70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Między Bogiem a cesarzem

Uważa się często, że jedną ze specyficznych cech kultury zachodniej jest oddzielenie tego, co boskie, od tego, co cesarskie – transcendencji i celów ostatecznych od życia doczesnego i celów doraźnych. Ta z gruntu chrześcijańska idea względnej separacji dwóch porządków oznacza między innymi, że Boga nie uważa się za bezpośrednią przyczynę politycznych działań, a władcom nie przypisuje się cech boskich.

Oczywiście owa granica między boskim a cesarskim nigdy nie była trwała i historia świata zachodniego pokazuje, że oba porządki często się przenikały, co wynikało z dwóch przeciwstawnych tendencji. Pierwsza wskazywała na dążenie do wcielenia porządku boskiego w świat polityczny – a więc, w pewnym sensie, zredukowanie polityki do religii, jak sugerowały niektóre radykalne odłamy protestantyzmu – druga zaś chciała, aby religię zastąpić polityką czy też nadać jej charakter religii. Mimo odmiennych motywacji i sposobów realizacji obu projektów – pierwszy bowiem ma charakter teistyczny, drugi raczej ateistyczny – w obu wypadkach rezultat był podobny. Dochodziło do tego, co Eric Voegelin nazywał „immanentyzacją eschatonu”, a co należy rozumieć jako przekonanie, że cele ostateczne człowieka i świata można zrealizować za pomocą środków politycznych. Takie zjawisko wpisywania religijnej eschatologii w wymiar polityczny i doczesny, a zarazem traktowania polityki w kategoriach eschatologicznych, można określić – za Josephem Ratzingerem – mianem politycznej eschatologii.

W tradycji Zachodu przez długi czas dominowała pierwsza ze wspomnianych wyżej tendencji, zwłaszcza w średniowieczu, gdy ideałem była christianitas, rodzaj chrześcijańskiej utopii politycznej. Jednak w miarę słabnięcia pozycji chrześcijaństwa – począwszy od jego rozbicia w dobie reformacji, poprzez Oświecenie, aż po rewolucję francuską i czasy modernizmu – coraz większe znaczenie zyskiwał drugi nurt, a więc próba deifikacji czy sakralizacji porządku politycznego. Jednym z przejawów tego procesu jest zjawisko religii obywatelskiej i to właśnie ono – zwłaszcza w swojej amerykańskiej odmianie – stanowi przedmiot analizy Stanisława Burdzieja w pracy Religia obywatelska w Stanach Zjednoczonych.

Od razu należy zaznaczyć, że pojęcie religii obywatelskiej jest wieloznaczne – autor wskazuje na różne sposoby jego rozumienia, obejmujące między innymi ludową religijność, religijny nacjonalizm, wiarę w demokrację (a więc rodzaj demolatrii), obywatelską pobożność w duchu protestantyzmu czy religię narodową; możliwe są także ujęcia religii obywatelskiej z punktu widzenia politycznych ideologii – liberalizmu, konserwatyzmu czy socjalizmu (komunizmu). Religia obywatelska wydaje się przy tym czymś pośrednim między typową polityczną ideologią czy światopoglądem a teologią polityczną w rozumieniu Carla Schmitta: z jednej strony sięga po wątki czy schematy religijne (a więc transcendentne), z drugiej jednak ma charakter empiryczny czy praktyczny, urzeczywistnia się bowiem w konkretnych działaniach społecznych. Teoretycznych źródeł nowoczesnej formy tego zjawiska należałoby szukać w dziełach Jana Jakuba Rousseau, a praktycznych – w świeckich kultach rewolucji francuskiej i dziewiętnastowiecznych utopii, choć oczywiście sam pomysł wykorzystywania religii do celów politycznych jest znacznie starszy i znajdujemy go choćby w pierwotnej żydowskiej monolatrii czy Państwie Platona.

Choć w swojej książce Stanisław Burdziej skupia się przede wszystkim na sposobie, w jaki religia obywatelska manifestuje się w działalności dwóch amerykańskich prezydentów, Billa Clintona oraz George’a W. Busha, warto zwrócić uwagę na pewne ogólne wnioski wyłaniające się z analiz autora, które mogą okazać się przydatne do diagnozy stanu, w jakim znalazła się obecnie zachodnia cywilizacja. Chodzi o dwa wymiary czy aspekty zjawiska religii obywatelskiej, nawiązujące do wspomnianych na początku dwóch tendencji zmierzających do zamazania podziału na to, co boskie, i to, co cesarskie.

W pierwszym wypadku chodzi o wykorzystanie religii w dyskursie politycznym, zarówno czysto pragmatyczne, jak i bardziej fundamentalne, mające ugruntować ów dyskurs w czymś transcendentnym. Jak pokazuje autor, próby ukazania zjawisk zachodzących w sferze społecznej jako elementu szerszego, eschatologicznego i w gruncie rzeczy teologicznego planu są czymś nieodłącznym od amerykańskiej polityki i znajdujemy je już w pismach tzw. Ojców Założycieli (Founding Fathers). Ich retoryka jest przepełniona religijną symboliką, a zwłaszcza odniesieniami do idei ludu wybranego i starotestamentowej historii Izraela. Warto dodać, że symbolika ta ma źródła nie tylko religijne – w tym wypadku przede wszystkim protestanckie – ale również wolnomularskie (Founding Fathers w większości byli aktywnymi członkami lóż), co pozwala zrozumieć, dlaczego amerykańska religijność polityczna właściwie od początku miała deistyczny, a zarazem mesjanistyczny charakter.

Historia Stanów Zjednoczonych w dużej mierze stanowi konsekwentną realizację takiego quasi-religijnego projektu i autor ukazuje, że kolejni prezydenci odgrywali albo rolę proroków, kapłanów i duszpasterzy, albo wcielali się w superbohaterów. Przy czym, co ciekawe, nie tylko prezydent korzystał z wzorców zawartych w popkulturowej ikonologii, ale sama popkultura kreowała jego obraz jako opatrznościowego nadczłowieka. Tego rodzaju zabiegi widoczne były zwłaszcza w momentach zagrożeń – wojen, kryzysów czy ataków terrorystycznych (na przykład postaci Supermana czy Batmana powstały tuż przed II wojną światową). Natomiast czymś stale obecnym była umiejętnie wplatana w polityczne deklaracje starotestamentowa retoryka, która miała za zadanie ukazać doczesne działania jako elementy procesu o wymiarze kosmicznym. Dobrym przykładem jest ukazanie przez Ronalda Reagana walki z komunizmem jako starcia z imperium zła (choć, biorąc pod uwagę tamte czasy, źródeł tej metafory można szukać zarówno w świętych tekstach, jak i w kultowej już wtedy sadze Star Wars, opartej na typowo gnostycznym micie walki sił światła z siłami ciemności). W takiej wizji naród – w tym wypadku naród amerykański – staje się nowym wcieleniem ludu wybranego, czymś w rodzaju nowego Izraela, realizującego boską misję na ziemi, co pozwala na to, by konieczność podjęcia przez obywateli pewnych działań uzasadnić nie tylko pragmatycznie czy utylitarnie, ale również moralnie i teologicznie. Nieposłuszeństwo obywatelskie nabiera wówczas cech grzechu, a postępowanie zgodne z regułami ustalonymi przez państwo staje się uczynkiem gwarantującym zbawienie.

Oparcie public relations na schemacie rodem z Państwa Bożego św. Augustyna okazuje się w ramach amerykańskiej polityki nie tylko skuteczne, ale również powszechne. Jak przekonująco pokazuje autor omawianej książki, owa postawa korzystająca z religijnych odniesień oraz polityczny deizm nie są czymś specyficznym dla jednej opcji politycznej. W przeciwieństwie do tego, co znamy z Europy, gdzie retoryka religijna kojarzona jest raczej z siłami prawicy (a i z tymi dość rzadko, gdyż na przykład francuska czy brytyjska prawica są niemal całkowicie areligijne, by nie rzec: ateistyczne), w Stanach Zjednoczonych korzysta z niej zarówno republikańska prawica, jak i demokratyczna lewica (po amerykańsku „liberałowie”, czyli – używając europejskiego nazewnictwa – socjaliści). Zjawisko to doskonale widać w zestawieniu: Bill Clinton i Bush junior. Mimo przynależności do różnych wyznań (lokalnych odłamów protestantyzmu), mimo zasadniczych różnic w poglądach na kwestie polityczne, ekonomiczne i światopoglądowe obaj z powodzeniem korzystają z retoryki religijnej. A skoro tak czynią, to znaczy, że ich doradcy wiedzą, iż odnosi to zamierzony skutek (autor przytacza badania pokazujące, że amerykańskim wyborcom łatwiej byłoby zaakceptować prezydenta homoseksualistę niż ateistę).

Ten wymiar religii obywatelskiej polegający na eksploatowaniu religijnych metafor w dyskursie politycznym łączy się z drugim, mniej na pierwszy rzut oka widocznym, ale mającym, moim zdaniem, dużo poważniejsze skutki. Chodzi o pewien rodzaj sakralizacji czy deifikacji sfery politycznej, prowadzący do przekonania, że polityka jest nie tylko podstawową, ale też jedyną istotną dziedziną ludzkiej aktywności, dzięki której mogą zostać zrealizowane cele ostateczne. O ile w pierwszym wypadku polityka była traktowana jako element szerszego, ale wciąż jednak transcendentnego planu, o tyle w drugim zasadniczą rolę odgrywa wspomniana wcześniej immanentyzacja, a więc wpisanie historii zbawienia w doczesny wymiar i przeniesienie lokowanych przez religię w zaświatach celów w obręb ziemskiej rzeczywistości. Wówczas państwo ziemskie nie stanowi już zapowiedzi państwa Bożego – ono w gruncie rzeczy staje się państwem Bożym, gdyż poza nim nic już nie ma. Raj okazuje się tylko polityczną utopią, mającą ziścić się w niedalekiej przyszłości.

Wyrazem takiego podejścia jest między innymi ocierający się o bałwochwalstwo kult demokracji, w ramach którego system polityczny prezentowany jest jako globalny sposób na zniwelowanie wszelkich ludzkich trosk. Krzewienie demokracji staje się formą misjonarstwa, ryzykownie zbliżając się, jak zauważył konserwatysta Pat Buchanan, do znanej z czasów zimnej wojny idei krzewienia komunizmu. Pod tym względem quasi-religijny kult liberalnej demokracji – którego wyrazem była na przykład naiwna z dzisiejszej perspektywy książka Fukuyamy Koniec historii, postulująca heglowskie ugruntowanie amerykańskiej religii obywatelskiej – niewiele odbiega od kultów rozwijanych przez lewicowe ideologie, począwszy od rewolucji francuskiej. Te podobieństwa niosą ze sobą zagrożenie, zresztą doskonale widoczne w dzisiejszym świecie: polityzację wszystkiego. Polityzację, której konsekwencją jest likwidacja sfery prywatnej i wkraczanie państwa w obszary dotąd wolne od jego ingerencji. Jeśli zatem zgodzimy się, że u podstaw zachodniej cywilizacji leży rozróżnienie między boskim i cesarskim oraz prywatnym i publicznym, to dominacja drugiego z wymienionych wymiarów religii obywatelskiej może budzić uzasadniony niepokój.


Stanisław Burdziej, Religia obywatelska w Stanach Zjednoczonych, Nomos, Kraków 2009.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata