70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Walczę z żywymi o prawa martwych

To, co robię w Bośni, to dla mnie nie praca, to misja. Cały dzień spędzam z martwymi, a po pracy po prostu brakuje mi sił i ochoty, żeby nawiązywać znajomości i przyjaźnie. Człowiek jest samotny, często, paradoksalnie, największe wsparcie psychiczne dostaje właśnie ze strony rodzin ofiar.

Urodzona w 1946 roku we Wrocławiu, antropolog, członek Amerykańskiej Akademii Nauk Sądowych. Tuż przed stanem wojennym wraz z mężem wyemigrowała do Islandii. Jedna z najwybitniejszych przedstawicielek antropologii sądowej na świecie. Od zakończenia wojny w Bośni i Hercegowinie pracuje przy ekshumacji i identyfikacji jej ofiar – na zlecenie, między innymi, Międzynarodowego Trybunału ds. Zbrodni Wojennych w Byłej Jugosławii z siedzibą w Hadze, International Commission on Missing Persons (ICMP), najpierw Bośniackiej, a potem Federacyjnej Komisji ds. Poszukiwania Zaginionych. Honorowa obywatelka Bośni i Hercegowiny, zgłoszona do pokojowej Nagrody Nobla. Bohaterka książki reportażu Wojciecha Tochmana Jakbyś kamień jadła. Skromna, szczupła, energiczna i uśmiechnięta – jej postać rozpoznaje każdy Bośniak, czy to w Sarajewie, czy w Tuzli, Visoko, Srebrenicy, Sanskim Moście czy Mostarze. Płynnie mówi po polsku, angielsku, islandzku i bośniacku, często nieświadomie zmieniając języki podczas dyskusji. Ewa Klonowski od piętnastu lat walczy o to, by odkopane i rozproszone szczątki pomordowanych w Bośni i Hercegowinie połączyć z pogrążonymi w smutku rodzinami ofiar. Kobieta symbol poświęcenia, oddania i zaangażowania w walkę o prawa tych, którzy sami walczyć nie mogą: prawa zamordowanych.

*

Skąd w Pani życiu wziął się w ogóle pomysł, by zająć się antropologią i jakie są źródła wręcz fascynacji kośćmi, która wiele lat później doprowadziła do Pani zaangażowania w Bośni i Hercegowinie?

Pamiętam, że jeszcze w liceum fascynowałam się archeologią śródziemnomorską. Jednak w tamtych czasach archeologii nie można było studiować w moim rodzinnym Wrocławiu, a jako „dziewczynka z dobrego domu” nie mogłam nawet myśleć o wyjeździe na uczelnię do innego miasta. Wybrałam więc antropologię jako najbliższą mojej ówczesnej pasji. Tuż przed rozpoczęciem studiów poznałam moją pierwszą wielką miłość: chłopca, który był wtedy na szóstym roku medycyny. Wiedział, że jako przyszła antropolożka będę musiała zaliczyć na studiach anatomię człowieka, podarował mi więc oryginalny, romantyczny prezent: męską czaszkę. Ustawiłam ją w moim małym pokoiku. Po jakimś czasie dołączyła do niej druga, a potem jeszcze inne; pamiętam, że zawsze miałam w pokoju jakieś kości; było to dla mnie tak naturalne jak to, że człowiek trzyma na półkach książki.

Kiedy studiowałam, a także kiedy zaczynałam pracę, metody antropologiczne nie były jeszcze zbyt skomplikowane. Tak naprawdę, antropologia sądowa (ang. forensic anthropology) zaczęła się rozwijać dopiero na przełomie lat 70. i 80. w Stanach Zjednoczonych. Stało się tak w konsekwencji wzrostu przestępczości: coraz częściej znajdywano szczątki ludzkie, których nie można było zidentyfikować. Tamtejsi naukowcy stworzyli nowe metody badawcze, które po pewnym czasie przyjęły się na całym świecie, a takich jak ja – którzy badają kości ofiar przestępstw, a podczas analizy przypadków kryminalnych stosują metody antropologiczne – zaczęto określać mianem antropologów medycyny sądowej.

Jak doszło od Pani nieplanowanej przeprowadzki do Rejkiawiku?

Na chwilę przed ogłoszeniem stanu wojennego wyjechaliśmy do Austrii na narty. Po zamknięciu granic nie zdecydowaliśmy się na powrót – nie chciałam wracać do takiej Polski. Islandia zgodziła się wtedy przyjąć grupę polskich emigrantów, przede wszystkim z wykształceniem rolniczym i medycznym. Mój mąż skończył akademię rolniczą, więc ze znalezieniem pracy dla niego nie było problemu.

Antropologia zajmuje się człowiekiem zdrowym, bada, jak wygląda i jak się zmienia w czasie i przestrzeni – jest więc związana z medycyną.

W Islandii okazało się, że osoby przeprowadzające ze mną wywiad w sprawie pracy nie miały o tym najmniejszego pojęcia! Tam istniała przede wszystkim antropologia społeczna. Pracy dla mnie nie było. Dopiero po pewnym czasie zatrudniono mnie w zakładzie medycyny sądowej przy Szpitalu Uniwersyteckim w Rejkiawiku. Przez pierwszy okres koncentrowałam się wyłącznie na pracy i zorganizowaniu nowego życia na emigracji, jednak po kilku latach wróciło zainteresowanie nauką.

Szczerze mówiąc, już w Polsce sama antropologia trochę mi się znudziła, coraz bardziej postrzegałam ją jako „sztukę dla sztuki”. Potem jednak wiele się zmieniło: Amerykanie wprowadzili nowe metody oceny wieku, wysokości ciała, płci… Zaczęłam się ponownie uczyć, jeździć na konferencje, a w połowie lat 90. dostałam stypendium Fulbrighta. Wiedziałam, że zdobytą wiedzę powinnam wykorzystać praktycznie, badając przypadki współczesne, nie zaś te odkopane przez archeologów. Właśnie w tym samym czasie w Bośni i Hercegowinie skończyła się wojna…

Zaczęła Pani wtedy zbierać materiał dowodowy na zlecenie Międzynarodowego Trybunału ds. Zbrodni Wojennych w Byłej Jugosławii. Jak wspomina Pani tamten okres? Czym różniła się praca dla Trybunału od późniejszych zadań wykonywanych na rzecz innych instytucji?

Wkrótce po zakończeniu walk Trybunał zakontraktował bostońską organizację Physicians for Human Rights, która miała przygotować grupę specjalistów pracujących przy ekshumacjach i zbieraniu materiału dowodowego. Amerykanie zadzwonili do mnie i już parę tygodni późnej znalazłam się w Bośni. Chciałam tam jechać, chciałam pomóc. Wcześniej, w czasie wojny, jako jednostka nic nie mogłam zrobić, wtedy natomiast – już tak.

Dla Trybunału pracowałam przez kilka miesięcy, od lata do listopada 1996 roku. W Bośni działały wtedy dwie ekipy: jedna w terenie, przy ekshumacjach, druga zaś w kostnicy, gdzie przeprowadzane były sekcje. Udało się nam zidentyfikować – my mówimy: „opracować” – szczątki z czterech masowych grobów ofiar masakry w rejonie Srebrenicy. Pierwszy z nich, we wsi Cerska, zawierał wyłącznie kości. Znajdował się przy samej drodze, ciała leżały na zboczu, były przykryte zaledwie cienką warstwą żwirkowatego piasku – i szybko się rozłożyły. To były moje pierwsze kości w Bośni: chłopcy i mężczyźni, w wieku od 14 do 80 lat. Drugi grób to Nova Kasaba: tam szczątki leżały w typowej dla Bośni glinianej ziemi – prawie nierozłożone. Musieliśmy zebrać fakty i udokumentować, dlaczego i w jaki sposób dana osoba zginęła. Przeglądaliśmy wszystko, żeby znaleźć przyczynę śmierci. Niektóre ciała miały w sobie ponad 20 kul, w jednym doliczyliśmy się aż 36 kul. Moim zadaniem było określenie płci zamordowanego, oszacowanie wieku, wysokości ciała oraz opisanie wszystkich cech widocznych na kościach, które mogły być pomocne w późniejszej identyfikacji: starych złamań, stanu uzębienia itd.

W moim idealizmie nie przyszło mi do głowy, że Trybunał nie zajmuje się identyfikacją zamordowanych, ale zbieraniem dowodów zbrodni. Zajęcie było szalenie ciekawe, męczyła mnie jednak świadomość, że przeglądamy ludzkie szczątki, nie robimy zaś nic, żeby rozpocząć lub ułatwić proces ich identyfikacji. Wtedy, w niecały rok po zakończeniu wojny, część ciał – z racji specyficznych warunków w niektórych grobach – była jeszcze całkiem świeża.

Pracowaliśmy w miasteczku Kalesija, w pustych halach fabryki tekstyliów. Przez całą szerokość budynku ciągnął się długi korytarz. Codziennie rano, przed rozpoczęciem pracy, wyciągaliśmy z kontenerów-chłodni torby ze szczątkami ludzkimi, tak zwane „body bags”, i otwieraliśmy je na chwilę, by ten koszmarny zapach ciał choć trochę się ulotnił. Czasami patrzyłam na te ciała, miały jeszcze kompletne twarze. Idealistycznie myślałam, że gdybym znała tych chłopców i mężczyzn, na pewno potrafiłabym ich rozpoznać. Zaczynaliśmy od fluoroskopii, za pomocą której szukaliśmy metalu, by lekarze wiedzieli, gdzie otwierać ciała i szukać kul. Potem zwłoki były przenoszone na stół, gdzie ściągano i opisywano odzież. Otwierałam ciała, wybierałam kości, na podstawie których miałam określić wiek, płeć i inne cechy ofiar. Kości trzeba było wygotować, by pozbyć się dodatkowych tkanek, czasami oskrobać.

Często, kiedy ściągaliśmy ubrania, znajdowaliśmy a to zdjęcie, a to dokumenty, a to inne osobiste przedmioty: pierścionki, pieniądze. Z tą wiedzą nic nie robiliśmy. Trybunał nie miał czasu, możliwości, potrzeby ani nawet ochoty, by informować rodziny ofiar, organizować natychmiastową identyfikację. Byłam tym rozczarowana. Przyjechałam, żeby pomóc, a tylko zbierałam dowody.

Pamiętam zdarzenie, które mnie załamało. Fabryka stała kilka metrów od drogi, otoczona płotem. Ze względu na okropny zapach pracowaliśmy przy otwartych drzwiach. Kości myliśmy i oglądaliśmy na zewnątrz, suszyliśmy na słońcu, również część odzieży przeglądaliśmy przed halą. Któregoś dnia zobaczyłam, że zza płotu obserwuje nas grupa kobiet, typowych bośniackich wieśniaczek. Liczyły na to, że rozpoznają męża, syna, a może ojca. Było to dla mnie bardzo przykre; wiedziałam, że nie mogę pomóc ani nawet z nimi porozmawiać. W końcu jeden z młodych Amerykanów, którzy nam pomagali, wybiegł z hali i z wielkim niezadowoleniem krzycząc „a sio!”, przepędził te kobiety. Następnego dnia, kiedy przyjechaliśmy rano do Kalesii, na części płotu oddzielającego fabrykę od ulicy i parkingu zawieszone były płachty, już nic nie można było zobaczyć z zewnątrz. Nie chciałam tak dłużej pracować.

Jasna szuka swoich dzieci

Wielokrotnie powtarzała Pani, że pracuje wyłącznie dla Boszniaków (których wcześniej nazywano również bośniackimi Muzułmanami – w odróżnieniu od Bośniaków, czyli wszystkich obywateli kraju, niezależnie od narodowości) – nie zaś dla Trybunału, Serbów czy Chorwatów. Czym podyktowane były te słowa?

Przed wojną byłam w Jugosławii tylko raz – w 1975 roku, przejazdem, w Lublanie. Rozpad tego kraju śledziliśmy w prasie i mediach. Pierwsza była Chorwacja: pamiętam kadry z ostrzelanego Dubrownika, człowiek myślał ze zgorszeniem, jak ci Serbowie tak mogą, to przecież takie piękne miasto. Kiedy wiosną 1992 roku zaczęła się wojna w Bośni, duże wrażenie zrobił na mnie widok kompletnie zniszczonych domów, uchodźców z tobołkami na wozach, całych rodzin z przerażająco smutnym i niepewnym wyrazem twarzy. Zawsze z obrzydzeniem patrzyłam na wystąpienia telewizyjne Radovana Karadżicia, denerwowała mnie jego pewność siebie i sposób, w jaki mówił. Pamiętam, jak w lutym 1994 roku, po tragedii na targu Markale w Sarajewie, kiedy wystrzelony przez bośniackich Serbów pocisk z moździerza zabił 144 osoby, ubrany w garnitur Karadżić, w uczesanych, gęstych lokach, sprawną angielszczyzną objaśniał, jak to Muzułmanie sami na siebie zrzucają bomby, obarczając winą Serbów. Dla kontrastu pokazywano też zmęczoną twarz pierwszego prezydenta Bośni i Hercegowiny Alii Izetbegovicia, który o wiele mniej elokwentnie mówił o zbrodni serbskiej. Solidaryzowałam się ze zrezygnowanym, ale bardziej prawdziwym Izetbegoviciem.

Pamiętam, jak przed upadkiem Srebrenicy w lipcu 1995 roku moje dzieci wyjechały na wakacje i zostałam sama w domu. Trzymałam kciuki za Boszniaków, żeby się obronili. Oczywiście, wtedy nie wiedziałam, co się tam naprawdę dzieje. Nie przyszło mi na myśl, że nie mieli się jak bronić. Po jakimś czasie pojawiły się pierwsze informacje o znalezionych masowych grobach z ciałami obrońców miasta. Dla mnie wojna w Bośni zawsze była tragedią, która dotknęła przede wszystkim Boszniaków. Podczas pracy na rzecz International Commission on Missing Persons oraz dla Bośniackiej Komisji ds. Poszukiwania Zaginionych spotykałam się z przedstawicielami wszystkich trzech stron konfliktu. Zarówno wtedy, jak i teraz bośniaccy Serbowie nie mieli i nie mają ani woli, ani siły politycznej, by przyznać się do popełnionych zbrodni. Szczególnie na początku nie mogłam się z tym pogodzić. Wytworzyło to we mnie niechęć do pracowania ze stroną serbską. Z kolei Chorwaci, niestety, zawsze wydawali mi się dwulicowi: głośno mówili o swoich ofiarach i cierpieniach, jednak milczeniem pomijali fakt, że oni również w pewnym momencie wojny zaatakowali Boszniaków.

Z rodzinami ofiar wojny w Bośni spotykała się Pani przez lata. Dzięki takiej postawie – pełnej współczucia i zrozumienia – Boszniacy Panią pokochali. W książce Jakbyś kamień jadła Wojciech Tochman opisał specyficzną więź, która zawiązała się pomiędzy Panią a Boszniaczkami takimi jak Mejra Dautović, której córki i syna ciała udało się Pani odnaleźć i zidentyfikować. Pełna poświęcenia sprawdzała Pani każdy ślad, by pomóc Jasnie Ploskić z Hercegowiny, gwałconej i męczonej w czasie wojny, odnaleźć dwójkę zaginionych dzieci. W jaki sposób wpływa na Panią kontakt ze zranionymi i pełnymi bólu kobietami?

Z Mejrą wciąż utrzymuję kontakt, można to nazwać pewnego rodzaju przyjaźnią. Ale wobec matek i kobiet, które straciły najbliższych, często nie wiem, jak powinnam się zachować. Kiedy wyciągam kości, a potem pracuję nad ich identyfikacją, to jakoś to przechodzi, nie zastanawiam się nad tym – jest to w końcu moja praca.

Ale potem przychodzą zupełnie niespodziewane momenty… Pierwszy moment refleksji nad tym zdarzył się chyba jesienią 1998 roku, pracowałam wtedy sama w ogromnej hali w Sanskim Moście. Złożyłam kości z kilku pojedynczych mogił i z kilku mniejszych, cztero- lub pięcioosobowych grobów. Szczególnie dobrze pamiętam kości pięciu mężczyzn, zamordowanych i wrzuconych do studni. Ich składanie było łatwe, ponieważ każdy z nich był inny: jeden bardzo młody, drugi starszy, a trzeci z kolei – bardzo wysoki. Dosyć szybko się z tym uporałam. Po kilkunastu dniach, rankiem, zobaczyłam w hali, że w moją stronę idzie młody mężczyzna, wyciąga rękę i mówi coś w stylu: „Thank you for helping in identification of my father, lady. Thank you, lady”. Ja się zupełnie zagubiłam, byłam bardzo wzruszona. Nie byłam przyzwyczajona, że ktoś mi dziękuje, w dodatku po angielsku.

Rok później, chyba w kwietniu 1999 roku, już pod koniec identyfikacji w Sanskim Moście, pracowałam nad kośćmi z masowego grobu w jaskini Hrastova glavica. Pięć kobiet stało nad zidentyfikowanymi szczątkami, obejmowało się i cicho płakało. Przywołały mnie i objęły. Poczułam, że płaczę wraz z nimi.

To są właśnie takie momenty, kiedy człowiek zdaje sobie sprawę, jak bardzo bliski może się stać dla niego drugi człowiek. Bo same ekshumacje wyglądają zazwyczaj jak modna wycieczka: świeci słońce, przyjeżdżają ważne osobistości, jest mnóstwo dziennikarzy i kamer. O ofiarach mało kto pamięta. Dopiero potem, już w hali, kiedy siedzę z kośćmi sama, następuje wyciszenie.

A na koniec wszystkiego przychodzi moment identyfikacji, jeszcze bez testów DNA. Przy tych czynnościach jestem obecna od lat. Ludzie oglądają odzież, kości, buty, rękawiczki, jakieś rzeczy osobiste. I czasem słyszę, że ktoś płacze. Jak mam się wtedy zachować, nie wiem. Rodziny ofiar często podchodzą do mnie, ściskają, całują, dziękują za pomoc w rozpoznaniu. Jestem wtedy zagubiona, nie potrafię opisać tego uczucia. Ponieważ zawsze pracowałam z miejscowymi, mówię po bośniacku i przez rodziny jestem zazwyczaj odbierana jako „swój człowiek” – osoba, z którą można porozmawiać, wokół której nie rozpościera się aura nieprzystępnego członka international staff. Ludzie wyrzucają przy mnie z siebie swoje historie, które następnie zostają głęboko we mnie, w moim sercu. Myślę, że jednocześnie jestem biedniejsza – bo znam te historie i głęboko mnie one bolą – i bogatsza, bo udaje mi się wejść w porozumienie z tymi ludźmi, zbliżyć się do nich.

To, co robię w Bośni, to dla mnie nie praca, to misja. Cały dzień spędzam z martwymi, a po pracy po prostu brakuje mi sił i ochoty, żeby nawiązywać znajomości i przyjaźnie. Człowiek jest samotny, często, paradoksalnie, największe wsparcie psychiczne dostaje właśnie ze strony rodzin ofiar.

Jasna już od kilkunastu lat pracuje dla Bośniackiej Komisji ds. Poszukiwania Zaginionych. Wciąż nie odnalazła swoich dzieci. Latami ich szukaliśmy, nie udało się. Nie potrafię odgadnąć, co się kryje w jej duszy. Często, kiedy akurat pracuję w Mostarze, spędzamy czas wspólnie – wychodzimy na kawę, porozmawiać. Jasna się śmieje, spotyka z ludźmi, jest ładna i zadbana. Dwa lata temu odwiedzili mnie w Bośni mąż, córka i wnuczek, który wtedy miał rok. Jechaliśmy nad morze przez Mostar, miałam umówione spotkanie w kancelarii Komisji – jej pracownikom dawno już obiecałam, że poznają mojego małego wnuczka, Gabriela. Mały zachwycił panie z biura. Jasna też przyszła, jednak po paru minutach wykpiła się obowiązkami i uciekła. Myślę, że nie miała siły, żeby patrzeć na małe dziecko. Jej córka była troszeczkę młodsza od mojego wnuczka, kiedy zginęła.

Pracując w okolicach Mostaru, każdy z nas po cichu liczył: a nuż w następnym grobie, w następnej jaskini odnajdziemy dzieci Jasny? W jednej z jaskiń po górą Veleż znaleźliśmy nawet kości pięćdziesięciu sześciu osób pochodzące z czasów drugiej wojny światowej. Od razu rozpoznaliśmy chorwackie i niemieckie „nieśmiertelniki”, wokół kości nie było ani jednego kawałka odzieży, zachowały się tylko resztki butów wojskowych.

Pochodzi Pani z rodziny katyńskiej. Czy ta świadomość i doświadczenie utraty bliskich wpłynęły w jakiś sposób na decyzję o podjęciu pracy przy ekshumacjach i identyfikacji?

Pamiętam, że pierwszy raz zadał mi to pytanie ktoś z Trybunału, jeszcze w 1996 roku. Z powodu awarii fluoroskopu podczas prac w hali dostaliśmy kilka dni wolnego, ale ponieważ uważałam, że nie po to przyjechałam do Bośni, żeby nic nie robić, zgłosiłam się na ochotnika do ekshumacji grobu we wsi Pilica. Któregoś dnia rozmawialiśmy z innymi o Katyniu. Byłam wtedy zaskoczona pytaniem, czy zgłosiłam się do Bośni z powodów osobistych. Powiedziałam, że nie, że nigdy o tym w ten sposób nie myślałam. Antropologia sądowa to mój zawód, wybrany ze względu na fascynację kośćmi. Tego wyboru nie wiązałam ze stratą bliskich – dziadka oraz jego brata – choć Katyń był zawsze, od dzieciństwa, obecny w moim życiu. Kiedy razem z babcią i tatą przychodziliśmy na cmentarz, zapalaliśmy dodatkową świeczkę, właśnie za dziadka, którego grobu nie było. Do dzisiaj, kiedy jestem w nowym miejscu, gdzie jest kościół – nie musi być katolicki – zawsze palę dwie świeczki: jedną za mojego tatę, drugą za tych wszystkich innych, także za mojego dziadka.

Mój dziadek przed wojną mieszkał w Grudziądzu, był nauczycielem. Na krótko przed wybuchem wojny dostał wezwanie do wojska. Mój tata właśnie wtedy kończył osiemnasty rok życia i wyjeżdżał na studia do Krakowa. Razem pojechali do Warszawy. Tam widzieli się ostatni raz, wtedy to dziadek dał ojcu pierścionek, który ja noszę do dziś. Podobno już wcześniej miał jakieś złe przeczucia. W Wigilię 1938 roku strasznie płakał i powiedział, że to są ich ostatnie święta z całą rodziną. Rok później wylądował na froncie wschodnim, przysłał pocztówkę z Kozielska. Potem pocztówki przestały przychodzić, a gdy w 1943 roku Niemcy opublikowali listy katyńskie, nazwisko dziadka widniało pod numerem 2828. Został zidentyfikowany na podstawie rzeczy osobistych, miał przy sobie pocztówkę od babci.

Z ojcem, zresztą niewierzącym, chodziliśmy często na cmentarze – tata traktował je jako miejsca, gdzie najlepiej można się nauczyć historii. Wychowałam się w duchu pomagania drugiemu człowiekowi. Bo drugiemu człowiekowi zawsze można pomóc – choćby uśmiechem.

Wracając do Pani pytania: myślę, że właśnie miłość do kości i chęć pomagania ludziom kierowały moją decyzją. Być może w podświadomości, choć tego nie mogę stwierdzić z całą pewnością, jest gdzieś to uczucie przynależności do tzw. rodziny missing person. Stan wojenny wymusił naszą decyzję o emigracji, którą z kolei odbieraliśmy jako swego rodzaju doświadczenie uchodźstwa. Może to właśnie wszystko razem wpłynęło na moją chęć, by zwracać ludziom szczątki ich bliskich.

Szczątkom zmarłych należy się szacunek bez względu na to, kim byli. W biurze ICMP w Tuzli po to, by ułatwić pracę młodym Amerykanom, kupiono plastikowy szkielet, na którym mogli nauczyć się dokładnej budowy kości. Często widziałam, że wolontariusze ubierali go w fartuch, władali papieros między zęby, a w dłoń – puszkę po piwie. Wiem, że to tylko plastik, ale zawsze mnie to strasznie denerwowało. Nawet ten plastikowy szkielet jest w pewnym sensie odzwierciedleniem człowieka. Szacunek do kości to jest po prostu szacunek dla człowieka. Często, kiedy wchodziłam do hali wypełnionej kośćmi, mówiłam: „dzień dobry, chłopcy!”. Zdaję sobie sprawę, że te osoby nie żyją już od piętnastu lub więcej lat, ale wciąż przecież istnieją w pamięci swoich rodzin i bliskich…

Smutna prawda o Bośni

Ostatnio mamy do czynienia z masowym wcześniejszym wypuszczaniem na wolność zbrodniarzy wojennych. Zwolniona po odsiedzeniu zaledwie kilku lat Biljana Plavšić została uroczyście przywitana w Belgradzie, dokąd udała się samolotem premiera Republiki Serbskiej w Bośni Milorada Dodika. Morderca z Wyszegradu, Mitar Vasiljević, który sprawił, że słynny most na Drinie nie jest już kojarzony tylko z powieścią Ivo Andricia, ale również z okrutnymi zbrodniami lat 90., został przedterminowo zwolniony i z euforią przywitany przez tłum w tym mieście. Co Pani o tym wszystkim sądzi?

Sprawiedliwości nie ma. Zbrodniarzy nikt nie kontroluje, nikomu nie zależy na prawidłowym działaniu wymiaru sprawiedliwości. Dla przykładu: od dawno wiadomo było, że znany w Bośni kryminalista Muhamed Ali Gaši – notabene mój sarajewski sąsiad, człowiek uprzejmy i grzeczny – nie ma czystych rąk. Co to jednak za wymiar sprawiedliwości, który skazuje Gašiego na dwadzieścia lat więzienia, a takiego Vasiljevića, wojennego mordercę i gwałciciela – wypuszcza na wolność już po dziesięciu?

Prawo w Bośni jest nie tylko ślepe, ale i głuche, nie słucha ofiar. Tak zwana sprawiedliwość jest nieczuła i obojętna na informacje, które napływają od poszkodowanych, od rodzin ofiar, od wielokrotnie zgwałconych kobiet, które muszą świadczyć na procesach.

Na poziomie politycznym podobnie jest z małym królem bośniackich Serbów, wspomnianym Miloradem Dodikiem, który otwarcie nawołuje do wyłączenia Republiki Serbskiej z Bośni i Hercegowiny i do kolejnego konfliktu. Nikt nie reaguje na jego coraz bardziej nacjonalistyczną politykę. A przecież ewentualne nowe serbskie państwo powstałoby na kościach, na szczątkach zamordowanych, byłoby wręcz pewnego rodzaju nagrodą za zbrodnie! Z tym nie mogę się pogodzić. Oczywiście, upraszczaniem jest mówienie, że każdy Serb mieszkający w Bośni myśli i mówi tak jak Dodik. Jednak mnie najbardziej boli milczenie tak zwanych dobrych ludzi. Oni „nie widzieli”, oni „nie słyszeli”, oni „nie mają pojęcia” – nie interesują się i nic nie powiedzą. Do tego, aby zareagować, trzeba mieć tę wewnętrzną odwagę, trzeba wyrzec się konformizmu.

Myślę, że większość ludzi nic nie mówi, bo tak jest im wygodnie. Nie chcą stracić pozycji, nie chcą się wychylać. Pozytywnych głosów ze strony serbskiej nikt nie słucha, wszyscy ślepo podążają za „królem”. A Dodik potrafi powiedzieć: no tak, zdarzyło się ludobójstwo – ale tylko lokalne. Co to jest lokalne ludobójstwo?! Ile ofiar składa się wobec tego na prawdziwe ludobójstwo?! Kilka tysięcy zamordowanych ludzi Dodikowi nie wystarczy. Niestety, na jego wystąpienia nie reagują międzynarodowe organizacje.

W Sarajewie mieszka Pani już kilkanaście lat. Gdyby porównać tę Bośnię powojenną z dzisiejszą, co się narzuca? Jaka przyszłość czeka, Pani zdaniem, ten zachwiany, niestabilny i wciąż pełen sprzeczności kraj?

Kiedy tu przyjechałam zaraz po wojnie, kraj wyglądał inaczej niż teraz. Panowały optymizm i nadzieja na lepsze czasy. Był taki okres, kiedy wydawało się, że wszystko idzie do przodu. Boszniacy, Serbowie, Chorwaci, oni wszyscy próbowali się w jakiś tam sposób pozbierać: żyć, pracować… Otwierano pierwsze sklepy i kawiarnie. Wierzono, że przeszło się przez ten najgorszy okres, okres wojny, i że w przyszłości będzie tylko lepiej.

Lata mijają, a jest gorzej. Zwłaszcza ostatnio, od mniej więcej czterech lat, stale pogarsza się sytuacja społeczno-ekonomiczna w Bośni. Na każdym kroku widać wciąż pogłębiającą się niechęć bośniackich Serbów do przyznania się do zbrodni wojennych, a także zupełnie zniewalającą niechęć Boszniaków i ich brak odwagi do przyznania się do własnych błędów. Nie można stawiać znaku równości między zbrodniami Serbów i pozostałych dwóch grup etnicznych. Ale wszyscy są zajęci tylko jednym: wypominaniem grzechów innym.

Bośni i Hercegowinie potrzebne są gruntowne zmiany. Ustalenia z Dayton, które podzieliły kraj na dwie części – muzułmańsko-chorwacką Federację Bośni i Hercegowiny oraz Republikę Serbską, która stale domaga się coraz większej autonomii – miały tylko zatrzymać działania wojenne, nie zaś określić ustrój i sytuację na następne piętnaście lat! Państwo nie może iść do przodu, nie może się rozwijać, będąc de facto podzielone na dwa mniejsze państwa… Dopóki tak będzie, dopóki Bośnia będzie miała trzech prezydentów, kilka rządów i oddzielne szkoły dla Chorwatów, Serbów i Boszniaków, dopóty nie będzie szans na normalny rozwój.

W 1997 roku rząd Islandii przyznał Pani dotację, dzięki której pracowała Pani dla Federacyjnej Komisji ds. Poszukiwania Zaginionych przy identyfikacji zamordowanych. Przez kilkanaście lat, aż do ostatniego kryzysu finansowego, rząd islandzki finansował Pani pracę w Bośni. Setki ofiar zostało zidentyfikowanych, jednak wciąż wiele rodzin ofiar czeka na szczątki bliskich. Jak dokładnie ta sytuacja wygląda teraz?

Po 1997 roku nie chciałam już pracować dla Trybunału w Hadze. Chciałam pracować dla ludzi, a nie zbierać dokumentację dowodową. Nie potrafiłam też odnaleźć się w strukturach wspomnianej już amerykańskiej organizacji Physicians for Human Rights. Właśnie wtedy Wysoki Przedstawiciel ONZ w Bośni i Hercegowinie Carl Bildt zwrócił się do rządu islandzkiego z prośbą o finansowanie mojej pracy. Dzięki temu przez kilkanaście lat współpracowałam z Bośniacką, a potem Federacyjną Komisją ds. Poszukiwania Zaginionych. Od 1998 roku pracę dla Bośniaków wykonywałam także z ICMP. Islandia stała się wtedy trzecim państwem, po Stanach Zjednoczonych i Holandii, które wspierało finansowo działania tej organizacji. Krach finansowy w Islandii wszystko to zatrzymał. Dotacji już nie ma, a miejscowym instytucjom bardziej niż na antropologu zależy teraz na prawnikach, ekonomistach czy specjalistach od public relations. Na razie pracuję wciąż dzięki resztkom dotacji z 2007 roku – a raz, jeden jedyny raz, za jakieś zlecenie zapłaciła mi prokuratura.

Ci biedni zamordowani nie mają żadnych praw. Nikogo tutaj nic nie obchodzi poza pieniędzmi. Moje serce i zaangażowanie nie są już tu potrzebne. Ważniejsze są półprawdziwe, niedopowiedziane raporty, na które się dadzą złapać fundatorzy dotacji. Tymczasem wciąż setki ludzkich szczątków leżą w ziemi, niewykopane, niezidentyfikowane. Rodziny wciąż czekają. A ja coraz wyraźniej widzę, że moja dalsza praca nie ma sensu. Niestety, coraz mniej mam serca do walki z żywymi ludźmi o prawa ludzi martwych. Taka jest smutna prawda o Bośni.

Sytuacja przypomina tę zaraz po wojnie, kiedy walczyliśmy, aby ekshumacje były przeprowadzane fachowo i dokładnie. Teraz, znów, przemieszane i źle dobrane kości nikogo nie obchodzą. Na taki stosunek do kości nie mogę się zgodzić. Zdaję sobie sprawę z tego, że w tej walce o prawa martwych powoli przegrywam. Może dlatego, że nie umiem walczyć. Niestety, osoby z moim charakterem częściej znajdują się po stronie przegranych…


EWA ELWIRA KLONOWSKI, dr antropologii, od 1996 roku pracuje przy ekshumacjach i identyfikacjach ciał ofiar zbrodni wojennych w Bośni.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata