70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Wielkie gry

To miały być mistrzostwa, które definitywnie potwierdzą obecność Afryki na futbolowej mapie świata. Nie tylko sportową, bo tej raczej się nie kwestionuje; przecież większość czołowych klubów w Europie zawdzięcza swoją pozycję także zawodnikom „importowanym” z przedmieść Lagos czy Jaunde.

Równie ważny był wymiar polityczno-organizacyjny: Republika Południowej Afryki jako gospodarz miała dowieść, że jest sprawnym, nowoczesnym państwem zdolnym zagwarantować komfort i bezpieczeństwo wielkiej imprezy z udziałem setek tysięcy kibiców (nie wspominając już o działaczach czy piłkarskich gwiazdach), a przy okazji wypromować nowych idoli i wzmocnić przez to status futbolu jako globalnego sportu numer 1. Sprawujący pieczę nad rozgrywkami decydenci z FIFA (światowej federacji związków piłkarskich, będącej w gruncie rzeczy wielonarodowym koncernem z „imperialnymi” ambicjami) z pewnością postrzegali też afrykański mundial jako inwestycję w przyszłość drugiego pod względem liczby ludności kontynentu. Ale te kategorie strategii i kalkulacji zysków nie miały większego znaczenia dla niezliczonych rzesz miłośników futbolu, dla których przede wszystkim liczył się festyn piłkarskich umiejętności i konfrontacja „myśli taktycznej” z różnych zakątków świata. Innymi słowy: kibice czekali na wielkie gry.

Trzeba przyznać, że choć podczas mistrzostw w RPA nie zabrakło meczy zagranych przeraźliwie asekurancko (ich oglądanie mogło wywoływać alergię na futbol nie tylko u koneserów), to generalnie piłkarskie igrzyska 2010 roku nie zawiodły, a emocjami i dramaturgią niektórych spotkań można by obdzielić niejeden ligowy sezon (wrodzona delikatność powstrzymuje mnie przed wymienieniem przykładu takiej ligi). Oczywiście, w wielu krajach, którym się nie powiodło, pozostało poczucie goryczy, szczególnie tam, gdzie głód sukcesu podsycali politycy, próbujący odwrócić uwagę od bieżących problemów bądź usiłujący zdyskontować ewentualny sukces sportowy w walce o elektorat. Jaskrawych przykładów dostarczyły pod tym względem Francja i Nigeria, którym nie udało się w ogóle wyjść z początkowej fazy mistrzostw. Nigeryjczycy wdali się później w spór z FIFA, usiłując zakazać występów własnej reprezentacji, dopóki nie poprawi ona gry, zaś światowe władze piłkarskie nie lubią takich ingerencji władz państwowych w sprawy futbolu. Z kolei we Francji członkowie rządu zarzucili piłkarzom kompletny brak patriotyzmu.

Z punktu widzenia futbolowych możnowładców mistrzostwa okazały się jednak pełnym sukcesem. W zasadzie wszystko odbyło się bez większych zakłóceń, a na rynkach medialnych odnotowano imponujące wyniki oglądalności: ponad 25 miliardów widzów od 11 czerwca (inauguracyjny mecz RPA z Meksykiem) do 11 lipca (finał Hiszpania – Niemcy), co musiało wprawić w zachwyt księgowych FIFA. Pewnym problemem dla władz piłkarskich było szwankujące sędziowanie. Do annałów historii sportu przejdą prawidłowo strzelone bramki, których sędziowie nie uznali (na przykład w meczu Anglia – Niemcy), czy odwrotnie – uznane gole, które padły na skutek ewidentnego naruszenia przepisów (na przykład w meczach Brazylii z Chile czy Argentyny z Meksykiem). Dyskusje o wykorzystaniu powtórek wideo w przypadku kompromitujących decyzji arbitrów nieprędko się chyba zakończą, gdyż trwałe wprowadzenie takich rozwiązań byłoby bardzo kosztowne, a federacje piłkarskie – jak większość przedsiębiorstw – chętniej myślą o wpływach niż o wydatkach. Ale przynajmniej poważnie zaczęto o tym mówić.

A co zmieniły mistrzostwa z RPA w układzie sił światowego futbolu? W zasadzie zwyciężyli faworyci (Hiszpania), łamiąc niepisaną regułę, że europejskie reprezentacje nie wygrywają w turniejach poza Europą. Bez sensacji jednak się nie obyło. Z kretesem przepadli giganci, tacy jak Włosi i wspomniani wyżej Francuzi (poprzedni mistrzowie i wicemistrzowie świata), co trochę przedwcześnie wywołało komentarze o zmierzchu europejskiego futbolu. Afryka nie zabłysła, tak jak by sobie tego życzyli jej kibice; potentaci południowoamerykańscy (Brazylia i Argentyna) też wypadli poniżej oczekiwań. Ciekawe, że wśród czterech półfinalistów znalazły się aż trzy drużyny z przeżywającej ostry kryzys strefy euro (oprócz Hiszpanii – Holandia i Niemcy; do półfinału zakwalifikował się również Urugwaj, którego napastnik Diego Forlan został uznany najlepszym piłkarzem turnieju), co przynajmniej części kibiców w Bawarii czy Andaluzji przyniosło odrobinę wytchnienia od doniesień o nadchodzącej apokalipsie finansowej.

Ani piłkarski festyn w RPA, ani zwyczajowy letni spadek aktywności mediów (zwany w branży „sezonem ogórkowym”) nie pozwoliły jednak odwrócić uwagi od skutków politycznych izraelskiego abordażu na konwój statków z pomocą humanitarną, usiłujący przełamać blokadę morską strefy Gazy. Do tego incydentu doszło 31 maja, kiedy to na pokładzie jednostki „Mavi Marmara” izraelscy komandosi otworzyli ogień do płynących nią propalestyńskich działaczy. Zginęło 9 osób (wszyscy byli obywatelami Turcji) i choć strona izraelska utrzymywała, że żołnierze zostali najpierw zaatakowani przez uczestników rejsu, to materiały filmowe nagrane podczas abordażu nie przedstawiały go w najlepszym świetle, zwłaszcza że wszystko odbyło się na wodach międzynarodowych. Antyizraelskie protesty przybrały bodaj najostrzejsze formy w Turcji, której rząd wyraźnie zmienia kurs w polityce regionalnej i odchodzi od dotychczasowej współpracy z Izraelczykami. W jakiejś mierze jest to element szerszej politycznej rozgrywki o przyszłość Bliskiego Wschodu, ale rząd premiera Netanjahu ma się czym niepokoić. Lista jego sprzymierzeńców coraz szybciej się kurczy. Ostrej krytyki nie szczędzili mu w ostatnich tygodniach sojusznicy z Waszyngtonu czy Londynu. W tym świetle izraelska decyzja o złagodzeniu blokady Gazy wydaje się znacząca, tak jak wyrażona na początku sierpnia zgoda na dochodzenie w sprawie incydentu z „Mavi Marmara”, prowadzone pod auspicjami ONZ. Choć dla sympatyków sprawy palestyńskiej to zaledwie nieśmiały początek…

5 sierpnia 2010

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata