70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Bania z mitami

Nie wiadomo, czy lubić i cenić mit jako niezbędny element duchowego wyposażenia i kompas poszukiwania sensu – czy bać się go jako instrumentu manipulacji. Trudno odróżnić archetyp od stereotypu, a idola od herosa. Mit usadowił się blisko zwykłej, ale miłej sercu nieprawdy.

Wygląda na to, że z sieci mitów już się nie wyplączemy. Marcowy numer „Znaku” utwierdza nas w tym przekonaniu. W pewnym momencie mogło się wydawać, że chłodny powiew racjonalizacji załatwił sprawę i raz na zawsze przekazał mity departamentowi archeo. Ale przecież trudno nam było przystać na amputację tego, co racjonalne nie jest, a co stanowczo uznajemy za swoje i głęboko ludzkie. Elżbieta Tarkowska w artykule do hasła „mit” w Encyklopedii socjologii (który to artykuł chciałabym dorzucić do rekomendowanych w „Znaku” inspiracji) pisze:

Historia badań nad mitem, dzieje stopniowego włączania tej problematyki w obszar zainteresowań coraz to nowych dziedzin nauki i zupełnie niezwykła jej kariera we współczesnych analizach kultury mogą być najlepszym przykładem szeroko dziś opisywanego i analizowanego procesu zwanego antropologizacją humanistyki (…). Miejsce mitu w humanistyce XX w. może świadczyć o pozycji antropologii, która zdaniem wielu badaczy przejęła obecnie rolę niegdyś odgrywaną w humanistyce przez filozofię.

Mity plenią się, z wewnętrznej potrzeby i przez odgórną nominację, na co dzień i od święta. Pojęcie spuchło i uległo inflacji. Zatarła się różnica między mitem a treściami kultury w ogóle. Nie wiadomo, czy lubić i cenić mit jako niezbędny element duchowego wyposażenia i kompas poszukiwania sensu – czy bać się go jako instrumentu manipulacji. Trudno odróżnić archetyp od stereotypu, a idola od herosa. Mit usadowił się blisko zwykłej, ale miłej sercu nieprawdy.

W tej sytuacji czytelnicze nogi same niosą nas w stronę pisarza, który z mitami (w szerokim rozumieniu) utrzymywał bliski kontakt – mam na myśli Francisa Scotta Fitzgeralda.

Rzecz nie tylko w tym, że na przykład w losach Gatsby’ego odzywa się historia wspaniałego wzlotu i żałosnego upadku, przypominająca historię Ikara. Fitzgerald sięga również do tradycji czysto amerykańskiej, tej, która stworzyła opowieść o pucybucie-milionerze, a w Małych kobietkach ułożyła własny traktat wychowawczy. Sięga po to, by przerobić po swojemu, a gdy trzeba – pozbawić happy-endu. Gatsby wzbił się na wyżyny i stracił wszystko, o czym marzył. Opowiadanie Berenika obcina włosy w kapitalny sposób podstawia w miejsce edukacji małych kobietek kodeks skutecznych zabiegów o sukces, wraz z konsekwencjami. Fitzgerald znakomicie umie zaszczepiać mity – także te z cenzusem antyczności – na współczesnym sobie amerykańskim gruncie. Pośród rodzajowych obrazków, składających się na wyrazisty obraz epoki, pośród pianki obyczajowych migawek natrafiamy od czasu do czasu na odłamki czegoś twardego i nieprzeniknionego.

W historii Gatsby’ego zawiera się doskonale, na modłę antycznej tragedii zasupłany węzeł. Gatsby kocha Daisy, która zamężna jest z Tomem, Tom romansuje z żoną właściciela garażu samochodowego. Daisy jest już niemal gotowa porzucić Toma i związać się z Gatsbym. Tymczasem, przy okazji wspólnej eskapady, panowie zamieniają się samochodami. A potem jeszcze pan z panią zmieniają się przy kierownicy. W efekcie dochodzi do wypadku, nieumyślnie, jak gdyby mimochodem, dosłownie po drodze – na krótkim odcinku autostrady przez pustkowie pomiędzy West Egg a Nowym Jorkiem. Kochanka Toma wpada pod samochód prowadzony przez Daisy i ginie. Następnego dnia mąż ofiary zabija Gatsby’ego, mylnie sądząc, że to z nim żona go zdradzała i że to on spowodował jej śmierć. A na koniec biedak sam odbiera sobie życie. Fatalny ciąg zdarzeń uruchomiła kumulacja namiętności, kaprysów i omyłek. Bezsilną opatrzność na autostradzie uosabia billboard z reklamą dra T. J. Eckleburga, okulisty: „jego oczy, dawno nie malowane, nieco wyblakłe od słońca i deszczu, medytują nieprzerwanie nad tym wysypiskiem”.

Według anegdoty Fitzgerald miał kiedyś powiedzieć do Hemingwaya: „Ludzie bogaci są inni niż my”, na co Hemingway odparł: „Owszem, mają więcej pieniędzy”. Według pewnych źródeł historycznoliterackich taki dialog w rzeczywistości nigdy nie miał miejsca, natomiast niewątpliwie rozegrał się w literaturze. Uwaga, że „ludzie bardzo bogaci” są „inni niż my” pada na początku opowiadania Fitzgeralda The Rich Boy i jest tam rozwinięta; Hemingway zaś skwitował to odpowiednim passusem w Śniegach Kilimandżaro. U Fitzgeralda nadwyżka pieniędzy generuje szczególne cechy osobowości i w rezultacie wytwarza odmienny gatunek ludzi. W głosie Daisy „czuło się pieniądze, to one zapewniały mu niewyczerpany wdzięk i urok, jego melodyjny czar, to jego dzwonienie, to brzęczenie dźwięcznych strun jak w rozśpiewanych cymbałach”. Potentaci u Fitzgeralda miewają atrybuty zapożyczone z innych czasów i wymiarów. O producencie filmowym w powieści Ostatni z wielkich na przykład chodzą słuchy, że miał „zapadnię w podłodze, przez którą dokuczliwi goście wpadali do piwnicy”. Jego córka uważa wprawdzie, „że to bajka” – i dopiero to rozbrajające dementi na dobre zawiesza kryteria realizmu: w ten sposób powątpiewać można tylko o rzeczach zasadniczo niewykluczonych. Pat Hobby, bohater cyklu opowiadań z Hollywood, natychmiast „uwierzył w istnienie zapadni – zawsze wierzył w takie rzeczy”.

John T. Unger sumituje się przed kolegą, który zaprosił go na wakacje:

– (…) chciałem cię przeprosić.

– Za co?

– Za to, że wątpiłem, kiedy powiedziałeś, że macie diament wielki jak gmach hotelu Ritz-Carlton.

Państwo Washingtonowie faktycznie bowiem są dziedzicznymi właścicielami góry w Montanie, której wnętrze jest jednym masywnym diamentem. O przepychu ich pałacu, zbudowanym na diamentowym szczycie, i o trybie życia nie ma co wspominać. Ani o tym, że w trosce o zachowanie skarbu w sekrecie trzeba zestrzeliwać przelatujące nad górą samoloty, a zapraszanych gości na zakończenie wizyty zabijać. Ani nawet o tym, jak pan Washington w chwili zagrożenia próbuje przekupić Boga, oferując mu brylantowy blok w zamian za utrzymanie status quo.

John T. Unger ucieka i zabiera ze sobą córkę Washingtonów, żeby wieść z nią życie w miasteczku Hades, Illinois, skąd pochodzi. Ubogie życie, bo panienka zamiast garści diamentów zaopatrzyła się na drogę w garść bezwartościowych kryształków. To znane motywy baśniowe: królewna uprowadzona z niedostępnej góry, skarby zamienione w śmieci. Hades wprowadza własne poważne konotacje. Ale prawdziwą koroną dzieła jest tytuł: The Diamond as big as the Ritz.

Bo mniejsza już o cały bajeczny koncept. Żeby zagrał, trzeba go wypełnić, wymościć konkretem – i do tego służą te wszystkie zupy z pawia, samochody inkrustowane klejnotami i inne upajające szczegóły. Ale trzeba jeszcze odpowiednio pobudzić naszą wyobraźnię. Jak uzmysłowić wielkość ponad wszelkie wyobrażenia? W takich razach, wiadomo, przydatne są porównania. Rozumiemy polskiego tłumacza, który mógł się obawiać, że w 1963 roku termin „Ritz” w tytule nie będzie czytelny, i zdecydował się na „diament wielki jak góra”. W opowiadaniu diament naprawdę ma fizyczny kształt i rozmiar góry, zresztą góra jako taka kojarzy się z ponadludzkim ogromem. Ale jeszcze bardziej rozumiemy autora. César Ritz pierwszy swój hotel zbudował w 1898 roku w Paryżu, i tam w latach po pierwszej wojnie chętnie biesiadowali paryscy Amerykanie, a następnie opisywali to w literaturze. W 1906 roku otwarto „Ritza” w Londynie, i ten uchodzi za największy, w 1910 powstał „Ritz” nowojorski. Wszystkie, niezależnie od gabarytów, były imponujące i zaspokajały wszelkie oczekiwania w zakresie nowoczesnej wygody i luksusu. W oryginale więc porównanie nie odwołuje się do górskich szczytów i nawet nie do piramid: nowy świat musi mieć własną miarę wielkości – hotel Ritz-Carlton.

W opowiadaniu Ciekawy przypadek Benjamina Buttona – niedawno sfilmowanym – bohater rodzi się starcem, lata życia biegną mu wstecz i umiera jako noworodek. To kolejny koncept Fitzgeralda. Coś z tego pomieszania wieku i życiowych doświadczeń przebłyskuje też może w jego obrazie Ameryki. Wystylizowana jest na krainę młodą, wciąż jeszcze znajdującą się w stanie budowy i parującą fantastycznymi możliwościami. Pełno tu śmiałych zdobywców, pełno ludzi gotowych we wszystko uwierzyć, zwłaszcza w wymarzoną przyszłość. „Która rok po roku ucieka przed nami”, a marzenia zostają „gdzieś w tyle, w rozległym mroku” – napisał 29-letni autor w zakończeniu Wielkiego Gatsby’ego. Fitzgerald z mitami i wita się, i żegna – czule.


E. Tarkowska, Mit, w: Encyklopedia socjologii, t. 2, Warszawa 1999; F. S. Fitzgerald, Wielki Gatsby, przeł. A. Demkowska, Warszawa 1964; tenże, The Rich Boy, London 2005; tenże, Ostatni z wielkich, przeł. A. Demkowska-Bohdziewicz, Warszawa 1991; tenże, Spiskowcy, przeł. M. Ronikier, w: Piękność Południa i inne opowiadania, t. 2, Warszawa 1981; tenże, Diament wielki jak góra, w: Odwiedziny w Babilonie. Opowiadania, przeł. A. Kaska, Warszawa 1963.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter