70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Dyskretny powab utopii

Nowoczesność i racjonalizm miały jednak sprawić, iż świat zostanie odczarowany: „wszystko, co stałe, wyparuje, a wszystko, co święte, ulegnie profanacji”. Choć żyjemy w postchrześcijańskich społeczeństwach świeckich, to w istocie naszą zbiorową wyobraźnię kształtują przekonania, których sami się wypieramy.

1.

John Gray, pisząc swój gorący i błyskotliwy esej Czarna msza. Apokaliptyczna religia i śmierć utopii, przywdział szaty jeźdźca, który przynosi złe wieści, odzierając nas z fałszywych, lecz powszechnych iluzji. Na szczęście w tym przypadku nie ma groźby, że zostanie mu odcięta głowa. Można nawet rzec, że brytyjskiemu filozofowi ta rola przypadła do gustu. Analogiczną strategię zastosował bowiem w książce Al-Kaida i korzenie nowoczesności (2006). Kiedy niemal wszyscy powtarzali, że Bin Laden i jego militarna korporacja, atakując Amerykę, odsłania konflikt anachronizmu, którego symbolem jest islamski fundamentalizm, z nowoczesnością, której symbolem z kolei jest Ameryka, Gray udowadniał coś przeciwnego: Al-Kaida jest doskonałym produktem nowoczesności.

Podważanie utartych opinii leży w naturze Graya. Taką strategię od pierwszej do ostatniej strony obserwujemy także w książce Słomiane psy. Myśli o ludziach i innych zwierzętach (2003), gdzie na ławie oskarżonych posadzona zostaje idea postępu. Zresztą: ten wykładowca prestiżowej London School of Economics to rzadki w obecnych czasach przykład myśliciela, któremu obce jest poczucie konieczności obrony raz wyrażonych publicznie przekonań. Legenda głosi, że Winston Churchill rzekł kiedyś, iż „jeżeli człowiek przed trzydziestką nie jest liberałem, jest pozbawiony serca, a jeżeli po trzydziestce nie jest konserwatystą, jest pozbawiony rozumu”. Oczywiście Churchill wcale tego nie powiedział, ale jego autorytet sprawił, że ta zgrabna, acz niewiadomego pochodzenia formułka zyskała status aksjomatu wszelkiej politycznej biografii: radykalizm jest przywilejem młodości, a konserwatyzm – wieku dojrzałego, i każdy myślący człowiek w pewnym momencie odrzuca pierwszy na rzecz drugiego.

Jednak Gray wymyka się tej zasadzie. Do niedawna należał do grona konserwatywnych myślicieli ślepo popierających thatcheryzm i wypisywał poematy prozą na cześć wolnego rynku. Dziś głosi, że idea postępu i nieskrępowanego rozwoju, której bezmyślnie hołdują zachodni neoliberalni myśliciele, to jeden z najbardziej szkodliwych mitów, a globalny kapitalizm może wyrządzić ludziom tyle samo krzywdy co kiedyś Związek Sowiecki. Światowy kryzys, którego konsekwencje testują na swej skórze masy poniżonych i wykluczonych, potwierdza tylko jego słowa.

Dlaczego zatem warto czytać Graya? Po pierwsze, potrafił porzucić swoją niezłomną wiarę w dobrodziejstwa płynące z wolnego rynku jako panaceum na wszelkie ludzkie bolączki. Po drugie, w podejmowanych przez siebie zagadnieniach nie zadowala się powierzchnią opisywanego zjawiska, ale szuka drugiego, a czasami i trzeciego dna. Jego wywody, czasami kreślone w aforystycznym wręcz stylu, wytrącają z intelektualnej drzemki. Od podobnych ostrych sądów i przenikliwych analiz naszej współczesności aż skrzy się na stronach Czarnej mszy…, której główna teza brzmi: zachodnia kultura przeniknięta jest myśleniem millenarystycznym i utopijnym. Czy jednak na poparcie tej na pierwszy rzut oka kontrowersyjnej tezy brytyjski filozof ma dość mocne dowody?

2.

Dziś wiemy to lepiej niż kiedykolwiek wcześniej. Świat, który stworzyliśmy i w którym żyjemy, nie jest tym najlepszym z możliwych. Przeświadczenie o niedoskonałości otaczającej nas rzeczywistości sprawia, że nadal pojawiają się projekty, by ten świat przebudowywać. Czyż obowiązującym przekonaniem dzisiejszego homo sapiens nie jest to, że nowe jest lepsze od starego, a jutro będzie cudowniejsze niż dziś? Jeszcze tylko trochę wysiłku, a raj zostanie odzyskany.

Dlatego namiętność, z jaką marzymy o „nowym wspaniałym świecie”, jest wprost proporcjonalna do działań, jakie gotowi jesteśmy podejmować, by choć trochę przybliżyć się do „raju na ziemi”. Wiara w postęp sprawia, że gotowi jesteśmy zgodzić się z rewolucjonistą Michaiłem Bakuninem, który powiadał, że „pasja niszczenia jest pasją tworzenia”. Niestraszne nam więc rzezie i gilotyny, rewolucje i obozy koncentracyjne, tortury i bomby atomowe, jeśli to dzięki nim mielibyśmy zbliżyć się do świata, który byłby tym najlepszym z możliwych, jaki jesteśmy w stanie zbudować. Krótko mówiąc, jesteśmy gotowi ponieść wszelkie koszty i każdą ofiarę, by zbudować „planetę mlekiem i modem płynącą”.

Tyle że ślepa wiara w lepsze jutro – jak pokazuje brytyjski filozof John Gray – jest źródłem nie tyle raju, ile „piekła na ziemi”. Bo to jest prosta droga do myślenia utopijnego. A utopia, co wiemy od Sir Thomasa More’a, to miejsce zarówno dobre, jak i takie, którego próżno szukać. Dlaczego więc widmo utopii, czyli „zbiorowego snu o zbawieniu, który na jawie staje się koszmarem”, wciąż nawiedza świat? Cóż jest takiego pociągającego w utopiach, że nadal gotowi jesteśmy bić im pokłony – my, spadkobiercy chrześcijaństwa i Oświecenia? Czyż nie dość już świadectw, że utopie są tak samo niebezpieczne dla życia społecznego i całej ludzkości jak zapałka w ręku dziecka bawiącego się w stodole pełnej suchego siana?

3.

Gdzie bije źródło myślenia utopijnego? Gray w pierwszym ruchu odnajduje je w chrześcijaństwie – tudzież w rozmaitych sektach chrześcijańskich, które spodziewały się rychłego końca świata, związanego z nadejściem Mesjasza i ustanowieniem przez niego Królestwa Sprawiedliwości. Jak wiemy, wiara w lepszy świat, w celowość historii i doskonalenie moralne człowieka stanowi jego znak firmowy. Zarazem przekonania te naznaczyły zachodni sposób myślenia i przeniosły się także na grunt świecki. „Utopijna wiara w przyszłą harmonię jest bez wątpienia dziedzictwem chrystianizmu, podobnie jak nowoczesna idea postępu” – notuje Gray.

To prawda, że chrześcijaństwo karmi się wiarą w „nową ziemie i nowe niebo”. Mówi też o potrzebie narodzin „nowego człowieka”. W przeszłości przekonanie, że „koniec świata jest bliski”, popychało gorliwych wyznawców Chrystusa do tego, aby brać historię szturmem, przyśpieszając powtórne przyjście Zbawiciela. Ale, można zapytać, co w tym złego? Ano to, że – jak pokazuje Gray – religijny „mit o zbawieniu” i o celowości historii został przejęty przez politycznych i społecznych rewolucjonistów, którzy odarli go z religijnej tkanki. Nie ma więc już sensu czekać na raj, który przez zuchwałość Adama i Ewy został utracony, ale trzeba go zbudować tu, na ziemi, od nowa, na naszą, czyli ludzką modłę. „Jeśli coś w ogóle określa Zachód – pisze brytyjski filozof – to jest to pogoń za zbawieniem w historii. Cywilizację Zachodu odróżnia od innych właśnie przekonanie o celowości historii, a nie tradycja demokracji czy tolerancji”.

O ile zatem religijni millenaryści wierzą, że to Bóg dokonuje transformacji świata, o tyle polityczni utopiści są przekonani, że takiej transformacji może dokonać sam człowiek. Czy widzimy już, co łączy tak różnych facetów, jak Jan z Lejdy, Lenin, Mao czy Pol Pot? Jest to „wiara”, że lepszy świat istnieje i że jest możliwy. A jeśli jest możliwy, to nic nie stoi na przeszkodzie, by albo przyśpieszyć jego nadejście, albo go zbudować.

Cóż jednak złego w tym, że pragniemy lepszego świata – świata, gdzie byłoby więcej sprawiedliwości, odpowiedzialności, solidarności? Co złego w kulturze, która sama siebie stawia pod pręgierzem i nawołuje do zmiany? Co złego w końcu w przekonaniu, że nie ma takiego porządku społecznego, którego nie można by poprawić, i że nie ma takiego człowieka, który nie mógłby być lepszy? Nic. Tyle że niemal wszystkie rewolucje, które wszczynano w imię budowy „nowego ładu” i „nowego człowieka”, ociekały krwią. Rewolucyjni utopiści mają jednak „dobry” argument, który ma legitymizować ich przemoc. Myślą podług następującej logiki: „Dlaczego brzydzić się przemocą? Przez całą historię używano jej do utrzymywania tyranii. W naszych rękach może być użyta do wyzwolenia ludzkości”.

Tak sen o utopii kończy się mrocznym horrorem. By nie być gołosłownym, kilka zestawień na przykładzie rewolucji październikowej, które pokazują koszty budowy „nowego świata”: u schyłku caratu, w latach 1866–1917, wykonano około 14 tysięcy egzekucji. Na początku rządu bolszewików, w latach 1917–1923, przeprowadzono ich ponad 200 tysięcy. Rewolucjonistom zawsze towarzyszy przeświadczenie, że terror ma moc oczyszczającą w drodze do budowy nowego społeczeństwa. Tyle że w pogoni za nowym światem rewolucjoniści stają się kryminalistami.

4.

Zgoda, utopie może i mogły organizować życie społeczne w przeszłości, ale nie dziś, na początku XXI wieku, gdy nasze życie opiera się na dwóch filarach: modernizacji i racjonalizmie. Chytrość utopii jednak na tym polega, że odżegnuje się ona od złudnych nadziei. Przypomnijmy sobie, z jakim entuzjazmem i powagą kilkanaście lat temu witaliśmy tezy amerykańskiego politologa Francisa Fukuyamy, który ogłaszał „koniec historii” polegający na tym, że wobec upadku Związku Sowieckiego, ostoi komunizmu, liberalna demokracja zaczyna tryumfalny pochód jak świat długi i szeroki.

Najkrótsza, a zarazem najtrafniejsza recenzja koncepcji Fukuyamy została napisana przez Margaret Thatcher: „Koniec historii? Początek głupoty!”. Ale Graya zajmuje coś jeszcze innego: dlaczego koncepcja „końca historii” spotkała się z takim aplauzem? Bo karmiła nas wiarą, że nastał świetlany kres, a ludzkość chwyciła Pana Boga za nogi. Czas się wypełnił. Tyle że twierdzenie, iż „zachodnia demokracja liberalna” stanowi koniec ideologicznej ewolucji człowieka, jest wyznaniem eschatologicznym. Tak zsekularyzowana wiara staje się podstawą organizacji życia społecznego. „Teorie modernizacji to nie hipotezy naukowe, lecz teodycee – narracje o opatrzności i odkupieniu – przedstawione w żargonie nauk społecznych” (Gray).

Przejawem świeckiej wiary jest też przekonanie, że demokracja to system rządów, za którym człowiek – jeśli ma choćby odrobinę rozumu – musi tęsknić. Ten liberalny imperializm jest złudzeniem, ale nie zawahano się promować go, używając przemocy po 11 września 2001 roku, co przyniosło opłakane skutki. Świadectwem klęska amerykańskich neokonserwatystów, którzy zaatakowali Afganistan i Irak, by pokazać, że nowe stulecie należy do Ameryki. Ale „nowy amerykański wiek” trwał krócej, niż przewidywali to najwięksi pesymiści.

Dziś Ameryka to upadłe „imperium”: pogrążone w kryzysie, zadłużone na niebotyczną skalę u Chińczyków, z rosnącym jak grzyby po deszczu bezrobociem. Ameryka to również krzepki misjonarz wolności i praw człowieka, który sam je łamał: zarówno w więzieniu w Guantanamo, jak i w Abu Ghraib. Zasoby wiedzy ludzkiej i nowoczesność wzrastają, ale ludzie nie stają się przez to bardziej cywilizowani. Wciąż podatni są na wszelkiego rodzaju barbarzyństwo – co prawda, wzrost wiedzy pozwala poprawić nasze materialne położenie, lecz wzmaga jednocześnie bestialstwo.

Krótko mówiąc: Stany Zjednoczone są dziś ofiarą chaosu, który same stworzyły, ruszając na dwie wojny jednocześnie – do Afganistanu i do Iraku. Jednak źródło tej klęski tkwi w lansowaniu świeckiego i religijnego mesjanizmu, który w Ameryce zwarł szeregi, tworząc utopijną prawicę. To pokazuje, że utopie, które do tej pory cechowały lewicę, tym razem ukąsiły prawicę. Rządy neokonserwatystów, którzy za prawdę uznawali to, w co wierzyli, działając jako mimowolni agenci historii, sprowadziły w mgnieniu oka Amerykę do roli normalnej potęgi, jednej pośród wielu i niemającej już jakieś szczególnej władzy. „Jeśli amerykański rząd, jaki znaliśmy do tej pory, przestanie istnieć, stanie się to za sprawą potęgi wiary” – pisze Gray.

5.

Nowoczesność i racjonalizm miały jednak sprawić, iż świat zostanie odczarowany: „wszystko, co stałe, wyparuje, a wszystko, co święte, ulegnie profanacji”. Choć żyjemy w postchrześcijańskich społeczeństwach świeckich, to w istocie naszą zbiorową wyobraźnię kształtują przekonania, których sami się wypieramy. Gray uważa, że ograniczenia nakładane na religię nie sprawią, iż przestanie ona rządzić ludzkim myśleniem i zachowaniem. Wiara powraca niczym stłumione pragnienie seksualne, przybierając często formy groteskowe i kierując życiem tych, którzy jej zaprzeczają. Cóż więc nam pozostaje w świecie, którym zdaje się władać „zsekularyzowana religia” wytwarzająca coraz nowsze utopie, obierające sobie za cel przebudowę naszego świata?

Nie jest dobrze, gdyż „fantazja” polegająca na próbie przekształcania świata i siebie leży, zdaniem Graya, u podłoża wielu zjawisk kultury współczesnej. Dlatego dziś jak nigdy przedtem potrzeba nam myślenia dystopijnego, a to wiąże się z tym, że trzeba rzeczywistości spojrzeć w oczy – bez retuszu, złudnych nadziei czy naiwnej wiary. Podstawą takiego realistycznego myślenia jest zdanie sobie sprawy, że rządy istnieją i że muszą urzeczywistniać swoje zamiary w świecie nieustającego konfliktu, który nigdy nie jest daleki od stanu wojny. Jeśli brytyjski filozof optuje za realizmem w polityce, mimo opinii zszarganej przez oportunizm, to dlatego, że realizm „nie opiera się na wierze”. Na dowód skuteczności realizmu Gray pokazuje, że to realizm, a „nie świecka wiara, pomógł liberalnym demokracjom pokonać nazizm i powstrzymać komunizm”.

I rzecz kluczowa dla diagnozy brytyjskiego myśliciela: realiści odrzucają rozumienie historii, która miałaby zmierzać do jakiegoś celu czy kresu. Wiara, że ludzkość osiągnie stan, w którym nie będzie konfliktów o naturę rządów, jest nie tylko złudna, lecz niebezpieczna. Powinniśmy się pogodzić, że nie znajdziemy lekarstwa (takiego lekarstwa nie ma) na największe ludzkie bolączki. To, co możemy zrobić, to radzić sobie z nimi na bieżąco. Czy potrafimy żyć ze świadomością, że każdą myśl o celowości historii i ostatecznej harmonii powinniśmy odłożyć na półkę?

Będąc realistą, zgodnie z zaleceniem Graya, wątpię, aby realizm stał się nagle obowiązującą filozofią społeczną. Ponowoczesna kultura wciąż, jak się zdaje, woli karmić się słodkim kłamstwem o nowym wspaniałym świecie, niż usłyszeć gorzką prawdę o własnej upadłej kondycji. Jasne, że nie wszyscy ludzie mają takie same pragnienia i marzenia w tym samym czasie. To jednak nie znaczy, że tu i ówdzie nie pojawią się ci, którzy nie spoczną dopóty, dopóki świat nie przybierze kształtu zgodnego z ich marzeniami. A jeśli tak, to ogłaszanie śmierci utopii jest przedwczesne. Zarazem oznacza to, że barbarzyństwo zawsze będzie zyskiwać na wartości, szczególnie jeśli zostanie obleczone w szaty cnoty.


John Gray, Czarna msza. Apokaliptyczna religia i śmierć utopii, tłum. Adam Puchejda, Karolina Szymaniak, Wydawnictwo Znak, Kraków 2009.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter