Mit w rękach zręcznych rzemieślników (fragment)
DAMIAN LESZCZYŃSKI
Współczesne mity pragną uchodzić za wiedzę, nie to jednak jest ich
szczególną cechą – bowiem mitologie zawsze charakteryzowały
się takim roszczeniem – lecz fakt, iż prezentują się jako wiedza
formułowana pod postacią praw, pozwalająca przewidywać przyszłość.
Mit pod wieloma względami jest przeciwieństwem nauki i pod tym względem rację
miał Lévy-Bruhl, odrzucając twierdzenia Frazera czy Tylora, według których mit i magia
miałyby być niedorozwiniętą nauką. W micie należałoby raczej widzieć – za Cassirerem
– odrębną formę symboliczną, a więc specyficzny sposób obiektywizacji, za pomocą
którego – obok nauki czy sztuki – człowiek ujmuje i wyjaśnia rzeczywistość. W tym
sensie przestrzeń mityczna, zorientowana wedle symbolicznych kierunków i zaludniona
przez oniryczne byty, nie byłaby wstępną, nieporadną postacią przestrzeni geometrycznej,
lecz raczej światem równoległym. Być może więc słuszna jest propozycja, aby
mity potraktować jako rudymentarną formę metafizyki, gdyż, podobnie jak ona, miałyby
charakter ogólnej teorii wszystkiego odwołującej się do tego, co z definicji pozostaje
poza potocznym i naukowym doświadczeniem.
Należy wszakże zauważyć, że nawet jeśli istnieje jakiś wspólny pień mitologii
i metafizyki, to istotna różnica między tymi sferami wiąże się ze wspomnianą już terapeutyczną
funkcją mitu. Mit konstruowany jest po to, aby promować czy ugruntowywać
pewien praktyczny cel i jako taki przybiera formę historii czy dramatu, w który
wpisane są losy człowieka i świata. Jego istotnym celem jest ujęcie rzeczywistości w pewien eschatologiczny schemat, to znaczy dostarczenie – celowo mglistej i ogólnikowej
– opowieści mogącej służyć jako kojąca interpretacja tak zwanych rzeczy
ostatecznych.
Nowe średniowiecze
Eschatologiczną funkcję mitu najpełniej realizowała religia, jednak wraz z postępującą
sekularyzacją (której przyczyny są zbyt złożone, żeby je tu, choćby pobieżnie, badać)
punkt, z którego ludzkie życie zaczynało nabierać sensu, coraz bardziej przesuwał się
ze sfery transcendencji w obręb świata doczesnego. Rola religii w ludzkim życiu malała,
nie zanikał jednak – wbrew antyreligijnym prorokom uważającym sekularyzację za
tożsamą z wyzwoleniem od dręczących pytań – zasadniczy problem trapiący człowieka:
konieczność skonfrontowania się z własną, nieuchronną śmiercią. Ratunkiem, pozwalającym
ludzkiemu zwierzęciu funkcjonować na co dzień, było odsunięcie tego problemu,
wyprowadzenie poza dominującą kulturę, którą stopniowo przenikał kult młodości
i niedojrzałości. Z takiej perspektywy racjonalnym, choć z konieczności infantylnym
rozwiązaniem stawała się rozpaczliwa próba zabawienia się na śmierć.
Innym sposobem realizacji eschatologicznej funkcji mitu w sytuacji, w której z różnych
względów nie można już odwołać się do religii, jest próba poszukiwania źródeł
sensu w innych dziedzinach ludzkiej aktywności: nauce, sztuce czy polityce. Mitologie
naukowe, oparte na wierze w możliwość racjonalnego okiełznania przez człowieka panujących
nad nim sił i zwycięstwa nad śmiercią – czego doskonały obraz zawarła Mary
Shelley w powieści Frankenstein – towarzyszą nowożytnej nauce już od czasów Galileusza.
Paradoksalnie, same są antymitologiczne – a pokonanie mitów, stereotypów
i przesądów uważają za jeden z warunków polepszenia ludzkiej egzystencji, co samo
w sobie stanowi jeden z najtrwalszych mitów czy nawet przesądów współczesności,
obok wiary w centralne planowanie i postęp. Wydaje się jednak, iż scjentyzm, tak silny
jeszcze w XIX wieku, ostatecznie załamał się, czego dowodem jest choćby to, że dziś
obrona tradycyjnego paradygmatu wiedzy naukowej traktowana jest jako przejaw światopoglądowego
reakcjonizmu, intelektualną poprawnością zaś jest upatrywanie w nauce
przyczyn wszelkiego zła: od holokaustu po klęski ekologiczne.
Więcej na łamach marcowego „Znaku”
Share
Zamów numer