|
ROZMOWY ZNACZĄCE
Walczę z żywymi
o prawa martwych (fragment)
Z EWĄ ELWIRĄ KLONOWSKI
rozmawia Aleksandra Cholewa-Domanagić
Urodzona w 1946 roku we Wrocławiu,
antropolog, członek Amerykańskiej
Akademii Nauk Sądowych. Tuż
przed stanem wojennym wraz z mężem
wyemigrowała do Islandii. Jedna
z najwybitniejszych przedstawicielek
antropologii sądowej na świecie. Od
zakończenia wojny w Bośni i Hercegowinie
pracuje przy ekshumacji i identyfikacji jej ofiar – na zlecenie, między
innymi, Międzynarodowego Trybunału
ds. Zbrodni Wojennych w Byłej Jugosławii
z siedzibą w Hadze, International
Commission on Missing Persons
(ICMP), najpierw Bośniackiej, a potem
Federacyjnej Komisji ds. Poszukiwania
Zaginionych. Honorowa obywatelka
Bośni i Hercegowiny, zgłoszona do
pokojowej Nagrody Nobla. Bohaterka
książki reportażu Wojciecha Tochmana
Jakbyś kamień jadła. Skromna, szczupła,
energiczna i uśmiechnięta – jej
postać rozpoznaje każdy Bośniak, czy
to w Sarajewie, czy w Tuzli, Visoko, Srebrenicy,
Sanskim Moście czy Mostarze.
Płynnie mówi po polsku, angielsku, islandzku
i bośniacku, często nieświadomie
zmieniając języki podczas dyskusji.
Ewa Klonowski od piętnastu lat walczy
o to, by odkopane i rozproszone szczątki
pomordowanych w Bośni i Hercegowinie
połączyć z pogrążonymi w smutku
rodzinami ofiar. Kobieta symbol
poświęcenia, oddania i zaangażowania
w walkę o prawa tych, którzy sami walczyć
nie mogą: prawa zamordowanych.
Skąd w Pani życiu wziął się pomysł, by zająć się antropologią i jakie są źródła fascynacji
kośćmi, która wiele lat później doprowadziła do Pani zaangażowania w Bośni i Hercegowinie?
Pamiętam, że jeszcze w liceum fascynowałam się archeologią śródziemnomorską. Jednak
w tamtych czasach archeologii nie można było studiować w moim rodzinnym Wrocławiu,
a jako „dziewczynka z dobrego domu” nie mogłam nawet myśleć o wyjeździe
na uczelnię do innego miasta. Wybrałam więc antropologię jako najbliższą mojej ówczesnej
pasji. Tuż przed rozpoczęciem studiów poznałam moją pierwszą wielką miłość:
chłopca, który był wtedy na szóstym roku medycyny. Wiedział, że jako przyszła antropolożka
będę musiała zaliczyć na studiach anatomię człowieka, podarował mi więc
oryginalny, romantyczny prezent: męską czaszkę. Ustawiłam ją w moim małym pokoiku.
Po jakimś czasie dołączyła do niej druga, a potem jeszcze inne; pamiętam, że zawsze
miałam w pokoju jakieś kości; było to dla mnie tak naturalne jak to, że człowiek
trzyma na półkach książki.
Kiedy studiowałam, a także kiedy zaczynałam pracę, metody antropologiczne nie
były jeszcze zbyt skomplikowane. Tak naprawdę, antropologia sądowa (ang. forensic anthropology) zaczęła się rozwijać dopiero na przełomie lat 70. i 80. w Stanach Zjednoczonych. Stało się tak w konsekwencji wzrostu przestępczości: coraz częściej znajdywano
szczątki ludzkie, których nie można było zidentyfikować. Tamtejsi naukowcy
stworzyli nowe metody badawcze, które po pewnym czasie przyjęły się na całym świecie,
a takich jak ja – którzy badają kości ofiar przestępstw, a podczas analizy przypadków
kryminalnych stosują metody antropologiczne – zaczęto określać mianem antropologów
medycyny sądowej.
Jak doszło od Pani nieplanowanej przeprowadzki do Rejkiawiku?
Na chwilę przed ogłoszeniem stanu wojennego wyjechaliśmy do Austrii na narty. Po
zamknięciu granic nie zdecydowaliśmy się na powrót – nie chciałam wracać do takiej
Polski. Islandia zgodziła się wtedy przyjąć grupę polskich emigrantów, przede wszystkim
z wykształceniem rolniczym i medycznym. Mój mąż skończył akademię rolniczą,
więc ze znalezieniem pracy dla niego nie było problemu.
Antropologia zajmuje się człowiekiem zdrowym, bada, jak wygląda i jak się zmienia
w czasie i przestrzeni – jest więc związana z medycyną. W Islandii okazało się, że osoby
przeprowadzające ze mną wywiad w sprawie pracy nie miały o tym najmniejszego
pojęcia! Tam istniała przede wszystkim antropologia społeczna. Pracy dla mnie nie było.
Dopiero po pewnym czasie zatrudniono mnie w zakładzie medycyny sądowej przy
Szpitalu Uniwersyteckim w Rejkiawiku. Przez pierwszy okres koncentrowałam się wyłącznie
na pracy i zorganizowaniu nowego życia na emigracji, jednak po kilku latach
wróciło zainteresowanie nauką.
Szczerze mówiąc, już w Polsce sama antropologia trochę mi się znudziła, coraz bardziej
postrzegałam ją jako „sztukę dla sztuki”. Potem jednak wiele się zmieniło: Amerykanie
wprowadzili nowe metody oceny wieku, wysokości ciała, płci… Zaczęłam się
ponownie uczyć, jeździć na konferencje, a w połowie lat 90. dostałam stypendium Fulbrighta.
Wiedziałam, że zdobytą wiedzę powinnam wykorzystać praktycznie, badając
przypadki współczesne, nie zaś te odkopane przez archeologów. Właśnie w tym samym
czasie w Bośni i Hercegowinie skończyła się wojna…
Zaczęła Pani wtedy zbierać materiał dowodowy na zlecenie Międzynarodowego Trybunału
ds. Zbrodni Wojennych w Byłej Jugosławii. Jak wspomina Pani tamten okres? Czym
różniła się praca dla Trybunału od późniejszych zadań wykonywanych na rzecz innych
instytucji?
Wkrótce po zakończeniu walk Trybunał zakontraktował bostońską organizację Physicians
for Human Rights, która miała przygotować grupę specjalistów pracujących przy
ekshumacjach i zbieraniu materiału dowodowego. Amerykanie zadzwonili do mnie i już parę tygodni późnej znalazłam się w Bośni. Chciałam tam jechać, chciałam pomóc.
Wcześniej, w czasie wojny, jako jednostka nic nie mogłam zrobić, wtedy natomiast
– już tak.
Dla Trybunału pracowałam przez kilka miesięcy, od lata do listopada 1996 roku. W Bośni
działały wtedy dwie ekipy: jedna w terenie, przy ekshumacjach, druga zaś w kostnicy,
gdzie przeprowadzane były sekcje. Udało się nam zidentyfikować – my mówimy:
„opracować” – szczątki z czterech masowych grobów ofiar masakry w rejonie Srebrenicy.
Pierwszy z nich, we wsi Cerska, zawierał wyłącznie kości. Znajdował się przy samej
drodze, ciała leżały na zboczu, były przykryte zaledwie cienką warstwą żwirkowatego
piasku – i szybko się rozłożyły. To były moje pierwsze kości w Bośni: chłopcy i mężczyźni,
w wieku od 14 do 80 lat. Drugi grób to Nova Kasaba: tam szczątki leżały w typowej
dla Bośni glinianej ziemi – prawie nierozłożone. Musieliśmy zebrać fakty i udokumentować,
dlaczego i w jaki sposób dana osoba zginęła. Przeglądaliśmy wszystko, żeby znaleźć
przyczynę śmierci. Niektóre ciała miały w sobie ponad 20 kul, w jednym doliczyliśmy
się aż 36 kul. Moim zadaniem było określenie płci zamordowanego, oszacowanie wieku,
wysokości ciała oraz opisanie wszystkich cech widocznych na kościach, które mogły być
pomocne w późniejszej identyfikacji: starych złamań, stanu uzębienia itd.
W moim idealizmie nie przyszło mi do głowy, że Trybunał nie zajmuje się identyfikacją
zamordowanych, ale zbieraniem dowodów zbrodni. Zajęcie było szalenie ciekawe,
męczyła mnie jednak świadomość, że przeglądamy ludzkie szczątki, nie robimy zaś
nic, żeby rozpocząć lub ułatwić proces ich identyfikacji. Wtedy, w niecały rok po zakończeniu
wojny, część ciał – z racji specyficznych warunków w niektórych grobach – była
jeszcze całkiem świeża.
Więcej na łamach wakacyjnego „Znaku”
Share
Zamów numer
EWA ELWIRA KLONOWSKI, dr antropologii,
od 1996 roku
pracuje przy
ekshumacjach
i identyfikacjach
ciał ofiar zbrodni
wojennych
w Bośni.
W następnym numerze:
NOWOCZESNY PATRIOTYZM
POCZĄTEK STRONY |