70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

***

Prawdą jest jednak – moim przynajmniej zdaniem – że obrońcy praw człowieka, oprócz wspierania mniejszości, powinni interesować się też większością. Większość może też potrzebować rzeczników swoich praw, ludzi, których doświadczenie może pomóc w definiowaniu tych praw w sposób zgodny z pluralistycznym systemem, tak by unikać niekoniecznych kolizji.

Dziś znów o prawach człowieka

Dawno, dawno temu napisałam tekst pod tytułem Kościół a prawa człowieka. Napisałam, bo z zagranicy napłynął do redakcji „Znaku” materiał, który wydał mi się ciekawy. Nie byłam wtedy żadną od tego specjalistką. Znacznie później zauważyłam, że istotnie dla Jana Pawła II prawa człowieka są ważne i nie lansuje on odrębnej, katolickiej koncepcji tych praw, lecz uznaje fakt, że są one wspólnym tworem rodziny ludzkiej, uniwersalnym, choć różnie uzasadnianym, zapuszczającym korzenie w różnych kulturach i tradycjach religijnych.

Myślę, że ten pierwszy mój tekst o prawach człowieka i Kościele chyba ukazał się w „Znaku”, choć nie odnajduję go w bibliografii. Może w końcu zawędrował do drugiego obiegu? Musiał być gdzieś opublikowany, bo pamiętam, że w czasie pierwszej „S” hutnicy z KRH byli nim zainteresowani, chcieli więcej, nie tyle o Kościele, ile o samych prawach człowieka, to znaczy o swoich prawach, prawach związkowych.

Teraz chyba muszę przyznać, że jestem jedną z wielu „twarzy” Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Prawa człowieka to domena odpowiedzialności, w której świadomie staram się uczestniczyć.

11 grudnia 2009 roku obchodziliśmy dwudziestolecie istnienia Fundacji. Była to okazja do konfrontacji tego, co dawniej, z tym, co teraz. Odbyła się debata panelowa, do której wracam myślą, rozpoczynając nowy rok. Wszystkich niepokoiło pytanie – dlaczego obecnie taki odpływ zainteresowania prawami człowieka? Prostą, praktyczną odpowiedź dał profesor Wiktor Osiatyński. Jego zdaniem zainteresowaniu prawami człowieka

…nie sprzyja demokratyzacja. W dyktaturach prawa każdego człowieka są zagrożone, bo istotą dyktatury jest arbitralne stosowanie przemocy. W społeczeństwie demokratycznym ofiarą stają się tylko niektórzy – przeciwstawiający się aktualnej władzy albo zmarginalizowani: chorzy na AIDS, narkomani, prostytutki, uchodźcy i inni. Większości to nie obchodzi .

Rozwijam tę myśl: rzecznicy praw człowieka tracą popularność, gdy bronią praw uważanych za „cudze”, praw różnych mniejszości w starciu z prawami czy aspiracjami większości. Większość otacza niechętnym kręgiem tych ludzi, którzy jej przypominają, że nie jest sama na swoim. Że w społeczeństwie pluralistycznym większość nie jest samoistna, że w stosunku do całości może być tylko największą z mniejszości, zwłaszcza że i sama ta większość nie cała podąża za swoim aktywnym, konsekwentnym jądrem.

Prawdą jest jednak – moim przynajmniej zdaniem – że obrońcy praw człowieka, oprócz wspierania mniejszości, powinni interesować się też większością. Większość może też potrzebować rzeczników swoich praw, ludzi, których doświadczenie może pomóc w definiowaniu tych praw w sposób zgodny z pluralistycznym systemem, tak by unikać niekoniecznych kolizji.

Profesor Wiktor Osiatyński zwrócił też uwagę na zagrożenie, jakie stanowi – czy też może wkrótce stanowić – dążność Kościoła rzymskokatolickiego do przekształcania Polski w państwo wyznaniowe. Obowiązująca konstytucja mówi o „przyjaznej autonomii” Kościoła i państwa, co oznaczać musi faktyczny ich rozdział. Wolność religijna, a w dodatku owa przyjazna postawa, oznaczają – jak myślę – między innymi zobowiązanie, iż państwo nie będzie chronić obywateli przed kontaktami z religią, w różnych jej postaciach, ale również nie będzie uczestniczyć w propagowaniu religii.

Co to oznacza w sprawie aktualnie dyskutowanej – obecności krzyży w salach szkół publicznych? Na pewno to, że państwo polskie nie powinno instalować symboli religijnych (a krzyż jest przecież takim symbolem!). Nie musi jednak zapobiegać ich instalowaniu ani usuwać już umieszczonych – chyba że na mocy wyroku sądowego rozstrzygającego spór pomiędzy obywatelami. Jest tu otwarta przestrzeń dla postępowania pojednawczego w różnych formach. Dobrze będzie pamiętać, że punkt wyjścia jest u nas zupełnie inny niż we Włoszech, gdzie krzyże z założenia były państwowe, a przedstawiciele strony państwowej deklarowali, iż w ich oczach krzyże nie mają sensu religijnego, jedynie patriotyczny. Ta oficjalna desakralizacja najświętszego symbolu chrześcijańskiego powinna poruszyć katolików.

Z dawnych tekstów

Zbawienie

Dokończenie ostatniej rozmowy przy ogniu. Wciąż się zastanawiam – dlaczego dalszych już nie było? Czy naprawdę nie było? Może tylko nie zostały zapisane?… A może dotarliśmy do tematu, który stanowi naturalną klamrę. Przeszliśmy wspólnie pewien odcinek drogi. Pora trochę pomilczeć.

4. Z różnych powodów, często bardzo życiowych, pewni ludzie szczególnie ostro zdają sobie sprawę z faktu, że nigdy nie wypełnimy „miary Ewangelii”, i podkreślają, że zbawienie Boże jest „całkowicie inne”, bronią jego odrębności od zbawień ludzkich: nie chcą mieszać „historii świeckiej” z „historią zbawienia”. Mogę zrozumieć tych ludzi. Ale jednak widzę też związek pomiędzy tymi dwiema historiami. J a, człowiek, mam jedną historię. Zbawienie Boże musi w nią wejść, aby mnie dosięgnąć. Mój chrzest jest wydarzeniem w mojej osobistej historii – a przecież jest wydarzeniem zbawczym. Dlaczego mam nie zaliczać do historii zbawienia całego dobra, które ja realizuję? To, od czego chcę się odciąć, to poczucie, że cały czyn zbawczy jest mój i tylko mój. Musi w nim być otwarcie ku temu, co mi jest dane…

[ten łysy]

5. Zanim zapytam, kto mnie zbawia, muszę najpierw jeszcze głębiej wniknąć w to, czym jest zbawienie. Czym jest dla mnie. Nie wystarcza mi określenie wychodzące od samego słowa – nawet jeśli „zbawienie” to ratunek przed złym losem – ważne jest też, na czym ma polegać los dobry, którego pragnę. Czy pragnąć „zbawienia” to pragnąć, aby ustał lęk, by znikły groza i zło – czy też tęsknimy do czegoś pozytywnego, do jakiejś nowej, pożądanej pełni życia?

Dla mnie być zbawionym to być szczęśliwym. Oczywiście chodzi tu o trwałe szczęście; nie o chwilową satysfakcję, lecz o stan głębiej zakorzeniony we mnie i w całej rzeczywistości. Wszystko się zgadza: takie szczęście nie może być egocentryczne, jest przeciwieństwem samolubnego zadowolenia. Ale powiedzieć, że „zbawienie to stan szczęścia”, to jeszcze za mało. Bo szczęście też polega na czymś konkretnym – każdy projektuje życie szczęśliwe – przynajmniej w ostatecznym rozrachunku. Na cierpienie ewentualnie się godzimy, jeśli widzimy, że jest ceną szczęścia. Nawet skrajnie nieegocentryczny projekt życia, zakładający całkowitą ofiarę z siebie, też jest projektem zorientowanym ku szczęściu, tyle że wtedy może to być szczęście widziane z odmiennej perspektywy – jako szczęście innych (ale jednak i moje własne z niego płynące).

Nie ma jednak jednej wizji szczęścia, nawet jednej wizji chrześcijańskiej. Dla każdego przełamuje się ona inaczej. Jak widzę swoje szczęście?

Zdaję sobie sprawę, że ogromnie trudno to opisać. Chcąc wskazać to, ku czemu dążymy, wcale nie przypadkiem mówimy raczej o tym, od czego zostaniemy uwolnieni, czego już nie będzie. Więc mogę powiedzieć tyle: szczęście to dla mnie miłość odwzajemniona, przyjęta, moja miłość potrzebna temu, czyjej miłości potrzebuję. Widzę zbawienie jako życie w miłości już bez tej szarpaniny, jaką teraz powoduje moja nieumiejętność wyrażania miłości i cudzy lęk przed tym, że kochać to utracić coś z wolności. Miłość już bez grozy tego, że się skończy, że odwrócimy się od niej, że ją zmarnuję… Miłość spokojna już, ale intensywna, coraz intensywniejsza – coraz bardziej nasza, Jedna miłość, a nie dwie miłości spotykające się z takim trudem, tak rzadko… Żyć z taką miłością to szczęście godne tego, by je nazwać stanem zbawienia. Tak kiedyś romantycznie mówiono: „miłość równa się niebo”. Coś w tym jest. Nie wiem, czy jest sens mówić o takiej miłości, którą ludzie sobie wzajemnie dają, że to jest „zbawienie ludzkie”. Chrześcijanin tak nie powie, bo wiara go uczy, że dary doskonałe pochodzą od Ojca z wysoka. A więc mogę tak kochać, możemy tak kochać tylko dzięki Bogu. To jest Jego zbawienie w nas się przejawiające, bo je przyjęliśmy. Rzecz w tym tylko, czy to nie jest utopia. Chcę tak kochać. Ale czy będę? Czy zawsze będę? Dlatego widzę sens myślenia o zbawieniu także po śmierci: mam nadzieję, że tym Bóg uzdrawia i ostatecznie oczyszcza miłość, z którą żyliśmy i umieramy. Tę wizję staram się podstawić pod tak często powtarzające się w modlitwach słowa o „szczęściu wiecznym”.

Nie projektuję życia z myślą o „pójściu do nieba”, które wszystko wynagrodzi. Ale poczucie, że ostatecznie Bóg wyleczy, wyprostuje i umocni, i potwierdzi miłość, którą żyję, to poczucie jest mi potrzebne, aby walczyć ze sobą o miłość – żeby wiedzieć, że byłoby głupio poddać się rozpaczy, bo jest szansa ocalenia, właśnie zbawienia – w miłości Boga ku mnie…

[dziewczyna w okularach]

6. Dla mnie w kwestii szczęścia ważna jest nie tylko miłość do człowieka czy do ludzi… Kocham także rzeczywistość, to znaczy doznaję szczęścia, „robiąc w niej”, zmieniając ją, tworząc coś, co potem jest. Cieszy mnie nie tylko pożytek dla ludzi, lecz także sama rzecz, coś, co zaistniało. Wiem też, że ludzie znajdują szczęście w sztuce. Zdaję sobie sprawę, jak trudno jest wyrazić to, co się uważa za ważne, jak trudno przekazać coś ze swego przeżycia (choć się tego czasem bardzo pragnie). Mogę więc wyobrazić sobie, jak wielkim szczęściem musi być twórczość artystyczna, naprawdę wielka twórczość, w której człowiek czuje się zupełnie swobodny, jest sobą i zarazem daje z siebie coś, co jest większe niż on sam. To jest też ważny i wartościowy rodzaj ludzkiego szczęścia. I to też pasuje mi do „stanu zbawienia” i wymaga go. Aby móc tak tworzyć, człowiek musi być wyleczony ze zła – tak samo jak warto, aby był szczęśliwym przedmiotem i dawcą miłości. Twórca, w którym jest pełno zła, nie może tworzyć swobodnie, bo w dziele wystąpi, ujawni się zło i skazi je. Na to, by twórczość była szczęściem, trzeba przynajmniej osiągnąć tyle dobra w sobie – i tyle wiary w nie – by móc się poczuć jako tako swobodnie, bezpiecznie ze swoim wnętrzem.

Nie wiem, co myśleć o twórczości w perspektywie zbawienia „wiecznego”. Może chodzi tu o to, że jest sens tworzyć, bo coś z tego przetrwa, coś, co ma związek z najwyższymi wartościami? Artyści mogą ufać, że wyrażają te wartości, że świadczą o tym, co bez ich twórczości byłoby może zupełnie niewidzialne. Ale co zrobić z twórczością przyziemną, techniczną? Nie wystarcza mi myśl, że to nasze dzieła będą „zbawione” przez ewentualne dobro, jakim są dla ludzi, przez swą czystą użyteczność. Są to rzadkie momenty, ale czasem mogę myśleć o twórczości technicznej jako o dalszym ciągu tego, co czyni przyroda, a więc jako o realizacji Bożego zamysłu. Mogę ją też pojmować jako swego rodzaju konserwację tego, co Bóg nam powierzył. Ileż tu materiału do rewizji życia w aspekcie zawodowym…

[chłopak, który rąbał drzewo (inżynier)]

7. Ludzie przynajmniej zaczątkowo szczęśliwi inaczej widzą szczęście niż znający nieszczęście. Może warto spojrzeć na szczęście i zbawienie z tej perspektywy. Myślę, że potrafię stanąć obok ludzi, których cierpienie i walkę codziennie oglądam. W szpitalu musi się widzieć człowieka przede wszystkim jako istotę umęczoną. Nie tylko sama choroba jest umęczeniem, choć to jest najwyraźniejsze. Wielu ludzi choruje dlatego, że nie mogli udźwignąć innych ciężarów swego życia. Umęczeni są także odwiedzający, którzy przeżywają cierpienia swych najbliższych. A i wśród nas, personelu, też trafia się umęczenie współczuciem, bezsilnością i wymaganiami, jakie stawia obcowanie z ludźmi w sytuacji ostatecznej. Może to własne doświadczenia tak mnie uczuliły, bo w ogóle widzę świat jako pełen umęczenia.

Ludzie żyją jakoś krzywo – stawiają sobie samym lub sobie nawzajem wymagania, którym nie mogą sprostać, wymagania zbędne, głupie, wyrastające z pychy. A brak solidarności sprawia, że ciężary są źle podzielone, że tak często jeden musi nieść za wiele – bo nikt inny się do tego nie poczuwa, bo najsłabszy nie umie się bronić. To wszystko jest złe. Ale wychodząc z tego negatywnego obrazu, widzę zbawienie także w jakimś pozytywnym kształcie. Czy to wypaczenie zawodowe, że dla mnie szczęście i zbawienie to przede wszystkim odpoczynek, odciążenie i uzdrowienie człowieka, tak aby mógł być znów cały, w pełni swych funkcji nie naznaczony zniszczeniem i rozkładem, wolny od zniekształcających blizn? Dotykając chorych ciał, patrząc na własne, też dalekie od harmonii i piękna, zaczynam marzyć o człowieku, jaki mógłby być, jakim mógłby się stać każdy, poddając swoje ciało porządkowi rzeczywistości, rosnąc prosto… To brzmi patetycznie, ale sami pacjenci traktują nas jako coś w rodzaju zbawców. Szczęściem jest więc spełnić te oczekiwania choć w ograniczonej, ludzkiej mierze. Nie jest trudno widzieć w Bogu źródło tej harmonii, którą usiłujemy przywrócić. Ale są też bolesne pytania bez odpowiedzi. Właśnie ten zawód tak bardzo „zbawczy” każe pytać: dlaczego świat jest jeszcze tak mało zbawiony? Może to pytanie głupie, dziecinne – ale dla mnie aktualne. Czemu Bóg pozostawił nam tyle do zrobienia? Czemu nam tak zaufał – czy nie nadmiernie? Dlaczego niedostatecznie uzdrawiamy, czy to nasza niewierność powołaniu jest tego przyczyną?

[dziewczyna z warkoczami (lekarka)]

8. Nie potrafię rozważać sprawy szczęścia w oderwaniu od własnych doświadczeń. Mówienie ogólne wydaje mi się zbyt abstrakcyjne. Na pewno jest szczęście w miłości partnerskiej, w odnalezieniu się z drugim człowiekiem. Ale jest jeszcze inne doświadczenie szczęśliwej miłości, chyba bardzo ważne, skoro sam Bóg do niego nawiązuje, skoro chce, żebyśmy Go nazywali Ojcem.

Dla mnie miejscem, gdzie człowiek ma się nauczyć szczęścia, jest dom. Wiem coś o szczęściu, mogę sobie jakoś wyobrazić szczęście zbawienia, ponieważ rodzice mnie kochali. Być przy nich, pomiędzy nimi, kiedy układali mnie do snu, to znaczyło być na swoim miejscu, bezpiecznie i radośnie.

Wyobrażam sobie, że tak będę przy Bogu. Zbawienie ludzkie to tworzyć dla innych taki port, takie miejsce, gdzie są u siebie. Każdy potrzebuje takiego miejsca – choćby po to, aby odpocząć. Oczywiście nie zdołamy zapewnić schronienia wszystkim i nie zapewnimy go na zawsze. Nawet nasze własne dzieci nie zawsze będziemy zdolni obdarzyć poczuciem bezpieczeństwa. Nie można się łudzić. A często strasznie się łudzimy. Szukamy bezpieczeństwa w różnych „zabezpieczeniach”, budujemy na pozór pewne kryjówki. Ale to jest bezpieczeństwo nieraz fałszywe, a zawsze nie na prawdziwą ludzką miarę. Uważam, że prawdziwe szczęście bezpieczeństwa jest darem miłości – czujemy się bezpieczni, bo jesteśmy przyjęci, zaakceptowani, bo jest dla nas miejsce…

To nie jest wynikiem naszej własnej zapobiegliwości, lecz darem. Czasem takim poczuciem bezpieczeństwa mogą obdarzyć ludzie, ale Bóg z całą pewnością może być jego źródłem dla wierzących.

[dziewczyna, która śpiewała kołysankę]

9. Istnieje rodzaj szczęścia na pierwszy rzut oka skrajnie różny od bezpiecznego wtulenia między kochających rodziców. Dla mnie szczęście jest raczej jak dojście na szczyt. Nie można wytłumaczyć, dlaczego tak dobrze jest być na szczycie, dlaczego smutno jest schodzić z grani (chyba że człowiek za bardzo zmarznie i zgłodnieje). Tak już jest: prawdziwe szczęście jest na górze, a nie w dolinach. To oczywiście porównanie – a może jednak coś więcej niż porównanie? Najwspanialsze chwile mego życia wiążą się z górami. Jednym z uroków szczytu jest możność wyboru dalszej drogi…

„Górskie szczęście” kojarzy mi się z wolnością. Chcę tak zaprojektować i tak zrealizować swoje życie, by mieć szczęście decydowania, wybierania. Myślę o decydowaniu o sobie – gdy chodzi o innych, sądzę, że i im się należy to samo.

Być człowiekiem, który wokół siebie tworzy strefę wolności, który pomaga innym mieć odwagę wolności… wiem, że to trudne. Pracować na wolność innych to przede wszystkim organizować dla nich warunki rozwoju, aby mogli chcieć wolności, by mieli pojęcie o jej wartości…

Zbawienie… Mam wielkie przekonanie do Święta Chrystusa Króla. Nie przez upodobanie do tytułów pachnących średniowieczem – przeciwnie! Jeśli Chrystus jest moim Królem, Bóg moim Panem – to znaczy, że inni królowie i panowie się nie liczą. Jeśli to Bóg mnie stworzył, to nikomu innemu nie muszę się za to kłaniać. Ani ja, ani nikt inny. Tworzymy wspólnotę – ale w niej każdy sam jest kimś, każdy się liczy. Zresztą dlatego, że każdy jest inny i każdy bezpośrednio Boży – możemy tworzyć wspólnotę, a nie mrowisko.

Chrystus jest dla mnie zbawcą – przed groźbą „zmrówkowania”.

[chłopak w dresie]

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata