70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Stan państwa po zapaści

12 stycznia na Haiti kompletnie zapadło się państwo. Tuż przed piątą po południu trzęsienie ziemi o sile 7 stopni w skali Richtera prawie doszczętnie zniszczyło stolicę kraju Port-au-Prince.

W gruzach legły całe dzielnice mieszkalne, budynki urzędów, szpitale, komisariaty, stacje pomp. Jeden z najbardziej znanych w świecie Haitańczyków, muzyk Wyclef Jean, który krótko potem powrócił do kraju ze Stanów Zjednoczonych, pisał o „apokaliptycznej” atmosferze na ulicach miasta: „Wszędzie leżały porozrzucane ciała. Spod gruzów dobiegały krzyki tych, którzy ocaleli. Widać było włóczących się bez celu ludzi z otwartymi złamaniami, matki błagające o pomoc dla trzymanych na rękach zakrwawionych dzieci”. Do dziś liczbę ofiar znamy tylko w przybliżeniu – na pewno zginęło ponad 150 tysięcy osób, jednak liczba ofiar prawdopodobnie przekracza 200 tysięcy. Żaden organizm państwowy nie może być przygotowany na taką katastrofę. Ale stopień nieprzygotowania Haiti był bodaj wyższy niż jakiegokolwiek innego kraju na półkuli zachodniej.

Rozkład państw najczęściej bywa procesem długotrwałym, wewnętrzne konflikty stopniowo osłabiają instytucje, kurczy się obszar władzy i relacji odpowiedzialności pomiędzy nią a obywatelami, pękają więzi społeczne. Oczywiście, czasem zapaść przychodzi nagle, na przykład w postaci inwazji. Na Haiti – w jakiejś mierze – zdarzyło się jedno i drugie: styczniowy kataklizm nałożył się bowiem na wieloletni proces choroby państwa, które od lat borykało się z pokłosiem dyktatury Duvalierów, chronicznym ubóstwem, klęskami żywiołowymi (huragany) czy okresami całkowitej niemal anarchii. I kiedy ogromnym wysiłkiem (przy znaczącej pomocy organizacji międzynarodowych) kraj próbował przezwyciężyć owe problemy, zatrzęsła się ziemia…

Skala tego, co wydarzyło się na Haiti, przekracza zdolności wyobraźni. To trochę tak, jakby po serii historycznych nieszczęść osłabiony nimi kraj doświadczył trwającego niecałą minutę – ale za to z pełnią skutków! – czegoś w rodzaju Powstania Warszawskiego. Kataklizm zdziesiątkował szeregi miejscowych elit: prezydent i premier wprawdzie ocaleli, ale wśród ofiar znaleźli się ministrowie i czołowi politycy opozycji, wielu lekarzy, policjantów… W jednym tylko miejscu zginęło kilkuset nauczycieli uczestniczących w branżowej konferencji. Konsekwencje tych strat będą odczuwalne przez całe lata. W pierwszej kolejności musiano jednak skoncentrować się na akcji ratowniczej i zaspokojeniu najpilniejszych potrzeb mieszkańców. Telewizje całego świata pokazywały chaos na pokrytych pyłem ulicach Port-au-Prince, przyloty zagranicznych ekip ze sprzętem specjalistycznym do wydobywania ludzi spod gruzów, niewydolność infrastruktury, zaimprowizowane szpitale, w których ranni umierali w milczeniu, na próżno oczekując fachowej pomocy medycznej. Doniesienia o budujących przykładach solidarności i ocalenia przeplatały się z informacjami o gwałtach i plądrowaniu, grasujących gangach i próbach przemycania osieroconych dzieci za granicę… I chociaż najpoważniejszym zagrożeniom udało się chwilowo zapobiec (ogromna w tym zasługa brazylijskich sił z misji stabilizacyjnej ONZ, a także żołnierzy USA i Kanady), do powrotu normalności jest wciąż bardzo daleko, tym bardziej że haitańska normalność ostatnich lat pozostawiała tak wiele do życzenia.

Jakie są zatem szanse na to, by Haiti podniosło się po tak potężnym ciosie? Nikt dziś nie zna odpowiedzi na to pytanie. Nawet sama kwestia odbudowy Port-au-Prince pozostaje niewiadomą. Cytowany wcześniej Wyclef Jean postuluje, aby przejściowe obozy, w których znalazły schronienie dziesiątki tysięcy ludzi zmuszonych opuścić stolicę, przekształcić w nowoczesne, sprawnie funkcjonujące miasta, co może brzmieć idealistycznie, ale pomysł zbudowania wszystkiego od nowa ma coraz więcej zwolenników. Z pewnością nie obędzie się bez wydatnego wsparcia z zewnątrz. Być może jednak społeczność międzynarodowa – świadoma skutków, do jakich doprowadziły dziesięciolecia zaniedbań na Haiti – nie odwróci się teraz od tego kraju. Nawet jeśli miałaby to robić z niekoniecznie najczystszych pobudek, choćby w obawie przed wzrostem imigracji ze zdewastowanej wyspy albo wykorzystaniem jej przez zorganizowaną przestępczość…

Lęk jest jednym z najbardziej motywujących czynników działań na arenie międzynarodowej. I podobnie jak niepokój związany z konsekwencjami zapaści Haiti wywołał lawinowe deklaracje pomocy (ponoć wyasygnowane sumy zbliżają się już do pół miliarda dolarów amerykańskich, aczkolwiek nie jest jasne, kiedy te pieniądze zostaną przeznaczone na konkretne cele), tak lęk przed pogłębianiem się kryzysu państwa w Jemenie zmobilizował w ostatnich tygodniach światowe rządy do wspierania władzy prezydenta Alego Abdullaha Saleha. Ministrowie spraw zagranicznych ponad dwudziestu państw, którzy spotkali się niedawno (27 stycznia) w tej sprawie w Londynie, nie mieli wątpliwości, że choć sytuacji w Jemenie nie można porównywać z katastrofalnym stanem Haiti, to potencjalne zagrożenie jest znaczące zarówno w skali regionalnej, jak i globalnej. Autokratyczna władza jemeńska jest słaba: boryka się nie tylko z fatalnym stanem gospodarki i problemami demograficznymi (spadek wydobycia ropy, braki wody, gwałtowny wzrost liczby ludności: połowa z 23 milionów Jemeńczyków nie skończyła jeszcze 20 lat), ale też z dwiema rebeliami (separatyści na południu kraju i szyickie klany na północy) i – niezależnie od tego – z radykalizmem muzułmańskim, który coraz wyraźniej zdobywa przyczółki w tej newralgicznej części Półwyspu Arabskiego. To właśnie doniesienia o studiach koranicznych i wyekwipowaniu w Jemenie młodego nigeryjskiego zamachowca, który próbował podczas świąt Bożego Narodzenia wysadzić nad Detroit amerykański samolot pasażerski, dramatycznie przypomniały światu o transgranicznych konsekwencjach załamywania się państw na początku XXI wieku. Wsparcie rządu w Sanie ma zapobiec utworzeniu nowego frontu w walce z wyznawcami globalnego dżihadu. Oby tylko znów nie trzeba było powtarzać rosyjskiego porzekadła, że „chcieliśmy dobrze, a wyszło… jak zwykle”.

5 lutego 2010

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata