70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Meandry mistyki: między herezją i ortodoksją

Nawet gdy jakieś objawienie zostanie uznane za autentyczne, to i wtedy istnieje ryzyko popełnienia błędu. Trzeba zatem do tego, co widzi i słyszy wizjoner, zastosować szczególne zasady hermeneutyki – czytać je w świetle jedynego Bożego Objawienia, którego źródłem jest Pismo Święte i Tradycja Kościoła.

Tego objawienia doznała w Płocku: „Zostałam nagle oderwana od zmysłów (…). Niepojęta światłość ogarnęła moją duszę (…). Widziałam sprawiedliwość Boską wymierzoną na ukaranie świata i miłosierdzie dające ginącemu światu, jako ostatni ratunek, cześć Przenajświętszego Sakramentu…”.

Zakonnicą, która miała to widzenie, nie była bynajmniej Faustyna Kowalska, lecz… Maria Franciszka Kozłowska, założycielka mariawityzmu, przez współwyznawców zwana „mateczką” (1862–1921). Jezus objawił jej się 2 sierpnia 1893 roku w płockim kościele seminaryjnym. Kilkadziesiąt lat później – 22 lutego 1931 roku – w tym samym mieście (co niektórym badaczom duchowości do dziś wydaje się niezwykle przejmujące), w klasztorze sióstr Matki Bożej Miłosierdzia, Jezusa ujrzy Faustyna. Pokaże się On jej w postaci jak na obrazach namalowanych później według jej wskazówek przez Kazimirowskiego i Hyłę. I też będzie mówił o miłosierdziu.

Jest rzeczą bardzo interesującą porównanie objawień siostry Faustyny i mateczki Kozłowskiej. Sporo pisał na ten temat mariawicki teolog ks. Konrad M. Paweł Rudnicki. Podobieństwo najważniejsze to, oczywiście, nacisk położony na prymat Bożego miłosierdzia przed sprawiedliwością oraz idea ofiary (i kapłaństwa powszechnego, dzięki któremu każdy składa Bogu żertwę ofiarną)[1]. A oto kilka cytatów to obrazujących:

– Z Objawienia Dzieła Miłosierdzia Bożego Marii Franciszki Kozłowskiej: „W miłosierdziu moim przebaczę im…”; „Pokój całej ziemi, jeśli przyjmie miłosierdzie”; „Na słowa est misericordiae eius [»miłosierdzie Jego«] ogarnęła duszę moją taka ufność w miłosierdzie Boskie…”; „Kazał mi Pan Jezus Przenajświętszą Hostię ofiarować Ojcu Niebieskiemu, jako ofiarę błagalną za grzechy całego świata. Ofiarowałam tak, a Pan mi powiedział: »Ile razy w ten sposób ofiarujesz mnie Ojcu Niebieskiemu, zawsze powstrzymasz sprawiedliwość i odwrócisz gniew Jego«”.

– I z Dzienniczka Faustyny Kowalskiej: „W godzinę śmierci nie będę im sędzią, ale miłosiernym zbawicielem”; „Nie znajdzie ludzkość uspokojenia, dokąd się nie zwróci z ufnością do miłosierdzia mojego”; „Ufam wbrew wszelkiej nadziei w morze miłosierdzia Twego”; „»Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa Chrystusa, za grzechy nasze i świata całego. Dla Jego bolesnej męki miej miłosierdzie dla nas«. (…) Ile razy wejdziesz do kaplicy, odmów zaraz tę modlitwę. (…) Modlitwa ta jest na uśmierzenie gniewu mojego”.

Są jednak pomiędzy nimi również znaczące różnice: dotyczące przede wszystkim roli obu wizjonerek w Kościele, ich – powiem wprost – pokory. Nie względem Stwórcy i Odkupiciela (tu obie myślą o sobie jako o grzesznicach, niegodnych rozmowy z Panem[2]), ale wobec autorytetu biskupów i księży – kierowników duchowych. „Różnicę tę – pisze Rudnicki – wypowiada i samo objawienie: błogosławiona Maria Franciszka jest w nim nazwana mistrzynią Dzieła Miłosierdzia. Siostra Faustyna zaś – jego sekretarką” (podkreśl. moje). To rzutuje na ich duchowy rozwój: Faustyna (i ci, którzy wierzą jej objawieniom, na przykład ks. Sopoćko) do końca poddaje się woli Kościoła, nawet wtedy, gdy oznacza to konieczność cierpienia – z wiarą, że prawda kiedyś zwycięży, Maria Franciszka zaś temu Kościołowi ostatecznie wypowiada posłuszeństwo. Wydaje się jej bowiem, że tego właśnie – bezwzględnej wierności Jego słowu bez oglądania się na akceptację Kościoła – oczekuje od niej Chrystus.

Rzecz ciekawa, w przekazie Mateczki jakiejś relatywizacji ulega również sama idea Bożego miłosierdzia. U Faustyny pozostaje ono niezmiennie darem dla wszystkich, którzy okażą zaufanie Zbawicielowi („W godzinę śmierci postąpię z nimi według nieskończonego miłosierdzia mojego”), natomiast u Marii Franciszki wydaje się mocno ograniczone: skierowane do tych, którzy wejdą na (de facto mariawicką) drogę duchowej odnowy. A pozostali? „»(…) na sądzie odrzucę ich«. Zawołałam: »Panie, czy nie masz dla nich miłosierdzia?«. Ale Pan milczał…” (Nie wykluczam jednak, że winien takiemu stawianiu sprawy jest język używany do opisywania tego, co ostateczne. I tu, i tam chodzi przecież w gruncie rzeczy o przylgnięcie do Jezusa).

Przyznaję, iż wtedy – na przełomie wieków – mogło się wydawać, że mariawityzm, tak jak kiedyś dzieło św. Franciszka z Asyżu, stanowi konieczną drogę oczyszczenia instytucji Kościoła. Powszechnie bowiem krytykowano wówczas demoralizację księży, ich materializm. Pierwszych mariawitów, członków zgromadzenia kapłańskiego noszącego tę nazwę, wyróżniał ewangeliczny styl życia: autentyczna pobożność i życie oddane Bogu na wzór Matki Bożej (Mariae vita to przecież „żywot Maryi”), dobrowolne ubóstwo i radykalny sprzeciw wobec pobierania opłat za posługi duchowne. Nic dziwnego zatem, że do mariawitów lgnęły elity polskiego duchowieństwa. Wkrótce jednak – jeszcze przed ostatecznym rozłamem i schizmą – przedstawiciele Kościoła rzymskiego zaczęli ów ruch postrzegać jak sektę, i to wcale nie ze względu na (uzasadnioną!) krytykę niemoralnego zachowania księży. Bo w mariawitach rzeczywiście było coś niepokojącego. Są oni – pisał o. Honorat Koźmiński, przez wiele lat pełniący funkcję duchowego przewodnika m. Kozłowskiej – „zbyt łatwowierni i fanatycznie w swojej kierowniczce zaślepieni, uważają ją za świętą, czczą ją i wszystko, co od niej pochodzi, przyjmują jakby od Boga samego było objawione”. Podejrzenia o sekciarstwo wzmacniała również objawiona Mateczce obietnica Jezusa, że mariawici będą czymś na kształt Kościoła: pierwszych dwunastu miało przyjąć imiona apostołów; „imię Maryi [poprzez mariawitów] ogarnie cały świat”; ich istnienie „jest tak pewne, jak istnienie moje [tzn. Jezusa] na ziemi” etc.

Warto w tym miejscu podjąć problem wiarygodności objawień prywatnych oraz ich interpretacji. W teologii mówi się w tym kontekście o „rozróżnianiu duchów”. Ma ono – czytam w Leksykonie mistyki – „podać kryteria oceny, skąd pochodzą natchnienia: od Boga i Jego aniołów albo od szatana (…), albo wreszcie od samego człowieka”. Koniecznie więc trzeba poddać się ocenie Kościoła, choć i on może tu przez czas jakiś błądzić (tak było na przykład z wizjami siostry Faustyny – Kościół przez wiele lat je odrzucał). Ale nawet gdy jakieś objawienie zostanie w końcu uznane za autentyczne, to – jak pisze wybitny teolog życia wewnętrznego o. Reginald Garrigou-Lagrange (Trzy okresy życia wewnętrznego) – i wtedy istnieje ryzyko popełnienia błędu, gdyż wizjonerzy „mogą przypisywać Duchowi Świętemu to, co pochodzi z nich samych, lub źle interpretować sens objawienia Bożego, rozumiejąc je w sposób zbyt materialny”. Trzeba zatem do tego, co widzi i słyszy wizjoner, zastosować szczególne zasady hermeneutyki – czytać je w świetle jedynego Bożego Objawienia, którego źródłem jest Pismo Święte i Tradycja Kościoła.

Na początku zarówno Faustyna, jak i Maria Franciszka, zapewne uprzedzone co do tego przez rekolekcjonistów i spowiedników, miały świadomość, że ich objawienia mogą być ułudą. I starały się je zweryfikować[3]. W przypadku m. Kozłowskiej – do czasu. Bo choć ojciec Honorat ostrzegał ją przed „złudzeniem szatańskim”, ona cytowała mu skierowane do niej słowa Jezusa: „Jeżeli ojciec mówi, że to jest złudzenie, to mów mu wszystko, niech cię wyprowadzi z tego złudzenia. Jest twoim przewodnikiem”. Tego zaś Koźmiński nie potrafił. Jak pisze historyk polskiej duchowości prof. Karol Górski, „był on przede wszystkim ascetą (…). Zajmował postawę wyraźnie a-mistyczną, (…) żadnych nadzwyczajnych przeżyć mistycznych nie miał i nie pozwalał się nimi zajmować”. Zresztą Kozłowska już wkrótce rad ojca Honorata przestała, jak się zdaje, potrzebować. Powiedział jej bowiem Jezus: „Ja sam chcę być mistrzem i nauczycielem twoim”. I wyjaśnił, że ten rodzaj objawień, jaki jest jej udziałem (tj. objawienia umysłowe, „najwyższe, bo czysto duchowe”), „nigdy nie podpada złudzeniom”[4].

W logice taki argument nazywany jest „błędnym kołem”.

Jednym ze znaków autentyczności objawień prywatnych są ich owoce. „Z owoców ich poznacie je” – miał pisać do ks. Leona Gołębiowskiego (który został później mariawickim biskupem) o. Honorat Koźmiński[5].

Pierwszym owocem – dla mariawitów do dziś niepodważalnym i rozstrzygającym – jest ożywienie duchowe i nawrócenia, jakie stały się udziałem wielu osób pod wpływem objawień mateczki Kozłowskiej. Na tle degrengolady duchowieństwa diecezjalnego mariawici byli dla Kościoła znakiem nadziei: wyróżniała ich osobista pobożność (ważną i zalecaną przez nich praktyką była adoracja Najświętszego Sakramentu i częsta Komunia święta) i zaangażowanie społeczne (wspierali między innymi rozwój kas pożyczkowych i ruchu spółdzielczego). Zaś owoc drugi – zapowiedziany zresztą przez samego Jezusa – i szczególny znak wiarygodności stanowiło ich prześladowanie: drwiny i oszczerstwa (pierwszych mariawitów, na początku wieku XX, oskarżano między innymi o sianie zgorszenia i utrzymywanie kontaktów z kobietami, choć to właśnie oni piętnowali łamanie przez księży celibatu!).

W tym początkowym okresie działalności mariawitów – mimo wszczętego przeciwko nim postępowania kanonicznego – nie stwierdzono w ich nauce żadnej herezji. Jednak istniał w niej element przez hierarchów szczególnie mocno kontestowany: rola kobiety w Kościele, a zwłaszcza zgoda na to, że może ona być kierowniczką duchową dla księży. Kto wie, może gdyby Mateczka wytrwała wówczas w Kościele rzymskokatolickim, to dziś – po II Soborze Watykańskim – myślelibyśmy o niej jak o proroku, reformatorce życia religijnego i kandydatce do tytułu doktora Kościoła?

Jednak historia potoczyła się inaczej. Kozłowską i jej zwolenników coraz częściej gromiono z ambony. „Proboszcz nasz – czytamy w jej tekście z roku 1902 – wypublikował mnie w kościele jako siejącą zgorszenie, a kapłanów, którzy u nas bywali, nazwał publicznie wilkami drapieżnymi (…). O mnie wyrażał się, że to szatan, nie kobieta”. Księży sympatyzujących z mariawityzmem usuwano z seminariów, przenoszono na „gorsze”, odległe parafie. A towarzyszyła temu szeptana propaganda, pomówienia, plotki…

Mimo to Maria Franciszka wciąż jeszcze była gotowa do ratowania jedności. W 1903 roku wraz z grupą księży mariawickich pielgrzymowała do Rzymu – przyjął ich na audiencji i udzielił swego błogosławieństwa papież Pius X. Wtedy też Mateczka – w odpowiedzi na formułowane przeciwko niej zarzuty – zrezygnowała z kierowania ruchem mariawickim, a jej miejsce zajął minister generalny: mężczyzna i ksiądz (na czym zależało hierarchom Kościoła rzymskokatolickiego), Jan Michał Kowalski.

Rok później (w sierpniu 1904) do Rzymu przybyła kolejna delegacja mariawitów, przekazując Ojcu Świętemu zapewnienie o swym posłuszeństwie i wierności. Ale urzędowa machina Kościoła została już uruchomiona i, jak się zdaje, nikt nie chciał jej zatrzymywać. 4 września tego roku Kongregacja Świętego Oficjum ogłosiła dekret kasujący zgromadzenie mariawitów. Rzymska dykasteria zajęła się również Felicją (bo takie nosiła imię, zanim wstąpiła do zakonu) Kozłowską:

Niech Przewielebny Biskup Płocki usunie ją od wszelkiego przełożeństwa, czy to nad księżmi, czy nad kobietami należącymi do zgromadzenia, oraz niech ją zupełnie od nich oddzieli, zabroniwszy zaś stanowczo, aby na przyszłość nie ważyła zajmować się kongregacją mariawitów ani pod żadnym pozorem do duchowego kierowania księżmi lub klerykami się nie wtrącała, niech jej, kierując się w tej nauce pasterską miłością i troską, wyznaczy spowiednika uczonego i pobożnego, by ten dołożył starania i wyleczył ją z halucynacji.

Nawet wówczas Mateczka okazała posłuszeństwo. „Na zjeździe w Łowiczu (w styczniu 1905 roku) – pisał autor artykułu o historii mariawityzmu Zbigniew Pasek – postanowiono podporządkować się kościelnym rozporządzeniom, pisemnie uznano zniesienie zgromadzenia oraz złożono wyznanie wiary”. Jednocześnie podjęto jednak próbę apelacji: do Rzymu pojechała delegacja „włościan”, usiłując przedstawić wprowadzanemu w błąd, jak mniemano, papieżowi ruch mariawicki przez pryzmat rozwijającej się dzięki niemu „czci Przenajświętszego Sakramentu i nabożeństwa do Najświętszej Maryi Panny”. Ale najwyższe władze Kościoła, uprzedzone do mariawityzmu przez polskich biskupów (zwłaszcza niechętnego mu biskupa płockiego Jerzego Szembeka), nie chciały już tego słuchać.

Do ostatecznego rozłamu doszło w roku 1906. Najpierw (latem 1905) mariawici rozpoczęli akcję zbierania dowodów niemoralności kleru (co mogło wywołać wrażenie, że sami są „czyści” i „godni kapłaństwa”); wkrótce potem posypały się na nich kary kościelne. W tej sytuacji w styczniu 1906 roku postanowili wypowiedzieć biskupom posłuszeństwo. Przy tej okazji pojawił się problem własności, bo na stronę mariawicką przechodziły całe parafie – dochodziło nawet do krwawych starć o mienie kościelne. I choć mariawici raz jeszcze pojechali prosić Ojca Świętego o interwencję – nic nie wskórali. Przeciwnie: 5 kwietnia 1906 roku Pius X ogłosił antymariawicką encyklikę Tribus circiter, a kilka miesięcy później obłożył m. Kozłowską i ks. Kowalskiego nieistniejącą już dzisiaj tzw. ekskomuniką większą, która w praktyce oznaczała nie tylko całkowite wykluczenie ze wspólnoty kościelnej, ale i śmierć cywilną. Z osobą objętą taką klątwą – wyjaśnia znawca mariawityzmu Tomasz D. Mames – „nie wolno było przebywać, rozmawiać, utrzymywać jakichkolwiek stosunków towarzyskich. (…) kapłani mieli zakaz udzielania wyłączonym sakramentów. W przypadku obecności wyklętej osoby na nabożeństwie liturgię należało przerwać”.

Przed Marią Franciszką bramy Kościoła zatrzasnęły się z hukiem. Odtąd, decyzją hierarchii rzymskokatolickiej, miało nie być dla niej miłosierdzia.

Wtedy coś w niej pękło.

Kiedy czytam teksty Marii Franciszki Kozłowskiej z lat 1894–1902, trudno mi – laikowi – oprzeć się wrażeniu, że mieliśmy w jej przypadku do czynienia z autentycznym (co nie znaczy bezbłędnym) objawieniem prywatnym. Taka też, jak się zdaje, była opinia niektórych ówczesnych znawców życia wewnętrznego, na przykład ks. Henryka Pydynkowskiego, jezuity, kierownika duchowego św. Brata Alberta[6]. Tak również pisma i życie Mateczki oceniał po latach współczesny polski teolog, ks. Lucjan Balter:  „Dziesięć pierwszych lat [istnienia mariawityzmu, tzn. od 1893 do 1903 roku] – do tego czasu nie mam najmniejszych zastrzeżeń, ale potem zaczyna się coś chwiać (…). I ona [Kozłowska] nagle zaczyna być wyrocznią…”.

Z punktu widzenia mariawitów taką jej rolę łatwo wytłumaczyć teorią zastępstwa: to sam Jezus Chrystus cofnął swą łaskę okazywaną dotąd Kościołowi rzymskokatolickiemu z powodu jego grzechów i na tym „usychającym drzewie” wzbudził do życia „nową latorośl”, „nowy Kościół”, którego „skałą” uczynił właśnie Mateczkę. Kościół rzymski okazał się zatem „Babilonem” – mariawici zaś zachowali heroiczną wierność Bogu, który mówi: „Wyjdźcie zeń, byście nie mieli udziału w jego grzechach” (por. Ap 18, 4).

Dla katolików taka interpretacja jest, oczywiście, nie do przyjęcia. Ale trudna do akceptacji okazała się ona również (w tym przypadku) dla chrześcijan innych wyznań, bowiem – po 1905/1906 roku – teologia mariawicka zaczęła się coraz bardziej radykalizować, ba: oddalać od samego rdzenia chrześcijaństwa, i chwilami (co z czasem przyznają również niektórzy mariawici) ocierać o aberrację. Mam tu na myśli przede wszystkim rosnący kult Mateczki[7]: już w 1906 roku ks. Kowalski pisał, że „Pan Bóg uczynił Maryę Franciszkę (…) najświętszą i dał jej te łaski, jakie dał Najświętszej Maryi Pannie (…) [a] w ręku św. Maryi Franciszki jest Miłosierdzie dla całego świata”, zaś po jej śmierci – już jako mariawicki arcybiskup – ogłosił ją Zbawicielką świata, „Małżonką Barankową” i trzecią osobą Trójcy Świętej – wcielonym Duchem Świętym. Niezwykle kontrowersyjne okazały się również wprowadzone przezeń „święte” małżeństwa księży z zakonnicami (dzieci poczęte z takiego związku miały być wolne od grzechu pierworodnego). Szalę goryczy przepełniły wysunięte w stosunku do abp. Kowalskiego i kilku innych biskupów i księży oskarżenia o „czyny lubieżne” wobec nieletnich wychowanek klasztorów. I tak historia zatoczyła koło: jak pamiętamy, oskarżenia takie – wówczas całkowicie bezpodstawne – wysuwano przeciwko mariawitom już na początku wieku. W latach 20. natomiast, w wolnej Polsce, musiał się tym zająć wymiar sprawiedliwości: Jan Michał Kowalski stanął przed niezawisłym sądem i został skazany na więzienie[8].

To wszystko miało, oczywiście, wpływ na nastawienie opinii publicznej i dokonywaną przez rzymskich katolików ocenę „owoców” ruchu zainicjowanego przez Marię Franciszkę. Myśliciel tej miary co Karol L. Koniński pisał wręcz o konieczności „tępienia obskurnych mariawityzmów”. Znając kształt „reform” Kowalskiego – trudno się temu dziwić. Z kolei w ludowej wyobraźni religijnej zaczęto łączyć mariawityzm z antychrystianizmem i satanizmem: rozpowszechniano na przykład pogłoski, że Kozłowska otrzymała objawienie, iż będzie matką Antychrysta. Jednoznaczne skojarzenia mogło wywoływać już samo nazwisko założycielki: jej zwolenników powszechnie przezywano „kozłowitami” bądź „kozłami”, a kozioł to przecież stary symbol szatana. Do dzisiaj niektórzy radykalnie przeciwstawiają objawienia matki Marii Franciszki i siostry Faustyny, nazywając te pierwsze „ciemnymi”. W książce Leona Christiani Znaki obecności szatana we współczesnym świecie, wydanej w Polsce w roku 1995 (!), wprost stawia się tezę, że mariawityzm jest „podszywającym się pod wspólnotę ortodoksyjną satanizmem”. I tak dalej.

Byłbym tu ostrożniejszy. Przeszło sto lat temu pisał o mariawitach Antoni Szech (Izydor Kajetan Wysłouch):

Biadać bardzo łatwo.

Wymyślać jeszcze łatwiej.

Złożyć wszystko na diabła i złość jego, to bardzo wygodne.

Ale wszakże ze wszystkiego trzeba się starać pożytek osiągnąć.

Wszakże Bóg, jeśli co dopuszcza, to na dobre.

Zgoda, w działaniach i decyzjach podjętych przez arcybiskupa Kowalskiego rzeczywiście można dostrzec jakąś „ciemność” (i grzech sprowadzania wiernych na manowce: doktrynalne i moralne), niemniej Maria Franciszka Kozłowska jawi mi się jako wizjonerka[9], wystawiona – nie bez udziału hierarchów Kościoła rzymskokatolickiego – „na pokuszenie”. Widzę w niej – niech mi wybaczą mariawici – nie Maryję, ale raczej Ewę, do której też przemawiał Pan Bóg.

Historii nie da się cofnąć. Warto jednak spojrzeć na nią na nowo – i dostrzec w objawieniach Marii Franciszki ziarnko prawdy. Coś, co już wtedy, na przełomie wieków, chciał nam powiedzieć Jezus, a na co – aż na sto lat! – zamknęliśmy nasze uszy i oczy.

Być może była to jakaś ważna prawda o Kościele (na przykład o relacjach łączących duchowieństwo i świeckich; o roli świeckich, w tym kobiet, we wspólnocie kościelnej; o kapłaństwie powszechnym; o związkach pieniądza z sakramentem; o Komunii pod dwiema postaciami; o potrzebie nawrócenia etc.). Czy wolno nam to zlekceważyć? Przecież – jak w 1906 roku (!) pisał cytowany tu już Antoni Szech –

[Kościołowi] Potrzeba reformy w duchu Bożym, którą tamci w duchu buntu podnieśli. (…)

I ciężką odpowiedzialność przed Bogiem zaciągną ci, co oczy na to zamykają i co mówić i myśleć o tym nie chcą.

Bo reforma potrzebna.

I o tej potrzebie – jasnej, gwałtownej, wołającej zewsząd głosem olbrzymim – mówić by należało i powtarzać z uporem Katona:

Ceterum censeo[10].


[1] Z objawieniem siostry Faustyny związany jest wizerunek Jezusa Miłosiernego, otaczany szacunkiem również przez niektórych mariawitów; z kolei – według niepisanej tradycji – z objawieniami Mateczki wiąże się forma graficzna przedstawiająca leżącą poziomo (i przypominającą ołtarz) literę „E” (jak „Eucharystia”) z dwoma skrzydłami po bokach i ze wschodzącym zza niej Słońcem. W Dzienniczku św. Faustyny ważną rolę odgrywa koronka do Miłosierdzia Bożego; analogiczną modlitwę (nieco inną i przypisywaną Kozłowskiej) znają też mariawici.

[2] M. Maria Franciszka Kozłowska: „Odpowiedział Pan: znam lepiej nędzę twoją, niżeli ty ją pojąć możesz, ale w nędzy twojej wielkość, a w słabości moc moja się objawi”. S. Faustyna Kowalska: „Poszłam przed Najświętszy Sakrament i jako największa nicość prosiłam Go o miłosierdzie, aby raczył uleczyć i oczyścić moją biedną duszę. Wtem usłyszałam te słowa: »Córko moja, wszystkie nędze twoje spłonęły w ogniu mojej miłości«”.

[3] M. Maria Franciszka Kozłowska: „Przedstawiłam całą tę sprawę swemu przewodnikowi, prosząc, żeby mię uspokoił, czy w tym nie ma złudzenia”. S. Faustyna Kowalska: „Ponad wszystko przełożyłam zdanie spowiednika i postanowiłam tak postępować, jak on uzna i udzieli mi wskazówek”.

[4] Teologia mistyczna rozróżnia trzy rodzaje „widzeń nadprzyrodzonych”: zmysłowe, wyobrażeniowe i umysłowe. O dwóch pierwszych rodzajach uważa się, że mogą podlegać złudzeniom. Widzenia umysłowe zaś – pisze za św. Janem od Krzyża Garrigou-Lagrange (Trzy okresy życia wewnętrznego) – „wolne są od  złudzeń wyobraźni i złego ducha; można jednak niekiedy wziąć za widzenie umysłowe coś, co jest tylko podnieceniem wyobraźni lub sugestią złego ducha”.

[5] List ten m. Kozłowska cytuje w tekście z roku 1902, zatytułowanym Początek zawiązku zgromadzenia kapłanów. Jednak niektórzy biografowie bł. Honorata Koźmińskiego kwestionują autentyczność tego listu, powołując się na wypowiedź ojca Honorata, który oskarżał mariawitów o fałszowanie jego pism.

[6] Nie mam pewności, jakie stanowisko zajmował wówczas o. Honorat Koźmiński. Tomasz D. Mames, autor książki o mariawityzmie Mysteria mysticorum, pisze w tym kontekście o jego „ambiwalencji”. W jednym z listów (czy autentycznym? – zob. przypis 5) ojciec Honorat pisał bowiem, że choć nie dowierza objawieniom Kozłowskiej, to jednak „widoczne są [w nich] niektóre cechy ich Boskiego pochodzenia”; zaś w innych listach (do generała zakonu kapucynów) mowa jest o „podejrzanych objawieniach” i o tym, że Mateczka „prawdopodobnie jest przez szatana oszukiwana i zaślepiona”.

[7] Za jej życia przez nią samą tonowany i hamowany.

[8] Skłoniło to przeważającą większość wyznawców mariawityzmu do buntu (1935 r.), odsunięcia dotychczasowego zwierzchnika (tj. abpa Kowalskiego) i zniesienia większości jego reform. Ukonstytuowany w ten sposób na nowo Kościół przyjął nazwę Starokatolickiego Kościoła Mariawitów, w przeciwieństwie do – nadal wiernego Kowalskiemu – Katolickiego Kościoła Mariawitów.

[9] Niektóre jej wizje, na przykład ta dotycząca Trójcy Świętej („Widziałam Wielkość, Światłość i Miłość…”) powinny, moim zdaniem, stać się przedmiotem refleksji chrześcijańskich teologów.

[10] Ceterum censeo [Carthaginem esse delendam]: „Poza tym uważam [że Kartaginę należy zniszczyć]” – synonim poglądu wyrażanego z uporem przy każdej okazji.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter