Strona główna Miesięcznika ZNAK

 SIW ZNAK

 NAPISZ DO REDAKCJI

 

MARZEC 2010, NUMER 658

Strona główna


 

TEMAT MIESIĄCA

MITY W KULTURZE NADMIARU



Zasłuchani w te same opowieści
(fragment)

Z WOJCIECHEM J.BURSZTĄ rozmawiają

Dominika Pycińska i Marcin Żyła


Nigdy nie wiadomo, który z tworów popkultury – niezależnie od tego, ile pieniędzy zostanie weń zainwestowane – stanie się zjawiskiem kultowym i umożliwi nam realizowanie naturalnej potrzeby odwoływania się do wartości czy też „snucia opowieści”.


Pomówmy o mitach pod kątem manipulacji – gdyż mogą one zostać wykorzystane w tym celu. Są pewne oczywiste obszary, w których funkcjonują mity, na przykład reklama, świat polityki. Mówiąc o micie jako środku manipulacji, gdzie moglibyśmy go jeszcze odnaleźć?

Myślę, że najbardziej wdzięcznym polem, w którym ma miejsce instrumentalne potraktowanie i wtłaczanie nam mitycznych wyobrażeń – co ma nas zachęcić do określonych zachowań – jest turystyka. Chodzi o oferty biur turystycznych; o tę ideologię otaczającą podróżowanie. Podróżowanie do mitycznych krain, pełnych słońca i pięknych kobiet. To jest jeden z najbardziej zdegradowanych mitów, jakie dzisiaj widzę – mit wysp szczęśliwych, mit podany w najbardziej skomercjalizowanej, uproszczonej postaci. Zresztą, aby było wszystko do końca powiedziane, absolwenci antropologii biorą udział w rozpędzaniu tej machiny.

Turystyka kulturowa podąża tym tropem. Wmawia się nam, że przy okazji poznamy kulturę, ale nie o to, broń Boże, chodzi, abyśmy z tubylcami rozmawiali, dowiadywali się, jak myślą, żyją – organizatorzy pokażą, co trzeba, i w ten właśnie sposób będziemy mieć „pogłębioną” formę kontaktu.

Myślę, że jeśli chce się manipulować mitem, to tylko jego szczątkowymi, ułamkowymi elementami. Mit jako całość narracyjna oczywiście się do tego nie nadaje. Można się posłużyć wizualizacją pewnych mitologicznych wyobrażeń, co zdecydowanie najlepiej czyni reklama.

Zatem bardziej obraz i przekaz hasłowy niż rozbudowana opowieść…

Dokładnie. Choć opowieść gdzieś w tle zawsze jest… W najlepszych emanacjach w reklamach widać, że ich twórcy wiedzą, że głęboko w nas tkwią archetypy, które podświadomie błyskawicznie rozpoznamy. Dobrym przykładem jest tu na przykład sprzedaż samochodów, co najlepiej robią Amerykanie odwołujący się do mitu wiecznego przemieszczania się, drogi – co wykorzystywane jest na wszystkie możliwe sposoby. Klasyfikacja modeli na tym się opiera: gdy ktoś jest bardziej mieszczański, kupi sobie lincolna, a gdy podatny na opowieści, że na tylnym siedzeniu najlepiej się uprawia seks – kupuje jakiś inny samochód. W Europie nie jest to jeszcze tak czytelne – tam jest to bardzo precyzyjny system motywowany opowieściami i pewną mitologiczną wizją Stanów Zjednoczonych.

Pisał Pan, że proces przekazywania „tkanki mitotwórczej”, który już został zaburzony w czasach komunistycznych, uległ jeszcze większemu zaburzeniu w czasach po 1989 roku i że to zaburzenie objawia się między innymi tym, że w miejsce wartości wyższych podstawiamy wartości niższe. Nie mówimy więc o zwycięstwie, tylko o sukcesie. Zamiast miłości jest erotyzm, nowość zastępuje nam piękno, słowo wierność zastępuje partnerstwo… To jest niezwykle pesymistyczna wizja… Czy jest to zaprzestanie przekazywania czy tylko radykalne uproszczenie?

Przekaz jest osłabiony dzięki tym zmianom terminologicznym. Jest ucieczka przed słowami, które ujednoznaczniają, które mają mocną wartość emocjonalną. Tego staramy się, przynajmniej w tym oficjalnym języku, którym się posługujemy, unikać. Unikamy słów, które są zbyt jednoznaczne, brzmią zbyt mocno. Powtarzane w serialu M jak miłość: „kochanie”, kompletnie nic nie znaczy, to taki „przecinek” językowy, niemal jak inne słowo na „k”…

Słowa niosą kolejny ładunek: za wiernością szła odpowiedzialność, za partnerstwem już nie do końca…

Właśnie tak! W Sztuce życia, ostatniej książce Baumana, bardzo pięknie jest to ujęte w pierwszym rozdziale. Nie o samym języku – ale można to sobie przełożyć na konsekwencje języka, jakim się posługujemy. Te wszystkie słowa, którymi dzisiaj się posługujemy, one są, po pierwsze, osłabione, a po drugie, są do odwołania, gdyż chodzi o to, żeby się nie zobowiązywać do pewnych rzeczy, z których się już nie bardzo potem można wycofać.

A czy na podstawie tego zjawiska osłabiania emocjonalnego ładunku pojęć można wróżyć coś na temat przyszłości kultury w ogóle?

Z jednej strony mamy wspólnotowość, zagadnienia, które mnie niejako zawodowo tak zajmują, ale z drugiej strony: stosunki – dziś się mówi „relacje”, a nie stosunki, niebawem stosunek to będzie wyłącznie stosunek płciowy – między ludźmi. To nimi najbardziej się teraz martwię… Obserwujemy dziwne rodzaje więzi lub ich brak; obawę przed tym, żeby nie zaangażować się za mocno.

Więcej na łamach marcowego „Znaku”

Share

Zamów numer

WOJCIECH J. BURSZTA, prof. dr hab., antropolog kultury, pracuje w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej i Instytucie Slawistyki PAN.



W następnym numerze:

POLSKA, ROSJA – CZAS POJEDNANIA?

POCZĄTEK STRONY

 

 

 


© Copyright by SIW ZNAK Sp. z o.o.
Strona wykonana przez Akrateia Inc.