70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Na tropach zła

W Czekając na barbarzyńców Johna Maxwella Coetzeego ofiara indaguje swego oprawcę:

„Czy łatwo panu przychodzi zasiąść potem do posiłku? Wyobrażam sobie, że odczuwa się potrzebę mycia rąk. Ale tu nie wystarcza żadne zwykłe mycie, wymaga to chyba posługi kapłańskiej, rytuału oczyszczenia, nie sądzi pan? Czegoś w rodzaju spowiedzi i pokuty dla zmazania grzechów – w ten sposób to sobie wyobrażam. W przeciwnym razie, czy możliwy byłby powrót do normalnego życia, do codzienności – na przykład, czy można bez tego usiąść przy stole i dzielić chleb z rodziną czy kolegami?”

Właśnie ten moment przejścia kata z uniwersum mordu i kaźni do świata jawił mi się zawsze jako najbardziej niepojęty, ale i najbardziej zatrważający. Obcując od lat z opisami hitlerowskich zbrodni, wertując pamiętniki, świadectwa, źródła i opracowania historyczne, filozoficzne i socjologiczne rozpoznania dotykające etiologii nazistowskiego zła, nie umiem umknąć zdziwieniu, gdy przywołuję w pamięci postać Rudolfa Hössa, który po pracy wraca do rodziny – dzieci, żony – i staje się przykładnym ojcem, mężem. Oczywiście, jak każdy zajmujący się tą tematyką, znam rozprawy i studia naukowe, które próbują wyjaśnić „fenomen” Hössa, Franza Stangla, Alberta Speera czy Jürgena Stroopa, a mimo to nie potrafię zrozumieć. Wiedzieć bowiem to co innego niż zrozumieć, uznać za zrozumiałe. Zastanawiam się jednak, czy ta niepojętość, niezdolność do zrozumienia – poza wszystkim innym – nie jest zdrowym odruchem zmysłu moralnego?

Dariusz Czaja w Lekcjach ciemności nie opowiada o złu abstrakcyjnym, które zaprzątało umysły św. Augustyna, Gottfrieda Leibniza, Immanuela Kanta czy Paula Ricoeura. Interesują go konkretne świadectwa ludzkiego cierpienia, którego źródłem były dwudziestowieczne totalitaryzmy – przede wszystkim nazizm. Mówi więc o okrucieństwie doświadczonym i zaświadczonym. To czasowe zawężenie pola obserwacji wcale nie ułatwia zadania eseiście. Refleksja nad złem minionego stulecia to olbrzymie wyzwanie dla filozofa, teologa, intelektualisty. Jedną z nauk bowiem, którą należy wynieść z totalitaryzmu, jest prawda o niezwykle skomplikowanej wewnętrznej naturze człowieka, która jest w stanie połączyć w sobie skrajnie zbrodnicze instynkty ze zdolnością do czynienia dobra.

Nie omieszkał Czaja sięgnąć po bodaj najbardziej popularnego ostatnio autora zajmującego się psychopatologią nazistowskiego zbrodniarza – Jonathana Littella i jego powieść Łaskawe. Choć mówi o niej z widocznym uznaniem, osobiście byłbym bardziej powściągliwy w ocenach. Najciekawsze w Łaskawych wydają się partie poświęcone rozważaniom historiozoficznym, filozoficznym. Z pewnością w atrakcyjny sposób zaprezentowane są też losy bohatera, a także ujmuje zróżnicowana warstwa językowa. Moje wątpliwości budzi natomiast konstrukcja głównej postaci. Wiemy, że Littell korzystał z pamiętników, opracowań historycznych, że Maksymilian Aue ma swój pierwowzór. Niemniej pomieszczenie w jednej postaci tak wielu stereotypowych wyobrażeń o hitlerowskim oprawcy wydaje mi się zamierzeniem chybionym i osłabia wiarygodność samego przekazu. Jeśli nawet (co mało prawdopodobne) zdarzały się takie przypadki wśród oficerów SS, że byli oni jednocześnie homoseksualistami, osobami żyjącymi w związku kazirodczym, estetami, znawcami sztuki, wreszcie umysłami krytycznymi i wyrobionymi w myśleniu, to w imię walki z niebezpieczeństwem uproszczeń intelektualnych należało zrezygnować z wprowadzania ich na scenę literacką. Bohater Littella (zapewne wbrew intencjom autora) utrwala więc obowiązujące kalki pojęciowe na temat nazistów. Cóż bowiem łatwiejszego i bardziej chwytliwego niż uczynić kata subtelnym słuchaczem i wielbicielem muzyki klasycznej, a pod powierzchnią ukryć duszę zbrodniarza. To przecież najbardziej rozpowszechniony portret hitlerowca – blond bestii rozmiłowanej w sztuce. U Littella dochodzi do tego jeszcze zmęczony życiem dekadent. Czy nie za wiele?

Trzeba się zgodzić z tym, że – czy nam się to podoba, czy nie – nie ma jednego ani prostego klucza do psychiki nazistowskiego oprawcy. Primo Levi i Hannah Arendt przestrzegają przed demonizowaniem katów. To biurokraci, którzy dbali jedynie o to, by jak najlepiej wywiązać się z przydzielonego im zadania, odrzucając to, co stało im na przeszkodzie – również kryteria moralne. Wszystko zależy jednak od tego, jak będziemy pojmować demoniczność (nie chodzi przecież o biblijne stwory ani też o osobników opętanych przez moce nieczyste). Czy „przemoc zbędna”, o której pisze Levi w Pogrążonych i ocalonych, wyrywanie i podpalanie bród Żydom, znęcanie się psychiczne, robienie zdjęć z dręczonymi starcami, zmuszanie kobiet i mężczyzn do wykonywania czynności służących tylko poniżeniu, te i inne zachowania, które nie miały nic innego na celu poza upodleniem ofiary, nie są przejawami współczesnego demonizmu? Zresztą kiedy się czyta Littella, brnie przez kolejne makabryczne sceny, czy nie budzi się w nas wątpliwość, że zbyt wcześnie wygnaliśmy Lucyfera ze świata?

Czaja, analizując psychopatologię kata, skupia się na klasycznych dziełach literatury światowej. Jedynie dla orientacji czytelnika, a może i dla wiadomości autora, przywołać warto kilka tekstów z rodzimej prozy, w których również diagnozowany jest temat hitlerowskiego oprawcy. Jeśli pominąć opowiadania oświęcimskie Borowskiego, Profesora Spannera Zofii Nałkowskiej, Rozmowy z katem Kazimierza Moczarskiego czy Pasażerkę Zofii Posmysz, trzeba wskazać na mniej znanego Trismusa Stanisława Grochowiaka, nietypowe opowiadanie Pankowskiego Moja SS Rottenführer Johanna, Ojca zadżumionych Tadeusza Nowakowskiego, Gruppenführera Louis XVI Stanisława Lema, Ogród pana Nietschke Kornela Filipowicza, Człowieka, który był sądem Stanisława Stanucha, Tapczan gestapowca Jana Józefa Szczepańskiego, Wilka Mariana Promińskiego, Szczurzy pałac Bogdana Ruty oraz Wywiad z Ballmeyerem Kazimierza Brandysa. A przecież nie jest to lista kompletna. Zapewne niewielu wie, że pierwszy w naszej literaturze portret kata przynosi krótkie opowiadanie zapomnianego dziś prozaika Antoniego Kobyłeckiego Śmierć Schillingera ukazujące osobę słynnego oświęcimskiego zbrodniarza Josefa Schillingera.

Styl Czai wyróżnia nader osobisty ton. Odnosi się wrażenie, jakby tematy, o których traktują Lekcje ciemności, nie tylko żywo interesowały eseistę, ale także należały do grupy wielkich dylematów, które targają duszą, nie dają spać. Czaja pisze z pasją, żywiołowo, co sprawia, że i odbiorcy udziela się jego emocjonalne zaangażowanie. Ale też czy można mówić inaczej, na chłodno o problemach takich jak wiara, Bóg, zło, cierpienie? Ci, którzy tak robią – pomni na zasadę naukowego obiektywizmu – broniąc się przed ujawnianiem własnych poglądów i stale kontrolując słowa, by nie zdradzały uczuć, kłamią. Gdzieś w tle rodzi się inna wątpliwość: czy czynnik subiektywny daje się uchylić przy takiej problematyce? Idzie mi zarówno o autora, jak o czytelnika. Z jakiego powodu uznajemy, że człowiek rodzi się z natury dobry? Dlaczego nie przyznajemy racji Emilowi Cioranowi, który konsekwentnie trwa przy tezie, iż jesteśmy z natury źli? Czy nie jest tak, że bliska nam perspektywa chrześcijańska podświadomie każe odrzucić podobną sugestię i uznać za słuszny sąd, iż przychodzimy na świat dobrzy? Analogicznie rzeczy się mają z odwiecznym problemem statusu ontologicznego zła. Czy obserwacja, wiedza z przeszłości nie upewniają nas w przeświadczeniu o substancjalności zła? Dlaczego wierzymy tomistycznej tezie, iż jest ono jedynie wynikiem braku dobra, uchylając zarazem wszelkie manichejskie spekulacje w tej sprawie? Chyba jedyna słuszna odpowiedź jest taka, że wybieramy zgodnie z naszym światopoglądem i tradycją religijną, w jakiej dorastamy. Ostatecznie bowiem kwestia natury zła jest sprawą wiary, a nie procedur naukowych, nie może być racjonalnie i empirycznie weryfikowalna.

Przyjmujemy zwykle, że człowiek nie jest zdolny sprostać potwornym wymaganiom zła absolutnego. Niekiedy jednak skłonni jesteśmy przyznać, że pewien typ mordercy jest w stanie osiągnąć takie wyżyny zła, iż w naszych oczach przestaje on być człowiekiem i staje się demonem zdolnym popełnić największe bezeceństwa. Jego zbrodniczy instynkt jawi się jako coś bezgranicznego, co nie ma miary, dla czego nie istnieją żadne przeszkody natury moralnej ani jakiejkolwiek innej. Może się więc zdarzyć, że ulegniemy dziwnej fascynacji. Na jakiej zasadzie? Na takiej, na jakiej pociąga nas niemal wszystko, co przekracza normy uważane za granice człowieczeństwa. Również krańcowe zło zdaje nam się czymś tajemniczym, niepojętym i z tego względu w jakimś sensie fascynującym.

Jeśli żyjemy w epoce końca, o czym traktuje tytułowy esej Lekcje ciemności, to być może najłatwiej rozpoznawalnym i jednocześnie najbardziej zatrważającym sygnałem nadchodzącego zmierzchu jest uchodzenie metafizycznego sensu ze świata. Pustoszejące świątynie, choć wciąż napełnione wiernymi, coraz częściej stają się znakiem pustki, architektonicznym tworem godnym wprawdzie podziwu, ale ogołoconym z sacrum. Drenaż sfery sacrum (nie tylko pojmowanego religijnie) jest chyba największym zagrożeniem dla kultury. W tym porządku zło nabiera nowego wymiaru. Ukazuje się nam jako jeden z aspektów techniki lub świata wirtualnego, w którym najbardziej frapującą i centralną kwestią jest odpowiedź na pytanie: jak zabić? W niepamięć odchodzi nie tylko czynnik etyczny, ale i metafizyczny. Zbrodnia przestaje być tabu. Nie ma już żadnego odniesienia pozaludzkiego. Ale zło analizowane jedynie w horyzoncie człowieka, zło bez jego ponadludzkiego umocowania, zdaje się nie do zniesienia, o czym przekonują fenomenalne dzieła Francisa Bacona.

Z tej też perspektywy – czysto ludzkiej – analizuje zagadkę zła Dariusz Czaja. Nie czynię mu wyrzutów z tego tytułu. Chętnie zgodzę się nawet, że – przynajmniej gdy idzie o temat niezawinionego cierpienia w dwudziestym wieku – współcześni myśliciele i artyści nader często uruchamiali plan boski właśnie wtedy, gdy odpowiedź mogłaby okazać się zbyt skomplikowana albo zbyt pesymistyczna. Podziwiam też odwagę autora, który nie waha się stawiać niewygodnych pytań. Co równie ważne, podnoszone problemy ani sugerowane rozwiązania nie mają posmaku prowokacji i nie wyczerpują się w efektownych, lecz płaskich paradoksach. Jedynie jako przyczynek do całości chciałbym upomnieć się o punkt widzenia ofiary. Wiadomo, że jest on mniej „interesujący”, nie ewokuje sensacji, nie zaspokaja naszej ciekawości i pewnie nawet jest mniej atrakcyjny intelektualnie dla badacza. Przynajmniej z tych powodów niełatwo o nim mówić tak, by trafiał do człowieka doby nowoczesnej czy – jak chcą Gianni Vattimo i Anthony Giddens – późnej nowoczesności. Jedną z ciekawszych prób stanowi szkic pt. Nietykalność z eseistycznego tomu Jolanty Brach-Czainy Szczeliny istnienia (są w nim też niezwykle inspirujące rozważania na temat zła). A przecież tajemniczość zła, jego niepojętość nie powinny nam przesłaniać podstawowego – godności ofiary. Nawet jeśli – jak powiada Jean Améry – skrajne cierpienie bardziej niż cokolwiek innego uzmysławia nam, że jesteśmy cieleśni, czy – jak z kolei powiada Brach-Czaina – mięsem, trzeba nam troszczyć się o to, co stawia prześladowanego ponad prześladowcą.

Wiek dwudziesty ostatecznie przekonał nas, że nauka, średniowieczna instytucja uniwersytetu, moralność, wychowanie religijne nie chronią przed okrucieństwem, przeciwnie – bardzo często żyją w idealnej symbiozie (pouczający jest tu choćby przykład dowódców Einsatzgruppen, z których każdy miał stopień doktora, a niekiedy i praktykę akademicką). Nade wszystko zaś komunizm i nazizm uświadomiły nam, że w każdym z nas – jak przekonuje Zygmunt Bauman w Nowoczesności i Zagładzie – czai się mały esesman. Nie jest to z pewnością pocieszająca diagnoza. Wolimy raczej myśleć, że wiele nas dzieli od Maksa Aue, że nie jesteśmy jego braćmi. Nie chcemy tracić resztek złudzeń. Wbrew wszystkiemu pragniemy wierzyć, że do pewnych czynów nie jesteśmy zdolni. Skrywamy się pod pancerzem cywilizacji, twierdząc, iż stanowi on skuteczną ochronę przed erupcją ciemnych pokładów naszej duszy. Czy zatem tak znamienne dla minionego i obecnego stulecia zdzieranie masek nie przyniesie opłakanych skutków? Czy dla własnego dobra nie powinniśmy przerwać tego procesu? I – wreszcie – czy wiara w dobroć natury ludzkiej nie należy do tych złudzeń, które pomagają nam żyć? Wiele wskazuje na to, że pozbycie się ich jest bardziej niebezpieczne niż trwanie w „samooszustwie”.

Od momentu ukazania się Światłocieni zła Cezarego Wodzińskiego Lekcje ciemności wydają się najciekawszą intelektualnie, najbardziej inspirującą propozycją namysłu nad zagadnieniem cierpienia, winy, psychopatologii kata, zła. Choć Wodziński skupia się nade wszystko na filozofii niemieckiej (głównie na Martinie Heideggerze), łączy go z Czają niepowtarzalny tok wywodu – pobudzający do zadawania pytań, drążenia, prowokujący do polemiki, zmuszający do myślenia. Wodziński, mimo iż zajmująco, pisze „gęsto”, trudno; Czaja przeciwnie – lekko, jakby tematy, które podejmuje, zupełnie go nie przygniatały, przeciwnie – ułatwiały komunikowanie z czytelnikiem i samym sobą. Lekcje ciemności prowadzone z polotem, elokwencją są – poza wszystkim innym – również świadectwem literackiego i językowego kunsztu.


Dariusz Czaja

Lekcje ciemności

Czarne, Wołowiec 2009

 

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata