70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Szanujemy piłkę (cz. 2)

„Nawet Walia nie da rady mistrzom olimpiady”. „Choć rasowe macie krowy, o zwycięstwie nie ma mowy”. „Chłopcy z kraju tulipanów biorą lanie od ułanów”.

No i dobrze. Łącząc w jedno siłę futbolu i potęgę poezji, wygraliśmy olimpiadę, a potem zakwalifikowaliśmy się do finałów mistrzostw świata i też ich o mało co nie wygraliśmy. Po drodze jednak piętrzyły się jeszcze liczne przeszkody, które trzeba opisać, i rodziły się legendy, którym trzeba zajrzeć w zręby.

Druga obok sędziego Padureanu czarna legenda polskiego futbolu nazywa się „faul McFarlanda”. I o ile tamtej już nie sprawdzimy, bo nie zachował się żaden zapis meczu w Starej Zagorze, o tyle weryfikacja tej nie powinna nam nastręczać żadnych kłopotów. Ale po kolei. W V grupie eliminacji do mistrzostw świata przyszło nam zmierzyć się z Walią i Anglią. Najpierw Anglicy wygrali z Walią na jej boisku 1:0, zaś rewanż tych drużyn skończył się remisem 1:1. Potem my na dobry początek przegraliśmy z Walią na jej boisku 0:2 (ostatni mecz Anczoka w reprezentacji). Wskutek tego, kiedy Anglicy przyjechali w czerwcu 1973, żeby dokopać nam w Chorzowie, sytuacja była taka, że oni i Walijczycy mieli już po trzy punkty, a my wielkie łyse zero. Mimo to na stadion przyszło sto tysięcy naiwnych Polaków. Na początku meczu Ciszewski mówi nawet, że sto trzydzieści tysięcy. Potem Ciszewski porusza temat strojów piłkarzy. I wielokrotnie do niego wraca, bo: „Mamy tysiące telefonów, kto jest kto”. Chodzi o to, że Anglicy już przed meczem zamydlili nam oczy, napluli w naszą kaszę typową angielską flegmą i wrzucili nam grzyb do kompotu. Krótko mówiąc, postanowili ubrać się tak jak nasi: w święte biało-czerwone barwy. Przepisy, które na szczęście regulują wszystko, mówią, że w takich razach to przyjezdni mają się przebrać, żeby sędzia odróżniał jedną drużynę od drugiej. Więc oni się przebrali, ale w swej podłości włożyli żółte koszule i granatowe portki. Zapyta ktoś: i cóż jest podłego w żółtym kolorze? Otóż jest to ta słynna brytyjska żółć, która z Anglików zawsze się wylewa w przełomowych momentach historii i która bierze się z rozczarowania tąże historią, gdyż inaczej niż my Anglia nie umie być dumna z rzeczy małych i trawią ją odśrodkowe kwasy rozczarowania, że nie jest taka wielka jak Ameryka i że przypadło jej być położoną w wiecznej mgle, ot co. Odpowiedzialnością za kolor strojów Jan Ciszewski obarczył osobiście trenera Anglików, sir Alfa Ramseya. Ktoś może niepatriotycznie drążyć temat: a dlaczegóż to ten żółty kolor przeszkadzał nam, a Anglikom nie? Zatem – ponieważ Ciszewski nie wyraził tego wprost – niechaj ja odpowiem. Otóż Anglicy już co najmniej od dekady mieli dostęp do barwnej telewizji. U nas zaś dopiero rok wcześniej zaczęto powszechnie nadawać programy w kolorze, ogromna większość kibiców miała odbiorniki, w których żółty i biały oraz czerwony i granatowy nie różniły się niczym. Tak oto brytyjskiej żółci i angielskiej flegmie mogliśmy przeciwstawić jedynie polskie sokole oczy: Ciszewski radził telewidzom odróżniać zawodników po lampasiku na spodenkach Anglików lub po paskach na skarpetach, których nasi mieli jeden mniej.

W siódmej minucie meczu angielska podłość znalazła swój wyraz w faulu obrońcy McFarlanda na Włodzimierzu Lubańskim. Do rzutu wolnego z boku szykowali się Gadocha i Banaś. W tym czasie Anglicy – niech będą mi wybaczone wszystkie profesjonalne wyrażenia – ściśle pokryli naszych w polu karnym. Potem Banaś szepnął coś Gadosze i też pobiegł we wzmiankowane pole karne. Zanim Anglicy doliczyli się naszych w tej nowej dla nich sytuacji, piłka już była przy nodze Banasia, który wbił ją do angielskiej bramki tak, jak się wbija gwóźdź do trumny, raz a dobrze. Sprawiedliwości stało się zadość.

W szesnastej minucie Hughes sprytnym lobem próbował trafić do opuszczonej przez Tomaszewskiego bramki. Niebiosa były po naszej stronie – piłka odbiła się od poprzeczki i wyleciała na aut.

W dwudziestej minucie Bell antypolskim faulem powstrzymał szarżującego Lubańskiego. Polski kapitan padł jak ścięta mieczem lilia, ale dopiero dwa kroki dalej, dziś takie upadki rozpoznaje się jako piłkarskie aktorstwo, symulowanie. Ale sędzia przyznał nam rzut wolny, który wykonał Gadocha – bez większego zagrożenia dla angielskich interesów.

Teraz od relacji telewizyjnej, której nie pamiętam, przejdźmy na chwilę do wydanego po mistrzostwach komiksu „Od Walii do Brazylii”, który znam na pamięć. Jego autor, Grzegorz Rosiński, nad Ciszewskim miał liczne przewagi. Dysponował metafizycznym peryskopem, którym zapuszczał żurawia do szatni piłkarzy; mało tego: miał też wgląd w ich dusze i myśli! W komiksie tym Jacek Gmoch w przerwie meczu instruuje w szatni Lubańskiego: „Pamiętasz słabość Bobby’ego Moore’a? Lubi niebezpiecznie podawać piłkę własnemu bramkarzowi”. „Postaram się to wykorzystać” – odpowiada skromnie piłkarz.

Po przerwie grę wznawiają Anglicy. Rzucają się do ataku, tymczasem Lubański jak gdyby nigdy nic idzie sobie prościutko do Bobby’ego Moore’a. Wie, że jak tylko Moore dostanie piłkę, spróbuje niebezpiecznie ją podać do bramkarza, gdyż taką ma słabość. Nie mija minuta i Moore dostaje piłkę. Próbuje niebezpiecznie podać ją do bramkarza. Wtedy Lubański mu ją zabiera i gna co koń wyskoczy na ostatni okop przeciwnika, to jest na bramkarza Shiltona. Na piersi Lubańskiego orzełek, na skarpetach po jednym pasku, nad głową chmurka z aktualną myślą polskiego kapitana: „Teraz już nic nie zdoła mi przeszkodzić!”. Strzela. Trafia w słupek. Opatrzność dba jednak o to, żeby po odbiciu się od słupka piłka wpadła tam, gdzie jej miejsce: do siatki synów Albionu. Dwa zero!

Podobno polscy trenerzy rzeczywiście uczulali Lubańskiego na sposób gry Moore’a, ale chodziło o charakterystyczne zawiązywanie akcji przez Anglików. Mieli oni zwyczaj wycofywać piłkę do swego kapitana, który najczęściej posyłał ją potem do któregoś ze skrzydłowych. I Lubański miał się po prostu dużo kręcić koło Moore’a, żeby to utrudnić. A w tej sytuacji błąd Moore’a nie polegał na tym, że próbował podać piłkę bramkarzowi, ale na tym, że napadnięty nagle przez Lubańskiego ani nie podał do Shiltona, ani nie wykopał piłki byle gdzie, co powinien był, jako ostatni obrońca, zrobić. Wręcz przeciwnie: próbował minąć Lubańskiego prostym, przewidywalnym dryblingiem i ta pewność siebie go zgubiła.

W pięćdziesiątej minucie Anglicy mieli róg, a Tomaszewski, zamiast oddać im piłkę, wyrzucił ją gdzieś w stronę Katowic Nikiszowca. Po raz kolejny zrobiło się nerwowo, już wcześniej omal nie doszło do rękoczynów między Petersem i Ćmikiewiczem oraz Clarkiem i Musiałem. Ball straszliwie wydarł się na sędziego. W komiksie zdarzenie to nie jest uwzględnione, więc skazani jesteśmy na domysły, co takiego wykrzykiwał Ball. Prawdopodobnie sklął sędziego, że pozwala na taką „grę na czas”, a przy okazji wypomniał Polakom pochodzenie od małpy, komunistyczne zniewolenie i brak kolorowych telewizorów.

No i przychodzi straszna pięćdziesiąta piąta minuta. Legenda mówi (i ja też tak zapamiętałem owe fakty), że McFarland brutalnie sfaulował Lubańskiego, łamiąc mu karierę i omal nie łamiąc nogi, za co dostał zaledwie żółtą kartkę, zaś Lubańskiego karetka wywiozła do szpitala wprost z bieżni. Zgadza się tylko ta karetka i załamanie kariery najlepszego polskiego piłkarza.

Bo faulu McFarlanda w ogóle nie było. Walczyli z Lubańskim o piłkę, Lubański go ubiegł, a potem, tak jak w pierwszej połowie, przebiegł dwa kroki i dopiero upadł. Ale tu widać, że po drugim kroku to ból nie pozwolił mu już postawić stopy na ziemi. W każdym razie nawet jeśli McFarland zahaczył jego nogę, to na tyle lekko, że nawet go nie przewrócił. Ale Lubański grał przecież z niedoleczonym kolanem, na boisko wyszedł, co nie każdy pamięta, na własną prośbę i własną odpowiedzialność. I nawet wskutek drobnego urazu kontuzja mogła się odnowić. Kiedy upadł, McFarland podbiegł do niego wściekły, że Lubański znowu udaje, wyglądał, jakby chciał naszego zucha podeptać. Potem poszedł po piłkę, a do Lubańskiego podbiegł Alan Ball, który już wcześniej dwukrotnie krzyczał na sędziego i teraz też rozdarł japę na Lubańskiego i arbitra. Wrócił z piłką McFarland i sędzia pokazał żółtą kartkę, według Ciszewskiego właśnie jemu, za faul, ale tak naprawdę to Ballowi za jego ryki. Ciszewski nie zwrócił już nawet uwagi na to, że grę wznowili potem od autu Anglicy, czyli sędzia faulu w ogóle nie odgwizdał, i zapewne słusznie. A cała Polska do dziś jest przekonana, że zły Roy McFarland o mało nie zabił nam dzielnego Lubańskiego. W 2008 roku McFarland żartował w rozmowie z polskimi dziennikarzami, że od tamtej pory nie był w Polsce, bo obawia się, że pokazawszy paszport na lotnisku, zaginąłby wkrótce bez wieści w naszym dzikim kraju.

Im bliżej końca meczu, tym bardziej Anglicy nas cisnęli. W siedemdziesiątej siódmej minucie, podczas jednej z nielicznych polskich kontr, Ćmikiewicz wzięty „w kleszcze” przez Petersa i Balla zaliczył glebę, a kiedy się podnosił, ci dwaj rzucili się jeszcze na niego, Ball próbował nawet dusić go za szyję. Zupełne zezwierzęcenie. Nie dość, że go sfaulowali, to jeszcze bić chcieli. Ball dostał czerwoną kartkę i musiał iść do kozy. Był to ostateczny cios zadany wyniosłej Anglii, bo 20 nóg to nie to samo co 22. Trzeba kilka razy odtworzyć sobie, i to nie w pamięci, ale na monitorze, przebieg zdarzenia, żeby zauważyć, że padając na ziemię, Ćmikiewicz próbował w locie kopnąć też przewracającego się Petersa. Ćmikiewicz to był taki nierzucający się w oczy szarak boiskowy, człowiek od czarnej roboty, od odbierania piłki przeciwnikowi i przekazywania jej swoim „lepszym” kolegom. Czy był też człowiekiem od nierzucających się w oczy prowokacji? Nie wiem. Faktem jest, że w rewanżu z Walią (oczywiście na Stadionie Śląskim, oczywiście w obecności 100 000 luda) doszło między nim a Trevorem Hockeyem do zbliżenia, po którym rumcajsowaty pasierb Albionu skopał piłkarza Legii jak digger Górkę św. Jerzego, po czym oczywiście zobaczył czerwoną kartkę i udał się do kozy. A Walię ograliśmy trzy do zera w meczu, którego gwiazdą był Lato: dwa gole padły po jego podaniach, a jednego strzelił osobiście po „cudownym nagraniu Roberta Gadochy”. Wskutek tych niezwykłych wydarzeń przed ostatnim meczem, rewanżem z Anglią, kot fortuny odwrócony był ogonem: mieliśmy cztery punkty, a Walia i Anglia po trzy. Do awansu na erefenowskie mistrzostwa wystarczał nam remis.

I oto stadion Wembley, 17 października. Święte miejsce i święta data. Nasza druga Częstochowa. Ósmy Grunwald. Każdy choć trochę zainteresowany historią Polak potrafi w środku nocy wyrecytować długą listę prowokacji, jakich jeszcze przed meczem dopuścili się Angole na swym niegościnnym lądzie, na tej jałowej ziemi, gdzie ziarno serdeczności przynosi plon chamstwa i gdzie nigdy nie zakwita międzyludzka życzliwość. Nie pozwolili nam na trening na głównym boisku. Prasa źle o nas pisała. Sto tysięcy ludzi przyszło na stadion przez omyłkę, myśleli, że to koncert reaktywowanych Animalsów i dawali temu donośny wyraz. A gwizdali już podczas Mazurka Dąbrowskiego. Jan Tomaszewski wspominał, że najmocniej go ugodziło, kiedy zobaczył, że angielscy piłkarze podczas naszego hymnu żują swymi ohydnymi szczękami gumę do żucia! I to tej właśnie ostentacyjnej prowokacji on, Tomaszewski, zawdzięcza swoją późniejszą wspaniałą postawę! Kiedy zobaczył Anglików bezceremonialnie żujących gumę nad grobami naszych nieżujących przodków, poczuł konieczność obrony tyłków tych przodków, anioł rozpiął nad nim swe skrzydła i wstąpił w niego diabeł, tak. Chłodne oko badacza dostrzeże dziś, że Anglicy żuli gumę już w Chorzowie, że tak samo żuli podczas hymnu naszego, jak i własnego, ponieważ jest w zwyczaju tego narodu żuć sobie gumę. Można także zaobserwować, że podczas „Jeszcze Polska…” na Wembley żuł i Domarski, który pewnie kupił sobie w Londynie pierwszą w życiu niebalonową gumę i postanowił sobie przynajmniej pożuć, skoro został rzucony na pożarcie bestiom wespół z dziesiątką kolegów gladiatorów. Ale czy nie byłoby niegodziwością patrzenie chłodnym okiem na te gorące serca, na gorejące oczy i nogi gotujące się w ukropie, jaki zgotowali nam angielscy piłkarze i kibice? Nie przypadkiem przecież każdy, kto jest prawdziwym Polakiem, a nie przebraną za Polaka nutrią lub innym padalcem, ma ten mecz wyryty w świadomości złotym rylcem. Każdy pamięta, jak już w trzeciej minucie Clarke kopnął Tomaszewskiego w rękę (w moim komiksie doktor Garlicki pyta zza bramki: „Boli cię, Jasiu?”, a ksiądz Kordecki polskiej piłki odpowiada: „Bardzo, ale nie opuszczę bramki”). Jak w dwunastej minucie po nadzwyczajnym podaniu Deyny przez trzy czwarte boiska Hughes, czując od razu, że przegra sprint z Latą, sfaulował go walnięciem z łokcia. Jak Alan Clarke już wyrzucił ręce w górę, ciesząc się z gola, a litościwa Bozia jeszcze wypchnęła tę piłkę z naszej bramki i kazała jej odbić się od słupka. A przede wszystkim każdy pamięta tę chwilę, która przychodzi w błogosławionej pięćdziesiątej piątej minucie. Torpeda o nazwie Lato sunie lewym skrzydłem. W pole karne wbiega Gadocha, za nim gna dwóch Anglików. Gadocha woła, specjalnie głośno, żeby przeciwnicy dobrze go usłyszeli: „Grzesiu! Tu jestem!!!”. Lato podejmuje tę wytrawną, godną kapitana Klossa z najlepszych lat grę: „Robert, uważaj!”. Głupi Anglicy myślą, że skoro Lato tak woła, to zaraz poda piłkę Gadosze. Tymczasem „Lato wystawia nieobstawionego Domarskiego, który strzela na bramkę angielską…”. Domarski strzela gola. Lato mówi do Gadochy: „Wspaniale ich zmyliłeś!”. Gadocha odpowiada: „Ha, ha!”. Tak było.

Każdy pamięta „rzekomy faul” Musiała, wyrównującego gola z karnego, a także Clarke’a kopiącego w głowę Tomaszewskiego, gdy ten rzuca się na piłkę „ofiarną nakrywką”. Jeszcze w osiemdziesiątej minucie McFarland, nie mogąc dopędzić trzy razy szybszego Laty pędzącego na ich bramkę, wyrzekł się resztek człowieczeństwa i zatrzymał Polaka chwytem poniżej krytyki, za co został ukarany tylko żółtą kartką. Mecz skończył się remisem, a najważniejsza nauka, jaką naród z Wembley wyciągnął, to ta, iż remis może być „zwycięski”. O skali naporu, jakiemu trzeba było stawić czoło, najlepiej świadczą meczowe statystyki, w 1973 roku nieznane, a dziś tak popularne. Anglicy bili na Wembley dwadzieścia rzutów rożnych, a my tylko dwa. Oni strzelali na naszą bramkę czterdzieści jeden razy, w tym piętnaście razy celnie, my postraszyliśmy ich ośmioma strzałami, z których celne były dwa. A jednak to my triumfowaliśmy, gdyż tak się układa historia i takie to były czasy.

A kto mi powie, dlaczego właściwie od 1974 roku po dziś dzień finały mistrzostw świata nazywa się u nas „mundialem”? Po wcześniejszych o cztery lata mistrzostwach w Meksyku tak zostało? Chyba tak. Nie przeszłoby nam przecież przez słowiańskie gardła kolczaste „Weltmeisterschaft”. A potem kolejne finały odbywały się w Argentynie, Hiszpanii i znów w Meksyku, więc mundial mógł nam się utrwalić – jeszcze teraz Google wyświetla, że w języku polskim słowo to pojawia się kilkanaście razy częściej niż w rodzimym hiszpańskim, choć przecież to po hiszpańsku, a nie po naszemu mówi ćwierć świata. Tak czy siak, za mundial zwykłem uważać przede wszystkim tamte, pamiętne finały z roku 1974.

Dla mnie nie zaczęły się one dobrze. Mieliśmy w grupie Argentynę, Haiti i Włochy i 15 czerwca zaczynaliśmy od gry z Argentyńczykami. Było sobotnie popołudnie. Jak wiadomo, polskie ulice całkowicie wówczas pustoszały w porze ważnych meczów. Życie zamierało. Naród skupiał się przed telewizorami, nabożnie ściskając kciuki. Ponieważ telebim nie był jeszcze wynaleziony, ludność beztelewizorowa gromadziła się przed wystawami sklepów ZURT-u, aby oglądać mecz na dziesięciu małych ekranach naraz. Lekarze za szpitali masowo szli na lewe zwolnienia. Górnicy w podziemnych chodnikach przekazywali sobie z ust do ust aktualny wynik podawany sztygarowi z góry przez krótkofalówkę. Chłopi w polu przywiązywali koniom tranzystory do chomąt. Gdyby szpiegowski satelita fotografował wówczas nasz kraj, mógłby go uznać za kraj wymarły i opuszczony. Ale nie! Jeden szczegół, ruchomy punkcik gdzieś w kwadracie miasta o trudnej do wymówienia nazwie Ostrowietz Schwientokschysky, zaprzeczyłby temu. Ten ruchomy punkcik to mały Jacuś Podsiadło zapierdalający do kościoła właśnie wtedy, kiedy nasi stali w tunelu Neckarstadionu w Stuttgarcie obok Argentyńców wyjących im na złość dzikie latynoskie przeboje. Jeśli są na świecie winy, których nie odpuściłby człowiek własnym rodzicom, to chyba winy tego właśnie rodzaju. Powtarzam: była to sobota, nie niedziela. Msze w kościele odprawiano codziennie, zaś do finałów mistrzostw świata awansowaliśmy pierwszy raz od 36 lat, tymczasem moja czcigodna i porąbana mamusia akurat wtedy musiała mnie wyprawić do świątyni. Byłem ministrantem, więc kiedy nasi ściągali dresy i wiązali buty, ja wskakiwałem w komżę i podawałem księdzu sznurek do przepasania się pod ornatem. Kiedy w drugiej minucie Mario Kempes stanął oko w oko z Tomaszewskim, zawiesiłem się na dzwonku przy wyjściu z zakrystii i może to właśnie moja religijna żarliwość sprawiła, że Kempes skiksował, piłka zeszła mu z nogi i zarył czubem buta w linię szesnastu metrów, aż wapno poszło. Wbrew pozorom, był to epizod niezwykłej wagi. Strata gola na samiuśkim początku pierwszego meczu mogła tak podciąć piłkarzom skrzydła, że zaważyłaby na całym turnieju. Kempes dopiero po latach pomści na nas ten swój strzał… Ale o tym potem. W siódmej minucie z rozżalenia tak zaryczałem „I z duchem Twoim”, że bramkarz Carnevali zadrżał i wypuścił z rąk piłkę, którą już był złapał po kornerze Gadochy, a ta spadła prosto pod nogi Lacie i objęliśmy prowadzenie. Dwie minuty później, po niewysłuchaniu fragmentu Ewangelii zawyłem z kolei „Chwała Tobie, Panie” w takim kibicowskim uniesieniu, że Szarmach dostał skrzydeł i po dokładnym podaniu Laty wykorzystał okazję sam na sam z bramkarzem. „Fenomenalna piłka od Kazimierza Deyny, co do centymetra!” – zachwycał się Ciszewski. A to piłka od Laty była. Muszę prostować takie błędy, skoro sam Tomaszewski we wspomnieniach powtarza omyłkę Ciszewskiego. Bo jak Ciszewski coś powiedział, to było to święte, ale ja mam do dziś zachowany ten dar – być może związany z przedłużającą się dominacją czarno-białych telewizorów – że piłkarzy odróżniam nawet z daleka, po ruchach. I to był Lato.

Prowadziliśmy dwa do zera. Argentyńska obrona trzeszczała w szwach, około dwudziestej minuty Gadocha przydzwonił im jeszcze z wolnego w słupek, i to w jego wewnętrzną część. Co tu dużo gadać, byliśmy w niebie, ja jednak jeszcze o tym nie wiedziałem, miałem jeszcze przed sobą podniesienie, „Ojcze nasz”, „Baranku Boży”… Kto wie, może to właśnie wtedy nauczyłem się podczas nudnych mszy rozgrywać w wyobraźni całe mecze? Później nieraz zabijałem kościelną nudę w taki właśnie sposób, wyobrażając sobie sekunda po sekundzie, zagranie po zagraniu, ten czy inny mecz. Była to dobra szkoła uwalniania wyobraźni. Musiałem jej dać całkowitą swobodę, w ogóle nie kontrolować pracy mózgu, jeśli chciałem się emocjonować spotkaniem piłkarskim toczącym się w mojej głowie. Ciekawe, czy był to grzech.

Jak wiadomo, msza święta trwa niespełna godzinę, o ile ksiądz nie doliczy nic za przerwy w grze i przestoje. A do kościoła mieliśmy kilometr. Owego dnia tak zasuwałem z powrotem, że kiedy dobiegłem do domu Adamczyków i kiedy już pan Adamczyk włączył mi ich telewizorek, dopiero zaczynała się druga połowa meczu. „Dwa zero dla piłkarzy z białym orłem na piersiach” – to były pierwsze słowa Ciszewskiego, jakie usłyszałem, i zalała mnie fala radości.

Przez trzydzieści pięć lat miałem te słowa w pamięci. „Dwa zero dla piłkarzy z białym orłem na piersiach”. To świadczy o tym, jak głębokie było tamto przeżycie. Ale czy człowiek jest w stanie pamiętać jedno zdanie aż tak długo? Rozumiem, że można ewentualnie na całe życie zapamiętać pierwsze wyznanie miłosne, treść przysięgi małżeńskiej albo sentencję własnego dożywotniego wyroku, ale informację o aktualnym wyniku meczu? Wreszcie nadarzyła się okazja, żeby to sprawdzić: na stacji benzynowej kupiłem pismo sportowe z dołączoną płytą z zapisem tamtego meczu. I od razu przeskoczyłem do początku drugiej połowy. Po bieżni stadionu maszeruje jeszcze orkiestra dęta, Ciszewski wita się po przerwie, przypomina wynik, ale o białym orle na piersiach ani mru-mru. Ha. Czyli jednak: przywidziało mi się. Człowiek przez 35 lat ma przywidzenie i nic o tym nie wie. Zrezygnowany obejrzałem sobie mecz w całości. I wtedy okazało się, że pierwsze usłyszane przeze mnie zdanie Ciszewski wypowiedział nie na początku drugiej, ale na końcu pierwszej połowy meczu! „Dwa zero dla piłkarzy z białym orłem na piersiach, bramki uzyskali Grzegorz Lato i Andrzej Szarmach!”

Od razu po przerwie, w pierwszej akcji Szarmach trafił piłką w słupek bramki Carnevalego. Wkrótce potem Ciszewski zaczął krzyczeć, jakbyśmy strzelili gola, a to Haiti sensacyjnie objęło prowadzenie z Włochami, o czym doniesiono mu w słuchawki. Między sześćdziesiątą a sześćdziesiątą piątą minutą ziemia zatrzęsła się trzykrotnie. Najpierw obdarzony indiańską urodą Heredia z indiańskim sprytem przerzucił piłkę nad Tomaszewskim, zmniejszając dystans dzielący Argentyńczyków od naszych. Niezłomni Polacy nie poddali się, ale zaraz wywalczyli rzut wolny pod bramką przeciwnika. Deyna podał do Gorgonia, a Gorgoń posłał na bramkę bombę, która omal nie urwała Carnevalemu rąk. Być może wskutek szoku po tej obronie bramkarz bez sensu wyrzucił piłkę ręką do obrońcy ustawionego między Szarmachem a Latą, Lato przejął piłkę i mając otwartą Drogę do bramki, bez problemów umieścił ją w siatce. Wreszcie w sześćdziesiątej piątej minucie w ciągu czterech sekund Anglicy pięciokrotnie próbowali strzelać z najbliższej odległości na bramkę Tomaszewskiego. Dwa razy Tomaszewski cudem obronił, przy czym za pierwszym razem pomógł mu słupek. Dwa razy uratował nas leżący na ziemi niby pomnik obalonego tyrana, ale jeszcze wierzgający nogami Gorgoń. Jednak za piątym razem jasnowłosy Babington wepchnął piłkę do naszej bramki.

I tak wygraliśmy z Argentyną 3:2.

cdn.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata