70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

***

Krzyż ma swoje korzenie w naszym cierpieniu. Krzyż skłania nas do refleksji nad naszą tożsamością. Jeśli moja tożsamość jest tożsamością ofiary, nie staję się automatycznie osobą świętą.

Wśród pomników aż po wielokropek

Nim zapadną się w ziemię – pomniki zawsze stoją na wietrze. Muszą opierać się wiatrom, aby ich nie wyrzeźbiły inaczej, niż zostały ukształtowane przez artystów.

Między pomnikiem a tym, co on upamiętnia – jak między znakiem a znaczeniem – trwa cichy pojedynek. Rzecz w tym, że nieraz zapamiętujemy pomnik sam w sobie, odmawiając drogi ku temu, co upamiętnia (oznacza). Anektuję pomnik jako wiążący się dla mnie z pewną chwilą mojego życia. Na przykład mały posąg przedstawiający Marię Curie-Skłodowską na skwerze przed Instytutem zwanym kiedyś „radowym”, przy Wawelskiej. Tu, w latach wojny, ostrożnie składałyśmy swoje patriotyczne kwiatki. Umówiłyśmy się, że ta postać – choć wiedziałyśmy, kogo przedstawia – dla nas będzie Polską. Właściwie dopiero teraz zdaję sobie sprawę, że właśnie tak czując, kładłyśmy na stopniach pomnika pierwszy wiosenny wianek z mleczów.

Na cmentarzu żołnierzy radzieckich w Berlinie Wschodnim odwiedziłam stojącą na wzgórku u szczytu ogromnych schodów małą rotundę. Wewnątrz była prawosławna w stylu jakby kapliczka „Matki-Rusi” w otoczeniu żołnierskich postaci tworzących krąg apostołów. Zastanawiałam się, kto i czy szczerze coś tu wyraził dla swoich, może i dla siebie. Dla mnie był to pomnik prawosławnej duszy, nieśmiertelnej w pożarach komuny i wojny.

*

Nie wypada składać tu hołdu ofiarom, póki na tym głazie brak wyrazistego cienia prawdy.

Pomnik zakneblowany. Taki jest status pomnika w Jedwabnem, z wyrytym fałszywym napisem. Bryła, jak kamienny model Arki Przymierza, jak jej żałobne odwzorowanie. Byłoby to w moim odczuciu upamiętnienie należyte – gdyby wyraźnie i dobitnie wskazywano drogę do niego i gdyby nie usiłowano zatrzeć pamięci o tym, co w tym miejscu koncentruje się w twardy głaz, wykrystalizowany z drgającego powietrza (gdy znów jest lipiec).

*

Most między jedną częścią getta a drugą: górą, tym mostem, oni przechodzili, szli z jednej strony na drugą, grupkami, tłumem. Pewnie niektórzy samotni, ale z dołu, podchodząc z daleka, musiało się widzieć ścisk.

Czy ja tam przechodziłam dołem, ulicą? Gdyby nie ten most, taką jak inne, wszędzie też niebezpieczną? Czasem wydaje mi się, że takie przejście pod mostem pamiętam, ale może to ktoś mi tylko opowiadał albo kiedyś widziałam taki film? Mogłam jednak widzieć rzeczywistość, bo mieszkałam w Warszawie. Ale przecież mieszkałam w innej dzielnicy, daleko, koło placu Narutowicza. Gdy później palono getto, do nas dolatywały płatki sadzy i dziwny zapach, który rzeczywiście, zupełnie wyraźnie pamiętam. Drugi raz poczułam ten zapach nieco później, w czasie Powstania, gdy już paliły się nasze domy, a my szliśmy Grójecką na Zieleniak.

*

Teraz, w styczniu 2010, w sali nad kawiarnią „Nowy (wspaniały) świat” rozmawiamy o upamiętnianiu mostu łączącego getto z gettem.

Upamiętnienie – może napowietrzny most z laserowych świateł? – ma niedługo powstać.

A właściwie już powstało, w pierwszej pamiętnej, intrygującej wersji. Dokładnie w miejscu drewnianego mostu – nie dość pamiętanego? nie dość przypominanego? – horroru, w powietrzu, na przeciągu został napisany wielokropek w nawiasach.

Został napisany, jak się „pisze” ikony, napisany srebrzyście, plastikowo, straszliwie wyraźnie, sposobem obecnego wieku.

Same kropki to jeszcze nic. Kropki coś kończą; są pojemne, za nimi, za okrągłością kropek stoją zdania opuszczonej relacji, wygłuszonego komentarza, krzyku, który został pohamowany.

Kropki mogą nakazywać milczenie. Dość! Dość i kropka. Nie mów o tym. Ale mama opowiada i opowiada, opowiada. Opowieść wciska się w zatkane uszy.

Więc mocne srebrzyste nawiasy przed kropkami i po kropkach są potrzebne, niezbędne z całą swoją twardością. Nie są wyraźnie kwadratowe, ale są inne od łagodnych półksiężyców, oddzielających zdanie wtrącone, dygresję, postronną uwagę.

Są to jakby nawiasy cenzorskie, którymi oznacza się nie skrót autorski, skierowany przeciw gadulstwu, lecz wykluczenie z tekstu tego, co zakazane – takie wykluczenia od momentu liberalizacji wolno już było upamiętniać specjalnymi nawiasami i kropkami. Mnie te kropki pulsowały w oczach. Nie uśmierzało tego powołanie się władzy na jej własny dekret o stanie wojennym.

Inny dekret każe mi milczeć z szacunkiem, gdy patrzę w prześwit tej ulicy. Jest to prywatny dekret o żałobie.

Klamrowe nawiasy oddzielają szereg kropek od domów po obu stronach ulicy. Kropki już tak tu zostaną: ani po tej, ani po tamtej stronie, bez pomiędzy. W zawieszeniu.

*

Przepraszam, że próbuję słowami przełamać nawiasy i coś rozwijać, coś, co raczej ma trwać zamknięte w kropkach i być do nich dopowiadane tylko na prywatny użytek.

Wielokropek zniknie z tego miejsca. Już znikł. Zawsze będę go tu widzieć. Najpierw most, a potem nawiasy i kropki.

*

Autorki, po jednej na srebrny nawias. Mówią, mówią i mówią, ezoterycznym językiem swego fachu. Efektem może jest ich porozumienie wzajemne. Ja się jednak czuję w kropce i poza nawiasem.

Sen

Redakcja „Znaku” na Siennej 5. Stoję przy biurku pani Hani. Nie ma nikogo. Przez okno mocno świeci słońce. Wysprzątane, zapastowana podłoga, szumi ogień w piecu.

Wiem, że wróciłam w to, co było. Tylko na krótko.

Trzeba stąd zabrać to, co nie ma zginąć. Prędko. Na podłodze kartony pełne oprawnych tomów miesięcznika. Wprost od introligatora, poprzekładane arkuszami papieru, ale spomiędzy kartek – nieźle pożółkłych – wystają zasuszone kwiaty i liście. Jeszcze z czeluści biurka trzeba wydobyć papiery, stare arkusze bristolu z planami numerów, pudełka od mentolaków, na których notatki hm, zwoje niedoczytanych rękopisów naszych autorów, tych inaczej sprawnych myślowo. Pakowanie – prosta rzecz. To umiem. Ale co dalej? Dokąd? Gdzie to wszystko będzie bezpieczne?

Nagle w tym wszystkim obecny mój Ojciec. W przedwojennym oficerskim mundurze, młody, wyprostowany. Obiecuje: zaraz przypłynie prom. Do mnie, na południowoangielską wyspę Wight. Tam się wszystko pomieści, a w razie potrzeby wyspa oddali się od kontynentu.

Razem umieszczamy kartony w czarnych kontenerach z falistej blachy.

Z dawnych tekstów

Zaliczyłam w życiu kilka publikacji angielskich, głównie na tematy ekumeniczne – i jednocześnie o Polsce. Myślę, że przydatny będzie chociaż ślad ich obecności w moim dorobku. Przeglądając je teraz, uznałam, że zachowały aktualność. Może nawet jest ona większa, niż była. Wrastamy w świat, w którym i dla którego kiedyś jako gość pisałam te teksty. Łukasz Krzyżanowski sporządził i przetłumaczył krótki wybór z trzech pozycji:

1. The Church – Sign of the Kingdom,

2. From Judging to Understanding: The Devils of Transition in the Polish Context and a View on Latin American Liberation Theology,

3. The Church in Transition in Poland.

Kościół jako znak

W moim kraju konsekwentny ateizm jest zjawiskiem rzadkim, ale również ludzie wierzący – ci, którzy „w zasadzie wierzą” – często zachowują się tak, jakby nie wierzyli. My również tak się zachowujemy, gdy zamykamy oczy, bo nie chcemy widzieć faktów, które rzucają nam wyzwanie. Nie chcemy widzieć cierpienia, samotności, wyobcowania. Kształt na rysunku (jakby ciemny płomień) jest symbolem zła w różnych odsłonach. Może być nim brzemię, kamień, który przygniata i rani człowieka pracującego w kamieniołomie. To również może być zło wykluczenia, odosobnienia w bezosobowej instytucji, uwięzienia, fizycznego lub psychicznego upośledzenia, skrajnej biedy, odrzucenia, wygnania…

Wszyscy doświadczamy cierpienia. Wierzę, że nasza tożsamość zyskuje ostateczny kształt dopiero wtedy, kiedy odważamy się uznać cierpienie za nieodłączną część naszej egzystencji, basso continuo każdej życiowej melodii. Na świecie wiele jest cierpienia, za które nikt nie jest odpowiedzialny. Ono tam po prostu jest. Tylko w niektórych przypadkach wina za cierpienie spoczywa na nas.

W oczywisty sposób problem cierpienia dotyczy nie tylko chrześcijan – wszyscy, którzy mają otwarte oczy, stykają się z nim. Jako chrześcijanie możemy spojrzeć na fakt cierpienia z perspektywy wiary i Królestwa Bożego. A raczej: jako chrześcijanie jesteśmy powołani, by dostrzec czy też odkryć naszą tożsamość w tym świetle. Ale uświadamiamy sobie to wezwanie i uczymy się żyć zgodnie z nim stopniowo, poprzez ciąg powtarzanych, wciąż niepełnych nawróceń.

Krzyż ma swoje korzenie w naszym cierpieniu. Krzyż skłania nas do refleksji nad naszą tożsamością. Jeśli moja tożsamość jest tożsamością ofiary, nie staję się automatycznie osobą świętą.

Być ofiarą oznacza frustrację, szczególną urazę wobec innych, których obwiniam za moje cierpienie. To również oznacza często bierność, przygnębienie lub niszczącą wszystko ślepą nienawiść. Ludzie Kościoła (church people) często zdają się nie zauważać, że prawdziwe cierpienie najzwyczajniej niszczy człowieka, że nieszczęście tak bardzo łączy się ze śmiercią i rozpadem.

Jednocześnie uważam, że napełniony poczuciem winy Kościół powinien przejść na poziom nadziei. W ten sposób jego członkowie przestaną się czuć nieodkupionymi grzesznikami. Jest rzeczą bardzo przygnębiającą, wręcz nużącą, wciąż być obwinianym. Niektórzy buntują się przeciw temu i wypierają poczucie winy. Wszędzie istnieje potrzeba realnej nadziei, nadziei, że w końcu wszyscy spotkamy Ojca i Jego wszechogarniającą dobroć. Kościoły muszą śmielej nauczać, że ofiara może wybaczyć nawet swojemu bezpośredniemu prześladowcy. Bardzo przekonującym przykładem jest pojednanie Polaków i Niemców. Proces pojednania rozpoczęła inicjatywa niemieckich Kościołów protestanckich oraz grup, które świadomie szukały kontaktu i zrozumienia, takich jak Aktion Suehnezeichen (Akcja Znaków Pokuty). Ci ludzie, jako pierwsi, zwrócili się do nas, prosząc o przebaczenie. Długo na to pracowali i modlili się o nie, bez żadnego rezultatu. W końcu nastąpiła wymiana listów pomiędzy biskupami i powstało więcej inicjatyw. Możemy powiedzieć, że prawdziwe pojednanie, takie, które leczy rany, przyszło za pośrednictwem chrześcijan. Odważyliśmy się raz jeszcze sobie wzajemnie zaufać ze względu na Chrystusa i na wiarę, którą wspólnie w Nim pokładamy. W ten sposób również Kościół stał się znakiem nadziei.

Ogień i woda

Kiedyś zapytaliśmy przyjaciół Brazylijczyków: „Jak możemy pomóc Ameryce Łacińskiej?”. Byliśmy bardzo poruszeni ich cierpieniem, o którym słyszeliśmy. Zadaliśmy to pytanie dwadzieścia pięć lat temu, ale wciąż pamiętam odpowiedź: „Wróćcie do domu i spróbujcie zmienić swój kraj, tak by był lepszym uczestnikiem wspólnoty międzynarodowej. W ten sposób pomożecie również i nam”. Wtedy ogarnęło mnie poczucie beznadziei. Wracałam do Polski ze strachem. Wiedziałam, że znów będę pod totalitarną władzą i że będę miała znikome możliwości wpływania na politykę własnego kraju.

Nie chcieliśmy władzy. Wiosną 1989 roku, kiedy w Polsce toczyły się rozmowy Okrągłego Stołu, ludzie opozycji myśleli: „Musimy mieć związek zawodowy Solidarność, niezależne związki zawodowe, a potem potrzebujemy jeszcze dziesięciu lat przemian”. Jednak komuniści powiedzieli: „Możecie mieć swój związek, ale wtedy musicie wziąć udział w wyborach i legitymizować przemiany poprzez swoich przedstawicieli w parlamencie”. Przyjęliśmy to rozwiązanie z niechęcią. Byliśmy świadomi, że nie jesteśmy gotowi. Ale nic innego nie można było zrobić. Mogę potwierdzić – te wątpliwości były bardzo szczere. Każdy, kto się jako tako do tego nadawał, był wysyłany do parlamentu, żeby ratować sytuację.

Czasem zarzuca się nam, że za wcześnie obaliliśmy komunizm (albo za późno!). Ale my nie wybieraliśmy momentu. To się po prostu stało. Wybraliśmy rok 1980, decydując się na zapoczątkowanie naszego wyzwalania się i doganiania Europy. Ten ruch został złamany siłą. Dziesięć lat później w naszym kraju panował taki nieład, że bardzo niebezpiecznie było angażować się w naprawę. Te uwagi dotyczą również innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Obywatele wschodnich Niemiec musieli obalić Mur Berliński właśnie w tym momencie, kiedy to nastąpiło. W przeciwnym wypadku okazja mogła się już nie powtórzyć. Oni również nie wybierali tego momentu. Wszystko stało się bardzo szybko, ludzie nie byli przygotowani na tak nagłą i radykalną zmianę.

Ludzie brali udział w strajkach, gdyż mieli już serdecznie dosyć sytuacji, w której tkwili. Robotnicy nie brali udziału w strajkach dla Matki Boskiej albo dla Papieża. Strajkowali, bo gospodarka była zniszczona, a nad krajem wisiało widmo katastrofy ekologicznej. Właśnie z takich powodów oraz dla należnych pieniędzy ludzie strajkują. Nie wierzę, że można z zewnątrz podpuścić kogoś, aby wziął udział w strajku. Nigdy nie udało nam się zorganizować strajku wśród ludzi, którzy nie byli na to gotowi.

*

Spójrzmy na pierwszego diabła, nieograniczone dążenie do indywidualnej wolności. Opozycja pomiędzy indywidualną i zbiorową wolnością to rzecz bardzo ludzka. Ale nie istnieje niebezpieczeństwo, że porzucimy „zdobycze socjalistycznego reżimu”. Wcale nie mieliśmy w nim jakiejś „zbiorowej wolności”. Nie eliminujemy zbiorowej wolności, która nie istniała w czasach komunizmu. Zarówno nasze indywidualne, jak i społeczne i zbiorowe prawa były łamane. Teraz musimy jakoś poradzić sobie z aniołem, aniołem odpowiedzialności. To jest fakt, który musimy zaakceptować, inaczej nie będzie dla nas przyszłości.

Nacjonalizm jest prawdopodobnie najbliżej prawdziwego diabła. Obrona własnej tożsamości jest również rzeczą ludzką, a nie diabelską. Jednak diabeł może używać tożsamości, poczucia przynależności do wspólnoty narodowej jako narzędzia. Upodobanie do ostrych, wyraźnych podziałów sprawia, że łatwiej jest wykorzystywać nacjonalizm do diabelskich spraw (szerzenia nienawiści). Jest to problem, z którym się musimy zmierzyć na poważnie. W jego rozwiązaniu pomocny może okazać się chrześcijański uniwersalizm, którego rzecznikiem powinny być Kościoły.

Prawdopodobnie najgorszym z diabłów jest osądzanie. Zamiast próbować wzajemnie się zrozumieć, wykonać trudną hermeneutyczną pracę dostrzegania innych w otaczającym ich kontekście, zaczynamy się wzajemnie oceniać i potępiać. Na przykład polski Kościół katolicki skłonny jest oceniać negatywnie Kościół w Holandii lub Francji i uważać się za „wierniejszy”. Nic bardziej mylnego.

My, mieszkańcy Europy Środkowo-Wschodniej jesteśmy jakby ofiarami ognia, podczas gdy wy, mieszkańcy Ameryki Łacińskiej, jesteście jakby ofiarami wody. Łączy nas świadomość bycia ofiarami oraz konieczność przezwyciężenia postawy bierności. To nieprawda, że ofiara krzywdy nie ma zobowiązań; że nie jest za nic odpowiedzialna. Ofiara nie zawsze jest usprawiedliwiona. Musimy pokonać ten syndrom. Przestańmy też spierać się, co jest gorsze: powódź czy pożar. I jedno, i drugie jest kataklizmem, po którym czujemy się uprawnieni do oczekiwania na pomoc ze strony innych i narzekania na nich, kiedy pomoc nie przychodzi. Jednocześnie my sami nic nie robimy. Spróbujmy zacząć działać po swojemu. My walczmy z pożarem, wy walczcie z powodzią. Po pewnym czasie spotkamy się na bezpiecznym terenie, który sobie wywalczyliśmy, i wymienimy spostrzeżenia.

Na przełomie

Przed Kościołem stoi wyzwanie dawania świadectwa o zaniedbywanych wartościach. Świadczyć należy nie poprzez wpisywanie tych wartości do ustaw w parlamencie, ale poprzez podtrzymywanie ducha wspólnoty, ducha Solidarności, który już nas kiedyś ocalił. Kościół nie powinien na pierwszym miejscu stawiać sukcesu, zwłaszcza finansowego. Przez wzgląd na przyszłość i Boga potrzebujemy otwartego, odważnego współdzielenia. Solidarności trzeba uczyć przede wszystkim poprzez dawanie przykładu. Nafaszerowane ideologią pouczenia nie będą dobrze przyjmowane. Kapitalistyczny imperatyw „wzbogać się, działaj” musi być równoważony przez chrześcijańskie „podziel się tym, co zarobiłeś – podziel się teraz, jeśli chcesz żyć w prawdzie”. Dzielenie się z innymi nie przekreśla szansy na poprawę standardu życia. Ludzie kompetentni, zdrowi, przedsiębiorczy i mający szczęście powinni nosić brzemiona innych. Inaczej nie mogą nazywać siebie chrześcijanami. To najprostsza prawda Pisma – i nie jest ona ani niepopularna, ani nie do zniesienia. Głoszenia jej oczekuje się od Kościoła. W tym kontekście jedyną trudną rzeczą, której trzeba nauczać, jest inna nieskomplikowana prawda – Kościołem jesteśmy my wszyscy.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata