan bliskie mi postacie Rafała Kalinowskiego, Brata Alberta, bo mimo że obaj byli powstańcami styczniowymi, nie znajdziemy w ich późniejszym życiu śladów antyrosyjskości, jakiegoś narodowego resentymentu.

A więc jakieś napięcie istnieje, ale prawdziwa, głęboko przeżywana religijność potrafi sobie z nim poradzić, bo buduje na autentycznym umiłowaniu człowieka. Kłania się przypowieść o miłosiernym Samarytaninie, który jest przecież symbolem kogoś całkowicie obcego, którego Jezus stawia za wzór. To bardzo zobowiązujące przesłanie.

Być może tego rodzaju konflikt rysuje się raczej na linii Kościół – patriotyzm, a nie chrześcijaństwo – patriotyzm. Warto przypomnieć kilka wydarzeń z historii XIX wieku: Słowacki nie bez racji szydził w Kordianie z papieża Grzegorza XVI, który potępił powstanie listopadowe, nazywając powstańców „podłymi buntownikami”. Pius IX z kolei w 1848 roku uciekał w przebraniu z Rzymu, bo nie godził się na redukowanie terytorium Państwa Kościelnego na rzecz powstającego Królestwa Włoch. To w tamtym czasie rodziła się doktryna ultramontanizmu, która przeciwstawiała lojalność państwową lojalności wobec Rzymu.

Zacznijmy od Grzegorza XVI. Pan daruje, ale był on jednym z najsłabiej wykształconych papieży w historii. On kompletnie nie rozumiał świata, w którym żyje. Zasłynął m.in. tym, że likwidował w Państwie Kościelnym oświetlenie gazowe, bo wprowadzili je Francuzi w czasach napoleońskich. Za jego czasów to policja pilnowała, by obywatele raz w roku zgłaszali się do spowiedzi. Część naszych rodaków chyba i dziś tęskni za takim państwem wyznaniowym, w którym moralności obywateli strzegłaby katolicka policja… Podzielam obawy Jana Józefa Lipskiego, które wyłożył w Katolickim Państwie Narodu Polskiego.

A jeśli chodzi o Piusa IX, to chciano go początkowo zrobić patronem jednoczenia się Włoch. Bogu niech będą dzięki, że się nie zgodził, bo powstałoby Zjednoczone Królestwo Kościelne… Skoro bronił odrębności Państwa Kościelnego, stał się wrogiem Garibaldiego et consortes. Trzeba jednak powiedzieć nieco o Wiośnie Ludów. Otóż wydarzenia 1848 roku pokazały niezbicie, jak blisko stoi Kościół hierarchiczny władzy, tronu. Zauważmy, że większość duchownych w „moim państwie” – w Austro-Węgrzech to byli zarazem urzędnicy państwowi. To cesarz mianował kardynała dla Węgier, który nosił potem tytuł kardynała koronnego. Papież łaskawie go potem zatwierdzał. To jeszcze Pius XI już po II wojnie opłakiwał rozpad Austro-Węgier, katolickiego państwa! Mnie trafia najjaśniejszy szlag, gdy i dzisiaj zdarza mi się słyszeć w kręgach kościelnych nostalgię za „katolicką monarchią”. A przecież życie osobiste tych ludzi – Franciszka Józefa, jego syna Rudolfa i całego otoczenia – było całkowitym zaprzeczeniem jakiejkolwiek katolickości! Chodzili do kościoła, ale nie miało to nic wspólnego z ich codziennym życiem

Dlatego Freud miał tam potem wdzięczne pole do badania…

Oczywiście! Świetnie widział to całe zakłamanie.

Jeśli chodzi o napięcie między patriotyzmem i instytucją Kościoła, to warto jeszcze wspomnieć o początkach Czechosłowacji. Uważam przedwojenne państwo czechosłowackie za raczej niesympatyczne ze względu na zapędy imperialistyczne, ale najzupełniej demokratyczne. Otóż w momencie tworzenia się państwa biskupami byli Niemcy, Austriacy i Węgrzy, w przeważającej mierze arystokraci (a Czesi i Słowacy byli głównie mieszczanami i chłopami), więc trzeba się było tych panów pozbyć. I to nie dlatego, że Beneš czy Masaryk mieli być masonami, ale żadne normalne państwo nie mogło sobie pozwolić na ich pozostawienie. Ich wyrzucenie zbiegło się z ogłoszeniem w Czechosłowacji roku Husa i wtedy biskupi (jeszcze ci z nadania austriackiego) wydali oświadczenie, w którym porównali Husa do bolszewika. W tym momencie utracili wszystko! Z czasem hierarchia stała się czeska, ale co napaskudzono, to napaskudzono… Takie są właśnie korzenie czeskiego ateizmu, co doskonale rozumie ksiądz Tomaš Halik.

Zastanówmy się teraz nad przykładami postaci historycznych, które przeżywały konflikt lojalności religijnej i narodowej. Przychodzi mi na myśl Dietrich Bonhoeffer i Alfred Delp z Grupy Krąg z Krzyżowej. Ale warto też pomówić o bardziej kontrowersyjnej postaci, jaką był arcybiskup Andrzej Szeptycki, który z polskiego hrabiego przedzierzgnął się w ukraińskiego patriotę.

To ciekawe przypadki. Arcybiskup Szeptycki był postacią tragiczną. Czuł się odpowiedzialny za Kościół ukraiński czy raczej za tęskniącą do własnej państwowości Ukrainę, która przez lata pozostawała pod zwierzchnictwem jak nie Polaków, to Wiednia i Moskwy. Pod tym względem stał na antypodach postawy, którą reprezentowali biskupi austro-habsburscy w rodzącej się Czechosłowacji. Ale ta miłość wobec narodu zaprowadziła go niestety za daleko – do układów z hitlerowcami, a potem Stalinem, który zresztą po śmierci arcybiskupa okrutnie rozprawił się z ukraińskimi unitami. Nie znam tak dobrze życiorysu arcybiskupa Szeptyckiego, ale wydaje mi się, że w jego przypadku można powiedzieć, że unickość przedzierzgnęła się w ukraiński patriotyzm, który ostatecznie wziął górę nad chrześcijaństwem.

Inaczej było z antyhitlerowską grupą Kreisauer Kreis, czyli kręgiem z Krzyżowej hrabiego Helmuta Jamesa von Moltke, która zawiązała się w 1940 roku. Oni dążyli do obalenia Hitlera, snując plany przyszłości Europy, która połączy zwaśnione narody. To bardzo interesujące, że w tym środowisku byli wszyscy – jezuita Alfred Delp, ale też ewangelicy, ludzie świeccy i duchowni… Zaryzykowałbym tezę, że o ile u Szeptyckiego zwyciężył ostatecznie patriotyzm ukraiński, to w przypadku ludzi z kręgu z Krzyżowej albo u Dietricha Bonhoeffera zwyciężyło najgłębiej pojęte chrześcijaństwo, które było sprzeciwem wobec nacjonalizmu. Zapłacili za to najwyższą cenę, ale pokazali, że jednak chrześcijaństwo „űber alles”

Przejdźmy na koniec do współczesnych polskich realiów. Ciekawi mnie bardzo, jak Ojciec ze swoją wiedzą historyczną i biografią zapatruje się na obecność polityków na wielkich uroczystościach religijnych na Jasnej Górze?

Uważam za rzecz skandaliczną występowanie polityka z ambony kościelnej w miejscach o tak wielkim znaczeniu symbolicznym jak Jasna Góra. To skandal nad skandale! Jeśli dany polityk czuje tak wielkie powołanie do służby przy ołtarzu, to niech w swoim kościele parafialnym czyta lekcję, ale wara od Jasnej Góry! Żeby nie było wątpliwości, zakaz ten odnosi się do polityków wszystkich partyjnych maści, bo występowanie na Jasnej Górze wiąże się jednoznacznie z politycznym zaangażowaniem i zawłaszczaniem miejsca religijnego kultu. Niestety tego rodzaju zawłaszczenie dla jednej opcji politycznej już się dokonało.

Jasna Góra zasługuje na to, by być miejscem łączenia Polaków. Może ktoś lubić jej wystrój lub nie (ja akurat raczej w nim nie gustuję), ale jej znaczenie i wartość są niepodważalne. Może być miejscem mądrej ewangelizacji i pięknej liturgii, ale niestety nie jest. Głównie za sprawą polityków lub uprawiających politykę kapłanów.

A jaki jest stosunek Ojca do idei Świątyni Opatrzności Narodowej?

Jeżeli katolickiej ludności Warszawy i Polski to odpowiada, jeżeli są hojni ofiarodawcy, to wśród wielu świątyń niech będzie i ta. Tym bardziej, że wydaje mi się, że można by tam stworzyć miejsce kultu, które będzie odpowiedzią na tę emocjonalność, która dała o sobie znać po katastrofie smoleńskiej.

Oczywiście wiele zależy od tego, do jakiej symboliki odwołają się jej twórcy i gospodarze – czy partykularnej czy uniwersalnej? Myślę jednak, że można tę Świątynię pokazywać jako miejsce, które łączy Polaków różnych wyznań – w którym odnajdą się nie tylko katolicy, ale i Żydzi, muzułmanie (Tatarzy polscy), ewangelicy…

Bardzo często przywołuje się postać Jana Pawła II jako wzorzec polskiego patrioty. Co było Ojca zdaniem najważniejszym składnikiem jego patriotyzmu?

To była przede wszystkim otwartość – szerokie serce, szeroki umysł, doświadczenie obcowania z odmiennymi kulturami. Wiadomo było, że kiedy Jan Paweł II mówił o ojczyźnie, to myślał zarazem o żydowskich kolegach z Wadowic, o innowiercach… Bliska mu była tradycja jagiellońska z całą mozaiką religii, kultur i języków. Właśnie dlatego zależało mu, by Polska stałą się częścią Unii Europejskiej, bo miał na myśli ideę chrześcijańskiego uniwersalizmu – tę samą, która przyświecała Schumanowi, Adenauerowi, De Gasperiemu.

Dlaczego całował ziemię – każdą ziemię, do której przybywał? Dlaczego całował Koran i modlił się pod Ścianą Płaczu? Bo odkrywał tę jedność w wielości. Jego patriotyzm wyrażał się poprzez szacunek dla tego, co obce i szukanie tego, co łączy.


JÓZEF PUCIŁOWSKI OP, dr historii, wykładowca w Kolegium Ojców Dominikanów w Krakowie, dyrektor Dominikańskiego Instytutu Historycznego.

 

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata