70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Wenecjanie w Luwrze

Pojechać do Paryża na trzy dni, i to tylko na wystawę malarstwa – czy to nie wybryk w stylu przedwojennych paniczów? Szaleństwo? Tak, z pewnością. Ale co życie byłoby warte bez odrobiny szaleństwa? Jedni jeżdżą na narty w Alpy, inni – do Paryża na Wenecjan.

Wystawa w Luwrze „Rywalizacje w Wenecji” (od października 2009 roku do początku stycznia 2010) jest wystawą olśniewającą: takiej ilości wspaniałego, dojrzałego malarstwa, monograficznie uporządkowanego, dającego do myślenia, ale przede wszystkim budzącego nieustający zachwyt nigdy jeszcze nie widziałem. Wielkich wystaw jest w ogóle coraz więcej: w ciągu ostatnich lat dla przykładu te, o które tak czy inaczej udało mi się zahaczyć: Bellini w Rzymie, późny Tycjan w Wiedniu (ale i w Wenecji), Rembrandt w Berlinie, Hals w Monachium, Mantegna i Van Dyck w Paryżu – to tylko niektóre z nich. W osobliwym kontrapunkcie do, rozszalałej chwilami w swoim dekonstrukcjonizmie, sztuki współczesnej wielcy klasycy przypominają o nieosiągalnej już chyba mierze europejskiego malarstwa, na wskroś przenikniętego pięknem. Piękno nie jest tam chyba przedmiotem kultu: po prostu wyrasta ze świetnego rzemiosła, które umie – i chce – najbardziej dramatyczne chwile skąpać w grze kolorów i mądrości struktury obrazu. Nie ma w tym nic z „estetyzmu”, ponieważ piękno nie zakłamuje tzw. treści, lecz ją wyraża w sposób, który wraz z tą treścią przynosi ostateczną afirmację świata, „pociechę”. Pod tym względem niezrównany jest Tycjan w Złożeniu do grobu z Luwru i z Madrytu: zwłaszcza ten pierwszy obraz jest przeniknięty równocześnie głębokim, cichym smutkiem wciągającym we współczującą kontemplację – i spokojnym pięknem wypowiedzianym grą kolorów i klasycznych w swym klarownym rytmie linii kompozycji. Kolory są równocześnie intensywne i walorowo ciemne, skapane w świetle zachodzącego słońca; tworzą jedyny w swoim rodzaju naprawdę niepowtarzalny klimat żałoby, dramatu, który właśnie się skończył.

Na wystawę trzeba oczywiście wjechać pod piramidę i po dłuższej chwili chaosu w tym dziwnym, także handlowym pomieszczeniu, trochę jak nasza Galeria Kazimierz, odnaleźć wchód do ciemnego tunelu, który już z daleka rozświetlają obrazy. Wystawa jest duża, ale nie przytłacza ogromem tak jak samo muzeum. Skomponowana jest według tematów: na przykład kobiecego ciała (i jego odbić w zwierciadle) – ciała uwikłanego czasem w sceny dramatyczne (Tarkwiniusz i Lukrecja, Zuzanna w kąpieli); różnych scen mitologicznych; portretów, w tym autoportretów; wydarzeń z życia Chrystusa: chrztu, modlitwy w Ogrojcu, opłakiwania, a także spotkania w Emaus; wreszcie czegoś w rodzaju miniatur – malarstwa czysto dekoracyjnego, w którym różne klasyczne tematyczne toposy znikają pod swoją dekoracyjno-miniaturową funkcją. Taki podział pozwala właśnie na śledzenie owej tytułowej „rywalizacji”, to znaczy na przykład opracowywania tych samych tematów w całkowicie różny sposób, który uwydatnia indywidualność każdego z wielkich, a zarazem powoduje, że tworzy się jedyny w swoim rodzaju klimat malarstwa weneckiego jako pewnej szkoły.

Te rywalizujące wielkości to oczywiście Tycjan, Veronese, Tintoretto, a także Jacopo Bassano. Na ich temat napisano setki tomów, więc wszelkie słowa grożą tu nieuchronnie banałem. Co więcej, oglądając te obrazy, zdałem sobie sprawę ze śmieszności językowych transkrypcji całkowicie innego środka wyrazu, jakim są te arcydzieła; w ten sposób – nawiasem mówiąc – odsłania się dziwne ubóstwo idei hermeneutyki rozumianej na sposób czysto językowy. Czy sztuka jest językiem? Trzeba być bardzo ostrożnym z takimi tezami. Natomiast nigdzie lepiej niż na przykładzie wielkiego malarstwa nie można zrozumieć tego, co Jean-Luc Marion nazywa „fenomenem przesyconym” – przesyconym wartościami i sensem, które rozbijają nasze wszystkie, przystosowane do zwykłych fenomenów, kategorie. Jak oddać niespokojną, a zarazem monumentalną, tak pełną wewnętrznej wielkości scenę chrztu w Jordanie Tintoretta z kościoła San Silvestro w Wenecji, w której ciemne postacie Jana i Chrystusa dominują swoją siłą całą przestrzeń – a nie tylko pierwszy plan – obrazu? Tintoretto jest niezrównany w wypowiadaniu religijnej dynamiki życia przenikającego Stary i Nowy Testament, dramatu światła i ciemności, jakim jest ludzkie życie właśnie przesycone głębokimi znaczeniami niesionymi przez Biblię – żeby to w pełni docenić, trzeba naturalnie zobaczyć Scuola di San Rocco (Szkołę św. Rocha) w Wenecji. Tintoretto ma przy tym wspaniałe wyczucie czegoś takiego jak dekoracyjność czy może muzyczność, która przenika Zuzannę z Wiednia, malowaną prawie płasko, której linie ciała przywodzą na myśl El Greka – łysa głowa starca widziana z góry nie mąci anegdotycznie spektaklu kąpiącej.

Jak wypowiedzieć niesłychaną maestrię operowania perspektywą i przepiękną grą chłodnych kolorów – przede wszystkim srebrnego i różowo-ceglastego – u Veroneza? Ten genialny malarz wydaje się w pewnej mierze zniewolony własnym mistrzostwem, czystą radością malowania, która nadaje „ludyczne” piętno także religijnym scenom, takim jak na przykład Chrystus w Emaus, a zwłaszcza olbrzymia scena słynnej Uczty u Szymona, którą można oglądać w salach samego Luwru, gdzie umieścił siebie z przodu sceny w grającym kwartecie smyczkowym obok Tycjana, Tintoretta i Bassana. Ale Veroneza stać też na wyrażenie bólu we wspaniałym Opłakiwaniu z Ermitażu, a także wzruszającej radości w malutkim Wskrzeszeniu córki Jaira z Luwru, obecnym na wystawie.

Jeśli wolno mi wyrazić osobiste preferencje i sądy, to w moim przekonaniu nad wszystkimi góruje jednak Tycjan – Titien insurpassé, nieprześcigniony Tycjan, jak głosi jeden z rozdziałów sprawozdania z wystawy. Tutaj, jeszcze bardziej niż wobec pozostałych rywali, słowo jest bezsilne w obliczu czystego geniuszu sztuki. W moim przekonaniu Tycjan dzieli tę niewypowiadalność tylko z niewieloma: na pewno z Leonardem (którego geniusz, zwłaszcza w Luwrze, doprawdy zapiera dech), z Rembrandtem, Vermeerem, może Velázquezem… Fenomen Tycjana jest między innymi dlatego trudny do opisania, że się mu czasem „nie udaje”: jego portrety są raz genialne, innym razem sztywne, jego nagie ciała czasem odpychająco grube i bez wdzięku, a kompozycje obrazu dziwnie sztuczne. Jest on w tej osobliwej niezręczności w pewien sposób podobny do Rembrandta. Ale Tycjan potrafi porywać jak żaden inny malarz. Jego obecne na wystawie sceny religijne nie mają sobie równych. Wystarczy zestawić – co się, może niesprawiedliwie, narzuca – Chrystusa w Emaus Veroneza i Tycjana. W przeciwieństwie do sceny Veroneza, pełnej radosnego zgiełku, całkowicie świeckiej, z czym dziwnie kontrastuje nienaturalnie „ekstatyczna” postać Chrystusa, u Tycjana scena jest wyciszona, pełna tajemnicy i dostojeństwa, malowana z najwyższym kunsztem, pełna gry kolorów jednocześnie intensywnych i wygaszonych. W obrazie tym, zdominowanym kompozycyjnie przez postać Chrystusa, czułość malarza ogarnia także naczynia szklane, pieczywo i owoce na stole, które tak kiedyś zachwyciły Pankiewicza w rozmowach z Czapskim. Podobnie Złożenie do grobu”, szczególnie w wersji z Luwru, jest zapewne jednym z najgłębszych i najpiękniejszych obrazów religijnych, jakie zna malarstwo. Stojąc przed tymi obrazami ma się niepowątpiewalną pewność obcowania z arcydziełami, które objawiają równocześnie same siebie i religijne sceny, tak dobrze nam, Europejczykom, znane, a przecież z każdym dziełem sztuki nowe.

Na wystawie pokazano też obraz, którego reprodukcji nigdy nie widziałem: Modlitwa w Ogrojcu z Prado. Ten przedziwny obraz skonstruowany jest tak, że modlący się w lewym górnym rogu Chrystus wyłania się z ciemności całego tła, w którym na pierwszym planie, ledwo rozświetlony ogromną latarnią, niewyraźnie majaczy uzbrojony żołnierz. Ten kontrast nocy, w której czai się potężna przemoc, ze świetlistą, tragicznie bezbronną, a przecież ostatecznie zwycięską postacią Jezusa, robi niesamowite wrażenie. A co powiedzieć o dwóch wersjach – jednej piękniejszej od drugiej – Danae z Prado i z Neapolu? A co o portretach? Nikt chyba – oprócz Hiszpanów: Velázqueza, Murilla i Goyi, a także naszego Wyspiańskiego – nie maluje tak dzieci jak Tycjan. Na wystawie jest pochodząca z Berlina jego malutka (ale nie w malutkim obrazie) Clarissa Strozzi z pieskiem, o oczkach jak guziczki, w zachwycającej srebrnej sukience oraz wspaniale malowany, śmiało, ale nie bez zawoalowanej melancholii patrzący małolatek Ranuccio Farnese z Waszyngtonu. Można przed tymi portretami stać i kontemplować je bez końca. Podobnie jak przed portretem Pawła III, który nie ustępuje słynnemu Innocentemu X Velázqueza z Galerii Doria Pamphili w Rzymie.

Stężenie arcydzieł na tej wystawie było doprawdy niebywałe. Miała ona (bo już się skończyła) tę dodatkową zaletę, że była w Luwrze, czyli że jeśli się nie było kompletnie wyczerpanym, można było ją uzupełnić w samym muzeum innymi obrazami tychże Wenecjan albo innych malarzy. Ale to prowadziło piszącego te słowa do czegoś w rodzaju orgiastycznej libacji, transu, utraty poczucia realności. Czy wychodząc w końcu spod piramidy na wieczorny, cudownie oświetlony Paryż, odzyskiwało się poczucie rzeczywistości? To raczej przedłużało na swój sposób tamto upojenie. Powrót następował dopiero w metrze, w spotkaniu z ludzkim wieczornym znużeniem i codziennością, naszą codziennością dwudziestego pierwszego wieku.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter