70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Belgia krok od przepaści

Kiedy upadał Mur Berliński, była Jugosławia powoli szykowała się do rozpadu i wojny. Rok po zjednoczeniu Niemiec wybuchła wojna w Chorwacji i Słowenii. Dwadzieścia lat później, gdy Unia Europejska coraz silniej się integruje, kraj, w którym mieści się jej stolica – Belgia – rozpada się. Czy jednak korozja Belgii może być uznana za paradoks i negację procesu konsolidacji europejskiej?

Wręcz odwrotnie, to raczej potwierdzenie tezy o rosnącej sile państw narodowych. Istniejąca od 180 lat Belgia państwem narodowym nie jest, a patriotyzm belgijski to pojęcie znane co najwyżej mieszkańcom Brukseli. Żeby zrozumieć przyczyny dzisiejszych sporów wewnątrzbelgijskich, trzeba się cofnąć do historii. Powstanie królestwa Belgii w 1830 roku w jakimś sensie było cudem i absurdem zarazem. Pomimo że teoretycznie już 40 lat wcześniej proklamowano na krótko Zjednoczone Stany Belgijskie (i dopiero od tej pory zaczęto się posługiwać nazwą Belgia), nowe państwo nie miało modelu, do którego mogłoby się odnieść. To nie była, jak na przykład w wypadku Polski, rekonstrukcja czegoś, co kiedyś – choć może nie w tej samej formie – istniało. Belgia jako samodzielne państwo była nową substancją, złożoną z dwóch odrębnych części składowych: bogatej, zamieszkałej przez lepiej wykształconych, frankojęzycznych mieszkańców Walonii i flamandzkojęzycznej, zacofanej gospodarczo Flandrii, której ze względu na język o wiele bliżej było Niderlandów. Tym, co je łączyło i co ostatecznie legło u podstaw zjednoczenia Belgii, był katolicyzm. Katoliccy Flamandowie nie wyobrażali sobie współistnienia z kalwinami z Holandii. Sprzyjała też powstaniu Belgii ówczesna sytuacja polityczna – taki kraj Europie w tamtym czasie był potrzebny (brytyjska zasada zachowania równowagi sił), bo osłabiał potęgę Niderlandów, a także Francji i Prus. Dewizą pierwszego króla z dynastii Sachsen-Coburg-Gotha, Leopolda I, było: „W jedności siła”. Jedność belgijska była i jest pojęciem iluzorycznym. Wzmacniały ją cztery czynniki: monarcha, religia katolicka, bogactwo państwa (zwłaszcza gdy skolonizowano Kongo) i ataki z zewnątrz.

Szybko jednak zaczęło dochodzić do kolizji, w sporej mierze wywołanych brakiem skutecznej polityki integracyjnej. Aż do połowy XX wieku Walonia była tą lepszą Belgią, bardziej wykształconą, bardziej uprzemysłowioną, zamożniejszą. Rolnicza Flandria była traktowana po macoszemu, w instytucjach państwowych dominowali Frankofoni, którzy niechętnie dopuszczali do wyższych stanowisk Flamandów, utrudniając im nawet edukację. Wraz z uprzemysłowieniem Flandrii sytuacja zaczęła się zmieniać. Do tego stopnia, że teraz to Flandria jest bogatszą i silniejszą częścią Belgii. I choć kolejne zmiany w prawie zmierzały ku równouprawnieniu obu części (w 1963 roku podzielono Belgię na trzy regiony: Flandrię, Walonię i Brukselę, a 30 lat później regiony te uzyskały jeszcze większą autonomię i Belgia stała się federacją), przepaść się pogłębiała.

Co dziś spaja Belgię? Nie są to tradycyjne atrybuty tożsamości narodowej: wspólny język, wspólna historia i kryterium etniczne. Jej premier Yves Leterme powiedział kiedyś, iż są to: król, piwo i drużyna piłkarska. Trzeba przy tym dodać, że coraz więcej Belgów jest zdania, iż po śmierci obecnego króla Alberta II Belgia powinna przestać być monarchią. Postępująca sekularyzacja państwa sprawiła, iż spoiwo, jakim była wspólna religia, straciło rację bytu. Dwa narody: flamandzki i waloński, są sobie coraz bardziej obce. Kiedy obserwuję dzisiejszą Belgię, nasuwa mi się porównanie z byłą Jugosławią. Tam podziały narodowościowe, religijne i kulturowe były zwalczane przez komunistyczne władze. Celem Tity było stworzenie Jugosławii, narodu jugosłowiańskiego i nowej religii titoizmu. W dużej mierze udało mu się – jeszcze teraz aż kilkanaście procent obywateli byłej Jugosławii (we wszystkich republikach) określa siebie samych jako Jugosłowian. I to pomimo że w historii wzajemnych relacji między narodami byłej Jugosławii jest nieporównywalnie więcej krwawych rozdziałów niż w relacjach flamandzko-walońskich. A ilu mieszkańców Belgii określa siebie jako Belgów? Też kilkanaście procent, przy czym w dużej mierze są to Belgowie pochodzenia marokańskiego. Po Belgii krąży zresztą dowcip. Rozmawia Flamand i Walon. Ustalają, że w razie rozpadu Belgii podzielą się i Flamandowie wezmą Flandrię, a Walonowie Walonię. A co zrobimy z Brukselą? Jak to, oddamy ją jej prawowitym mieszkańcom – Marokańczykom. Nic dziwnego, że to mieszkańcy Brukseli w największym stopniu podkreślają swoją belgijskość. Tylko tu można w oknach prywatnych budynków zobaczyć wywieszone flagi belgijskie. Im dalej się jedzie w głąb Flandrii, tym jest ich mniej. Paradoksalnie w stolicy zjednoczonej Europy integracji flamandzko-walońskiej niewiele sprzyja. Osobno istnieją uczelnie flamandzkie i frankofońskie, służba zdrowia jest podzielona, podobnie jak policja. Istnieją odrębne kanały telewizyjne i radiowe, a także gazety. Flamandowie i Walonowie nie integrują się ze sobą, a wymownym tego symbolem jest znikoma liczba małżeństw mieszanych. Według danych Belgijskiego Narodowego Instytutu Statystycznego zaledwie 1 procent wszystkich zawieranych w Belgii małżeństw to związki flamandzko-walońskie. I tu jest różnica między Belgią a byłą Jugosławią, gdzie wręcz prowadzono politykę sprzyjającą zawieraniu mieszanych małżeństw – najczęściej żenili się ze sobą Chorwaci i Serbowie, najrzadziej Serbowie i Albańczycy.

Po rozpadzie Jugosławii część lingwistów chorwackich skupiła się na wyszczególnianiu różnic pomiędzy serbskim a chorwackim. W przypadku Belgii mamy do czynienia z dwoma kompletnie odrębnymi językami, kwestia językowa stała się jedną z podstaw konfliktu. Choć teoretycznie flamandzki tak samo jak francuski jest językiem urzędowym, Flamandowie uważają, iż ich język jest dyskryminowany. W ramach akcji odwetowej wprowadzili w niektórych gminach, między innymi podbrukselskiej Vilvorde, obowiązek zdania egzaminu z tego języka dla chętnych do kupna nieruchomości. Nic więc dziwnego, że dla polityków flamandzkich odrębność językowa stała się hasłem sztandarowym i jednym z czołowych elementów rodzącej się tożsamości narodowej – flamandzkiej.

Jugosławia zaczęła się rozpadać w momencie, kiedy Niemcy się łączyły i kiedy po upadku Muru Berlińskiego zaczynała się rozpadać kurtyna dzieląca wschodnią i zachodnią Europę. Oczywiście trudno oba te fakty połączyć na zasadzie przyczynowo-skutkowej. Ale korozja Belgii nasilająca się wraz z zacieśnianiem więzów wewnątrzeuropejskich też jest znamienna. Bo czy fakt, iż w dobie integracji europejskiej nasilają się tendencje separatystyczne w krajach europejskich (przykład Hiszpanii) jest rzeczywiście paradoksem? Równolegle z procesem integracji europejskiej dokonuje się proces regionalizacji Europy. Jest to z jednej strony reakcja na promowaną przez Unię wizję Europy regionów, a z drugiej – strach przed zbyt mocną integracją. W większości krajów europejskich integracja nie oznacza zatem, przynajmniej na razie, roztopienia się indywidualnych bytów narodowościowych w jednej paneuropejskiej tożsamości. Czołowym europejskim federalistą, twórcą koncepcji Stanów Zjednoczonych Europy, jest były premier Belgii Guy Verhofstadt. W obliczu rozpadu Belgii jej mieszkańcy w większości nie definiują siebie jednak jako Europejczyków, lecz jako Flamandów lub Frankofonów. Nie mówiąc o tym, że mieszkańcy Belgii są bodaj największymi w Europie eurosceptykami.

Na koniec mam jeszcze jedno skojarzenie z Jugosławią. W latach 80. i 90. dużą popularnością cieszył się program satyryczny „Toplista surrealistów”. Jeden z odcinków poświęcony był budowie Muru Sarajewskiego, który – na wzór Berlińskiego – podzielił miasto na wschodnią i zachodnią część. Żart okazał się proroczy. Czy podobnie będzie z żartem telewizji belgijskiej (kanał frankojęzyczny), która cztery lata temu wyemitowała reportaż o rozpadzie Belgii i ucieczce rodziny królewskiej?

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata