70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Po wyborze prezydenta

Bronisław Komorowski został wybrany prezydentem RP w drugiej turze wyborów z przewagą ponad miliona głosów – uzyskał 53% poparcia. Wybory te nie zostały zatem rozstrzygnięte „o włos”, ale dość solidną większością.

Wielu komentatorów zwracało przy tym uwagę na dobry wynik Jarosława Kaczyńskiego. Rzeczywiście, uwzględniając sondaże z początku kampanii, końcowy wynik kandydata Prawa i Sprawiedliwości można uznać za naprawdę bardzo dobry. Co go spowodowało? Moim zdaniem, zasadniczą rolę odegrały tu dwa czynniki. Po pierwsze, rezygnacja z radykalnej, agresywnej retoryki znanej z poprzednich kampanii tego polityka. Taktyka wyborcza, firmowana przez Joannę Kluzik-Rostkowską i Pawła Poncyljusza, okazała się skuteczna. Jakaś część wyborców – jak sądzę, wcale niemała – uwierzyła w przemianę Jarosława Kaczyńskiego. Drugim czynnikiem działającym na korzyść kandydata PiS-u było zwyczajne ludzkie współczucie wobec człowieka ciężko doświadczonego przez los.

W poprzednich numerach „Znaku” wyrażałem nadzieję, że katastrofa smoleńska i stonowana kampania wyborcza mogą w sposób trwały odmienić styl uprawiania polityki w Polsce: znacznie zmniejszą poziom agresji, zniechęcą do ataków personalnych i traktowania przeciwników politycznych jak wrogów, kierujących się wyłącznie złymi intencjami. Niestety, te nadzieje się nie sprawdziły. Jest pewną regułą, że to czas kampanii wyborczej przynosi zaostrzenie walki politycznej. Tym razem było odwrotnie. Kampania prezydencka przebiegała stosunkowo spokojnie, a powrót do starych obyczajów nastąpił już po niej. Przede wszystkim za sprawą Jarosława Kaczyńskiego i tych polityków Prawa i Sprawiedliwości, którzy – z przyczyn taktycznych – na czas kampanii wyborczej zniknęli z mediów. Do powrotu złych politycznych obyczajów przyczynił się także Janusz Palikot. Platforma Obywatelska toleruje jego styl zachowania, co uważam za błąd, ale jednak go nie premiuje, o czym świadczy nieobecność Palikota w nowych władzach klubu parlamentarnego PO.

Najważniejszym zadaniem Bronisława Komorowskiego jest doprowadzenie do sytuacji, w której ogromna większość Polaków – bez względu na dzielące ich przekonania polityczne i ideowe – będzie o nim mówiła: „to nasz prezydent”. Innymi słowy: chodzi o zszywanie politycznie podzielonej Polski. Nie będzie to zadanie łatwe z powodu postawy demonstrowanej przez lidera głównej partii opozycyjnej – także w dniu zaprzysiężenia i inauguracji prezydentury Komorowskiego.

Pomimo to uważam, że nowy prezydent ma duże szanse, aby temu zadaniu podołać. Jest on politykiem doświadczonym, obdarzonym cechami charakteru, które go do tego predysponują. Należy do przedstawicieli tej części swego pokolenia, która w drugiej połowie lat 70. z przyczyn patriotycznych zaangażowała się w działalność opozycyjną, a później w Solidarność. Znam wielu ludzi z tego kręgu. Niestety, u części z nich dostrzegam dziś zgorzknienie, zapiekłość w historycznych już sporach, absolutyzowanie własnych racji i postaw, a także ostracyzm wobec politycznych spadkobierców PRL. Bronisław Komorowski jest inny. Odczuwa dumę z państwa, które współtworzył po roku 1989. Dobrze wie, jakie są jego własne korzenie, ale z szacunkiem odnosi się do ludzi innych orientacji politycznych; uznaje Polskę w całej jej złożoności. Jest pewnym paradoksem, że obecnie łatwiej mu znajdować zrozumienie u dawnych spadkobierców PRL niż u części ludzi dawnej Solidarności. Sądzę jednak, że znajdzie słowa i gesty, za pomocą których trafi do wielu z nich (zapewne ponad głowami ich dzisiejszych politycznych przywódców). Jego atutami są: autentyzm patriotycznej postawy, naturalność i zdolność słuchania.

Opór „obrońców krzyża” ustawionego przed Pałacem Prezydenckim przeciwko jego przeniesieniu zachęcił część środowisk lewicowych do podjęcia tematu laickości państwa i konieczności wyraźnego rozgraniczenia państwa i Kościoła. Złem miałby być sam fakt obecności symbolu religijnego przed budynkiem państwowym. Ta kwestia jest jednak, moim zdaniem, źle postawiona. Kilkaset metrów od Pałacu Namiestnikowskiego, na placu Józefa Piłsudskiego, gdzie odbywają się uroczystości państwowe, niedaleko Grobu Nieznanego Żołnierza, stoi duży krzyż upamiętniający pamiętną Mszę odprawioną w tym miejscu w 1979 roku przez Jana Pawła II. Nie słyszałem, aby on komuś przeszkadzał, choć na gruncie dogmatycznie i agresywnie pojmowanej laickości państwa można to sobie teoretycznie wyobrazić. Rzecz bowiem nie w tym, że w przestrzeni publicznej znajdują się symbole religijne. Są one częścią naszej kultury i naszej tożsamości. Obecny problem z krzyżem przed siedzibą prezydenta polega na tym, że – postawiony dla uczczenia smoleńskiej katastrofy w dniach narodowej żałoby – stał się teraz symbolicznym miejscem, w którym gromadzą się ludzie demonstrujący przede wszystkim swoją wrogość wobec innej części polskiego społeczeństwa i władz państwa, w tym przede wszystkim wobec zwycięzcy wyborów, którego traktują jak uzurpatora. Dzień 3 sierpnia, w którym podjęta została nieudana próba przeniesienia krzyża do kościoła św. Anny, pokazał, że za wrogów uznani zostali także duchowni; to oni – zgodnie z porozumieniem, którego stroną była również warszawska kuria – mieli procesjonalnie przenieść ów krzyż. Tak oto stała się rzecz najgorsza z możliwych: symbol Męki Pańskiej, który tak często w naszej historii łączył Polaków, tym razem używany jest jako znak podziału i wykorzystywany w celach rozgrywki politycznej.

Fanatyczne postawy politycznej sekty spod Pałacu Namiestnikowskiego zachęcają polskich naśladowców Zapatero, rozpaczliwie poszukujących politycznego wiatru w żagle, do antyreligijnej i antykościelnej ofensywy. Nie pierwszy raz w historii polityczne ekstremizmy przyciągają się i nawzajem pobudzają. Już kilkakrotnie w dziejach III RP usiłowano doprowadzić do „zimnej wojny” religijnej. Bezskutecznie. Niebezpieczeństwo jednak dalej istnieje. To przede wszystkim Kościół powinien być tego świadom.

8 sierpnia 2010

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter