70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Ta cała rockowa historia

Z Jerzym Skarżyńskim spotkałem się w redakcji radia tuż przed emisją 862. notowania „Listy Niezapomnianych Przebojów”, jego sztandarowej audycji, w której prezentuje zarówno najsłynniejsze, jak i najbardziej warte przypomnienia utwory z całej historii muzyki rockowej. Chwilę wcześniej wrócił z kolejnej „giełdy płyt”, odbywającej się co tydzień w krakowskim klubie studenckim „Pod Przewiązką” – miejscu, z którym związał się jeszcze jako licealista przejmując prowadzenie dyskotek.

Tam właśnie przekonywał kolejne pokolenia słuchaczy, że rocka, podobnie jak muzyki klasycznej, można (a czasem nawet trzeba!) słuchać w skupieniu – i że przy jego pomocy można też odkrywać świat. To, gdzie kierować pierwsze kroki, wchodząc do pełnego klasycznych longplayów „muzycznego Luwru”, opisał w książkach z serii Niezapomniane płyty historii rocka (2004–2008).

W tamtą niedzielę, pomiędzy uzupełnianiem formularzy dla ZAIKS-u a wejściem „na żywo” na antenę, Jerzy Skarżyński opowiedział mi jak w czasach PRL sprowadzał do Polski zagraniczne płyty, dlaczego nie zdecydował się wyjechać na Zachód, a także o tym, w jakim celu komunistyczna władza „ukradła” młodym Polakom rock’n’rolla. Również i dziś radiowa rzeczywistość nie rozpieszcza prezenterów muzycznych. Muzyka, która w przeciwieństwie do transmisji sportowych nie przynosi rozgłośniom pieniędzy, występuje zwykle na antenie w roli niedbale położonej tapety, „wypełniacza” czasu antenowego. Nasz czerwcowy rozmówca dba o to, aby ją z tego tła wydobyć.

*

Zadanie jest niełatwe: na łamach nobliwego „Znaku” ma się ukazać rozmowa poświęcona w dużej części rockowi, muzyce, którą niektórzy nazywają „rozrywkową”…

…lub, co gorsza, „młodzieżową”! Oba te określenia wprowadzają w błąd. W muzyce rockowej – podobnie jak w klasycznej – znajdziemy zarówno utwory do zabawy, jak i do kontemplacji. A ta domniemana „młodzież”, która gra i słucha rocka, często „dobija” dziś sześćdziesiątki… Młodzi ludzie, wbrew pozorom, wolą inne gatunki muzyki. Zresztą, dojrzałość i skomplikowanie rocka zwykle przychodziło wraz ze… starzeniem się jego twórców. Im starsi się stawali, tym ambitniejsze płyty sygnowali swoimi nazwiskami.

Rock jest dla Pana „tworzywem” pracy, pasją czy może – całym życiem?

Przede wszystkim przyjemnością. Szczęśliwy traf sprawił, że w tym samym momencie, w którym się nim zainteresowałem, zacząłem używać go do swojej pracy. Dzięki muzyce nie czuję, że pracuję. W radiu mógłbym prowadzić audycje bez przerwy choćby i przez kilkanaście godzin – a i tak nie narzekałbym, że zostaję tam po godzinach…

Muzyka pozostaje dla mnie sztuką tworzoną w celu wywarcia na odbiorcy określonego wrażenia estetycznego. I tyle. Wszystkie te rozliczne ideologie, którymi rock obrastał od samego początku, nieodmiennie wydawały mi się śmieszne. Dlatego najbliżsi są mi artyści zupełnie niegwiazdorscy. Na przykład Paul McCartney, który, oczywiście, jest wielką gwiazdą, ale równocześnie, w każdej sytuacji, pozostaje sobą: urodzonym w Liverpoolu Paulem McCarnteyem. Natomiast „pozerzy” w rodzaju Michaela Jacksona czy Marylina Mansona zawsze mnie tylko rozśmieszali.

Ale przecież przybieranie rozmaitych póz, wchodzenie w role, udawanie kogoś innego pozostaje również domeną cenionych artystów. David Bowie w latach 70. wydawał płyty i występował na scenie jako Ziggy Stardust – przybysz z kosmosu. Dziwił i szokował. Jaka jest różnica między nim a Mansonem?

Taka, że Bowie wykreował postać Stardusta wyłącznie na użytek artystyczny. Nie sądzę, aby w swoim domu był również kosmitą. Podobnie jak muzycy z heavymetalowego zespołu Black Sabbath, na scenie niemal odprawiający rytuały czarnej magii: kiedy po koncercie wracają do swoich rodzin, wydają się całkiem normalnymi ludźmi. Sztuką jest być świadomym, gdzie kończy się scena, a zaczyna zwykłe życie.

Wydaje mi się, że przybieranie póz jest obce również mnie, jako odbiorcy muzyki. Nigdy nie byłem członkiem żadnej subkultury. Nie spróbowałem żadnego narkotyku, nie paliłem papierosów. Muzyka na zawsze pozostała dla mnie tylko i wyłącznie sztuką, nie czułem potrzeby przeistaczania się z jej powodu w kogoś innego, w nie-mnie – choć trzeba przyznać, że związki rocka z antropologią i socjologią są bardzo ciekawe.

Ukradziony rock’n’roll

Od czego zaczęła się u Pana cała ta rockowa historia?

Był rok 1970. W ósmej klasie szkoły podstawowej, na jedną z lekcji ZPT, czyli zajęć praktyczno-technicznych, nauczyciel przyniósł rosyjski gramofon stereofoniczny. Miała to być lekcja inna niż dotąd; dotychczas uczyliśmy się głównie zbijania karmników. Tym razem mieliśmy zobaczyć, jak działa urządzenie do odtwarzania płyt. Puściliśmy wtedy Abbey Road Beatlesów – a ja w ciągu czterdziestu paru minut zakochałem się w ich muzyce. Nie mogło już być mowy o rozmontowywaniu gramofonu i analizowaniu jego budowy, przesłuchaliśmy tę płytę od początku do końca.

Wkrótce, w nagrodę za zdany egzamin wstępny do liceum, ojciec zabrał mnie na wycieczkę do Włoch. Tam zaopatrzyłem się w pierwsze zachodnie płyty. Kiedy wróciłem do Krakowa, dowiedział się o moim zakupie jeden z moich kolegów – i zaproponował następujący układ: ja mu te płyty pożyczę, a on w zamian pozwoli mi wejść do klubu studenckiego „Pod Przewiązką”, w którym prowadził dyskotekę. Zacząłem tam przychodzić regularnie, przynosząc ze sobą coraz więcej muzyki, od czasu do czasu puszczając nawet coś do tańca. Przy czym to „do tańca” znaczyło coś innego niż dziś: wtedy bawiono się przy Franku Zappie czy Money Pink Floydów. Aż w końcu mojego kolegę wzięli do woja – i tak zostałem sam z klubem „Pod Przewiązką”. Wkrótce zorganizowałem tam Klub Muzyki Progresywnej – ponieważ okazało się, że są też ludzie, którzy chcieliby słuchać muzyki nie za bardzo nadającej się do tańca. Odtąd, przez trzydzieści trzy lata, spotykaliśmy się co tydzień i puszczaliśmy sobie całe longplaye – w latach 80. doszły jeszcze do tego prezentacje koncertów wydawanych na kasetach wideo, a potem pokazy DVD.

Przewagą prezentera dyskotekowego nad radiowym jest to, że może bezpośrednio obserwować reakcje słuchaczy na graną im muzykę. Jak wtedy, prawie cztery dekady temu, słuchano i przeżywano rocka?

W ostatnich latach walkmany, discmany i iPody zredukowały muzykę do czegoś, co nam tylko towarzyszy w codzienności życia, nie jest zaś celem samym w sobie. A wtedy, w pierwszych latach funkcjonowania polskich dyskotek, rocka słuchało się bardziej dla niego samego. Nie istniało u nas pojęcie didżeja, nikomu nie przychodziło do głowy, że płyty można skreczować, czyli przesuwać je w czasie odtwarzania po talerzu gramofonu, wywołując tym charakterystyczny dźwięk. Liczyło się, jak dany longplay był nagrany, a nie w jaki sposób można go było zmiksować. Dążenie do zwracania uwagi na formę, nie zaś na treść utworów prezentowanych na imprezach osiągnęło poziom absurdu wiele lat później, już w latach 90., za sprawą techno, którego fani liczyli w utworach bity! Ja tymczasem nigdy w życiu nie wpadłbym na to, aby liczyć bity w, dajmy na to, Epitaph King Crimson…

Był też socjologiczny wyróżnik tamtych czasów: PRL to była jednak epoka o wiele bardziej pruderyjna niż czasy nam współczesne. Teraz młodzież chodzi na imprezy, zakładając bransoletki w określonym kolorze, co jest sygnałem dla płci przeciwnej, że ma się ochotę na seks. Wtedy byłoby to nie do pomyślenia. Kiedy podczas tańca chłopak mógł się przytulić do dziewczyny, to już było coś! Dyskoteki kończyły się wcześnie, o jedenastej wieczór całe miasto zamierało. To wszystko z dzisiejszej perspektywy wydaje się równie śmieszne co nierealne.

W socjalistycznych krajach naszego regionu Europy rock, jako wyraz oporu młodzieży wobec władzy komunistycznej, w warstwie politycznej wyraźnie zyskał zabarwienie prawicowe. To paradoks: muzyka buntu, na Zachodzie od zawsze przywiązana do idei liberalizmu, często lewicująca, u nas swoją tożsamość definiowała, często odwołując się do ideologii konserwatywnej.

Z wykształcenia jestem historykiem, ze studiów wyniosłem więc nawyk patrzenia na zjawiska z pewnego dystansu. Myślę, że dotyczy to również mojej oceny muzyki i jej relacji z polityką – relacji dość złożonej.

W tamtych czasach do szkoły chodziliśmy w chałatach, z tarczą na ramieniu, włosy trzeba było mieć przycięte na dwa palce nad kołnierz… Kiedy zauważaliśmy okładkę płyty, na której jakiś facet był w skórzanej kurtce, z włosami do pasa, to z czym innym mogło nam się to kojarzyć, jeżeli nie z prawdziwą wolnością? To prawda jednak: do lewicy w zachodnim tego słowa znaczeniu było mojemu pokoleniu dość daleko: nie bardzo nawet „łapaliśmy” protest-songi Boba Dylana, które śpiewał przeciwko wojnie w Wietnamie…

Prawicowa optyka muzyki rockowej wzięła się u nas właśnie z tego, była dla wielu młodych właściwie jedynym sposobem pokazania, że jest się „anty” i że chciałoby się być bliżej Zachodu. To z rockowych tekstów dowiadywaliśmy się, czym żyją nasi rówieśnicy w prawdziwie demokratycznych krajach, albo, na przykład, kim są hippisi. Płyty trafiały do nas stosunkowo szybko, a teksty, jako że śpiewano po angielsku, nie były cenzurowane. A młodszym czytelnikom „Znaku” warto przypomnieć, że to wcale nie było takie oczywiste: amerykańskie filmy nieraz docierały do Polski z kilkuletnim opóźnieniem, starannie wyselekcjonowane pod kątem obecności treści antykomunistycznych… A w tym samym czasie John Lennon śpiewał Power to the People albo Imagine, a my sobie jego teksty, jeden po drugim, tłumaczyliśmy…

Mariaż rocka z prawicą, czy szerzej: z antyreżimową opozycją, dał się najlepiej zauważyć w ostatnim okresie peerelu. Kilka miesięcy temu trafił zresztą do polskich kin dwujęzyczny film dokumentalny Beats of Freedom/Zew wolności w reżyserii Leszka Gnoińskiego i Wojciecha Słoty, poświęcony związkom rocka i polityki w latach 80. Ówczesne władze wymyśliły sobie, że młodzież można spacyfikować, „zwracając” jej rock’n’roll. Efekt był jednak odwrotny: śpiewano piosenki, które prowokowały do opozycji. Kiedy Perfect grał utwór Chcemy być sobą, publiczność skandowała podczas refrenu: „chcemy bić ZOMO”!

Dlaczego mówi Pan o „zwracaniu” przez władzę rock’n’rolla? Został kiedyś „zabrany”?

Tak – i można nawet wyznaczyć dość konkretną datę: zdarzyło się to około roku 1973, już w czasach Gierka. Rock, do niedawna nazywany wtedy jeszcze big bitem, poszedł w odstawkę. Po słynnej płycie zespołu Test, z wyjątkiem Breakoutu i SBB, nie wydawano już w Polsce tej muzyki! Partia doszła bowiem do wniosku, że Polakom należy odtąd serwować muzykę dla ludu: dla chłopów i robotników. Rozpoczęła się era muzyki festiwalowej oraz tych okropnych programów telewizyjnych z cyklu Z wizytą u was, do udziału w których zapraszano przedstawicieli klas pracujących oraz największe gwiazdy Opola i innych podobnych festiwali w bratnich krajach – od Ałły Pugaczowej poczynając, na Franku Schoebelu kończąc. Zaczął się okres, w którym prawdziwie utalentowane artystki w rodzaju Maryli Rodowicz czy Haliny Frąckowiak były zmuszone funkcjonować obok Edwarda Hulewicza czy Wiktora Zatwarskiego, który śpiewał Srebrne wesele…

Pewnie któryś z partyjnych kacyków stwierdził też, że gitary nie licują z obrazem władzy ludowej. Tym bardziej, że pierwsi polscy rockmani śpiewali też o sprawach pesymistycznych. Rock jest muzyką buntu, pozostaje rockiem tylko wtedy, kiedy jest choć trochę „obrazoburczy”… Nie chodziło nawet o poważny opór: wystarczy, że śpiewano o ścisku w tramwajach albo o tym, że na mieszkanie czeka się przez kilkanaście lat… Nawet to dla władzy było niebezpieczne.

Rozumiem, że ta przerwa w rozwoju rocka skończyła się w latach 80.?

Dopiero za czasów Kani doszło w Polsce do eksplozji popularności rocka. Zaczęło się od Maanamu i słynnego występu Kory na festiwalu w Opolu w 1980 roku, kiedy zaśpiewała Boskie Buenos w aranżacji, która, delikatnie rzecz ujmując, znacznie odbiegała od ustalonego, estradowego szlifu. Podobno niektórzy z organizatorów uprzedzali nawet zespół, żeby tego utworu nie wykonywał. Ale ktoś pokazał im drogę na scenę… i od tego wszystko się w Polsce zaczęło na nowo. Podejrzewam, że w tym samym momencie ktoś w Komitecie Centralnym uznał, że rock jest dobry, bo gdy młodzi wyszaleją się na koncertach, to nie będą już mieć siły uczestniczyć w demonstracjach przeciw władzy.

Żelazna kurtyna oddzielała również polskich wykonawców od głównego nurtu rocka na Zachodzie, sprawiła, że szereg znakomitych polskich zespołów rockowych nie mogło rozpocząć tam kariery, grać koncertów, tworzyć w dobrych studiach nagraniowych. Wielka szkoda, bo kiedy słucha się na przykład nagrań Breakoutu z Mirą Kubasińską i Tadeuszem Nalepą z początku lat 70., nabiera się przekonania, że gdyby tylko śpiewali oni po angielsku, byłaby to absolutnie pierwsza liga światowego rocka…

To prawda, w tamtym czasie mieliśmy więcej takich zespołów: płyta Krywań Skaldów to muzyczne mistrzostwo świata. Podobnie jak Mrowisko grupy Klan. Niestety, większość z tych nagrań brzmi dziś bardzo siermiężnie, ponieważ tworzone były po amatorsku. W Polsce nie było wtedy producentów płyt, ludzi, którzy nadawaliby im ostateczny szlif i nowoczesne brzmienie. Tymczasem na Zachodzie najsłynniejsi producenci zyskiwali status gwiazd niemal równych zespołom, których płyty nagrywali – wystarczy wspomnieć Alana Parsonsa, współautora sukcesu Abbey Road The Beatles i Dark Side of the Moon Pink Floyd. Tymczasem w Polsce jeszcze w 1970 roku perkusję nagrywano na jednej ścieżce, a gitarę na drugiej…

Jak Pan sądzi, w którym kierunku mógłby się rozwinąć polski rock, gdyby mu to umożliwiono?

Z jednej strony, byłoby podobnie jak na świecie. Do końca lat 70. dominowałyby pewnie dwa nurty rocka: klasyczny, rockowo-bluesowy – czyli to, co w Polsce reprezentował Breakout – oraz progresywny. Być może doczekalibyśmy się krajowych kopii Pink Floydów.

Z drugiej strony, pewne charakterystyczne elementy zachodniej kultury rockowej u nas w ogóle „nie załapały”. Na przykład muzyka punk – jej ideologicznym korzeniem był w Anglii bunt przeciwko zjawisku u nas zupełnie niewystępującemu: klasie średniej. Punkowe zespoły pojawiły się u nas dopiero w latach 80., w czasie, kiedy na świecie punku już właściwie nie było.

W 99 procentach rock jest muzyką anglosaską. Choć gra się go i śpiewa również w wielu innych językach, to bardzo niewiele krajów poza Wielką Brytanią i Stanami Zjednoczonymi dorobiło się „swojego” brzmienia. Czy w Polsce była taka szansa?

Wspomniałem o Skaldach. Był w historii polskiego rocka taki moment, kiedy nurt, którego oni byli przedstawicielami, mógł rozwinąć się w rodzaj typowo polskiego folk-rocka, opartego zapewne przede wszystkim na muzyce góralskiej. Być może otrzymalibyśmy taką polską wersję ludowo-popularnej muzyki bałkańskiej?

Był w każdym razie w Polsce potencjał na oryginalną muzykę rockową. Dowody na to znajdujemy również wśród przedstawicieli późniejszych pokoleń muzyków: to, że stać nas było na własną muzykę, pokazał w latach 80. i 90. Grzegorz Ciechowski.

Polityka zakłóciła więc rozwój polskiego rocka, który na Zachodzie wyglądał zupełnie inaczej. Tam zjawiskiem, które symbolicznie zakończyło dekadę lat 70. i zmiotło ze sceny prawie wszystkie wielkie zespoły tamtego okresu, była muzyka punkowa oraz disco…

W dużym skrócie – punk narodził się również dlatego, że pokolenie, które zaczęło słuchać muzyki w połowie lat 70., nie odnalazło się w muzyce jego starszych o kilka lat kolegów. Wszystkie te znane, progresywne zespoły, które zaczynały karierę jeszcze w poprzedniej dekadzie, na swoich pierwszych albumach grały zwykle mało wymagającego rocka. Dopiero wraz z dorastaniem twórców, dojrzewały też ich dzieła, stopniowo zyskując ambitne brzmienie. A wraz z twórcami dorastali ich słuchacze, stopniowo akceptując coraz trudniejszą muzykę.

Doszło więc do tego, że ci, którzy w 1975 roku mieli po piętnaście lat – myślę, że właśnie w tym wieku muzyki zaczyna się słuchać ze zrozumieniem – mieli do wyboru: słuchać „nadętych” nagrań Genesis, Yes czy Emerson, Lake and Palmer albo stworzyć własną muzykę, którą w dodatku potrafiliby bez większego wysiłku zagrać, nie potrzebując do tego orkiestry symfonicznej. Tak narodził się punk, który pod wieloma względami był odpowiednikiem wczesnego rock’n’rolla.

Jedni oczekują od muzyki uniesień emocjonalnych, inni – fizycznych. Tym, którzy idą na dyskotekę po to, aby zapomnieć się w tańcu i zabawie, jest właściwie wszystko jedno: dlatego w muzyce dyskotekowej nie ma żadnej ideologii. To wtedy, w połowie lat 70., zaczęły się rozjeżdżać drogi muzyki, w której ważne jest określone przesłanie, oraz tej, którą można nazwać komercyjną. Nurt komercyjny przeszedł długą drogę od Bee Gees do techno, z kolei dla zespołów rockowych po epoce punku nastąpił czas Nowej Fali – całkiem zresztą dla ucha przyjemny, trzeba przyznać: były to nagrania Dire Straits czy The Police, zespoły postpunkowe… Następnym przełomem było pojawienie się zespołu Nirvana na początku lat 90.

Rock zbliżył się do ponownie do dobrej muzyki popularnej dopiero w tym tysiącleciu. Powstały zespoły w rodzaju brytyjskiego Muse, grające dla tych, którzy oczekują od muzyki czegoś więcej niż tylko taneczności, choć z drugiej strony inni również znajdą w ich twórczości coś dla siebie. Wszystko zatoczyło wielkie koło i powróciło do czasu wczesnych Beatlesów, kiedy muzyka była tworzona z myślą zarówno o słuchaniu, jak i zabawie.

A gdzieś z boku zawsze były nisze – „przechowywali się” w nich outsiderzy w rodzaju Franka Zappy, którzy w czasach, gdy wszystko się zmieniało, ciągle pozostawali sobą…

Znów nam rośnie fajne pokolenie

W jaki sposób sprowadzał Pan do klubu, a potem do radia, zachodnie płyty? Były to czasy, w których prezenterzy muzyczni w Polsce desperacko poszukiwali znajomych wśród stewardess LOT-u lub gdyńskich marynarzy, którzy mogliby przywozić im z Zachodu nagrania…

Jeszcze na początku lat 70. w Polsce nie było sklepów muzycznych. Płyty sprzedawano w księgarniach. Najczęściej była tych płyt ledwie jedna półka, bo sprzedawano tylko nowości. Muzyki z Zachodu nie było w ogóle.

Razem z kolegami coś więc wymyśliliśmy. Na Rynku Głównym w Krakowie funkcjonował komis „Antyk”, w którym sprzedawano stare meble. Starając się nie zwracać na siebie uwagi milicji, stawaliśmy w jego bramie z torbami i handlowaliśmy – lub częściej: wymienialiśmy się – longplayami. W 1970 roku ktoś wpadł na pomysł, aby w klubie „Zaścianek” urządzić giełdę płyt, która ostatecznie, kilka miesięcy później, trafiła do „Pod Przewiązką”. Dzięki temu ruchowi miałem pod ręką prawie wszystkie płyty, które trafiały do Krakowa i których ktoś chciał się pozbyć. A ponieważ byłem wtedy szefem muzycznym klubu, rzadko się zdarzyło, aby ktoś odmówił mi pożyczenia jakiegoś nagrania…

Korzystało się też z usług wyspecjalizowanych „ściągaczy” płyt, czyli osób, które miały krewnych na Zachodzie. Niejedną nową płytę z Zachodu przywiózł mi znajomy mojego ojca pianista Jan Boba, wtedy w zespole Jazz Band Ball. Potem zaprzyjaźniłem się też z piłkarzami Wisły: Adamem Nawałką i Piotrem Skrobowskim – którzy w tym okresie grali w reprezentacji Polski – a mnie z mundialu w Hiszpanii przywozili płyty…

W latach 80. sam zacząłem w końcu jeździć po płyty do Berlina Zachodniego. Ale do tego – podobnie jak do prowadzenia imprez muzycznych – potrzebowałem tak zwanej weryfikacji ministerstwa kultury i sztuki. Udało mi się otrzymać najwyższą kategorię „S”, która między innymi uprawniała do otrzymania paszportu na czas wyjazdu zagranicznego, jeżeli jechało się w celu zakupu materiałów do pracy.

Na czym polegała taka weryfikacja?

Specjalna komisja pytała przyszłych prezenterów dyskotek o historyczne aspekty zwycięstwa polskich żołnierzy pod Lenino… Ocena profesjonalizmu zawodowego sprowadzała się do pytań w rodzaju, czym różni się mikrofon dynamiczny od pojemnościowego…

Weryfikacje dotyczyły również wykonawców. Paradoksalnie, to właśnie dzięki tak absurdalnemu systemowi w klubach mogły występować również te najlepsze i najbardziej znane zespoły. W tamtych czasach „artyści estradowi” danej kategorii nie mogli zarobić więcej niż z góry określoną sumę pieniędzy. Chałturzyli więc, grali po klubach po trzy koncerty dziennie… W „Pod Przewiązką” gościłem między innymi Lombard, Lady Pank, Maanam, Marka Grechutę, stale występowali u nas: Zenon Laskowik i kabaret Tey czy Jan Pietrzak. Dziś, w czasach gdy wykonawcy tej klasy żądają za występ wielkich pieniędzy, zaś kluby studenckie powinny przynosić dochód, byłoby to niemożliwe.

Nigdy nie chciał Pan wyjechać na Zachód na stałe? Zamieszkać w Londynie, regularnie chodzić na koncerty do klubu Marquee albo do Hammersmith Odeon? Wtedy, w latach 70. i 80., prawie codziennie grali tam ci najlepsi.

Dość dobrze znałem Zachód i wiedziałem, że żyje się tam pięknie. Poczucie wolności, szczególnie w Londynie, było tak cudowne… Z drugiej strony, w Polsce miałem swoje radio – to dla niego wracałem. Ale za każdym razem, kiedy wracałem do Polski przeżywałem katusze. Najgorsza rzecz, jaką można sobie było wyobrazić, był powrót z Zachodu do komuny, do jej szarości, ciemnych, nieoświetlonych nocą ulic… To po prostu przygnębiało.

Na szczęście, w latach 80. udało mi się, głównie w Berlinie, zobaczyć na żywo prawie wszystkich wielkich: od Queen do Pink Floyd. Kiedy zjawiałem się tam przed koncertem i mówiłem, że jestem dziennikarzem muzycznym z komunistycznej Polski, zwykle od ręki wręczano mi wejściówkę.

Jak to się stało, że trafił Pan do Radia Kraków?

Znalazłem się tu dzięki koledze, Antoniemu Krupie, który w 1978 roku zachęcił mnie do zaprezentowania na antenie posiadanych nagrań. Oprócz longplayów zbierałem również single z przebojami, których w radiu zawsze brakowało. Ale zanim trafiłem do studia, czekało mnie spotkanie z prezesem krakowskiego Radiokomitetu, w jego wielkim gabinecie z czerwonym dywanem i olbrzymim biurkiem. „Jakie piosenki chce pan puszczać – zapytał – polskie czy zagraniczne?” Odpowiedziałem, że zagraniczne. „A, to puszczajcie sobie!”. W tekstach śpiewanych po angielsku władza nie widziała wtedy dla siebie żadnego zagrożenia.

„Muzyczny budzik” – pierwsza audycja, jaką dano mi do prowadzenia jesienią 1978 roku – trwała pół godziny, nadawano ją wcześnie rano, raz na dwa tygodnie. Wszystkie programy były w tamtych czasach uprzednio nagrywane. To był koszmar, bo skoro nagrywali wszyscy, trudno było w ciągu dnia znaleźć dla siebie wolne studio. Co gorsza, zapowiedzi utworów musiały być wcześniej napisane i zatwierdzone przez cenzurę. Aby powiedzieć coś o Stingu, musiałem wystukać to na maszynie (przez kalkę: potrzebne były trzy egzemplarze – dla mnie, dla cenzora i do archiwum radia).

Jeszcze przed stanem wojennym poprowadziłem kilka programów ogólnopolskich. Znacznie później, w drugiej połowie lat 80., pozwolono na prowadzenie programów na żywo. I dopiero od tego momentu poczułem, że jestem prawdziwym radiowcem. A po upadku komunizmu ruszyły jeszcze w Radiu Kraków nocne programy.

Dla słuchaczy nocne audycje muzyczne są wyjątkowe – i to nie tylko ze względu na specyficzną porę, ale również z powodu pewnej szczególnego rodzaju więzi czy łączności z prowadzącym program. Czy odczuwał Pan to też przed mikrofonem?

Tak, to się czuje również w studio. Uwielbiałem nocne programy, dobrze czułem sie z myślą, że prowadzę je dla wyselekcjowanych ludzi. Zawsze miałem poczucie, że mówię do konkretnego człowieka, a pomagał mi w tym kontakt ze słuchaczami: ktoś na przykład telefonował do mnie z prośbą o jakąś piosenkę, „ale nie w tej chwili – mówił – dopiero za pół godziny, bo teraz razem z żoną jem kolację”. To pozwalało mi wyobrażać sobie moich słuchaczy, poznawać ich lepiej.

W ciągu dnia w radiu da się odczuć, że muzyka jest traktowana niczym tapeta, wypełniacz potrzebny do tego, aby łatać dziury pomiędzy audycjami mówionymi. To muzykę zawsze najłatwiej jest wyciszyć – bo serwis dla kierowców powinien już „pójść” co do sekundy… Tylko w nocy nie było od muzyki niczego ważniejszego, nie musiałem się bać, że za cztery i pół minuty musi zostać wyemitowana reklama. Dochodził do tego ten niesamowity nastrój oraz fakt, że grałem muzykę, która wybudza silne emocje. Tak powstawały najlepsze audycje.

Pamiętam, jak w czasie jednej z audycji – było to może z dziesięć lat temu – sprawił mi Pan niesamowitą radość, grając w całości pierwszy album Traveling Wilburys, rzecz wtedy absolutnie nie do dostania. Jeszcze wtedy była to gratka. Dziś, jeśli chcemy, prawie każdą płytę możemy sobie ściągnąć – legalnie lub nie – przez internet. Powszechna dostępność muzyki sprawia, że łatwo się zgubić w gąszczu albumów i wykonawców.

Muzyka rockowa jest niczym Luwr do potęgi. Można tam wprawdzie zobaczyć tysiące arcydzieł malarstwa i rzeźby, ale ich liczba oszałamia. Po kilku godzinach zwiedzania, jeśli nie mamy przewodnika, ze zmęczenia możemy nawet nie zauważyć Mony Lizy. Rozmawiałem kiedyś z Piotrem Kaczkowskim na temat tego, czy prezenterzy muzyczni zostaną z radia w końcu wyparci przez komputery. On miał dość pesymistyczne nastawienie co do przyszłości naszego zawodu, ja – odwrotnie. Myślę, że wkrótce przyjdzie taki moment, kiedy ludzie zdadzą sobie sprawę, że bez dobrych przewodników nie dowiedzą się, czego słuchać. Bo dostęp nie jest równoznaczny z wiedzą. Skąd wiadomo, co ściągnąć z internetu?

Pojawiły się już jednak „inteligentne”, spersonalizowane radia internetowe. Po zalogowaniu się na stronę wpisujemy nazwy ulubionych wykonawców – po czym klikamy „play”. Radio odtwarza wtedy nie tylko utwory wybranych przez nas artystów, ale również podobnych do nich, takich, których muzyka może się nam spodobać… Każdy odtwarzany utwór możemy „polubić”, system powoli uczy się naszego gustu.

Zgoda, to rzeczywiście spora konkurencja. Ale pozostaje mi jeszcze jeden argument na obronę żywego prezentera. Obok muzyki moim drugim hobby jest fotografia. Kiedy mam do wyboru album z samymi tylko fotografiami oraz taki, w którym są one uzupełnione o komentarz autora, zawszę wybiorę ten drugi. Bo słowa i cała warstwa opisowa nadają każdej sztuce sens, pozwalają na pokazanie kontekstu, na wyjście poza samą sztukę; w pewnym sensie pokazują i uczą świata. W każdej dziedzinie sztuki potrzebni będą krytycy – dotyczy to również rocka. Będą potrzebni ludzie, którzy nadadzą muzyce poetykę tego typu.

Pewnie dlatego pisze Pan również książki o muzyce?

Tak – właśnie po to, aby najmłodsze pokolenia słuchaczy wiedziały, skąd się wzięło owo „chcemy bić ZOMO” na koncertach Perfectu… Wielu ludzi, którzy chcą „wejść” w muzykę rockową, kupiło te książki. Niedługo ukaże się kolejna, poświęcona wyłącznie polskiej muzyce rockowej.

A może jednak jest tak, jak mówią niektórzy, że młodsze pokolenia mają coraz większe trudności ze skupieniem się na słowie, wyjaśnieniu, na czymś, co jest „dłuższe niż chwila”?

Myślę, że to się już zmienia na lepsze. Moja żona uczy w gimnazjum w Czchowie – małym, dwutysięcznym miasteczku nad Jeziorem Rożnowskim. Czasem zachęca swoich uczniów do uczestnictwa w pokazach koncertów na DVD, które im razem organizujemy. Zaczynaliśmy od projekcji mniej wymagających, ale efektownych: na przykład od występów Michaela Jacksona. Ale dzieci dość szybko zaczęły nas prosić nas o ambitniejszą muzykę. Skończyło się więc na The Wall w reżyserii Alana Parkera na podstawie płyty Pink Floyd. Na każdy pokaz przychodzi co tydzień 20–30 osób. Obserwując ich, widzę, że dzisiejsi nastolatkowie w mniejszym stopniu niż ich strasi o kilka lat koledzy są pochłonięci wyścigiem szczurów. Powoli zaczyna być tak jak na Zachodzie: powstaje grupa młodych zainteresowanych korzystaniem z kultury, dla których szczytem marzeń nie jest tylko nowa „bryka”.

Dobre czasy wracają?

Naprawdę jestem o tym przekonany: znów nam rośnie fajne pokolenie!


JERZY SKARŻYŃSKI, prezenter muzyczny Radia Kraków, wieloletni gospodarz imprez w klubie „Pod Przewiązką”, publicysta.

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter