Zasłuchani w te same opowieści (fragment)
Z WOJCIECHEM J.BURSZTĄ rozmawiają
Dominika Pycińska i Marcin Żyła
Nigdy nie wiadomo, który z tworów popkultury – niezależnie od tego,
ile pieniędzy zostanie weń zainwestowane – stanie się zjawiskiem
kultowym i umożliwi nam realizowanie naturalnej potrzeby
odwoływania się do wartości czy też „snucia opowieści”.
Pomówmy o mitach pod kątem manipulacji – gdyż mogą one zostać wykorzystane
w tym celu. Są pewne oczywiste obszary, w których funkcjonują mity, na przykład reklama,
świat polityki. Mówiąc o micie jako środku manipulacji, gdzie moglibyśmy go jeszcze
odnaleźć?
Myślę, że najbardziej wdzięcznym polem, w którym ma miejsce instrumentalne potraktowanie
i wtłaczanie nam mitycznych wyobrażeń – co ma nas zachęcić do określonych
zachowań – jest turystyka. Chodzi o oferty biur turystycznych; o tę ideologię otaczającą
podróżowanie. Podróżowanie do mitycznych krain, pełnych słońca i pięknych kobiet. To jest jeden z najbardziej zdegradowanych mitów, jakie dzisiaj widzę – mit wysp szczęśliwych,
mit podany w najbardziej skomercjalizowanej, uproszczonej postaci. Zresztą,
aby było wszystko do końca powiedziane, absolwenci antropologii biorą udział w rozpędzaniu
tej machiny.
Turystyka kulturowa podąża tym tropem. Wmawia się nam, że przy okazji poznamy
kulturę, ale nie o to, broń Boże, chodzi, abyśmy z tubylcami rozmawiali, dowiadywali
się, jak myślą, żyją – organizatorzy pokażą, co trzeba, i w ten właśnie sposób będziemy
mieć „pogłębioną” formę kontaktu.
Myślę, że jeśli chce się manipulować mitem, to tylko jego szczątkowymi, ułamkowymi
elementami. Mit jako całość narracyjna oczywiście się do tego nie nadaje. Można
się posłużyć wizualizacją pewnych mitologicznych wyobrażeń, co zdecydowanie
najlepiej czyni reklama.
Zatem bardziej obraz i przekaz hasłowy niż rozbudowana opowieść…
Dokładnie. Choć opowieść gdzieś w tle zawsze jest… W najlepszych emanacjach w reklamach
widać, że ich twórcy wiedzą, że głęboko w nas tkwią archetypy, które podświadomie
błyskawicznie rozpoznamy. Dobrym przykładem jest tu na przykład sprzedaż
samochodów, co najlepiej robią Amerykanie odwołujący się do mitu wiecznego
przemieszczania się, drogi – co wykorzystywane jest na wszystkie możliwe sposoby. Klasyfikacja modeli na tym się opiera: gdy ktoś jest bardziej mieszczański, kupi sobie lincolna, a gdy podatny na opowieści, że na tylnym siedzeniu najlepiej się uprawia seks – kupuje jakiś inny samochód. W Europie nie jest to jeszcze tak czytelne – tam jest to bardzo precyzyjny system motywowany opowieściami i pewną mitologiczną wizją
Stanów Zjednoczonych.
Pisał Pan, że proces przekazywania „tkanki mitotwórczej”, który już został zaburzony
w czasach komunistycznych, uległ jeszcze większemu zaburzeniu w czasach po 1989 roku
i że to zaburzenie objawia się między innymi tym, że w miejsce wartości wyższych podstawiamy
wartości niższe. Nie mówimy więc o zwycięstwie, tylko o sukcesie. Zamiast miłości
jest erotyzm, nowość zastępuje nam piękno, słowo wierność zastępuje partnerstwo…
To jest niezwykle pesymistyczna wizja… Czy jest to zaprzestanie przekazywania czy tylko
radykalne uproszczenie?
Przekaz jest osłabiony dzięki tym zmianom terminologicznym. Jest ucieczka przed słowami,
które ujednoznaczniają, które mają mocną wartość emocjonalną. Tego staramy
się, przynajmniej w tym oficjalnym języku, którym się posługujemy, unikać. Unikamy
słów, które są zbyt jednoznaczne, brzmią zbyt mocno. Powtarzane w serialu M jak miłość:
„kochanie”, kompletnie nic nie znaczy, to taki „przecinek” językowy, niemal jak
inne słowo na „k”…
Słowa niosą kolejny ładunek: za wiernością szła odpowiedzialność, za partnerstwem już
nie do końca…
Właśnie tak! W Sztuce życia, ostatniej książce Baumana, bardzo pięknie jest to ujęte
w pierwszym rozdziale. Nie o samym języku – ale można to sobie przełożyć na konsekwencje
języka, jakim się posługujemy. Te wszystkie słowa, którymi dzisiaj się posługujemy,
one są, po pierwsze, osłabione, a po drugie, są do odwołania, gdyż chodzi
o to, żeby się nie zobowiązywać do pewnych rzeczy, z których się już nie bardzo potem
można wycofać.
A czy na podstawie tego zjawiska osłabiania emocjonalnego ładunku pojęć można wróżyć
coś na temat przyszłości kultury w ogóle?
Z jednej strony mamy wspólnotowość, zagadnienia, które mnie niejako zawodowo tak
zajmują, ale z drugiej strony: stosunki – dziś się mówi „relacje”, a nie stosunki, niebawem
stosunek to będzie wyłącznie stosunek płciowy – między ludźmi. To nimi najbardziej
się teraz martwię… Obserwujemy dziwne rodzaje więzi lub ich brak; obawę przed
tym, żeby nie zaangażować się za mocno.
Więcej na łamach marcowego „Znaku”
Share
Zamów numer