70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

***

Jak się układają słowa? Skąd się bierze ich porządek? Miejsce w zdaniu, nieodwołalnie to właśnie miejsce albo do wyboru kilka miejsc, w każdym inny tryb przywołania znaczeń, inny nieco efekt, inny pomost ku kolejnej refleksji.

GDZIE ONI SĄ…

Pewna nauczycielka historii – podpisując się jak należy, imieniem i nazwiskiem – rzuciła mi w twarz poważny zarzut: jej zdaniem z jakiegoś mojego tekstu wynika, że nie szanuję człowieka – rozumiem, że chodzi jej o człowieka jako takiego, nie o żadną konkretną osobę.

Sprowokowałam ten zarzut argumentem, że na Wawelu nie umieszczono czegoś, czego wypadałoby się wstydzić: w sarkofagu spoczęły ciała dwojga ludzi.

„Coś”, czego należałoby się wstydzić, to w moim mniemaniu na przykład wątpliwe dzieło sztuki albo fałszywy panegiryk. Ale problem istnieje.

Pani, która do mnie napisała, zgorszyła się tym, że – jak to odczytała – ja uważam, że w trumnie zamykamy „coś”, a przecież to nie coś – nie jakąś rzecz – lecz kogoś, człowieka, staramy się godnie pochować. Niby tak – a jednak niepokoi ten człowiek, osoba w trumnie, w ziemi.

Od dawna myślę nad tym, jak to właściwie jest. Przyglądam się granicy między „ktoś”, a „coś” w świetle własnego doświadczenia towarzyszenia umierającym i coraz częstszego wspominania bliskich ludzi nad ich grobami.

To są ich groby, do nich należą (choć prawnie dysponują tymi miejscami spadkobiercy). Zupełnie naturalne zjawisko – mówi się, że idziemy na cmentarz do nich, aby ich odwiedzić… Mówimy nowym odwiedzającym, mówimy dzieciom, że dziadkowie tu leżą, tu spoczywają, więc tu przynosimy im prezenty – kwiaty i znicze; dzieci układają na grobie krzyżyki i serduszka z kasztanów.

Mówimy tak, poruszając się, jak potrafimy, w domenie rzeczy mglistych (nieprzypadkowo przywołuję tu tytuł tej książki Joanny Tokarskiej-Bakir). Potrzebujemy mgły wokół naszej śmiertelności. We mgle język działa, informuje o faktach, do których wypowiedź się odnosi, lecz zarazem pozwala jakby pomijać inne istotne fakty, o które spyta dziecko: „Babcia tu leży, w dziurze pod ziemią? Jest tam, pod kamienną płytą, na której się dla niej kładzie kwiatki?”.

Obraz, który tylko przejściowo zaciera i łagodzi mgła, trzeba wymienić na inny: „Mała wnuczko, babcia jest w innym świecie, z Panem Bogiem albo po prostu w innym, gdzie jest dobrze. Tam babcia żyje i pamięta o tobie. Na cmentarzu jest tylko jej grób”.

A w grobie? Nie ona, tylko ciało stające się popiołem, ziemią… Grób jest grobem babci, ciało w tym grobie było jej ciałem. Ale to, co w grobie, nie jest teraz tym kimś, kogo pamiętasz, kogo kochałaś i dalej kochasz.

Wytyczając we mgle jakąś ścieżkę, powiem, że grób (a także trumna czy urna) należy do kogoś; temu komuś winni jesteśmy pożegnanie, szacunek i opiekę nad tym, co pozostawił – bo na pewien czas zostało przy nas ciało, mniej lub bardziej takie jak za życia, ciało kochane jako ciało tego kogoś albo jako ten ktoś, bo człowiek człowiekowi jest dany jako żyjące ciało.

A to samo ciało – w ziemi? W umieraniu jest tym człowiekiem, ten człowiek jest ciałem zbliżającym się ku śmierci.

Czy więc jest tak jak w wierszu Herberta Pan Cogito obserwuje zmarłego przyjaciela (1974): wystarcza kilka chwil, tyle, co na wypalenie papierosa (może nie do końca) i na łóżku szpitalnym już nie leży ktoś, kto tu cierpiał, lecz coś, to, co zostało po jego śmierci, szczątek.

Moje doświadczenie towarzyszenia umieraniu nie bez reszty potwierdza tę wizję. Wydaje się, że po ustaniu znaków życia jeszcze trwa umieranie, jakby jeszcze nie było nieodwołalne – jak długo? Bywa różnie, postrzeganie umierania zależy od jego fizjologii, odmiennej w zależności od przyczyny, od tego, co sprawiło, że dalsze życie przestało być możliwe i ustało: nie ma już całości, może jeszcze trwać pozór, ale już nie ma tu tego kogoś, kto zmarł. Jeśli on trwa, to inaczej, poza tym umarłym ciałem.

Ciału należy się pożegnanie i szacunek, zakładający dystans i dyskrecję. Zabiegi wokół ciała zmarłego są intymne, nie na pokaz. Ciało powinno zostać ukryte, pochowane: ma zniknąć w ziemi, stać się prochem, co zapewnia także kremacja.

Bliscy mają prawo wiedzieć, gdzie odbywa się dalsze znikanie ciała, co uczyniono z prochami. Nagrobek jest pieczęcią na zniknięciu ciała, śmiertelnego, skazanego na rozpad, chociaż póki trwa życie, ciało jest tak wspaniałą, tak znamienitą, tak cenną całością. Człowiek jest swoim ciałem żywym; nie jest jego szczątkami.

W społeczeństwie mieszanym światopoglądowo, w którym w tych samych podmiotach trwają obok siebie pomieszane różne wizje człowieka i jego rzeczy ostatecznych, zapotrzebowanie na mgłę jest i pozostanie silne. Z zawirowania obrazów – które w historii kultury nie jest nowym, lecz odwiecznym zjawiskiem, trzeba wybrać to, co najlepiej zgadza się z nieprzypadkowym kierunkiem, jaki nadajemy życiu.

Zgodnie z tym, dla siebie i od siebie powiem, że grób należy do kogoś, kogo upamiętnia, czyje okrywa szczątki: czegoś, co współbyło z tym kimś, nam wiadomym, albo po prostu z jakimś człowiekiem. Teraz ciało stało się czymś, co powraca do ziemi, czyniąc ją świętą, wyłączoną spod wszelkiej uprawy, choć nie na zawsze, chyba że tego życzą sobie potomkowie.

Ci, za którymi tęsknimy, nie mieszkają na cmentarzu, chociaż jest on miejscem naszej pamięci o nich. Czasem tak intensywnej, że przeżywamy ich obecność. Chcemy ucałować ziemię pełną ich prochów, ale oni są raczej obok albo przed nami, prowadzą.

Rozumiem teraz, że można tęsknić za czyimś grobem. Tak chciałam znaleźć się blisko przy grobie Jana Pawła II, wiedząc przecież z całą pewnością, że on nie tam, wierząc, gdzie jest naprawdę.

*

Nie potrafię powiedzieć, w co konkretnie wierzę, na co mam nadzieję, mówiąc, że wierzę „w ciała zmartwychwstanie, żywot wieczny”! Gdy wypowiadam słowo „amen”, proszę, aby tak się stało: chcę żyć wiecznie, tak, aby Bóg był wszystkim. Nie wiem, co to oznacza, wierzę obietnicy, że oznacza szczęście, podobne do wszystkich znanych rodzajów szczęścia naraz, a więc życie całkowicie inne, nie do wyobrażenia. I jeszcze to, że w niepojęty sposób ma w tym uczestniczyć od nowa powołana moja cielesność. Moje ciało znów ma być moim, mam nim być. Oczywiście nie mam pojęcia, co to znaczy, nie wiem nic. Mogę teraz jedynie zaufać, że skoro taka jest niepojęta obietnica, to mogę tylko powiedzieć: chcę zmartwychwstać, bo chcesz tego dla mnie. Zmartwychwstanie to jest odpowiedź Boga na moje pragnienie, by nie umierać, by nie umierali ludzie, a nawet więcej – by nie umierał, nie przemijał nasz świat, by w nowej postaci żył z Boga, będącego wreszcie jawnie i w pełni wszystkim dla wszystkich (1 Kor 15,26–28).

WCALE NIE BYŁ TO KARNAWAŁ

Sierpień. Początek sierpnia. Rocznica początku „S”, świeższa niż rocznice z powstania warszawskiego. Przy tej okazji znów mnie złość będzie ogarniać, gdy różne osoby będą wspominać „karnawał Solidarności”.

Jeszcze im ktoś uwierzy, że to naprawdę były tańce, jakaś swawola na wulkanie, że żyliśmy z niezmąconym złudzeniem.

Ja wiem, że u nas, to znaczy w Nowej Hucie, w kombinacie otrząsającym się spod „imienia Lenina”, nie było zabawy. Hutnicy wzięli się do tego poważnie, nie chcąc pozostać w tyle za kuzynami stoczniowcami: skoro tamci widzą szansę i już na nią postawili – my też. My też – czując powagę tego, na co się porywamy. W pierwszych dniach nie za bardzo ufając sobie nawzajem, potem z biegiem wydarzeń coraz bardziej. Jednym ze źródeł radości była ta możność i wręcz imperatyw zaufania. Zaczęliśmy organizować się jak na swoim, czuć jakąś swoją siłę, więc i godność, na serio.

Cóż tu z karnawału? Odpowiedzialność i praca organizacyjna, ciężka, 24-godzinna usilna praca myślowa, w tle niepewność, co będzie jutro, za kilka dni.

Czy nie przesadzam z tą ufnością? Oczywiście były i podejrzenia i ludzie, których trzeba było z zaufania wyłączyć. Ale atmosfera zaufania trwała. Przynajmniej tam, gdzie „S” rosła w naturalnym dla niej środowisku wielkich pieców, wielkich maszyn, wielkiej roboty.

No, przyznaję. Ten początek to jednak było święto, coś uzyskaliśmy, coś odzyskiwaliśmy w miarę rozwoju przedsięwzięcia. Święto! Ale bez wysypiania się. Zmiany szły swoim rytmem, a kadra była potrzebna od 5.30 rano do nocy i po krótkiej nocy.

Byłam tego świadkiem i uczestniczką. Nie przeszkadzało mi, że nie umiem tańczyć. Ważne było, że na maszynie szybko piszę i pomogę ustalić, co i jak napisać. Ktoś z kolegów z prezydium KRH powiedział mi: „Nie myślałem, że to taka ciężka praca przy tym biureczku. Już by się chciało na koksowni odpocząć”. Więc proszę, nie mówmy o karnawale „S”. To była Komisja Robotnicza Hutników z przywiezionym potem z Gdańska dodatkiem NSZZ „S”.

Nie obchodzimy rocznicy chocholego tańca, lecz wspomnienie chwili, w której idea NSZZ – niezależnego, samorządnego związku zawodowego – przyniosła poczucie godności i odpowiedzialności za siebie i za innych. Serdecznie was wspominam, Koledzy, i dziękuję.

NIE MA JUŻ SOSNY

Najpierw myślę, że wzrok znów bardziej mnie zawodzi, bo wciąż nie widzę jej w perspektywie dobrze znanej ścieżki na zachód, prowadzącej pod górę, wzdłuż zagajników, obok pola kwitnącej gryki.

Zapach i białość pola – zachwycają jak zawsze. Ale brakuje znaku, że trzeba dojść przynajmniej dotąd. Ta samotna stara sosna, niska, rozłożysta, rosła na samym skraju pola, wśród stosu głazów obrośniętych malinami i polną różą. Sypała szyszkami na ścieżkę. Liczyłam na nią, na skromne dary – szyszki, motyl na niskiej gałęzi, dotyk żywicznej kory, widok rozrastającej się coraz szerzej niskiej korony, osłaniającej głazy jak ptak na gnieździe. Ile tam pod nią było norek, mrowisk i dziur trzmieli!

Ale już nie ma całego tego światka.

Muszę zapamiętać tę sosnę, czuję po mniej prawdziwą żałobę. Czy można liczyć, że powróci tam, gdzie mają powrócić do nas wszyscy niezapomniani? Chcę wierzyć, że z tego świata zabierzemy przynajmniej to, co nam tu okazało swoją istotę. Może nie sosnę, ale sosnowość, iglastość, rozłożystość, płodność – gdybyśmy nie przeszkadzali, cały las wyrósłby z jej szyszek.

*

Bywa, że żałoba rodzi gniew, żal: to nie piorun ani leśny pożar odebrały mi sosnę przy ścieżce. To jakiś właściciel, uznający się za absolutnego pana tego, co nie może bez reszty należeć do jednego człowieka. Ktoś, kto nie jest ogrodnikiem powierzonej ziemi. To chciwiec, któremu chce się gryki z tych może 10 metrów odciętych z miedzy. Nie uwierzę, że ścinania takich drzew przy naszych polach naprawdę wymaga Unia Europejska. Jeśli tak głoszą instrukcje, to ktoś jest źle poinformowany. Człowiek, który toleruje stare drzewo albo krzak czeremchy, nie wyłudza dotacji. Przecież chroni w ten sposób środowisko i urodę swojej Ziemi.

Przy okazji, gdy spotkam Europę w lesie Ruysbroecka pod Brukselą – ten las ocalił przed developerami ów święty swoją płomienną modlitwą, która dotąd działa – spytam ją, co to ma znaczyć.

Dotąd nie ocaliłam ani jednaj czeremchy, ani jednej sosny. Trzeba się bardziej starać.

*

A więc:

Petycja w sprawie drzew na polach i miedzach: Do panów, właścicieli i dzierżawców pól. Zanim zetniecie i wykarczujecie drzewo, pomyślcie: może ktoś je kocha, komuś jest potrzebne. Nie tylko ptakom. Może nie warto takim kosztem zarabiać paru złotych? Chyba nie chcesz umniejszać piękna Ziemi i swojej ojcowizny? Może to się nie opłaca?

– Podpisz, dodaj komentarz, prześlij komuś!

PISANIE

Jak się układają słowa? Skąd się bierze ich porządek? Miejsce w zdaniu, nieodwołalnie to właśnie miejsce albo do wyboru kilka miejsc, w każdym inny tryb przywołania znaczeń, inny nieco efekt, inny pomost ku kolejnej refleksji.

Świadomość kadencji słów w zdaniu zawdzięczam szkole, chociaż, jak mi się wydaje, zawsze czułam potrzebę pisania tak, żeby w tekście biegł prąd. Próby pisania wierszy to zupełnie co innego. Chciałam tego prądu, pisząc wypracowania szkolne, nawet klasówki.

Zaistnieniu prądu sprzyjała emocja, przejęcie tematem, obrazem przywołanym przez temat. Tak na egzaminie wstępnym do powojennego gimnazjum (1945) pisałam na temat „Wojna to nieszczęście”. To nieszczęście jeszcze wtedy trwało, ale my w Toruniu byliśmy za frontem.

Właściwie nie dziwię się, że egzaminator polonista był pewny, że skądś to przepisałam. Tylko skąd?

Mimo słusznej rady polonistki z warszawskiej podstawówki – „czytaj raczej Prusa!” – długo jeszcze czytałam przede wszystkim Żeromskiego. To jego teksty dawały mi czucie prądu. Ale Prusa też.

Świadomość, o co chodzi, co to za zjawisko, dały mi późniejsze lekcje łaciny. Pełne, szerokie, poniekąd ekstremalne doświadczenie zjawiska – i jego analityczne ujęcie. Cieszyłam się tym jak namiętny pająk dowiadujący się czegoś więcej o snuciu pajęczyny.

Potem Conrad i Graham Greene po angielsku. Ten język daje specjalne, szczególne odczucie, czym jest proza, inna niż francuskie zakrętasy i werble przecież niedorównujące łacinie. Nie należy śmiać się z „Gallia est omnis divisa…”, bo jest to zdanie, które ustanawia coś w ośrodku mowy, mowy takiej, która ma wryć się w pamięć, być miarą oddechu i bicia serca.

*

Przyszedł czas, gdy zaczęłam się wstydzić kadencji. Bo kojarzą się z patosem. Że poddając się prądowi – deklamuję, chociaż chcę szeptać do ucha czy pomrukiwać nad kubkiem kawy. Tę prywatność też chcę zapisać. To jest trudne. Muszę wyłączyć funkcję uładzania, zmienić rytm unoszący treści. Dążę do tego wbrew przywiązaniu do porządnego rytmu.

Zasada, że każde słowo powinno znaleźć swoje miejsce w mozaice, takie miejsce, z którego nie może wypaść… Ta zasada, bardziej sama w sobie ogólna, zrosła się dla mnie z potrzebą zachowania rytmu. Pewnie za bardzo to utożsamiam. Dwie gry, dwie sieci, prąd – rytm, oddziaływanie sąsiedztwa słów na przekaz znaczeń – to jednak dwa różne przedsięwzięcia.

*

W „Dwójce” sobotnia rozmowa o eseju Wirginii Woolf o chorowaniu, a też o eseju w ogóle.

Notuję spostrzeżenie, że esej bywa jakby rozmową, protokołem rozmowy wewnętrznej albo rozmowy z kimś, dla kogo powstaje tekst. Może zresztą niekoniecznie musi być pisany pod adresem, chyba wystarczy, że myślenie w nim zapisane jest współmyśleniem.

A drugi typ? Czy dobrze zrozumiałam, że esej to próba utrwalenia kolejnych zaprzątnięć, przepływania w poprzek napływających fal, zderzania się z treścią przywołaną przez własne albo cudze słowo? To zgadza się ze szkolną niby-wiedzą, co to jest „esej”. Czy kiedy się tak pisze, jak ja teraz, może powstaje właśnie „esej”?

To brzmi dumnie.

Przepraszam.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata