Strona główna Miesięcznika ZNAK

 SIW ZNAK

 NAPISZ DO REDAKCJI

 

LIPIEC–SIERPIEŃ 2010, NUMER 662–663

Strona główna


 

ROZMOWY ZNACZĄCE



Walczę z żywymi o prawa martwych
(fragment)

Z EWĄ ELWIRĄ KLONOWSKI

rozmawia Aleksandra Cholewa-Domanagić


Urodzona w 1946 roku we Wrocławiu, antropolog, członek Amerykańskiej Akademii Nauk Sądowych. Tuż przed stanem wojennym wraz z mężem wyemigrowała do Islandii. Jedna z najwybitniejszych przedstawicielek antropologii sądowej na świecie. Od zakończenia wojny w Bośni i Hercegowinie pracuje przy ekshumacji i identyfikacji jej ofiar – na zlecenie, między innymi, Międzynarodowego Trybunału ds. Zbrodni Wojennych w Byłej Jugosławii z siedzibą w Hadze, International Commission on Missing Persons (ICMP), najpierw Bośniackiej, a potem Federacyjnej Komisji ds. Poszukiwania Zaginionych. Honorowa obywatelka Bośni i Hercegowiny, zgłoszona do pokojowej Nagrody Nobla. Bohaterka książki reportażu Wojciecha Tochmana Jakbyś kamień jadła. Skromna, szczupła, energiczna i uśmiechnięta – jej postać rozpoznaje każdy Bośniak, czy to w Sarajewie, czy w Tuzli, Visoko, Srebrenicy, Sanskim Moście czy Mostarze. Płynnie mówi po polsku, angielsku, islandzku i bośniacku, często nieświadomie zmieniając języki podczas dyskusji. Ewa Klonowski od piętnastu lat walczy o to, by odkopane i rozproszone szczątki pomordowanych w Bośni i Hercegowinie połączyć z pogrążonymi w smutku rodzinami ofiar. Kobieta symbol poświęcenia, oddania i zaangażowania w walkę o prawa tych, którzy sami walczyć nie mogą: prawa zamordowanych.


Skąd w Pani życiu wziął się pomysł, by zająć się antropologią i jakie są źródła fascynacji kośćmi, która wiele lat później doprowadziła do Pani zaangażowania w Bośni i Hercegowinie?

Pamiętam, że jeszcze w liceum fascynowałam się archeologią śródziemnomorską. Jednak w tamtych czasach archeologii nie można było studiować w moim rodzinnym Wrocławiu, a jako „dziewczynka z dobrego domu” nie mogłam nawet myśleć o wyjeździe na uczelnię do innego miasta. Wybrałam więc antropologię jako najbliższą mojej ówczesnej pasji. Tuż przed rozpoczęciem studiów poznałam moją pierwszą wielką miłość: chłopca, który był wtedy na szóstym roku medycyny. Wiedział, że jako przyszła antropolożka będę musiała zaliczyć na studiach anatomię człowieka, podarował mi więc oryginalny, romantyczny prezent: męską czaszkę. Ustawiłam ją w moim małym pokoiku. Po jakimś czasie dołączyła do niej druga, a potem jeszcze inne; pamiętam, że zawsze miałam w pokoju jakieś kości; było to dla mnie tak naturalne jak to, że człowiek trzyma na półkach książki.

Kiedy studiowałam, a także kiedy zaczynałam pracę, metody antropologiczne nie były jeszcze zbyt skomplikowane. Tak naprawdę, antropologia sądowa (ang. forensic anthropology) zaczęła się rozwijać dopiero na przełomie lat 70. i 80. w Stanach Zjednoczonych. Stało się tak w konsekwencji wzrostu przestępczości: coraz częściej znajdywano szczątki ludzkie, których nie można było zidentyfikować. Tamtejsi naukowcy stworzyli nowe metody badawcze, które po pewnym czasie przyjęły się na całym świecie, a takich jak ja – którzy badają kości ofiar przestępstw, a podczas analizy przypadków kryminalnych stosują metody antropologiczne – zaczęto określać mianem antropologów medycyny sądowej.

Jak doszło od Pani nieplanowanej przeprowadzki do Rejkiawiku?

Na chwilę przed ogłoszeniem stanu wojennego wyjechaliśmy do Austrii na narty. Po zamknięciu granic nie zdecydowaliśmy się na powrót – nie chciałam wracać do takiej Polski. Islandia zgodziła się wtedy przyjąć grupę polskich emigrantów, przede wszystkim z wykształceniem rolniczym i medycznym. Mój mąż skończył akademię rolniczą, więc ze znalezieniem pracy dla niego nie było problemu.

Antropologia zajmuje się człowiekiem zdrowym, bada, jak wygląda i jak się zmienia w czasie i przestrzeni – jest więc związana z medycyną. W Islandii okazało się, że osoby przeprowadzające ze mną wywiad w sprawie pracy nie miały o tym najmniejszego pojęcia! Tam istniała przede wszystkim antropologia społeczna. Pracy dla mnie nie było. Dopiero po pewnym czasie zatrudniono mnie w zakładzie medycyny sądowej przy Szpitalu Uniwersyteckim w Rejkiawiku. Przez pierwszy okres koncentrowałam się wyłącznie na pracy i zorganizowaniu nowego życia na emigracji, jednak po kilku latach wróciło zainteresowanie nauką.

Szczerze mówiąc, już w Polsce sama antropologia trochę mi się znudziła, coraz bardziej postrzegałam ją jako „sztukę dla sztuki”. Potem jednak wiele się zmieniło: Amerykanie wprowadzili nowe metody oceny wieku, wysokości ciała, płci… Zaczęłam się ponownie uczyć, jeździć na konferencje, a w połowie lat 90. dostałam stypendium Fulbrighta. Wiedziałam, że zdobytą wiedzę powinnam wykorzystać praktycznie, badając przypadki współczesne, nie zaś te odkopane przez archeologów. Właśnie w tym samym czasie w Bośni i Hercegowinie skończyła się wojna…

Zaczęła Pani wtedy zbierać materiał dowodowy na zlecenie Międzynarodowego Trybunału ds. Zbrodni Wojennych w Byłej Jugosławii. Jak wspomina Pani tamten okres? Czym różniła się praca dla Trybunału od późniejszych zadań wykonywanych na rzecz innych instytucji?

Wkrótce po zakończeniu walk Trybunał zakontraktował bostońską organizację Physicians for Human Rights, która miała przygotować grupę specjalistów pracujących przy ekshumacjach i zbieraniu materiału dowodowego. Amerykanie zadzwonili do mnie i już parę tygodni późnej znalazłam się w Bośni. Chciałam tam jechać, chciałam pomóc. Wcześniej, w czasie wojny, jako jednostka nic nie mogłam zrobić, wtedy natomiast – już tak.

Dla Trybunału pracowałam przez kilka miesięcy, od lata do listopada 1996 roku. W Bośni działały wtedy dwie ekipy: jedna w terenie, przy ekshumacjach, druga zaś w kostnicy, gdzie przeprowadzane były sekcje. Udało się nam zidentyfikować – my mówimy: „opracować” – szczątki z czterech masowych grobów ofiar masakry w rejonie Srebrenicy. Pierwszy z nich, we wsi Cerska, zawierał wyłącznie kości. Znajdował się przy samej drodze, ciała leżały na zboczu, były przykryte zaledwie cienką warstwą żwirkowatego piasku – i szybko się rozłożyły. To były moje pierwsze kości w Bośni: chłopcy i mężczyźni, w wieku od 14 do 80 lat. Drugi grób to Nova Kasaba: tam szczątki leżały w typowej dla Bośni glinianej ziemi – prawie nierozłożone. Musieliśmy zebrać fakty i udokumentować, dlaczego i w jaki sposób dana osoba zginęła. Przeglądaliśmy wszystko, żeby znaleźć przyczynę śmierci. Niektóre ciała miały w sobie ponad 20 kul, w jednym doliczyliśmy się aż 36 kul. Moim zadaniem było określenie płci zamordowanego, oszacowanie wieku, wysokości ciała oraz opisanie wszystkich cech widocznych na kościach, które mogły być pomocne w późniejszej identyfikacji: starych złamań, stanu uzębienia itd.

W moim idealizmie nie przyszło mi do głowy, że Trybunał nie zajmuje się identyfikacją zamordowanych, ale zbieraniem dowodów zbrodni. Zajęcie było szalenie ciekawe, męczyła mnie jednak świadomość, że przeglądamy ludzkie szczątki, nie robimy zaś nic, żeby rozpocząć lub ułatwić proces ich identyfikacji. Wtedy, w niecały rok po zakończeniu wojny, część ciał – z racji specyficznych warunków w niektórych grobach – była jeszcze całkiem świeża.

Więcej na łamach wakacyjnego „Znaku”

Share

Zamów numer

EWA ELWIRA KLONOWSKI, dr antropologii, od 1996 roku pracuje przy ekshumacjach i identyfikacjach ciał ofiar zbrodni wojennych w Bośni.



W następnym numerze:

NOWOCZESNY PATRIOTYZM

POCZĄTEK STRONY

 

 

 


© Copyright by SIW ZNAK Sp. z o.o.
Strona wykonana przez Akrateia Inc.