70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Kapłan i Leszek Kołakowski

Kapłan pozostaje w pismach Kołakowskiego do końca. Błazen znika. Jego miejsce zajął sceptyk i jego karykatura, wyzwoliciel, demaskator. Kapłan dźwiga ciężar pytań i tradycji, zachowuje i wzmacnia uczestnictwo w sacrum. Ale nigdy nie pozostanie na ziemi sam. Stale towarzyszyć mu będzie „wielki filozof”.

Filozofia, jak powieść i dramat, ma swoich bohaterów głównych i drugoplanowych. Wszyscy są ważni, choć każdy na swój sposób. Najwierniejszym z bohaterów Leszka Kołakowskiego jest kapłan, za nim idą kolejno błazen, postępowy wyzwoliciel i wreszcie sceptyk. Pozostałe liczne postaci jego opowieści zostawię na boku.

Niegdyś twierdzono, że myśl Leszka Kołakowskiego rozpięta jest między postaciami kapłana i błazna. Pierwszy wierzył i utrwalał wszelkie religijne i świeckie absoluty. Przyjmował je bezkrytycznie. Był konserwatystą z nawyku i potrzeby ducha. Naprzeciw niego stawał błazen – ktoś, kto śmiejąc się, pozostaje najgłębiej poważny. Z natury był demaskatorem i istotą pełną niepokoju. Lubił spór, prawił impertynencje, przeciwstawiał się całemu światu. Błazen wedle Kołakowskiego był oczywiście bohaterem pozytywnym, przedstawionym jako istota obdarzona intelektem, wrażliwością, a do tego odwagą. Nie tylko dlatego, że nie bał się konfrontacji i wpisanego w taką sytuację ryzyka, ale też dlatego że miał w sobie wewnętrzną siłę, by rozpoznawać wokół siebie niesprawiedliwości, złudzenia. A rozpoznając je, bynajmniej nie pragnął wyrównania konfliktów i napięć. Tom esejów Kultura i fetysze (1967) i rozprawa Obecność mitu (napisana w roku 1966, wydana po raz pierwszy w 1972), w które się wczytywałem jeszcze na studiach, są znakomitym rozwinięciem szkicu Kapłan i błazen (publikacja w roku 1959).

W roku 1967 roku ukazał się doniosły, a mało doceniany, szkic ukazujący opatrzoną cudzysłowem postać „wielkiego filozofa” („Wielki filozof” jako kategoria historyczna). Pojawienie się tej postaci wskazuje na to, że do języka teoretycznego wkroczyła nowa perspektywa intelektualna. Nie sposób mówić o wielkim filozofie, nie odchodząc od teorii redukcjonistycznych (w tym marksizmu czy psychoanalizy), jak i powszechnego wówczas historyzmu. Z niezwykłą skrupulatnością i starannością Kołakowski za Karlem Jaspersem przypomniał, że wielkość ma charakter przedmiotowy przez osiągnięcia, „ale staje się prawdą dzięki swojej jednorazowej niepowtarzalności”. Wielkość filozofii odkrywamy, medytując nad wielkimi dziełami filozofów. Nie sposób, powiadał Kołakowski, być poważnym myślicielem, nie podejmując rozmowy z wielkimi ideami wspartymi powagą tradycji, nie przyjaźniąc się z Erazmem z Rotterdamu czy Michelem Montaigne’em. Pisał tak, by w następnym już zdaniu niemal wprost stwierdzić, że rozmowa kapłana z błaznem jest w sumie mało twórcza, bo z tej konfrontacji nie jest się w stanie wywieść tego, co naprawdę ważne i twórcze.

Z pewnością, edukacja historyczno-filozoficzna jest wielu nam bliższa właśnie przez swoją wstrzemięźliwość filozoficzną, nieufność sceptyczną do pozytywnych „systemów”. Jest atoli w owej nieufności jakby chęć ochrony przed „wielkimi pytaniami”, ucieczka od zaangażowania filozoficznego, lęk przed śmiesznością, jakie kryje w sobie wszelka pretensja do rozumienia świata.

Warszawska „szkoła” historyków idei – o której przed laty pisałem – do czasu tego szkicu znajdowała się w pół drogi na etapie rozprawy ze stalinizmem i absolutyzmem i pozostawała w kręgu historycystycznego ideału. Od tego momentu szkoła – jeśli takowa była – całkiem zanikła.

Mam wrażenie, że tymi namiętnymi słowami odkrywał autor swoją odmienną lub mniej publicznie znaną naturę, przekraczając dotychczasowe i nałożone na siebie samoograniczenia. Pojęcie absolutu przestaje być rodzajem „worka”, do którego wpadały ideologie marksistowska czy nacjonalistyczna, jak również religie i filozofie metafizyczne. Ten worek rozerwał się i nie wymagał załatania. Odtąd nie ma już powodu, by twierdzić, że poprzez myśliciela wyraża się epoka albo że nie jest istotne, co kto myśli, byle był krytyczny i błazeński. Jest „wieki filozof” tym, kto „udostępnia pewną twarz autentycznego bytu” i odkrywa nam, jakie idee są wartościowe, jakie pomniejsze czy kruche. Wielki filozof stawia pytania, dotyka kwestii fundamentalnych i bez jego świadectwa oraz nauk nie sposób poważnie filozofować ani dzisiaj, ani kiedykolwiek indziej. Razem z tym esejem kończy się – moim zdaniem – pokusa „uogólnionego relatywizmu”, który po latach nazywał sam Kołakowski sposobem na uświęcenie naszej obojętności.

Wprowadzając kategorię wielkiej filozofii, Leszek Kołakowski przekonuje nas też do tezy, że wielka europejska filozofia wyrasta z chrześcijaństwa, a współczesne pytania filozofów dawnych i obecnych są zsekularyzowanymi wersjami zagadnień nurtujących mnichów i kapłanów przynajmniej od kilkunastu stuleci. Chrześcijaństwo pozostaje z nami (nawet bezbożnikami) jako seminarium europejskiego ducha. Można powiedzieć jeszcze mocniej: jest obecną Nicością (dodałbym – przez kabałę luriańską opisywaną Ain Sof). Można tę samą myśl wyrazić jeszcze inaczej: my nie żyjemy w epoce postnowoczesnej, posttradycyjnej, czasach rzekomo będących początkiem czegoś nowego, ale w epoce sekularyzacji, czyli myślimy przez odniesienie, spór, dialog z dziedzictwem wielkiej uniwersalnej religii. Leszek Kołakowski wiedział o chrześcijaństwie niemal wszystko. Mało go ciekawiły inne biblijne religie: tylko mimochodem zajmował się judaizmem oraz islamem. Rzadko zresztą podejmował się komentowania Biblii. Wracał tylko do kilku ewangelicznych przypowieści. Pisał tak, jakby czytanie Tory i ksiąg prorockich (Tanach), należało do prywatnego obowiązku myśliciela, a nie stanowiło przestrzeni, w której się poruszał i pracował. Jego filozofia pracowała – jeśli tak można powiedzieć – na ideach, na pojęciach, na historii ludzkich mitów, dogmatach, marzeniach zaświadczonych przez utopistów, bodaj nigdy nie wkraczając do doświadczeń i wydarzeń niezapośredniczonych ideami. Rzadko dotykał zapisanych w literaturze (a najważniejsza jest poezja) czy religijnych przypowieściach teoretycznie nieuporządkowanych zjawisk. Kołakowski pozostał wierny do końca warsztatowi historyka wielkich idei badającego ich antynomie i genealogie.

Interesował Kołakowskiego spór między racjonalizmem i objawieniem tylko w nowożytnej wersji. Natomiast w najmniejszym stopniu obchodził go spór znany z pism Lwa Szestowa czy pism Leo Straussa między symbolicznymi stolicami Europy: Atenami i Jerozolimą. Racjonalizm nowożytny i nowoczesny, ten, który ma wiele wspólnego z procesem sekularyzacji, renesansem, nie wymaga, zdaniem Kołakowskiego, odniesienia do racjonalizmu starożytnych filozofów. Nimi zresztą filozof interesuje się mało i nie sądzi, by dla naszej cywilizacji współczesnej miało to większe znaczenie. Powrót do Grecji, hasło obecne pośród wielu nam współczesnych myślicieli, nie wywołuje w jego pismach żadnego echa.

Postać kapłana w pismach Kołakowskiego rośnie i staje się pierwszoplanowa. Kapłan ze szkiców pisanych od lat siedemdziesiątych broni nas przed nadmiernym sceptycyzmem, jak i przed sekularyzacją. Kapłan ma od pewnego czasu w pismach Kołakowskiego swojego antybohatera, a jest nim demaskator, krytyk wszelkiej religii. Ten, dla kogo wszelkie ustalenia religijne, nawet te tyczące zła i dobra, sprowadzają się do czysto umownej gry, a przeto nie mają poważniejszego uzasadnienia i tym samym nie są wartymi obrony zobowiązaniami. Sekularyzacja w tej postaci znosi podział na sacrum i profanum i, jak rozwija myśl tę filozof, „istnieje ścisły związek między procesami rozkładu sacrum – rozkładu, któremu w naszych społeczeństwach sprzyjają zarówno silne prądy w chrześcijaństwie, jak jego wrogowie – a zjawiskami duchowymi, które jak wierzę, zagrażają kulturze degradacją, albo nawet są zapowiedzią zbiorowego samobójstwa” (Odwet sacrum w kulturze świeckiej). Wyzwolenie od konwencji, które mocą chrześcijańskich tradycji się zachowały, prowadzi, jak rozumiem, nie ku wyzwoleniu, ku wolności intelektualnej, ale ku dwóm wysoce niebezpiecznym, wręcz zabójczym zjawiskom. Pierwszym jest dostarczenie sankcji dla gołej przemocy: „odepchnąć sacrum to odepchnąć granice, które człowieka określają, a także nie uznać zła, że nie mamy zatem potrzeby sensu, który narzuca nam się jako sens ukonstytuowany i obowiązujący” (skoro nie ma różnicy między dobrym i złym rządem, to nie ma powodu do tego, by kłopotać się wolnością, ochroną ludzkiej indywidualności; skoro nie ma różnicy między dobrym i złym filozofem, to można propagować wszelkie bzdury nazywając to filozofią).

Drugim jest złudzenie politycznej (technologicznej) nadaktywności, które zawiera w sobie również utopijne pragnienie. Polityk wierzy, że profanum (nierówności, zło) można zawojować, zło jest do naprawienia, tylko potrzeba więcej władzy i energicznego nieograniczonego wątpliwościami i prawem działania. A tu już znajdujemy się u progu totalitarnej pokusy. Jej sednem jest przekonanie, że władzy wolno wszystko, bo stoi za nią szczytna idea wyzwoleńcza i antyreligijna.

Kapłan jest potrzebny, bo istnieje religia, a religia definiuje się właśnie przez zorganizowany kult, którego częścią są przekonania teologiczne. Religia jest tak ważna, bo odsłania, rozpoznaje, mocuje się z zasadniczymi problemami, autentycznym bytem. Jest zjawiskiem sui generis i do pojęcia mitu nie da się sprowadzić.

Powraca we wszystkich dekadach twórczości filozofa postać sceptyka (ironisty). We wstępie do Logiki Pierre’a Gassendiego (rok 1964) Kołakowski pisał szeroko o tradycji sceptycznej w Europie porenesansowej. Miał dla tego francuskiego księdza wiele sympatii. Kołakowski wiele razy przypominał o bliskiej sceptykom herezji irenicznej i przed nią chciał czytelników przestrzec. Wedle irenistów niezbędne jest rozdzielenie sfery objawienia, wiary od obszaru rozumu. Wobec tej pierwszej rozum jest bezsilny i usuwa tajemnice wiary spod krytyki i ciekawości, likwidując tym samym świętokradcze dyskusje. W ten sposób ocalając wiarę przed krytyką racjonalną, postulują postawę w istocie antyteologiczną i antymetafizyczną. Ale sceptycyzm pozostaje i w swej bliskiej Kołakowskiemu redakcji ma nie tyle odgraniczać rozum od wiary, ile uczyć nas, że wszelkie dokonania umysłu mają za podstawę jakiś akt wiary.

Błazen zamienia się z czasem w dojrzałego sceptyka. Sceptyk wątpi i nie jest to tylko kaprys jego umysłu, nie jest to zabawa, błazeństwo, a tym bardziej ćwiczenie w demaskowaniu. Kołakowski postulował postawę sceptyczną z co najmniej trzech powodów i każdy ma całkiem niesceptyczne podstawy.

Po pierwsze, sceptycyzm jest postawą par excellence europejską, a nawet tożsamą z europejskością, a Europa kulturowa nie tylko zasługuje na szacunek, ale jest kulturą wyjątkową. Kołakowski wbrew wielu modom wypowiadał ostrożne tak europocentryzmowi. Czynił to w eseju Szukanie barbarzyńcy (1980). Po drugie, sceptycyzm jest nam potrzebny, by uniknąć pychy, fanatyzmu, utopizmu. A o tkwiących w nich niebezpieczeństwa Kołakowski pisał dużo i z niezwykłym przejęciem. Sceptycyzm, tak jak go pojmuje [W CHORĄGIEWCE DODATKOWO: Kołakowski], pozwala pielęgnować „ducha prawdy”, jest zajęciem stanowiącym istotę filozofowania. Filozofia jest zajęciem uprzywilejowanym i odpowiedzialnym, choć w jego opisie sprowadzona zostaje w sposobie mówienia do zadań intelektualnych. Po trzecie, sceptycyzm jest najbardziej właściwą postawą, gdy zdamy sobie sprawę z tego, że nie sposób z pewnością zagłuszyć czy znieść napięć, jakie towarzyszą samemu życiu, nie można uniknąć cierpień, zła wreszcie, jeśli pojmiemy, że postawa wątpienia wyraża epokę, w której żyjemy (Śmierć utopii na nowo rozważona).

Żyjemy raczej w epoce wygnańców, uchodźców, banitów, istot błąkających się bez końca, „Żydów wiecznych tułaczy” poszukujących utraconej – duchowej lub fizycznej – ojczyzny. W tym nomadycznym życiu nic już nie jest pewne, zagwarantowane, ostatecznie ustalone, nic – poza samą wędrówką – nie jest dane i wolne od pytań (Troska o Boga w pozornie bezbożnej epoce).

Kapłan pozostaje w pismach Kołakowskiego do końca. Błazen znika. Jego miejsce zajął sceptyk i jego karykatura, wyzwoliciel, demaskator. Kapłan dźwiga ciężar pytań i tradycji, zachowuje i wzmacnia ludzkie uczestnictwo w sacrum. Jemu należy się największy szacunek, choć nigdy nie pozostanie na ziemi sam. Stale towarzyszyć mu będzie krytyczny i zawsze żarliwy „wielki filozof”. Podejmuje ryzykowną grę, wątpi, odsłania słabe punkty idei, ale zarazem jest świadom, że demitologizacja, szlachetne błaznowanie mogą przynieść rezultaty przeciwne intencji (Iluzje demitologizacji).

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter