„Jakby spadła na mnie
szafa
z książkami” (fragment)
Z SEBSATIANEM DUDĄ rozmawiają
Michał Bardel i Janusz Poniewierski
Myśliciele z kręgu radykalnej ortodoksji kilka lat temu pojawili się
na okładce magazynu „Time” – było to pierwsze zdjęcie teologów
na okładce tego magazynu od lat 60.! Symptomatyczne, że wtedy,
w latach 60. ubiegłego wieku, byli to teologowie „śmierci Boga”,
a teraz właśnie radykalni ortodoksi.
Co to właściwie jest ta radykalna ortodoksja? Co łączy tak różnych myślicieli jak John Milbank,
Catherine Pickstock czy – drukowany w tym numerze „Znaku” – Peter Candler?
Z zewnątrz radykalna ortodoksja postrzegana jest jako ruch teologiczny, dość zwarty
i prezentujący się – przynajmniej medialnie – jako grupa, która ma do powiedzenia coś
nowego i istotnego. Oni sami natomiast wolą mówić o sobie, że nie stanowią jednorodnego
ruchu. A jeśli już coś ich łączy, to raczej pewne wspólne podejście do teologii, filozofii
i całej myśli nowożytnej – przede wszystkim do idei sekularyzmu.
Z początku oni wcale zresztą nie nazywali się „radykalnymi ortodoksami”. Korzeni
tego ruchu należy szukać w seminarium teologicznym w Cambridge, w którym przed
laty uczestniczył John Milbank – twórca i lider radykalnej ortodoksji. Jej inicjatorzy to
w gruncie rzeczy uczniowie albo współpracownicy Rowana Williamsa, obecnego arcybiskupa
Canterbury, którzy u niego studiowali patrologię, ale przy okazji interesowali się
nowymi drogami myślowymi filozofii kontynentalnej, trochę przeciwstawiając się anglosaskiej
tradycji lingwistycznej. Wcześniej do świata anglofońskiego (przede wszystkim do USA) trafiły, rzecz jasna, koncepty i teksty francuskich postmodernistów, na
przykład Jacques’a Derridy. Zrazu interesowali się nimi teoretycy literatury, wśród nich
Paul de Man. Było to pod koniec lat 70. ubiegłego wieku. Stopniowo jednak postmodernizm
poszerzał pole swojego oddziaływania i trafił także na wydziały filozoficzne i teologiczne.
I tak – z Francji przez Amerykę – dotarł do Anglii. Tam, w latach 80., seminarzyści
Williamsa mieli już mocną świadomość tzw. zwrotu teologicznego we francuskiej
fenomenologii. Bardzo szybko przyswajali sobie teksty Jeana-Luca Mariona, seminarzystów
Derridy, czytali Dominique Janicaud, a także Michela de Certeau czy Michela
Henry’ego, i próbowali wypracować własne podejście. W większości byli to anglikanie,
głównie z tak zwanego High Church. Określali się zwykle jako anglokatolicy. Tym
łatwiej pewnie było z czasem do tych propozycji teologicznych przyciągnąć również
znaczną grupę rzymskich katolików.
Dziś radykalna ortodoksja to ruch spektakularny. Dość powiedzieć, że kilka lat temu
pojawili się na okładce magazynu „Time” – było to pierwsze zdjęcie teologów na okładce
tego magazynu od lat 60.! Symptomatyczne, że wtedy, w latach 60. ubiegłego wieku,
byli to teologowie „śmierci Boga”, a teraz właśnie radykalni ortodoksi.
Pod koniec lat 90. ukazał się zbiór tekstów (pod redakcją Milbanka, Pickstock i Grahama
Warda) zatytułowany „Radykalna Ortodoksja – nowa teologia”, co posłużyło za
emblemat zarówno przy określeniu owego podejścia teologicznego, jak i samego ruchu
czy nawet szkoły teologicznej. Wcześniej Milbank wolał mówić o „postmodernistycznym,
krytycznym augustynizmie”. Z samej nazwy „radykalna ortodoksja” zdają się wynikać
pewne charakterystyczne, myślowe kategorie.
Jakie to kategorie?
Na pewno nie te, o które chodziłoby Pawłowi Milcarkowi ze środowiska „Christianitas”,
który zdążył już użyć określenia „radykalna ortodoksja”: że jest to jakiś nowy, ultrakonserwatywny
ruch chrześcijański. Bez wątpienia bowiem nie jest to ruch konserwatywny.
To ruch radykalny poprzez odniesienie do korzeni (radix – łac. korzeń), czyli wzywający
do przemyślenia na nowo pewnych podstawowych tekstów tradycji chrześcijańskiej
– przede wszystkim patrystycznych, biblijnych i scholastycznych – ale w zderzeniu
z myślą nowożytną, współczesną, przede wszystkim z zaaplikowaniem niektórych rozwiązań
postmoderny. Radykalni ortodoksi uznają, że filozofia postmodernistyczna ma
pewne osiągnięcia, przynajmniej w tym sensie, iż daje teologii narzędzia do prowadzenia
nowej refleksji. Or todoksję natomiast rozumieją oni jako obronę teologii przed
roszczeniami nowożytności. Nowożytność, mówią, zepchnęła teologię do niszy na intelektualnej
agorze – stało się to zresztą za przyzwoleniem samych teologów. Teologia
straciła bowiem pretensje do tworzenia całościowej wizji, do zajmowania się wszystkim,
do bycia ogólną teorią, do opisywania wszelkiego typu doświadczeń. Coraz więcej pól cedowała na nauki szczegółowe i tym samym, w pewnych bardzo radykalnych wersjach
teologii protestanckiej, liberalnej, stała się opisem albo mglistego doświadczenia chrześcijańskiego
– czymkolwiek miałoby ono być – albo spekulacją na temat transcendentaliów,
też dosyć mglistą, albo – w najlepszym wypadku – badaniami historyczno-filologicznymi.
Gdyby miał Pan umieścić radykalną ortodoksję na mapie współczesnej teologii, gdzie znalazłoby
się dla niej miejsce? Czytając teksty jej przedstawicieli, łatwo dostrzec dalekie analogie
z ruchem oksfordzkim, z nouvelle théologie, może także z neotomizmem Maritaina…
Oni sami przyznają się do tych analogii – z pewnością do ruchu oksfordzkiego, o którym
pamięć jest w Anglii bardzo żywotna (choć w samym Kościele anglikańskim, co zrozumiałe,
często jest to pamięć bolesna). Pamiętajmy jednak, że cała myślowa działalność
radykalnych ortodoksów dokonuje się właściwie w sferze języka angielskiego. To jest
tak naprawdę ruch anglofoński, w dodatku działający w ramach bardzo hermetycznego
idiomu. Myśliciele ci w swej działalności teologicznej odnoszą się zatem do tych postaci
teologii, które w Anglii były silne i popularne. Kiedy Milbank w swoim Programie radykalnej
ortodoksji próbował ustalić, jaka jest pozycja radykalnych ortodoksów względem
katolicyzmu i protestantyzmu, stwierdził: występujemy przeciwko tak zwanej nowej ortodoksji
(neoortodoksji) protestanckiej.
Więcej na łamach wakacyjnego „Znaku”
Share
Zamów numer