|
REPORTAŻ

Oto człowiek (fragment)
ADAM HLEBOWICZ
Przyjechałem do Gdańska. Tanie linie
lotnicze docierające od pewnego czasu
także do Europy Wschodniej sprawiły,
że ostatnio częściej latam na wschód niż
na zachód. Praga, Wilno, niedawno Kraków,
teraz Gdańsk – miasto Lecha Wałęsy
i legendarnej „Solidarności”. Wczoraj
zaliczyłem tylko lotnisko, dziś wyruszyłem
do starego miasta. Na szerokim deptaku
za tutejszym ratuszem zaciekawił
mnie niekonwencjonalny tłum ludzi. Piątek,
popołudnie, polskie miasto nad Bałtykiem,
a tu przebierańcy w starozakonnych
chałatach. Nie tyle takich jednak jak
w żydowskich dzielnicach Londynu czy
Nowego Jorku, ile raczej wzorowanych
na starych sztychach ilustrujących Biblię.
Wielu tych dziwnych „Żydów” (także kolorowo
odziane kobiety) krążyło wśród
współcześnie ubranych ludzi i krzyczało
coś po polsku. Co ciekawe, wśród przebierańców
byli także kuglarze, błazny…
Cała ta sytuacja przywodziła na myśl jakby
starożytny rynek, gdzie można było
dostać wszystko i niemal wszystko zobaczyć.
O co tu chodzi? Zaciekawiło mnie to
widowisko, wciągnęło, nie wiadomo kiedy
stałem się jego uczestnikiem.
Stacja I. Jezus na śmierć skazany
Nagle odezwał się mocny głos. Krótko
ostrzyżony facet w białej todze i narzuconym
na nią czerwonym płaszczu stanął
na przedprożu efektownej szerokiej
kamienicy i zaczął mówić. Jakiś teatr,
pomyślałem. Dwóch żołnierzy w strojach
rzymskich legionistów prowadziło
pod ręce brodatego mężczyznę przypominającego
wyglądem Jezusa z Nazaretu.
Ten nie odzywał się, patrzył przed siebie,
milczał. Odbywało się coś na kształt
sądu. Mężczyzna w todze, pewnie Piłat,
przewodniczył. Via dolorosa we współczesnym
Gdańsku, dwa tysiące lat po tej
prawdziwej z Jerozolimy. Dlaczego tutaj,
dlaczego właśnie Gdańsk, czemu inscenizacja
odbywa się w środku miasta, a nie
gdzieś na obrzeżach, na miejscowej Kalwarii?
Miałem wiele pytań i wątpliwości,
chwilowo nie miał ich kto rozwiać.
Nagle kolorowy tłum przebierańców
zaczął wrzeszczeć: Barabasza, Barabasza,
Barabasza… Przecież dobrze znam
te słowa, co najmniej raz w roku słyszę
w kościele to wezwanie, odczytywane
w Niedzielę Palmową. Co innego jednak
słyszeć monotonny tekst w zacisznej
świątyni, a co innego krzyk tłumu, który
przenika do trzewi, pali ci wnętrzności.
Trochę się przestraszyłem. Znam prawdę,
wiem, kto jest niewinny, a jednak
moc tłumu jest potężna. Kiedy nie jesteś
w większości, czujesz niepewność swojego
zachowania, swojego myślenia. Czy to
nie głupie? Przecież to tylko przedstawienie,
złapałem się na myśli.
Po raz drugi krzyk tłumu wybił mnie
z zamyślenia, kiedy Piłat mruknął coś pod
nosem (potem domyśliłem się, że powiedział:
„Ecce homo”). Może zresztą celowo
mruknął te słowa niezrozumiale, żeby
wrzaski protestujących były jeszcze bardziej
wyraziste. A może my, bierna masa
przyglądająca się temu theatrum, powinniśmy
w tym momencie zaprotestować?
Krzyknąć: nie, przecież nie masz racji, to
Mesjasz, to Bóg, to nasz Zbawiciel! Może
On tego dzisiaj ode mnie oczekiwał? Ode
mnie, od ciebie, od wszystkich gapiów,
zadowolonych z tego, że w nudny piątkowy,
szary dzień nareszcie coś się dzieje.
Z ciekawością przyglądałem się kilkuletniemu
chłopcu, ubranemu w dżinsy,
ciepły bezrękawnik, stojącemu wśród
tłumu krzyczących Żydów. On też krzyczał,
wytykał palcem, podskakiwał na
swoich krótkich nóżkach. Dlaczego to robił?
Bawiło go to przedstawienie, a może
spodobały mu się te okrzyki, to poczucie
siły tkwiące w warkliwym, nieprzyjemnym
tłumie? A może zwyczajnie się go
obawiał…
Wokół postaci Jezusa, wśród demonstrantów
kręciło się wielu fotoreporterów
i kamerzystów. Sądząc po sprzęcie,
na którym pracowali, musieli być profesjonalistami
z miejscowych gazet, telewizji,
stacji radiowych, agencji fotograficznych.
Początkowo nie zwróciłem na nich
uwagi. Zawsze gdy coś się dzieje, pojawiają
się ludzie z aparatami, kamerami, mikrofonami,
stając się niejako współkreatorami
toczących się wydarzeń. Tu jednak
byli jakoś irytujący. Po pierwsze, było ich
bardzo wielu, jakby co najmniej prezydent
wielkiego państwa zawitał niespodziewanie
do Gdańska. Po drugie, wciskali się ze
swoimi urządzeniami przed samo oblicze
Chrystusa, pod stojącego na podwyższeniu
Piłata, byli niemal tym samym co
wrzeszczący faryzeusze. Irytująca była ich
nachalność i wścibstwo. Ludzie co chwila syczeli ze zdenerwowania, że kolejny
„fotopstryk” czy kamerzysta przeszkadza
im w odbiorze przedstawienia. Właśnie –
czy przedstawienia? Dlaczego dziennikarzom
tak bardzo zależy na dobrym ujęciu?
Przecież to nie Barack Obama ani królowa
brytyjska przyjechali do starego Gdańska,
nawet nie Madonna ani U2. To jacyś nieznani
aktorzy, a historia jest doskonale
wszystkim znana. Więc po co tak blisko
z obiektywem, po co rejestracja słów, które
dla nikogo nie są nowe?
Więcej na łamach marcowego „Znaku”
Share
Zamów numer
ADAM HLEBOWICZ, dziennikarz,
publicysta,
redaktor naczelny
Radia Plus,
współorganizator
misterium
Męki Pańskiej
w Gdańsku.
W następnym numerze:
POLSKA, ROSJA – CZAS POJEDNANIA?
POCZĄTEK STRONY |