70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Wyjmując drzazgi, pielęgnując rany

Te dwa obrazy nie dają spokoju: lekko uśmiechnięty Budda medytujący na kwiecie lotosu i wykrzywiona twarz Jezusa skazanego na śmierć. W tle inne obrazy, cierpliwie dostarczane przez media – ciała, stosy ciał, tragedia na Haiti, rocznica wyzwolenia Auschwitz… Jest zima, z trudem wyszarpuję nogi z kolejnej zaspy. Udaję, że to skupienie wymaga ode mnie spuszczonego wzroku i opuszczenia głowy. Tak naprawdę nie mam siły, aby zadać pytania. Nie mam odwagi, aby próbować udzielić odpowiedzi.

Być może nie ma lepszych okoliczności do lektury książki Tomáša Halíka Dotknij ran.

Wkładanie palca w rany

Co mogę odpowiedzieć obrazom dokumentującym tragedię? Nagłówki gazet krzyczą, tabloidy coraz agresywniej zadają pytania. Swoje trzy grosze dorzuca także sumienie, nieraz bardziej skutecznie. Zdaj sprawę z własnej wiary, chrześcijaninie – zdaje się wołać wszystko wokół mnie. Tylko ślepy i głuchy nie zauważyłby tego wzbierającego krzyku: gdzie jest twój Bóg? Wolny rynek, demokratyzacja życia społecznego, konsumpcyjny styl życia – osiągnęliśmy nasycenie, a wszechświat relacji międzyludzkich zaczyna stygnąć. W obliczu takich pytań z nasycenia zaczyna wyzierać pustka. No, przestań się migać, chrześcijaninie, i zdaj sprawę z własnej wiary.

Nie mam innej odpowiedzi niż ta, którą niemal rozpoczyna swoją książkę Halík. Przed świętym Marcinem zjawił się Szatan pod postacią Chrystusa. Biskup z Tours odrzucił fałszywą wizję, mówiąc: „Gdzie są twoje rany?”. Powtarzam więc za Autorem: „Co zatem mogę robić? Poddawać swoją wiarę i to, co mi się do wierzenia przedkłada, >>testowi świętego Marcina<<. Nie wierzę bogom i nie wierzę wiarom, które potrafią przetańczyć świat, nie zaznawszy jego bólów – bez szram, bez blizn, bez oparzeń – oferując natrętnie na współczesnym rynku religijnym jedynie swoje lśniące powaby”. Nie znajduję innej odpowiedzi na dramaty życia niż ta, którą podaje biskup z Tours, a którą twórczo rozwija Halík. Jako swoją odpowiedź mogę pokazać jedynie Ukrzyżowanego, nic innego nie posiadam przecież. Nie wiem tylko, czy rozkrzyczane tabloidy przyjęłyby taką odpowiedź.

Mój Bóg, jak pisze Halík, jest Bogiem zranionym. W swojej najnowszej książce Dotknij ran koncentruje się wokół słów Tomasza Apostoła, który powiedział, iż dopóki nie zobaczy ran po gwoździach na ciele Zmartwychwstałego – nie uwierzy. Można powiedzieć, że książka Halíka to nowoczesny, ponaddwustustronicowy komentarz do słów ucznia Jezusa. Ucznia, dodajmy, którego raczej nie stawia się nam za wzór, a który jest wszak jednym z najbliższych każdemu chrześcijaninowi. Ciekaw byłem niezmiernie nowej książki czeskiego księdza.  Co nie jest chwiejne, jest nietrwałe zachwyciło mnie apetytem na świat oraz ciągłym głodem Boga odkrywanym zarówno w Indiach, Rosji, jak i na Antarktydzie. Wzywany czy niewzywany, Bóg się tutaj zjawi oraz zapisy kolejnych uniwersyteckich wykładów czy głosów w publicznych debatach zaczęły mnie nużyć. Miałem wrażenie, że Halík bardziej stał się publicystą i filozofem niż księdzem. Jeśli w jego pismach nieustannie natrafiałem na takie słowa (które sam bardzo lubię), jak „dialog”, „tolerancja”, „prawda”, a znacznie rzadziej na inne słowa (które lubię jeszcze bardziej), takie jak „Chrystus”, „zbawienie” czy „msza święta”, to budziły się we mnie wątpliwości. Nader łatwo jest być filozofującym publicystą czy wykładowcą w koloratce, ale jeśli idzie za tym zniknięcie tożsamości kapłana jako głosiciela Jezusa, świadczenia o Nim we współczesnym świecie, to chyba cena jest niewspółmierna. Oddalałem się od Halíka, czekając na jego przebudzenie, na jego książkę, która wreszcie bardziej ceniła będzie Chrystusa niż spory o rozumienie słowa „prawda”. Czekałem na książkę, która – jak uważałem – jest potrzebna zarówno Halíkowi, jak i mnie: na książkę, która będzie radykalnym wyznaniem wiary. Nie widziałem, że właśnie ją czytam.

Na pozór nic się nie zmienia. Czech nie stroni od uwag socjologicznych, jak zawsze osobiste i intrygujące odczytanie ulubionych filozofów, garść spostrzeżeń politologicznych z dodatkiem teologii. Wydawać by się mogło, że tej ostatniej będzie znacznie więcej – nic z tego. Jeśli jest tu coś więcej, jest to wkładanie palca w rany Zmartwychwstałego.

Jedyna znana odpowiedź Kościoła

Przed oczami stają raz jeszcze twarze Buddy i Jezusa. Trudno się oderwać od tego zestawienia. Czy to jest odpowiedź, jaką daje światu i życiu chrześcijaństwo – cierpiący Chrystus? Jak jednak naprawdę brzmi ta odpowiedź? Jak ją wy-powiedzieć?

Próbuję znaleźć jakieś słowa, których tak bardzo potrzebuję wobec dwóch innych nieopuszczających mnie obrazów – tragedii Haiti, tragedii Auchwitz. Słowa wobec stosu ciał. Cokolwiek bym powiedział, będzie brzmiało pustym frazesem przypominającym kłamstwo. Halík nie wdaje się w kuszącą perspektywę balansowania pomiędzy stanowiskiem, że Bóg jest współcierpiący, a poglądem, że jest zbyt oddalony, aby doświadczać ludzkiego cierpienia. Niemal rozdzierająco woła: „Moja wiara stanowi jedno z moją miłością i nikt nie może mnie pozbawić miłości do Ukrzyżowanego”. Nie głosi niczego innego, jak tylko głupstwo krzyża – jedyną odpowiedź, jaką posiada Kościół.

A jednak chciałoby się mieć takie słowa, taki hokus-pokus wobec zła, żeby wypowiedzenie ich dało siły potrzebne do stawienia czoła trudnościom. Takie myślenie jest bardzo bliskie każdemu człowiekowi, co więcej, jest to pragnienie obecne w każdym wieku. U schyłku średniowiecza i na progu nowych czasów Jan od Krzyża w odpowiedzi na pragnienia dodatkowych objawień, dodatkowych słów, pisze:

Mógłby wtedy Bóg powiedzieć: Wszystko już powiedziałem przez Słowo będące moim Synem i nie mam już innego słowa. Czyż mogę ci więcej odpowiedzieć albo objawić coś więcej ponad to? Na Niego więc zwróć swoje oczy, gdyż w Nim złożyłem wszystkie słowa objawienia. Odnajdziesz w Nim o wiele więcej niż to, czego pragniesz i o co prosisz. Prosisz bowiem o słowo czy objawienie częściowe, jeśli zaś na Niego spojrzysz, znajdziesz wszystko w pełni. On jest całą moją mową, odpowiedzią, całym widzeniem i objawieniem.

Głupstwo krzyża – nieustannie wypowiadane Słowo. Kto wie, być może właśnie uporczywe głoszenie krzyża, stawianie go w centrum świątyń, zamiast cukierkowatych wizji zmartwychwstania, nie ośmieszyło nigdy chrześcijaństwa? Możemy wszak powiedzieć: tak, widzieliśmy Ukrzyżowanego w innych ludziach, w ich życiorysach i każdy z nas może to poświadczyć. Możemy wszak powiedzieć: tak, widzieliśmy Zmartwychwstałego – niejako po omacku, niewyraźnie, niby zapowiedź. Znacznie bardziej znamy, niektóre bardziej dokładnie, niżbyśmy chcieli, drzazgi krzyża.

Nie ma odpowiedzi – werbalnej, wysłowionej – wobec cierpienia. Znacznie częściej spotykamy jednak Boga w cierpieniu niż w okrzyku tryumfu. Maria Magdalena poznaje Zmartwychwstałego po głosie, uczniowie zdążający do Emaus po geście łamania chleba. Żadne z nich natychmiast, żadne gwałtownie. Jedynie Tomasz, dotykający ran Ukrzyżowanego, od razu wykrzykuje swoją wiarę i miłość. „Radość Tomasza, jego >>drugie nawrócenie<< wywołane zostały czymś, co pewnie poruszyło go bardziej niż innych apostołów: jednością w Chrystusie – tożsamością Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego”. Po czym ty, zapytuje Halík, poznajesz Chrystusa? Czy nie po ranach właśnie?

„Wierzyć w Chrystusa, zawołać: >>Pan mój i Bóg mój<< – mogę jedynie wtedy, gdy będę dotykać tych Jego ran, których także dzisiaj nasz świat jest pełny”. Dostrzeżenie cierpienia świata, podkreślane w książce Dotknij ran niemal jako wymóg wiary w Chrystusa, jest rozwinięciem „mistyki otwartych oczu”, o której czeski ksiądz wspominał we Wzywanym… Mistyka otwartych oczu to duchowość, która jest w pełni zaangażowana we współczesne rozumienie świata. Nie ucieczka od niego, ale i nie nadaktywność – żadna z tych skrajności. To modlitwa i konkretna obecność w świecie. Do tamtej definicji teraz Halík dodaje znacznie więcej życia, nakłada całą paletę barw. Należy dać się zranić ranami świata: bez tego bólu i bez tego buntu nie można stanąć przed Bogiem. To wycofanie się ze swoistej magii nadaktywności – w słowie i w czynie – na rzecz stanięcia pod krzyżem. To Bóg musi mieć ostatnie słowo, nawet jeśli tym ostatnim słowem będzie jego Syn-Słowo dla nas zbyt milczące.

Słuchając krzyku, słuchając ciszy

Ponownie: uśmiechnięta, enigmatyczna twarz Buddy i cierpiąca, omdlała twarz Jezusa. Nie mogę uwolnić się od tego kontrastu, choć wiem, że jest on jedynie pretekstem. Sam w sobie niczego nie wyjaśnia. Już raczej odsyła myśli gdzieś dalej.

Nie powinno dziwić, że Halík również w tej książce prowadzi czytelnika poprzez swoiste rekolekcje z Nietzschem. Tym razem okrzyk „Bóg umarł!” brzmi przeszywająco, wkomponowany w rozważania nad milczeniem Wielkiej Soboty. W świecie Zachodu jest jakaś niegasnąca fascynacja (obsesja?) śmiercią Boga. Dostrzegam ją może jeszcze bardziej wyraźnie w malarstwie niż teologii. W ikonografii Wschodu moment śmierci Jezusa spowity jest tajemnicą, unika się realistycznego – reporterskiego – przedstawiania chwili zgonu. Ukrzyżowany na ikonach jakby zasnął, Jego ciało dalej jest naprężone, jakby już zaczynało się zmartwychwstanie. Na Zachodzie przedstawienia te były bardziej realistyczne, często szokujące – dość przypomnieć obrazy Grünewalda, Holbeina. Dostojewski, ukształtowany przez prawosławne ikony, miał spaść z krzesła, gdy zobaczył realistyczny obraz Holbeina. Halík odczytuje – co tu ukrywać: w sposób fascynujący – Nietzscheańską śmierć Boga jako  konsekwencję, jako ciągłość z pismami innych głosicieli głupstwa krzyża: Pawła, Eckharta, Lutra, Pascala, Kierkegaarda.

Żadna epoka nie jest bliżej ani dalej od Boga, a każdy wiek ma swoje własne hekatomby zbrodni. Obecne czasy mają to do siebie, że poprzez media słyszymy wyraźniej krzyk Jezusa na krzyżu.

Dotknąć ran Chrystusowych – precyzuje Halík – nie tylko na Jego rękach i nogach, świadczących o Jego cielesnej męce, ale także „rany w boku”, która dosięgła serca, znaczy dotknąć ciemności, poświadczonej okrzykiem kogoś całkowicie opuszczonego przez Boga. Ta rana w sercu jest czymś, o czym mówi wołanie Jezusa na krzyżu, które tylko jeden z ewangelistów miał odwagę utrwalić: Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?

Paradoks wiary: integralne rozdarcie

Autor, tak uporczywie wyjaśniający i dowartościowujący ludową pobożność pasyjną, dotyka również sedna wiary; jej epicentrum, które zamyka się w paradoksie. „Jedynie zraniona wiara, na której widoczne są >>blizny po gwoździach<<, jest wiarygodna, jedynie ona może uzdrawiać. Obawiam się, że wiara, która nie przeszła przez noc krzyża i nie dosięgła serca, takiej mocy nie posiada”. Trudno jest wpatrywać się w Ukrzyżowanego, stać pod krzyżem i pozwolić Bogu na ostatnie słowo. Pokusa tworzenia własnej religii jest zbyt duża. Współcześnie tworzona na swój własny użytek duchowość przypomina puzzle, które nie składają się w jeden przekonywający obraz. Wybierając na rynku duchowości jedynie te elementy, które nas interesują lub które po prostu nie sprawiają nam problemu, w rzeczywistości sami tworzymy religię dla samych siebie. Ciekawe, że złożona z różnorodnych puzzli duchowość mówi o pogodnej stronie życia człowieka, ale jest bezradna wobec kryzysów wiary, choroby, umierania. Klasyczna religia nie pozwala nam wybierać tego, co się nam podoba, ale narzucając doktrynę – często niezrozumiałą, często zasłoniętą tajemnicą – prowadzi człowieka poza niego samego. Exodus. Religia ocala człowieka przed nim samym, wyprowadzając go w stronę nieznanego: poza obszar, który mógłby sam zaprojektować. Odnoszę wrażenie, że współcześnie powstałe duchowości chcą być logiczne: zawierają w sobie jakieś poczucie sacrum, ale również dają w miarę logiczne wyjaśnienia własnej doktryny. Są uporządkowane, po ludzku uporządkowane. Są bardziej odpowiedzią, nie zadają jednak pytań, które powinny w nas zapaść, które nie powinny dać nam spokoju. Są nieme.

W książce Dotknij ran Halík nieustannie powraca do paradoksu chrześcijaństwa: w okrzyku resurrexit nie może zabraknąć pytania o opuszczenie. Trwoga pytania Jezusa z krzyża nie może zostać zagłuszona wielkanocnym Alleluja. Zapomnienie o wielkosobotnim milczeniu Boga jest zapomnieniem i wyłączeniem spoza Jego obszaru tych, którzy również nie mają prawa do głosu. Zmartwychwstanie nie jest happy endem, nie jest historią pisaną przez zwycięzców – to nasza opowieść, pisana przez nas: nie do końca zabliźnionych, poparzonych, podatnych na zranienie. Dawno już żadna książka nie pokazała w sposób tak współczesny i tak przekonujący, że wiara jest poharatana, ale jednocześnie zmartwychwstała – prawdziwie wielkanocna.


Tomáš Halík, Dotknij ran, tłumaczenie Andrzej Babuchowski, Znak, Kraków 2010.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata