fbpx
Anna Głąb luty 2010

Oceany Jana Józefa Szczepańskiego

To jest najpiękniejsza rzecz: mieć w sobie jakąś prawdę tak organicznie i intymnie, że nie oddziela się jej od siebie, nie wie się o niej i nie przychodzi nawet na myśl, żeby się nią chwalić.

Artykuł z numeru

Nieobecność Kołakowskiego

Z każdego labiryntu

wychodzi się górą.

(Leopoldo Marechal)

 

Pisanie może być tak formą „grzebania” w sobie, jak również formą transcendowania, przebijania się przez swój pancerz, i – jak pisał Faulkner – wychodzenia z moczarów na światło dzienne. Czy układając słowa, można zdobyć się na dystans wobec siebie? Przecież będzie to dystans i tak przefiltrowany przez siebie. Dlatego pisanie to dziwne zajęcie: dla niektórych cokolwiek podejrzane, a dla innych zbawienne. Przypominają się w tym miejscu słowa Józefa Czapskiego nie tylko o sile pracy, ale również sile Kasjodorowego zaczynania od nowa:

Dopiero powrót do malarstwa i do pisania dał mi znowu poczucie rzeczywistości dnia powszedniego. Z tego, co namalowałem przed wojną, nie zostało prawie nic. Trzy domy w Warszawie, w których była przeważająca ilość moich płócien, zostały spalone, zginęły również stosy notatek i dzienników, zacząłem wszystko – mając pięćdziesiąt lat – od początku.

Pisanie może dawać „poczucie rzeczywistości dnia powszedniego” i nie musi być kluczeniem w sobie, zapychaniem sobą szczelin, przez które powinien – jak powiedziałaby Simone Weil – odbywać się nieustanny przepływ strumienia Łaski. Może być dotykaniem rzeczywistości. Właśnie: zaledwie dotykaniem, bo i tak słowa (konstrukty, choćby najbardziej elastyczne i giętkie) nie pochwycą głębi rzeczywistości, a prawda dotknięta, karmiąc nienasyceniem, będzie popychała dalej. Nieustannym „w drogę” będzie zapraszała do niestrudzonego ustawiania się na pasie startowym.

Dziennik Jana Józefa Szczepańskiego (1919–2003), wybitnego pisarza, autora takich powieści jak Polska jesień czy Kadencja, spełnia się we wszystkich tych wymiarach. Parafrazując słowa jednej z przypowieści Anthony’ego de Mello, homo scribens przypomina w nim żabę opuszczającą kałużę i ruszającą w kierunku rzeki z nadzieją, że dopłynie do oceanu. Można powiedzieć, że Autor w swym Dzienniku wypływa na oceany swego myślenia, odczuwania i zatroskania. Każdy z nich jest niezmierzony, niemający granic i jako taki wart eksploracji i bliższego poznania. Dziennik (pierwszy, wydany właśnie tom pisany w latach 1945–1956) nie jest jednak ucieczką od rzeczywistości, choć epoka PRL przecież do tego by nakłaniała. Jest raczej manifestem realizmu, wzięcia odpowiedzialności za siebie, świadectwem bezwzględnej uczciwości w stosunku do siebie i do rzeczywistości, formą poznania siebie i kształtowania swojej woli. Szczepański pisze o zadaniu Dziennika już w jego pierwszych słowach: „Ten pamiętnik ma cel odpowiedzialny i trudny. Ma mnie wyleczyć i wychować. Nie będzie dla mnie rozrywką ani przyjemnością. Będzie obowiązkiem, przeważnie przykrym i uciążliwym” (1945, s. 6). Notatki powstają po wyjściu Jana Józefa z AK-owskiej partyzantki, kiedy ma on dwadzieścia sześć lat. Zapiski mają go zmienić, pomóc dojrzeć, wyjść z nieokreśloności. Jakim człowiekiem chce być autor Dziennika? „Przede wszystkim bezwzględnie uczciwym. Oczywiście odważnym – to jest konsekwencja. Poza tym surowym, bardziej wymagającym, i to nie tylko w stosunku do siebie, ale i w stosunku do innych. Mam na myśli pewną nieustępliwość w zakresie etycznego stylu życia” (1945, s. 8). Dalej – pisze – samodzielnym, wydajnym w pracy, wstrzemięźliwym w słowach i ocenach. Chce móc rozwijać się w sposób możliwie najbardziej pożyteczny, aby zyskać szacunek do siebie oraz pozbyć się paraliżującej czyny melancholii. Chce osiągnąć wewnętrzną równowagę i radość, bez której nie ma pełni życia. „Świadomość konieczności stałego ruchu wzwyż wydaje mi się zupełnym usprawiedliwieniem, może nawet gwarancją istotnej potrzeby tego ruchu” (1945, s. 9). Pragnienie wspinania się w górę, ruchu – jak pisał już Platon w Uczcie – od niebytu do bytu, jest znamieniem miłości. Odpowiedzialny stosunek do życia może formułować tylko ten, kto prawdziwie życie kocha.

Chcesz przeczytać artykuł do końca?

Zaloguj się, jeden tekst w miesiącu dostępny bezpłatnie.

Zaloguj się