70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Etyka chciwości

Nawet zwolennicy wizji biznesu jako gry, w której nie obowiązują żadne zasady, powinni się liczyć przynajmniej z tym, że wcześniej czy później mogą spotkać na swej drodze jeszcze bardziej zdegenerowanych i niemoralnych konkurentów.

Chciałoby się być bogatym, aby już nie myśleć o pieniądzach, ale większość bogatych i tak nie myśli o niczym innym.

Abel Bonnard

Postmodernistyczny kryzys systemu wartości stanowi wyzwanie dla poszukiwania nowych dróg refleksji etycznej związanej z działalnością gospodarczą współczesnego człowieka, w której anonimowość sprzyja zachowaniom nieetycznym. Ich źródłem jest z jednej strony deifikacja imperatywu technologicznego, z drugiej natomiast – wszechobecny kult pieniądza, sprzyjające wzrastającemu poczuciu osamotnienia jednostki. Człowiek, będący bardziej niż kiedykolwiek wcześniej elementem wielkiej machiny technokratycznej, w tej perspektywie zredukowany został do roli przypadkowej pochodnej funkcji zarabiania i wydawania pieniędzy. Wynika stąd potrzeba adaptacji obiektywnie istniejących norm etycznych do nowej rzeczywistości konsumenckiego świata, którego podstawową siłę napędową stanowi równie powszechna co bezgraniczna chciwość.

Krótka historia chciwości

W słynnej anegdocie plotkarski Swetoniusz opowiada o gospodarskich talentach Wespazjana, który – zastawszy zrujnowany epoką Nerona oraz pamiętnym rokiem czterech cesarzy skarbiec imperium rzymskiego – nie waha się nałożyć podatku od smrodu na stołeczne szalety, zdegustowanemu synowi i przyszłemu następcy podsuwając pod nos uzyskaną w ten sposób monetę z pytaniem o jej zapach. Również i dzisiaj utrzymuje się dosyć powszechne przekonanie, że pieniądze nie śmierdzą, niezależnie od źródła swego pochodzenia oraz sposobu, w jaki zostały uzyskane.

Po upływie dwudziestu stuleci problematyka etyki biznesu jest o wiele bardziej skomplikowana niż kwestia zapachu środków pochodzących z opodatkowania uryny. Zagadnienie gromadzenia pieniędzy oraz obracania nimi właściwie od zawsze wzbudza wiele emocji, którym towarzyszą liczne kontrowersje natury etycznej. Na kilka wieków przed Wespazjanem Heraklit z Efezu swoim rodakom życzy: by „nigdy nie zabrakło bogactwa, ażeby wam można było dowieść, że jesteście źli”1, co bynajmniej nie przeszkadza mu wykorzystać własnej wiedzy z zakresu astronomii i meteorologii w celu spekulacji produktami rolnymi pomiędzy okresami urodzaju i suszy, dzięki czemu z powodzeniem doszedł do znacznego majątku, który zresztą następnie rozdał. Dla Arystotelesa pieniądze są źródłem powszechnego pożądania, którego siłą napędową jest niepohamowana chciwość. To ona sprawia, że ludzie prześcigają się w dążeniach do posiadania wciąż coraz więcej i za wszelką cenę, dzieląc się w zasadzie na tak skąpych, jakby mieli żyć wiecznie, oraz tak rozrzutnych, jakby jutro mieli umrzeć. Niczym nieuzasadniona nobilitacja pieniądza sprawia, że staje się on celem samym w sobie wszelkich ludzkich dążeń, przyczyniając się do degeneracji moralnej człowieka. Tymczasem powinien on być jedynie środkiem niezbędnym do utrzymania własnego domu, a podstawowa funkcja ekonomii sprowadza się do pragmatycznego zarządzania posiadanym majątkiem2.
W epoce Ojców Kościoła wiele mówiącym tytułem opatruje jeden ze swych traktatów Klemens Aleksandryjski, zastanawiając się nad kwestią „który człowiek bogaty może być zbawiony?”3, i postuluje zachowanie dystansu do posiadanych dóbr materialnych w duchu stoickiej etyki wewnętrznej obojętności. Adopcja arystotelizmu przez średniowieczny tomizm scholastyczny przyczynia się do piętnowania lichwy jako formy bezproduktywnej sprzedaży pieniądza, prowadzącej do jego swoistego rynkowego ubóstwienia.

Myśliciele Odrodzenia poddają namysłowi etycznemu działalność gospodarczą człowieka, eksponując moralne walory pracy i sprawnego działania usuwające w cień pierwszoplanową rolę zysku. Rozwinięcie tej idei w epoce Oświecenia prowadzi do powstania pierwszych na świecie kodeksów etycznych mających zapewnić moralny ład w sferze działalności gospodarczej człowieka. Pozytywiści tworzą wzory osobowe dobrego kupca, rzemieślnika, ziemianina, przemysłowca i bankiera, wychodząc z przekonania, że zachowywanie wysokich standardów moralnych stanowi warunek powodzenia w działalności gospodarczej, której fundamentem jest wzajemne zaufanie umożliwiające prowadzenie interesów handlowych i finansowych o określonym poziomie efektywności4.

Konieczność budowania rodzimej kultury biznesu niemal od podstaw w sposób szczególny stwarza ryzyko przesłonięcia autentycznej perspektywy humanistycznej przez wszechobecną chciwość. Dlatego celem dalszych rozważań będzie prezentacja omawianych zagadnień z personalistycznego punktu widzenia indywidualnej osoby ludzkiej, występującej na rynku z jednej strony w roli pracownika, z drugiej natomiast – odbiorcy oferowanych towarów i usług, w obu przypadkach, nadmiernie często traktowanego czysto instrumentalnie, jako środek do ekonomicznego celu, którym jest generowanie zysku.

Pracownik

Przemiany polskiej rzeczywistości roku 1989 stanowią etap graniczny dwóch rzeczywistości ekonomicznych. W dobie realnego socjalizmu niezmiernie modne było twierdzenie, że my udajemy, iż pracujemy, a oni udają, że nam płacą. Podejście takie pozwalało – nie tylko w przeszłości zresztą – bezkrytycznie usankcjonować powszechne zjawisko biernego „chodzenia do pracy” z całkowicie wyeliminowanym jakimkolwiek elementem twórczej aktywności, mającej poza dochodem sprawiać satysfakcję z dobrze wykonanego zadania. Stosunki interpersonalne cechowała w tamtej epoce pewnego rodzaju dwulicowość. Możliwe było mianowicie jednoczesne bycie szanowanym człowiekiem oraz wykazywanie się owym specyficznym rodzajem życiowej zaradności, przejawiającym się umiejętnością pogodzenia czasu pracy z wykonywanymi równolegle zleceniami, do których realizacji wykorzystywano sprzęt i materiały pracodawcy, argumentując, iż na wolnym rynku są one bądź niedostępne, bądź po prostu zbyt drogie.

Tego rodzaju stan pracowniczej demoralizacji wygenerowało powszechne przekonanie o rozwarstwieniu społecznym wynikającym z przeświadczenia o głębokim podziale zachodzącym pomiędzy „nami” – ogółem społeczeństwa ludzi pracy – a „nimi” w postaci instytucji sprawujących władzę. Przekonanie to ufundowane zostało na swoistej umowie społecznej, zgodnie z którą państwo zapewniało obywatelom pewne minimum egzystencjalne, zachowując jednocześnie dbałość o zajęcie ogółu społeczeństwa zabieganiem o dobra dostępne tylko okazjonalnie. W zamian zdecydowana większość obywateli wyrażała nastroje niezadowolenia wyłącznie z uwagi na niedostępność i ceny mięsa oraz innych produktów codziennego użytku.

Jest oczywiste, że w takiej sytuacji elementarne dla definicji pracy wytwarzanie dóbr nieuchronnie zeszło na dalszy plan, stając się właściwie pretekstem dla zapewnienia stuprocentowego zatrudnienia oraz znacznego ograniczenia uprawnień pracodawcy w stosunku do pracownika, którego do minimum posłuszeństwa zmusić można było jedynie poprzez przymykanie oka na jego realizowaną w godzinach pracy prywatę. Systemowa jednolitość eliminowała jednocześnie jakąkolwiek twórczą inicjatywę, traktowaną w przypadku kadr kierowniczych jako wyraz nadmiernej samodzielności bądź wręcz niesubordynacji, zaś w odniesieniu do pracowników niższego szczebla w kategoriach dziwactwa albo zwykłego braku życiowej zaradności5.

Pojawienie się na rynku – w wyniku przemian roku 1989 – nieznanego dotychczas zjawiska w postaci konkurencji przyczyniło się do racjonalizacji zatrudnienia, prowadzącej do zwalniania na masową skalę zbędnych pracowników zredukowanych do roli ekonomicznej zmiennej w bilansie popytu i podaży. W rzeczywistości trzydziestoprocentowego bezrobocia praca stała się wartością samą w sobie, powodując wzrost wydajności, dyscypliny oraz dyspozycyjności pracowników. Negatywną stroną tego zjawiska jest eksploatacja „zasobów ludzkich”, często zmuszanych do pracy ponad ustaloną normę, nierzadko bez żadnej gratyfikacji finansowej. Rola związków zawodowych w sektorze prywatnym została zminimalizowana praktycznie do zera. Nagły wzrost władzy menedżera – w rzeczywistości braku rodzimych tradycji w zakresie praktyki zarządzania – prowadzi do nieporównanie większego, niż miało to miejsce w przeszłości, ryzyka zachowań nieetycznych w postaci pokusy uzyskiwania nieuczciwych oszczędności poprzez unikanie zatrudniania pracowników na pełny etat, zaniżanie wynagrodzeń, wydłużanie godzin pracy oraz nadużyć stosunków podległości służbowej6.

Najważniejszym z punktu widzenia etyki pracy niebezpieczeństwem jest pokusa wyzysku. Jego podstawowa forma to znów narastające w ostatnim czasie zjawisko opóźniania wypłaty wynagrodzeń dla pracowników, na których w pierwszym rzędzie robi się oszczędności. W rzeczywistości deficytu miejsc pracy ta forma kradzieży – jak rzecz należałoby nazwać po imieniu – jest szczególnie dotkliwa, gdyż przedmiotem zaboru nie są dobra luksusowe, lecz środki niezbędne do życia. Jednocześnie nie istnieją systemowe mechanizmy zabezpieczające pracowników przed konsekwencjami niezawinionej utraty możliwości uregulowania bieżących zobowiązań, a w przypadku ogłoszenia upadłości pracodawcy ich roszczenia usytuowane są na samym końcu długiej kolejki urzędów i kontrahentów, dla których – w przeciwieństwie do pojedynczego człowieka – nie jest to kwestia ekonomicznego „być albo nie być”.

Usprawiedliwieniem tego rodzaju praktyk jest nadużywanie argumentu nadmiernego bezrobocia – kto z nas nie słyszał choć raz w życiu: „Jak ci się nie podoba, to na twoje miejsce jest dziesięciu chętnych” – sprzyjającego brakowi optymalnych proporcji pomiędzy nakładem pracy a wynagrodzeniem. Kwestia sprawiedliwej dystrybucji dóbr w tym przypadku jest zresztą zagadnieniem niezmiernie skomplikowanym. Wynagrodzenie za pracę nie może stanowić matematycznej równowartości wykonanych czynności, lecz powinno zaspokoić przynajmniej podstawowe potrzeby życiowe pracownika. W przeciwnym wypadku praca staje się nonsensem, w zasadzie przybierając postać nowoczesnej formy niewolnictwa.

Różnorodność koncepcji podziału wypracowanego zysku rodzi pokusę skrajności w postaci z jednej strony zawłaszczenia przez właściciela środków produkcji tak dużej części wypracowanej wartości dodanej jak tylko to możliwe, z drugiej natomiast stosowania zasady wszystkim po równo, do dzisiaj występującej w praktyce waloryzacji wynagrodzeń przez spadkobierców dawnych państwowych molochów. W większości tego rodzaju instytucji w dalszym ciągu wynagradzane są nie zdolności czy rzeczywisty wkład w wypracowanie wartości dodanej, lecz zobowiązania natury towarzyskiej, popularnie zwane „układami”. Nierzadko też samo uzyskanie zatrudnienia związane jest z koniecznością dysponowania pokładami „kapitału relacyjnego”, co skutecznie ogranicza dostęp do rynku pracy ludziom młodym i zdolnym, lecz nieobracającym się w odpowiednich kręgach znajomości. Rzeczywiste kwalifikacje kandydata schodzą w tym momencie na drugi plan, jeśli w ogóle odgrywają jakiekolwiek znaczenie. Zbudowany w taki sposób zespół niezmiernie rzadko zajmuje się rzeczywiście wykonywaniem postawionych przed nim zadań, od których istotniejsze stają się uzależnienia niemające z nimi nic wspólnego. Powstają relacje sprzyjające wyzyskowi horyzontalnemu, gdy niektórzy członkowie zespołu czują się zwolnieni od odpowiedzialności za wykonywaną pracę oraz jej jakość, skoro o samym fakcie zatrudnienia decyduje zupełnie coś innego niż zawarta umowa o pracę. Fikcją staje się również nadzór, gdyż samo wyrażenie negatywnej opinii o pracy faworyzowanego pracownika może spowodować narażenie się jego protektorowi.
Zagadnienie odrębne stanowi cieszące się społeczną akceptacją zjawisko powszechnego zatrudniania pracowników „na czarno” lub za najniższe wynagrodzenie, comiesięcznie uzupełniane prywatną „restytucją kopertową”, pod pretekstem bardzo wysokich kosztów ubezpieczeń społecznych oraz podatków. Mimo wykonywania regularnej pracy pracowników latami zatrudnia się na umowy o dzieło bądź zlecenia, nie tylko wyjęte spod ochrony kodeksu pracy, lecz również przynoszące dochód, od którego nie są odprowadzane żadne składki na ubezpieczenie zdrowotne i uposażenie emerytalne. Oferując doraźną korzyść w postaci zarobionych co miesiąc kilkuset złotych więcej, faktycznie obniża się poziom społecznego zabezpieczenia pracownika, który w momencie choćby przejściowej utraty zdolności do pracy natychmiast zostaje pozbawiony środków do życia, gdyż umowy cywilno-prawne są umowami rezultatu, a na ich podstawie wynagradza się wyłącznie efekty faktycznie wykonanej pracy. Brak składek na uposażenie emerytalne w praktyce oznacza natomiast jedynie odsunięcie problemu w czasie poprzez budowanie grona beneficjentów pomocy społecznej w okresie poprodukcyjnym, której udzielenie w jakiś sposób będzie musiało zostać sfinansowane. Problemy dzisiejszych oszczędności w przyszłości wybuchną więc ze zdwojoną siłą.

Rosnąca liczba afer w obszarze życia publicznego przyczynia się do systematycznego spadku zaufania społecznego do struktur państwa, co przekłada się na powszechną akceptację unikania regulowania podatków, stanowiącego wręcz powód do prawdziwej dumy. Konsekwencją jest w tym przypadku błędne koło wzrastającego deficytu budżetowego oraz konieczność poszukiwania oszczędności kosztem najgorzej społecznie usytuowanych obywateli, podwyższanie istniejących obciążeń bądź sukcesywna likwidacja istniejących ulg podatkowych.

Klient

W dobie zbliżania się ceny towaru do dolnej granicy opłacalności produkcji coraz bardziej istotne miejsce w procesie sprzedaży zajmuje reklama. Obecnie nie jest już ona jedynie prostą informacją dla konsumenta, mającą poszerzyć obszar wyboru, lecz przyjmuje formy wyrafinowanej manipulacji. Z użyciem technik wpływających na podświadomość, odwołujących się do dorobku nauk społecznych, a nawet psychoanalizy, kształtowane jest konsumenckie zapotrzebowanie na nieobecny wcześniej na rynku produkt, w niejednym przypadku nikomu do niczego tak naprawdę niepotrzebny7. Tego rodzaju kreacja potrzeb budzi kontrowersje szczególnie, gdy jej adresatami są podatne na wpływy dzieci oraz młodzież. Mechanizm budowania fałszywego poczucia własnej wartości w oparciu o system posiadanych dóbr niewątpliwie zabija to, kim klient jest, zwłaszcza w okresie kształtowania struktury osobowości. W do pewnego stopnia odwrotnej sytuacji reklamacyjnej okazuje się często, że kupujący jest tak naprawdę tylko intruzem, którego za wszelką cenę należy zniechęcić do ujawniania wadliwości raz zakupionego towaru.

Znaczna liczba emitowanych reklam zawiera podteksty seksualne, i to nawet w przypadku, gdy reklamowane są towary tak odległe od sfery erotyki, jak kosiarka do trawy czy przejazd pociągiem ekspresowym. Bohaterami spotów są dzieci, wywołujące przyjazne uczucia, przenoszone następnie na reklamowany produkt, treść nasycona jest zbitkiem łatwych do zapamiętania spółgłosek, a całość nadawana o pół tonu głośniej od reszty programu. Trzydziestosekundowe migawki charakteryzują się niskim poziomem intelektualnym, często graniczącym z robieniem z odbiorcy prawdziwego kretyna, co dotyka zwłaszcza kobiet, przedstawianych zazwyczaj w roli nieporadnych kur domowych, na których codzienność składa się pranie, gotowanie i wychowywanie dzieci. Produkt jest synonimem jakości życia, któremu nie tylko nadaje egzystencjalny sens, ale moment dokonania zakupu – niczym w greckiej tragedii antycznej – stanowi prawdziwy punkt zwrotny, po którym nic już nigdy nie będzie takie samo jak przedtem8.

Rzeczywistość jest oczywiście znacznie bardziej prozaiczna. Istotne informacje o reklamowanym produkcie są podawane niemożliwym do przeczytania drukiem w rogu ekranu, a promocja w hipermarkecie opiera się na zasadzie produktu wiodącego, oferowanego często po cenie niższej niż hurtowa, byle tylko zwabić klienta do sklepu. Na miejscu okazuje się, że towar jest bądź niedostępny, bądź w zupełnie innym od reklamowanego wariancie, a skoro klient zadał sobie już trud przybycia do marketu, zawsze istnieje nadzieja na to, że kupi cokolwiek, chociażby pieczywo, zlokalizowane na samym końcu dużych centrów handlowych. Dzięki temu dotarcie do artykułów codziennej potrzeby oznacza konieczność zapoznania się z pełną ofertą handlową, a odnalezienie tych w rzeczywiście korzystnej cenie – często zupełnie innej na półce niż w kasie – oznacza bądź pełzanie na kolanach, bądź korzystanie z drabinki, gdyż na przeciętnej wysokości twarzy umieszcza się nie to, co jest najbardziej atrakcyjne, lecz towar, który powinien się sprzedać. Jako całość – wzbogacona dyskretnymi taktami sprzyjającej kupowaniu spokojnej muzyki – oferta jest tak skomponowana, że rzeczywista różnica w cenie identycznych towarów zakupionych w różnych sklepach zamyka się w kwocie kilkudziesięciu groszy9.

Moment otrzeźwienia przychodzi najczęściej podczas próby skorzystania z uprawnień gwarancyjnych. Wówczas często okazuje się, że godziny otwarcia serwisu są idealnie niedopasowane do czasu pracy klienta, a punkt obsługi jest trudny do odnalezienia. Zgłaszającemu problem nie zapewnia się minimum dyskrecji, a specyficzną formą presji jest zdenerwowana kolejka, obsługiwana przez nie więcej niż jedną osobę. Realizacja uprawnień gwarancyjnych wiąże się z niemającym najmniejszego uzasadnienia w dobie elektronicznych baz danych posiadaniem kompletnej dokumentacji zakupu bądź opakowania fabrycznego, co w przypadku lodówki lub zestawu mebli bywa wystarczająco zniechęcające. Wiele reklamacji pozostawianych jest bez odpowiedzi albo ich złożenie jest tak uciążliwe, że stanowi wyzwanie dla nielicznych, szczególnie gdy chodzi o towary nieznacznej wartości, o które walka jest dla klienta po prostu nieopłacalna10.

Nim wypadnie uznać świat reklamy za skrajnie niemoralne środowisko manipulacji instynktami konsumenckimi, warto pamiętać, że ostateczna decyzja o dokonaniu zakupu leży zawsze po stronie klienta. Nie można obarczać odpowiedzialnością za nieprzemyślane zakupy twórców trzydziestosekundowych spotów, emitowanych w określonym i powszechnie znanym celu. Żadne ustawodawstwo nie jest w stanie zapobiec naiwnej wierze ludzi w znikające plamy, odchudzające wkładki do butów, czy kredyty, które spłacają się same. Rehabilitację przemysłu reklamowego przynajmniej do pewnego stopnia zapewnia włączanie się w społeczne kampanie reklamowe, będące właściwym dla tego rodzaju działalności wyrazem społecznej odpowiedzialności.

Propagowanie etyki biznesu

„Gdyby miało taką siłę, jaką ma słuszność – powiada o sumieniu Joseph Butler, osiemnastowieczny etyk i biskup diecezji Durham – gdyby miało moc o sile posiadanego w oczywisty sposób autorytetu, całkowicie zawładnęłoby światem”. Dopóki jednak nic nie wskazuje, by ów retoryczny postulat miał się urzeczywistnić w praktyce mimo upływu ponad dwustu lat, na koniec należałoby się zastanowić nad podaniem elementarnych zasad wydawania ocen etycznych, podejmowanych w codziennym życiu, niezmiernie istotnych wobec z roku na rok obniżającej się rangi wykształcenia ogólnego, jeszcze pięćdziesiąt lat temu zamykanego egzaminem maturalnym z obowiązkowym zaliczeniem ćwiczonego na dziełach Platona i Arystotelesa języka greckiego.

Próby wyłączenia ekonomii poza nawias przestrzeni etycznej, w jakiej zachodzi wszelkie ludzkie działanie w każdym z jego przejawów, wynikają prawdopodobnie z podyktowanej względami pragmatycznymi selektywnej reinterpretacji nowoczesnych teorii ekonomicznych w coraz większym stopniu odchodzących od elementarnej dla historii ekonomii pracy Adama Smitha, której sam tytuł wskazuje na kontekst społeczny analizowanych zjawisk11. Warto przy tym pamiętać, że autor należał do społecznej elity osiemnastowiecznej Anglii, w której etos funkcjonowania wpisany był niemalże ascetyczny kodeks moralny, zakładający zrozumiałą expressis verbis niedopuszczalność określonych działań, jako uchybiających jeśli już nie interesowi partnera biznesowego, to przynajmniej wysokiej pozycji przedstawiciela szczytowej warstwy drabiny społecznej12. O słuszności tego poglądu świadczyć może fakt, że sam Smith – jako wieloletni wykładowca filozofii moralnej na uniwersytecie w Glasgow, z której znacznie później wyłoniły się nowoczesne nauki społeczne oraz sama ekonomia – daleko wyżej cenił swe dzieło będące zbiorem wykładów z etyki dla szkockich nastolatków. W „Teorii uczuć moralnych”13 radykalnie przeciwstawia sprawiedliwość hobbesowskiej dżungli, w której nieustannie toczy się wojna wszystkich przeciwko wszystkim, argumentując na rzecz teorii współczucia, którego pokłady nie są obce nawet najbardziej zdegenerowanym jednostkom ludzkim.

Próba sformułowania elementarnych uniwersaliów, na których możliwe stałoby się stabilne oparcie rozstrzygnięć, podejmowanych indywidualnie w sytuacji wyboru, nie jest więc niczym niezwykłym. Przeciwnie, doskonale wpisuje się w koncepcję ekonomii jako nauki społecznej, opisującej relacje zachodzące między ludźmi, a więc także w sferze obrotu gospodarczego.

Perspektywa religijna

Dla uzyskania wyznaczonego celu można odwołać się do ogólnych założeń etyk poszczególnych religii, dających się sprowadzić do wspólnego mianownika zakazu wyrządzania nieuzasadnionej szkody innym. W ten sposób chrześcijańskiemu zaleceniu aktywności gospodarczej z zachowaniem sprawiedliwości podziału efektów odpowiada buddyjskie spojrzenie na dochód jako formę społecznej służby i budowania dobra publicznego. Podobnie wypracowane przez muzułmanina dochody służyć mają zarówno autorowi sukcesu, jak i społeczeństwu poprzez tworzenie nowych miejsc pracy za godziwą zapłatę. O słuszności obrotu gospodarczego decyduje jego stopień nastawienia na dobro wspólne (chrześcijaństwo), jest on oznaką wiary w porządek, ustanowiony przez Jahwe (judaizm) oraz postulatem poszukiwania równowagi między produkcją i konsumpcją, przez co wytwarzanie towarów luksusowych buddyzm uznaje za niewłaściwe. Zdrowemu współzawodnictwu w duchu islamu towarzyszy zakaz zatrudniania dzieci oraz zmuszania kobiet do pracy ponad siły.

Nadużyciom w obszarze prawa każdego człowieka do godnych warunków zatrudnienia i wynagrodzenia systematycznie przeciwstawiało się papieskie nauczanie Jana Pawła II, stanowiące kontynuację przeszło stuletniej tradycji Katolickiej Doktryny Społecznej, zapoczątkowanej wydaniem w 1891 roku przez Leona XIII encykliki „Rerum novarum”, poświęconej – jak to wówczas określano – „kwestii robotniczej”. Zagadnienie podmiotowego charakteru pracy podejmuje Jan Paweł II w encyklice Laborem exercens. Papież wyraża na jej kartach sprzeciw wobec automatyzacji życia oraz technologicznej depersonalizacji pracy, która powoli zatraca swój aspekt podmiotowy. Tymczasem właściwą perspektywę wytwarzania dóbr stanowi ich zlokalizowanie na płaszczyźnie efektu końcowego twórczej i podmiotowej działalności człowieka, w której technologie i narzędzia są jedynie środkiem prowadzącym do celu, jakim jest pojmowane personalistycznie samourzeczywistnienie osoby ludzkiej. Technika nie może prowadzić do zniewolenia człowieka, swoistej inwersji ról, w której to osoba ludzka staje się możliwym do wyeliminowania z rynku pracy jej kosztem, popadając w bezrobocie.

Interesującą rolę papieskie nauczanie wyznacza zakładowym organizacjom związkowym, których funkcja społeczna nie powinna zostać zredukowana do regulatora relacji pomiędzy płacą i zapłatą, lecz ujawniać wszelkiego rodzaju nieprawidłowości i wdrażać działania, mające na celu ich wyeliminowanie. Równocześnie działalność ta nie powinna przyjąć specyficznej postaci grupowego egoizmu, wolnego od kontekstu ogólnospołecznych uwarunkowań ekonomicznych, jak również znamion właściwych dla funkcjonowania partii politycznej, której podstawowe cele są zasadniczo odmienne od stawianych przed zakładowymi organizacjami związkowymi przez interes ich członków. Wspólnym mianownikiem podejmowanych przez związki zawodowe działań powinna być realizacja leżącego w interesie publicznym społecznego dobra, a nie walka dla niej samej, mająca na celu wyeliminowanie przeciwnika.

Dziesięć lat później papieskie nauczanie zostaje rozwinięte w słowach encykliki Centesimus annus. Przemiany roku 1989 nie oznaczają automatycznego końca problemów gospodarczych w krajach Europy Środkowo-Wschodniej, przeciwnie, stanowią wyzwanie do budowania nowych stosunków ekonomicznych z ludzką twarzą na bazie niekiedy bolesnych doświadczeń świata zachodniego z przeszłości, mogących stanowić alternatywę dla konsumpcjonizmu i bezwzględnego prawa do własności prywatnej. W imię dobra wspólnego papież postuluje konieczność ograniczenia swobody mechanizmów rynkowych, upatrując w prowadzących do tego celu rozwiązaniach szansy na uniknięcie lekceważenia ludzkiego wymiaru pracy oraz zapewnienia niezbędnej ochrony jednostkom niezdolnym do pełnej samorealizacji społecznej, które w społeczeństwie kapitalistycznym zazwyczaj zepchnięte są na margines życia publicznego.

Obwarowanie tych – skądinąd zresztą bardzo słusznych – postulatów przez niezadowolenie pojmowanej przez każdą z religii na swój sposób istotę najwyższą w coraz bardziej ateistycznym świecie Zachodu okazać się może jednak bodźcem o znikomej skuteczności, gdy religijność coraz częściej sprowadzana jest do cotygodniowej ceremonii o znaczeniu folklorystycznym, pozbawionej niestety rzeczywistego przełożenia na codzienność. Zjawisko oziębłości religijnej jest zresztą już od czasów starotestamentalnych nieodłączną funkcją wzrostu gospodarczego, gdy możliwość zaspokojenia coraz większej ilości potrzeb eliminuje przesuwanie oczekiwań wobec życia do jego sfery pozagrobowej, przynajmniej do momentu wypalenia zawodowego, bądź kryzysu wieku średniego, gdy człowiek uświadamia sobie jeśli nie kres, to przynajmniej bardzo ograniczony zakres własnych możliwości dalszego rozwoju, w tym także zaspokajania rosnącego apetytu konsumenckiego14.

Perspektywa humanistyczna

W laickim świecie o dużej dynamice zmian, w którym żyje się szybko i często głównie chwilą obecną, wydaje się celowe odwołanie do obiektywnych zasad moralnych, opierających się na pozbawionej podtekstu religijnego bardzo długiej tradycji zasady wzajemności. Ich praktyczne zastosowanie stanowić może cenne uzupełnienie zwykłego poczucia ludzkiej przyzwoitości, szczególnie w obliczu wyborów o znacznym stopniu skomplikowania i nieczytelności ostatecznych konsekwencji podejmowanych działań na pierwszy rzut moralnego oka. Wymóg ten spełnia kantowski imperatyw kategoryczny, nakazujący traktowanie każdego napotkanego człowieka w kategoriach celu samego w sobie, a nie tylko środka, mającego służyć uzyskaniu jakiejś obiektywnej, zewnętrznej korzyści15. Pracownik, klient, podwładny, to zatem w pierwszej kolejności osoba ludzka, która ma niezbywalne prawo do poszanowania własnej godności oraz indywidualnego potraktowania swej sprawy, za co najczęściej zresztą – szczególnie w relacjach konsumenckich – po prostu płaci. Warto przy tym pamiętać, że wspomniana dynamika współczesności czyni w znacznej mierze dziełem czystego przypadku aktualne rozdanie kart w bieżącym momencie obrotu gospodarczego – choroba, spadek cen akcji, nierzetelność innych uczestników rynkowej gry w bardzo krótkim czasie doprowadzić mogą do odwrócenia relacji. Z tego powodu warto przynajmniej od czasu do czasu postawić się w sytuacji swego podwładnego, pracownika, klienta, by zastanowić się, jak chciałoby się zostać potraktowanym na jego miejscu. Jest to tym łatwiejsze, że w gąszczu skomplikowanych relacji społecznych każdy przełożony występuje jednocześnie w roli pracownika, konsumenta, petenta w urzędzie, itp.

Praktyczną przeciwwagę dla kryzysu wartości moralnych jedynie w niewielkim stopniu stanowią cieszące się coraz większym powodzeniem zawodowe kodeksy etyczne. Ich niedoskonałość polega jednak albo na zbyt dużym stopniu ogólności norm, często przybierających banalną postać zalecenia ogólnikowego bycia miłym, albo na stwarzaniu pokusy etycznego minimalizmu, gdyż uważa się, że skoro jakieś zachowanie nie zostało wprost zabronione w kodeksie, to może być uznane za moralnie dopuszczalne. Tymczasem niemożliwe jest stworzenie zamkniętego i wyczerpującego katalogu wszystkich okoliczności, w których poszczególne zapisy mogłyby znaleźć zastosowanie praktyczne, natomiast trywialne sformułowania, dotyczące kultury osobistej w człowieku o pewnym poziomie obycia towarzyskiego wzbudzić mogą co najwyżej uczucie zażenowania. Zdarza się jednak i tak, że opracowanie kodeksu stanowi akt korporacyjnej mistyfikacji, jak miało to miejsce w przypadku pierwotnej wersji kodeksu etyki notariuszy, zabraniającego pobierania za usługi opłat niższych, niż maksymalne, oraz wprowadzającego zakaz konkurencji.

W żadnym wypadku tego rodzaju „instrukcja obsługi” współpracownika, klienta, petenta itd. nie jest w stanie zastąpić samodzielnej interpretacji zasad w sytuacji konfliktowej, wymagającej rozwiniętej indywidualnej świadomości etycznej. Bez działań uzupełniających w postaci upowszechniania budujących przykładów zachowań pozytywnych, stanowczego i konsekwentnego potępiania zachowań nieetycznych oraz treningów etycznej wrażliwości kodeksy etyki zawodowej mogą okazać się jedynie nieudaną próbą odsunięcia odpowiedzialności za niechlubne praktyki, stosowane w organizacji o wartości bezużytecznej makulatury16.

Nemesis i Erynie – zamiast zakończenia

Do wszystkich, którym kolejne zera dopisywane do stanu konta przesłaniają zarówno kantowskie niebo gwiaździste, jak i wewnętrzne prawo moralne, być może należałoby adresować spostrzeżenie, że społeczny wymiar prowadzonej działalności powstaje wszędzie tam, gdzie dochodzi do założenia choćby tylko dwuosobowej firmy. Nawet zwolennicy wizji biznesu jako gry, w której nie obowiązują żadne zasady, z punktu widzenia czysto egoistycznej ochrony własnych interesów powinni się liczyć przynajmniej z tym, że wcześniej czy później spotkają na swej drodze jeśli nie jeszcze bardziej zdegenerowanych i niemoralnych konkurentów, to przynajmniej posiadających silną motywację do rewanżu pokrzywdzonych w przeszłości, padając ofiarą tej wersji kantowskiego imperatywu kategorycznego, zgodnie z którą każdego rodzaju postępowanie rozpatrywać należy z perspektywy jego potencjalnych implikacji w postaci powszechnie obowiązującego prawa17.

Instrumentalne traktowanie podwładnych, współpracowników i klientów wcześniej czy później doprowadzi do powstania grona osób, nie mogących się wprost doczekać okazji do odpłacenia pięknym za nadobne. Niewidzialna ręka rynku, pojmowanego jako przestrzeń do rabunkowej realizacji partykularnych interesów uczestników obrotu gospodarczego, bywa od czasu do czasu mieczem obosiecznym, stając się skutecznym narzędziem Nemezis, wzbudzającej lęk greckiej bogini sprawiedliwej pomsty, wraz z Eryniami stojącej na straży równowagi świata.


1 K. Leśniak, Materialiści greccy w epoce przedsokratejskiej, Warszawa 1972, s. 93.

2 Zob. G. Szulczewski, Etyka biznesu jako nowa perspektywa badań antropologicznych, w: J. Dietl, W. Gasparski (red.), Etyka biznesu, Warszawa 2002, s. 88–89.

3 Klemens Aleksandryjski, Który człowiek bogaty może być zbawiony?, Kraków 1995.

4 Zob. W. Tyburski, Polskie tradycje etyki życia gospodarczego, w: J. Dietl, W. Gasparski (red.), dz. cyt., s. 161–162.

5 Zob. T. Borkowski, Przemiany w etyce biznesu w Polsce przed i po 1989 roku, w: J. Dietl, W. Gasparski (red.), dz. cyt., s. 126–132.

6 Zob. Cz. Porębski, Czy etyka się opłaca?, Kraków 2000, s. 132–134.

7 Zob. V. Packard, Ukryta perswazja, [w:] Wprowadzenie do etyki biznesu, s. 427.

8 Zob. Cz. Porębski, dz. cyt., s. 125.

9 Zob. T. Spodenkiewicz, Sztuczki wielkich sklepów, „Express Ilustrowany” 2008, nr 208 (5.09.2008), s. 22.

10 J. Barlow, C. Møller, Reklamacja czyli prezent. Strategia korzystania z informacji od klienta, tłum. H. Simbierowicz, Warszawa 2001.

11 Zob. A. Smith, Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów, t. 1–2, Warszawa 2007.

12 Nie jest niczym odkrywczym stwierdzenie, że teoria moralności na ogół w każdych czasach dość zdecydowanie odbiega od rzeczywistych standardów zachowań, przyjmowanych w codziennym życiu. Wystarczy jako przykład przytoczyć skomplikowane losy bohaterów powieści Niebezpieczna fortuna Kena Folletta czy ekonomiczną perspektywę kryteriów ocen wydawanych przez postaci z twórczości współczesnego Adamowi Smithowi Daniela Defoe. Tym niemniej sam Smith jest właśnie teoretykiem moralności i właśnie z tego powodu w swoich pismach nie wyraża zgody na zastąpienie kryteriów moralnych ekonomicznymi, badając zjawisko bogacenia się narodów pod kątem jego implikacji natury społecznej.

13 A. Smith, Teoria uczuć moralnych, Warszawa 1989.

14 Por. A. MacIntyre, Krótka historia etyki, tłum. A. Chmielewski, Wrocław 2002, s. 199–200.

15 „Postępuj tak, byś człowieczeństwa tak w twej osobie, jak też w osobie każdego innego używał zawsze jako celu, nigdy tylko jako środka” (I. Kant, Uzasadnienie metafizyki moralności, tłum. M. Wartenberg, Warszawa 1953, s. 62).

16 Zob. L. Zbiegień-Maciąg, Etyka w zarządzaniu organizacją, [w:] J. Dietl, W. Gasparski (red.), dz. cyt., s. 224–225.

17 „Postępuj tylko według takiej maksymy, dzięki której możesz zarazem chcieć, aby stała się powszechnym prawem” (I. Kant, Uzasadnienie metafizyki moralności, dz. cyt.,s. 50).

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata