70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Samotne igloo na północnym wschodzie

Jak się porozumiewa lub jak się bierze za łby starość z młodością? Czy w ogóle istnieje jakaś „mądrość starości”, którą niby skarb trzeba przekazywać wstępującym pokoleniom? Czy to tylko fantom stworzony przez zgrzybiałych kapłanów i prawodawców dla utrwalenia już uzyskanej pozycji?

Starość powinna być godna, szacowna i zasobna w mądrość. Staremu człowiekowi wprawdzie brakuje sił, ale otacza go aura wiedzy i doświadczenia zyskanych przez długie życie i trudne próby, jakie mu ono zgotowało. Wspiera go szacunek młodszych pokoleń; miłość i serdeczność dzieci wraz z wnukami. Wszystkie religie świata nakazują przecież czcić rodziców, szanować posiwiałych starców i czcigodne matrony, słuchać ich cennych wskazań. Przecież nie tylko plemienne „rady starszych”, ale królewskie dwory i nawet niejeden z dzisiejszych rządów państw demokratycznych przypominają zgromadzenia gerontokracji. Ale wszak towarzyszy temu nieusuwalny konflikt z młodością: skoro marzenie Fausta o wyposażeniu dojrzałego umysłu w młode ciało nie jest możliwe do spełnienia, to niech przynajmniej zgrzybiali zechcą w porę odsunąć się w cień. „Starsi doświadczyli już radości życia, przeto winni ustąpić miejsca młodszym” – pisze Georges Minos w wydanej i u nas 14 lat temu Historii starości. Nie zawsze rozwaga i ostrożność są potrzebne, więcej może zdziałać energia i zapał lat mniej dojrzałych. Dramat króla Leara nie jest przecież płaczem starucha pozbawionego wsparcia i miłości córek, ale dramatem przemiany pokoleń powtarzającym się w nieprzeliczonym mnóstwie wariantów i odsłon od czasów niepamiętnych, aż po dzisiejsze; rzadko jednak spokojnie, w zgodzie z koniecznością, częściej w starciu, nieraz krwawym. Jak to się dzieje w świecie? Jak się porozumiewa lub jak się bierze za łby starość z młodością? Czy w ogóle istnieje jakaś „mądrość starości”, którą niby skarb trzeba przekazywać wstępującym pokoleniom? Czy to tylko fantom stworzony przez zgrzybiałych kapłanów i prawodawców dla utrwalenia już uzyskanej pozycji? Cóż zresztą może być wartościowego w wieku podeszłym? „Każdy pragnie żyć długo, ale nikt nie chciałby starości” – pisze Jonathan Swift. „Mało kto umie być starym” – rozsądnie zauważa La Rochefoucauld.

Kupiec z Bangkoku

W czasach, kiedy pracowałem w Bangkoku, przyjaźniłem się ze starszym ode mnie zamożnym chińskim biznesmenem, członkiem tamtejszej elity pieniądza i wpływów. Chińska diaspora, która w Azji Południowo-Wschodniej opanowała handel i bankowość postrzegana jest różnie: w Tajlandii z szacunkiem i uznaniem, bo kultura chińska uznawana jest za wyższą, w Malezji i Indonezji nieraz wrogo. Mój Chińczyk – jak to jest w zwyczaju zarówno w Chinach kontynentalnych, jak i w diasporze – na pierwszym miejscu stawia rodzinę, jednocześnie (jako najstarszy wiekiem) tej rodzinie przewodząc. Dlatego też, oprowadzając mnie po starym Bangkoku z największą dumą pokazywał nie chińskie świątynie i ceremonialne bramy, lecz dom swojego dziadka. Choć przewodniki roją się do opisu tutejszych zabytków, prawdę powiedziawszy w Bangkoku nie ma nic naprawdę starego, bo miasto powstało dość nagle pod koniec XVIII wieku, kiedy potężni wówczas Birmańczycy po długotrwałym oblężeniu zniszczyli starą stolicę Ayuthia, wymordowali kogo się dało w tym ówczesnego króla, a jeden z pobitych generałów obwołał się następcą, lecz uciekał przed napastnikami tak długo i skutecznie, aż ostał się w nadmorskich bagnach, gdzie począł wznosić nową, bezpieczniejszą siedzibę. Tak zwany „stary Bangkok” jest więc dziewiętnastowieczny, drewniany, w dużej mierze chiński i kupiecki, bo – obok podupadłego dziś z powodu birmańskiej dyktatury Rangunu – miasto położone u ujścia rzeki Chao Praya było w tej części Azji jednym z najważniejszych centrów handlu, głownie zresztą ryżem. Stolica ostatnich absolutnych władców Syjamu, miasto europejskich pionierów zatrzymujących się w hotelu „Oriental” nad rzeką, jak kapitan Joseph Conrad albo wielki awanturnik i kupiec jedwabny Jim Thompson. Wielkim kupcem ryżu był oczywiście dziadek mojego przyjaciela, a o jego pozycji społecznej świadczyły domy czterech oficjalnych konkubin umieszczone obok rezydencji kupieckiego możnowładcy. Dalej więc jego wnuk spokojnie tłumaczył nierozgarniętemu Europejczykowi, że najlepszym dowodem pozycji i zamożności rodziny jest liczba i właściwe wyposażenie nałożnic, którymi oczywiście zarządza prawowita małżonka, jako pierwsza w damskiej hierarchii. Do dziś ocalał dom pierwszej metresy, uznany również za zabytek drewnianej architektury z drewna tekowego.

Chińczycy – wyznający na ogół konfucjanizm – są narodem, który można uznać za wzorowy, jeśli chodzi o poszanowanie ludzi wiekowych i uznanie ich społecznej roli. Starzec stojący na czele rodziny nie może być stetryczałym tyranem – jak zdarzało się w starożytnym Rzymie – choć sprawuje władzę omalże absolutną; istotą chińskich wierzeń i filozofii jest wprawdzie hierarchia i uporządkowanie, ale we współdziałaniu. Misją starca nie jest autokratyzm, lecz koordynacja energii i zdolności kolejnych pokoleń dla dobra rodu i jego bożków domowych. Synergia – jakbyśmy to powiedzieli dzisiaj w Europie. Konfucjanizm jest zresztą bardziej filozofią i zbiorem reguł zgodnego życia niż sformalizowaną religią i być może dlatego jest wzorowo tolerancyjny dla ludzkich słabości nieomijających ani starych ani młodych. Chiński Budda mógłby służyć za wizerunek hedonisty – wygląda jak turysta w średnim wieku, który właśnie wyszedł z domu uciech w dzielnicy Patpong, a zdążył jeszcze spożyć smaczną kolację popitą piwem „Singha”. Oświecony jest zwykle przedstawiany jako istota o nieodgadnionej płci i spojrzeniu, z tajemniczym uśmieszkiem na oddanym rozmyślaniom obliczu. Tu inaczej: starzejący się, ale silny jeszcze, brzuchaty, wielkouchy mężczyzna, roześmiany od ucha do ucha, łapczywy na życie. Takiego Buddę chętnie umieszczają w swoich domach chińscy wyznawcy konfucjanizmu czy taoizmu, a sam buddyzm też nie ma nic przeciwko obcym bożkom. Może ten popularny nie tylko wśród Chińczyków wizerunek tłumaczy zarówno rodzinną tradycję mojego przyjaciela z Bangkoku, jak i zadziwiająco zgodną współpracę starości z młodością w chińskich rodzinach; dziwiąc się produkcyjnej i handlowej ekspansji dalekowschodniego smoka na cały świat, to również warto byłoby mieć na względzie.

Narzeczona szamana

Kiedy zbłądziłem trochę z większym międzynarodowym towarzystwem w górach „złotego trójkąta” na granicy Birmy i Tajlandii, natrafiliśmy na wioskę jednego z licznych tam plemion używających własnych języków, wyznających nie buddyzm lecz różne odmiany animizmu, noszących zwykle bajecznie kolorowe szaty. Miejscowi zobaczywszy „farangów” (tak nazywają Tajowie Europejczyków, ale nie wiem jak nas miejscowi po swojemu zwali) doprowadzili gości uprzejmie do wioski, gdzie odbywało się świniobicie przypominające takie ceremonie u nas, lecz w czasach zamierzchłych przed nastaniem weterynarzy i zawodowych rzeźników. Zanim jednak dane nam było skosztowanie wioskowych specjałów przyjął nas szef plemienia, czyli po prostu szaman – był bardzo stary i szczuplutki, ale oczy miał młodzieńca, chociaż zęby sino-czerwone od żucia betelu. Można się było z nim trochę dogadać, wypytywał o życie w dalekim świecie i bardzo się dziwił, że naszymi wioskami nie kierują najstarsi jako najmądrzejsi. On – tak jak koledzy, naczelnicy innych plemion – ma do pomocy radę starszych, na której czele sam stoi, to oczywiste. Czemu nie jest oczywiste dla nas?

– Dlaczego ty mnie się boisz? – spytał nagle panią, która mi wtedy towarzyszyła. Miał rację, choć bardzo swój lęk ukrywała.

– Zostań tutaj – mówił dalej do kobiety – mianuje cię narzeczoną, będzie ci dobrze.

Kusząca propozycja nie została jednak przyjęta. Pewnie ze strachu.

*

Kiedy mieszkałem w USA lubiłem rozmawiać z Indianami, a właściwie ich zmieszanymi z etniczną mozaiką Ameryki potomkami, którzy usiłują przechowywać tradycję przodków. Tak dowiedziałem się, że Nawaho odróżniają cztery dusze człowieka: jasny cień, mroczny cień, ducha opiekuńczego i duszę niewidzialną. Tylko dusza niewidzialna przetrwa śmierć, ale nie jest w stanie uchronić ciała od uroków, klątwy i złych przypadków. Trzeba się znać na zaświatach, żeby wezwać potrzebny składnik ducha.

– A skąd was szacunek dla starszych? – spytałem.

– Ze strachu – odparł.

Potem dopiero zrozumiałem, że starcy są siedliskiem mocy, bo przez lata życia kumulują w sobie czas, pamięć i doświadczenie, a nade wszystko coraz mocniej zaprzyjaźniają się ze światem pośmiertnym i niewidzialnym, bo przybliżają się doń z każdym dniem, aż przepełnieni mocą i uświęceni bliskością zaświatów stają na progu śmierci. Dlatego śmierci się nie opłakuje, bo jest przejściem do lepszego życia i duchowej potęgi. A z potężnymi trzeba żyć dobrze…

Pozwolono mi nawet przysłuchać się posiedzeniu rady starszych; przysłuchać to za wiele powiedziane, bo rozmawiają albo w narzeczu, a jeśli po angielsku, to zbyt bełkotliwie. No i żebym siedział w oddaleniu, bo nie jestem godzien dopuszczenia do kręgu. Siedzę tak i patrzę, aż tu wchodzi bezceremonialnie stara baba, rozsiada się miedzy plemienną starszyzną i o czymś ich poucza, potem druga i jeszcze jedna, a oni jak trusie. O co chodzi? Przecież mężczyźni traktują tutaj kobiety bez szacunku i z góry. A im wolno? Niechby jakiś nieupoważniony młokos usiłował zasiąść z czcigodnymi seniorami, zaraz by go wygonili, a może wyklęli. Dopiero po zakończeniu posiedzenia dowiedziałem się, że tylko najstarsze i obdarzone licznym potomstwem Indianki mają takie prawo. Co więcej, ich głos jest ważniejszy niż męski, bo reprezentują wszystkie kobiety i dzieci plemienia, mogą łatwo przywołać do porządku tych zadowolonych z siebie ojców rodzin. Stara kobieta jest jak ich matka i babcia, podcierała im pupy, karmiła piersią, ratowała w chorobach. Niechby któryś coś bąknął, zaraz dostałby od baby po pysku, albo spojrzałaby na niego złym okiem, a złe oko staruszki sprowadza choroby i inne nieszczęścia, można przez to umrzeć w boleściach. Tak wierzą.

Czy znaczy to, że prymitywne ludy to gerontokracja? Poniekąd tak. Bezwzględny nakaz ochrony życia i nie stosowania przemocy tak w hinduizmie, jak buddyzmie (ahinsa) oznacza również poszanowanie starszych. Oba kulty są religiami rezygnacji i braku nadziei w przeciwieństwie do chrześcijaństwa, judaizmu i islamu; nie obiecują lepszego życia w raju. Sednem buddyzmu jest pogodzenie ze śmiercią, a więc starością i wszystkimi niedogodnościami, jakie ona niesie. Nadzieja oznacza pożądanie, a ono nieuchronnie rodzi cierpienie. Człowiek, który przeżył dobrze życie (nie tylko obecne, ale i poprzednie wcielenia) i stoi na progu oświecenia, a więc roztopienia w niebycie, nie boi się śmierci, ale też do niej nie tęskni.

Najwyższy stopień głupoty

Dekalog nakazuje czcić ojca i matkę swoją. Pismo Święte pełne jest wezwań do poszanowania wieku podeszłego, a na czele plemion izraelskich stali długowieczni starcy. Według komentarzy do Tory na widok starca trzeba powstać i trzymać się od niego na dystans czterech łokci. Ale już Grecja wnosi do naszych czasów tradycję niejednoznaczną. Młodsi i silniejsi bogowie strącali z Olimpu bogów zgrzybiałych i osłabłych. Tym nie mniej, nie tylko w Sparcie rządziła Geruzja, czyli sławetna Rada Starców; w jej skład wchodzili mężczyźni co najmniej 60 letni, a na owe czasy był to wiek matuzalemowy. Areopag w Atenach to rada byłych archontów, również wiekowych. Wzór starca to Nestor z „Iliady”, najstarszy z wodzów greckich, zacny, szanowany zawsze proszony o radę; ale już nie Priam zrozpaczony po śmierci syna. Platon, a w Rzymie Cycero postrzegają starców jako mądrych, doświadczonych, godnych czci i szacunku, zdolnych do sprawowania sprawiedliwych rządów. Ale już Arystoteles, podkreśla ich wszystkie ciemne cechy: swarliwość, skąpstwo, brak odwagi, zbędną ostrożność, sugeruje ograniczenie ich udziału we władzach i życiu publicznym.

Tyle o naszych najgłębszych korzeniach. We wczesnym średniowieczu nie ma dla starości zmiłowania Jan Chryzostom: „osiągnęła najwyższy stopień głupoty, mówi już same niedorzeczności, dolega jej kapanie z nosa, głupota, zapomnienie, kaprawe oczy, budzi wstręt w ludziach, łatwo ulega diabłom” – naigrawa się Złotousty. Wtóruje mu św. Augustyn: „mrok przesłania oczy, uszy głuchną, włosy wypadają, twarz blednie, zęby się chwieją, skóra wysycha, oddech staje się nieświeży”. Nie dziw, że w średniowiecznej Europie sądy za zabicie starca nakładały trzykrotnie mniejszą „główszczyznę” niż za męża w sile wieku. Starców umieszczano wśród innych biedaków i wyrzutków jak nędzarze, kaleki, wdowy, sieroty i trędowaci. Ich rola rosła tylko w czasach zarazy, bo młodsi wymierali.

Współczesność kultury Zachodu też nie jest wiele lepsza, bo choć niepomiernie wzrósł dobrobyt, to nie znajdujemy miejsca dla starych mimo faryzejskich powiastek o „trzecim wieku”. Ta kultura przepełniona jest ubóstwieniem młodości, jakby zachorowała na obsesję Fausta. Nie mogąc zrealizować rojeń o eliksirze, reklamuje całą gamę mikstur, ćwiczeń i kosztownych operacji, które wprawdzie nie pozwalają dostąpić wiecznej młodości, ale odsuwają jak najdalej granicę wieku podeszłego, przynajmniej pozornie. Ten, który ją nieodwołalnie przekroczył powinien czuć się winny, bo widocznie nie dość się starał, albo nie łożył pieniędzy na dietę, fitness, viagrę i operacje plastyczne. Dzisiaj wstyd być staruchem: wiocha i obciach, a nie żadna mądrość i szacowna siwizna! Starców, którzy swym wyglądem psują reklamową złudę wiecznej młodości i przypominają o czymś tak nieprzyzwoitym jak śmierć, wysyła się na przymusową emeryturę i spycha do roli darmowej pomocy domowej u dorosłych dzieci. Nie powinni z nimi mieszkać, ale mają im służyć. A w razie czego pozostaje eutanazja, która zdobywa sobie tu i ówdzie coraz to nowe przyczółki. Z pozoru jest humanitarna, bo pozwala skrócić daremne cierpienia beznadziejnie chorych. Ale, gdy zostanie uchylona furtka – co pokazały ostatnie dane z Holandii, gdzie jest najdłużej dozwolona – po prostu służy do usuwania zbędnych staruchów.

Ktoś pięknie napisał, że młodość zwrócona jest ku jutru, dojrzałość zajmuje się dniem dzisiejszym, starość – przeszłością. Dzisiaj to wielka nieprawda. Wszyscy tkwią w teraźniejszości, co tak dla młodych, jak dla starych wygląda komicznie, choć nieraz przeradza się w tragifarsę. Młodym nie zależy na przyszłości i nie zamierzają o nią zabiegać, starzy nie chcą abdykować, niezdarnie udając młodych.

Skrótem do Nirwany

Dość już dawno temu wybrałem się z Nowego Jorku przez Vancouver do północnej Kanady, a potem na Alaskę. Eskimosi są jeszcze bardziej przyjaźni niż Indianie – aby zacząć wymieniać myśli z Indianami trzeba przebić się przez ich pozorną wyniosłość i nieprzystępność, pod którą skrywa się serdeczność prostego człowieka. Z Eskimosami jest łatwiej, wystarczy butelka gorzały. Tak rozmawiając z nimi w wiosce składającej się z drewnianych chat w tundrze nad ołowianym rozlewiskiem pokręconych zatok albo i północnych jezior, dogadaliśmy się do opowieści o prawdziwym lodowym igloo, w którym mieszkali ich dziadowie. Mieli takie, ale jakoś daleko i niechętnie też o nim mówili. Napierałem, chciałbym bardzo je zobaczyć, mam czas. Nie takie dla turystów, ale prawdziwe ze śladami ludzkiego bytowania, naznaczone pamięcią pokoleń. Był to wyraźnie zły temat, nie pomogła kolejna butelka, tyle się dowiedziałem, że pojechało tam jakieś stare małżeństwo i pod żadnym pozorem nie należy im przeszkadzać. Dopiero potem ktoś inny mi powiedział, że to miejsce dozwolonego przez zwyczaj samobójstwa starców: człowiek sterany życiem i zwykle chorobą może udać się do takiego samotnego, oddalonego igloo. Nie potrzebuje zapasów ani ogrzewania, po prostu kładzie się na lodowej pryczy i powoli umiera.

Podobną możliwość przewiduje hinduizm, ale znają ją też buddyści z Azji południowo-wschodniej, których wierzenia są przepojone hinduizmem i którzy – czcząc Oświeconego – uznają też indyjski Panteon. Ale mówią o tym równie niechętnie jak Eskimosi. Jest to Wielka Podróż zwana Mahaprasthana: starzec szukający spokojnego kresu idzie na północny wschód, niczego nie spożywa, poddaje ciało działaniu wody i powietrza aż przestaje istnieć. Choć budzi grozę, Wielka Podróż jest szanowana, bo skraca drogę do nirwany. Trochę inaczej wygląda to w tropikalnej Afryce, ale znam ją kiepsko, nie udało mi się o tym nawet rozmawiać, jak w Azji czy na Alasce, jedynie czytałem. Tam patriarcha rodu, gdy uznaje że życie dobiega kresu, udaje się do ustronnej chaty, kładzie na specjalnie przyozdobionym legowisku i czeka na śmierć, która przeważnie nadchodzi szybko. Nie oczekuje samotnie, otacza go cały klan, wnuki i prawnuki. Nie ma tam smutku, ludzie śpiewają, jedzą i piją, kochają się, wspominają dokonania starca; wtedy wiadomo, że życie nie było daremne, a potomni podejmą kontynuację jego dzieła. „Żadnego dostojeństwa śmierci, żadnej bojaźni bożej” – jak opisywał ze zgrozą jakiś europejski handlarz kością słoniową, a może i niewolnikami.

Nie jest to eutanazja, tej można się najwyżej poddać. Mahaprasthana jest aktem woli, może nawet heroizmu. A wnioski? Po co – już były. Pozostaje tylko na koniec przyznać rację wiekowemu Koheletowi, gdy pisze: „Lepszy młodzieniec ubogi, lecz mądry, od króla starego, ale głupiego”.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata