70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Oceany Jana Józefa Szczepańskiego

To jest najpiękniejsza rzecz: mieć w sobie jakąś prawdę tak organicznie i intymnie, że nie oddziela się jej od siebie, nie wie się o niej i nie przychodzi nawet na myśl, żeby się nią chwalić.

Z każdego labiryntu

wychodzi się górą.

(Leopoldo Marechal)

 

Pisanie może być tak formą „grzebania” w sobie, jak również formą transcendowania, przebijania się przez swój pancerz, i – jak pisał Faulkner – wychodzenia z moczarów na światło dzienne. Czy układając słowa, można zdobyć się na dystans wobec siebie? Przecież będzie to dystans i tak przefiltrowany przez siebie. Dlatego pisanie to dziwne zajęcie: dla niektórych cokolwiek podejrzane, a dla innych zbawienne. Przypominają się w tym miejscu słowa Józefa Czapskiego nie tylko o sile pracy, ale również sile Kasjodorowego zaczynania od nowa:

Dopiero powrót do malarstwa i do pisania dał mi znowu poczucie rzeczywistości dnia powszedniego. Z tego, co namalowałem przed wojną, nie zostało prawie nic. Trzy domy w Warszawie, w których była przeważająca ilość moich płócien, zostały spalone, zginęły również stosy notatek i dzienników, zacząłem wszystko – mając pięćdziesiąt lat – od początku.

Pisanie może dawać „poczucie rzeczywistości dnia powszedniego” i nie musi być kluczeniem w sobie, zapychaniem sobą szczelin, przez które powinien – jak powiedziałaby Simone Weil – odbywać się nieustanny przepływ strumienia Łaski. Może być dotykaniem rzeczywistości. Właśnie: zaledwie dotykaniem, bo i tak słowa (konstrukty, choćby najbardziej elastyczne i giętkie) nie pochwycą głębi rzeczywistości, a prawda dotknięta, karmiąc nienasyceniem, będzie popychała dalej. Nieustannym „w drogę” będzie zapraszała do niestrudzonego ustawiania się na pasie startowym.

Dziennik Jana Józefa Szczepańskiego (1919–2003), wybitnego pisarza, autora takich powieści jak Polska jesień czy Kadencja, spełnia się we wszystkich tych wymiarach. Parafrazując słowa jednej z przypowieści Anthony’ego de Mello, homo scribens przypomina w nim żabę opuszczającą kałużę i ruszającą w kierunku rzeki z nadzieją, że dopłynie do oceanu. Można powiedzieć, że Autor w swym Dzienniku wypływa na oceany swego myślenia, odczuwania i zatroskania. Każdy z nich jest niezmierzony, niemający granic i jako taki wart eksploracji i bliższego poznania. Dziennik (pierwszy, wydany właśnie tom pisany w latach 1945–1956) nie jest jednak ucieczką od rzeczywistości, choć epoka PRL przecież do tego by nakłaniała. Jest raczej manifestem realizmu, wzięcia odpowiedzialności za siebie, świadectwem bezwzględnej uczciwości w stosunku do siebie i do rzeczywistości, formą poznania siebie i kształtowania swojej woli. Szczepański pisze o zadaniu Dziennika już w jego pierwszych słowach: „Ten pamiętnik ma cel odpowiedzialny i trudny. Ma mnie wyleczyć i wychować. Nie będzie dla mnie rozrywką ani przyjemnością. Będzie obowiązkiem, przeważnie przykrym i uciążliwym” (1945, s. 6). Notatki powstają po wyjściu Jana Józefa z AK-owskiej partyzantki, kiedy ma on dwadzieścia sześć lat. Zapiski mają go zmienić, pomóc dojrzeć, wyjść z nieokreśloności. Jakim człowiekiem chce być autor Dziennika? „Przede wszystkim bezwzględnie uczciwym. Oczywiście odważnym – to jest konsekwencja. Poza tym surowym, bardziej wymagającym, i to nie tylko w stosunku do siebie, ale i w stosunku do innych. Mam na myśli pewną nieustępliwość w zakresie etycznego stylu życia” (1945, s. 8). Dalej – pisze – samodzielnym, wydajnym w pracy, wstrzemięźliwym w słowach i ocenach. Chce móc rozwijać się w sposób możliwie najbardziej pożyteczny, aby zyskać szacunek do siebie oraz pozbyć się paraliżującej czyny melancholii. Chce osiągnąć wewnętrzną równowagę i radość, bez której nie ma pełni życia. „Świadomość konieczności stałego ruchu wzwyż wydaje mi się zupełnym usprawiedliwieniem, może nawet gwarancją istotnej potrzeby tego ruchu” (1945, s. 9). Pragnienie wspinania się w górę, ruchu – jak pisał już Platon w Uczcie – od niebytu do bytu, jest znamieniem miłości. Odpowiedzialny stosunek do życia może formułować tylko ten, kto prawdziwie życie kocha.

Stosunek Autora Dziennika do siebie samego jest pozbawiony złudzeń, a w wielu miejscach wydaje się nawet zbyt krytyczny. Przyszły pisarz zarzuca sobie brak wyobraźni i cierpliwości. Na pierwszych stronach przyznaje szczerze, że nie jest stworzony na dobrego pisarza, dodając, iż najwyższy czas pogodzić się z tym odkryciem. Chce szukać sensu poza możliwością spełnienia się jako pisarz. „Jeżeli kiedy spotka mnie jakieś wyróżnienie, niech to będzie prawdziwa niespodzianka, luksus, coś właściwie zbędnego dla mojego poczucia pełni życia” (1945, s. 13), notuje, twierdząc, że życie musi mieć sens samo w sobie. Chce zlikwidować w sobie pretensję do bycia kimś jeszcze. Pragnienie bycia pisarzem jednak ciągle go męczy, tak jak męczy prawdziwych artystów. Mimo studiów indologicznych na Uniwersytecie Jagiellońskim czuje, że tylko w pisaniu jest jego przyszłość.

Patrzyłem w łagodne, wieczorne niebo i zaczynałem rozumieć po dawnemu, że świat jest bardzo duży, że życie, jakie prowadzę, jest żałosnym dreptaniem w miejscu, że moje męczące i zawstydzające kłopoty z sobą samym są małostkowe i bezpłodne. Przypomniało mi się morze ze słonym wiatrem i góry – drugi biegun swobody, z wiatrem o zapachu elektryczności, skalnej pleśni i kosówki. Doznałem przeczucia prawdziwych wstrząsów, takiego wewnętrznego przełamania, kiedy człowiek staje się niemal ptakiem – lot, pęd ogromnych, słonecznych przestrzeni, drapieżny krzyk tęsknoty, zapomnienia i szczęścia (…) Wiedziałem, że mogę czuć (1945, s. 23).

Te przebłyski natchnienia, które przerobione dyscypliną owocuje konkretną pracą, są ciągle zakłócane bądź napędzane przez samokrytykę. Szczepański zauważa, że wpychanie rzeczywistości w słowa kaleczy ją, bo kiedy tylko zaczyna układać zdania, traci smak prawdy: „zapominam, jak pachniały sosny, jak skwierczał piach pod nogą, jak smakowała utajona wolność, wesołe chamstwo i naiwna odwaga” (1945, s. 39). Zarzuca sobie, że nie potrafi formułować słów dla poezji świata, iż brak mu dowcipu, że nie potrafi zakomunikować śmiechu, lęku, zdumienia, bo sam nie czuje ich zbyt mocno.

Przyjaciel Andrzej Jakimowicz (1919–1992), przyszły historyk sztuki, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, doradzi mu: „Zakochaj się!”. Odpowiadając, Szczepański zapisuje:

Muszę zobaczyć świat w świeżych barwach, muszę odszukać te dawne zagubione wibracje i wzruszenia, które czynią wszystko żywym, interesującym i wymownym, które odwracają uwagę na zewnątrz (…). Wszystko to jest niezbędne dla „twórczości”. Jędrek ma rację, twierdząc, że stałem się „starą panną” (1945, s. 35).

Kiedy poznaje Danutę Wolską, przeczuwa, że tego rodzaju spotkanie może prowadzić tylko do małżeństwa. Miłość do przyszłej żony stanie się formą wyciągania go z zamknięcia w sobie. Szczepański decyduje się na wszystko, nawet, jeśli trzeba, na cierpienie. „Może nawet tylko wtedy widzi się człowieka prawdziwie, kiedy jest się tak bardzo ciekawym, że przestaje się myśleć o sobie” (1947, s. 117). W ten sposób Dziennik staje się także w pewnych miejscach „kroniką wypadków miłosnych”, próbą sformułowania racji serca, zapisem miłosnych wzruszeń, rysunkiem budzącej się miłości:

Jest w tym wszystkim coś niesłychanie miękkiego i delikatnego, rozśmieszającego niemal. Śmiesznie powiedzieć: jakby się trzymało w ręku młodziutkiego wróbla. A poza tym wciąż to samo zainteresowanie. Mimo chwilowych zniechęceń i nawet pewnego znużenia. Wiem, że nie można takich rzeczy traktować biernie. Trzeba koło nich chodzić, pielęgnować je i podtrzymywać (1947, s. 121).

Bliskość kobiety przynosi ulgę oraz zmianę w postrzeganiu świata, który staje się pachnący i namacalny. Pastelowo zarysowane portrety przyszłej żony należą do najpiękniejszych w literaturze polskiej: „Byłem ubiegłej niedzieli nad Wisłą z Danusią. Ona umie widzieć i umie cenić. Wie, jak nazywa się każdy kwiat, zauważa natychmiast każde zestawienie barw, potrafi się wszystkim cieszyć i dziwić, i być wdzięczna rzeczom” (1947, s. 130). Zdając relację ze wspólnego wypadu na wystawę sztuki dziecięcej, pisze o jej radości niezakłóconej spekulacjami i formułami, dodając jednocześnie coś ważnego na temat samego siebie:

To jest najpiękniejsza rzecz: mieć w sobie jakąś prawdę tak organicznie i intymnie, że nie oddziela się jej od siebie, nie wie się o niej i nie przychodzi nawet na myśl, żeby się nią chwalić. Ja nabrałem zwyczaju komentować i rozpatrywać drobiazgowo każdy swój uczynek i nigdy nie udało mi się znaleźć jądra jakiejś absolutnej pewności, jakiegoś dobra, na którym mógłbym się oprzeć; zawsze jest jakaś podszewka, jakaś poza. Ale czasem wyraźnie czuję, że jakieś nieokreślone dobro jest we mnie. I jest pewnie, ale właśnie w tym, z czego nie zdaję sobie sprawy (1947, s. 134).

Od samego początku Szczepański ujmuje miłość jako odpowiedzialność i boi się, aby we wspólnej przyszłości nie zabrakło powietrza. Odróżniając zakochanie od miłości, pisze, że miłość nie objawia się wybuchem uczuć czy ekstazą: „to jest takie stałe, skupione napięcie. Jakbym trzymał w wyprężonych rękach coś bardzo cennego, coś najcenniejszego, ale ciężkiego. Nieustanne doznawanie wysiłku to jest miłość” (1947, s. 142). Kiedy 18 października 1947 roku Danuta i Jan Józef pobierają się, jest to koniec ich „pojedynczości” (tym bardziej że pojawiają się dzieci: w 1949 roku Anna i w 1952 Michał). To początek życia „bez nadzwyczajności”. To szczęście rozświetlające mroki epoki:

Dziś piąta środa, odkąd urwały się moje kłopoty z UB. (…) Gdy kładę się spać i słucham, jak Danusia czesze się w schowku (sypki, gęsty szelest grzebienia) i jak Bąbelek posapuje w koszu, i gdy patrzę na spokojny rytm złotych belek ściany, czuję w ustach smak szczęścia, które wydaje się ustalone na zawsze – powolne jak miód, bez niepokojącej cierpkości, ale bardzo uczciwe i dobre (1949, s. 212).

Patrząc na gorącą wiarę Danusi, jej głęboką świadomość istnienia innego wymiaru, Szczepański nie może uciec od pytania o własną religijność. Zdając sobie sprawę z własnego intelektualizmu oraz niechęci wobec nieszczerych pozorów wiary, dochodzi do wniosku, że bez przyjęcia zdecydowanej postawy wobec religii trudno mówić o dojrzałości. Choć pisze, iż zarówno uczuciowo, jak i rozumowo nie potrafi sformułować podejrzenia, że Boga nie ma, ale wszystko jest w nim letnie, ustawione na przypuszczenie lub wygodną obojętność, głęboko przejmuje się wstąpieniem do zakonu Róży Marii Wolskiej, siostry stryjecznej żony:

Nie można ani przez chwilę wątpić, że stało się w niej coś niezmiernie prawdziwego, coś wyrastającego niepomiernie ponad wszelką życiową trywialność (…). Jestem poruszony żywym przykładem autentycznego porywu ku Najwyższemu Dobru. Jestem świadkiem aktu bezkompromisowej odwagi, a w takie rzeczy przestało się już właściwie wierzyć. Na tle obecnych czasów to ma wymowę argumentu, którego nie można ominąć obojętnie, choćby się go nie rozumiało (1951, s. 266).

Jest pod wrażeniem duchowości Przemysława Mroczkowskiego (1915–2002), historyka literatury angielskiej najpierw na KUL, a potem na UJ, którego wiara jest spójna i przekonująca i w tej zorganizowanej formie daje wierzącemu siłę, równowagę oraz pogodę. Opisuje życie ojca Daniela (Oswalda Rufeisena), Żyda, który w czasie wojny przyjął chrzest, a potem wstąpił do zakonu karmelitów. Pisze o jego prostocie, w której istnienie przestało się już wierzyć, o jego absolutnym braku chęci zaimponowania słuchaczom. Wspomina także o przypadku uzdrowienia młodej zakonnicy, która modliła się za wstawiennictwem o. Maksymiliana Kolbego. Ten przypadek, zreferowany mu przez ks. Andrzeja Bardeckiego, stał się przedmiotem jednego z późniejszych esejów wchodzących w skład zbioru Przed nieznanym trybunałem.

Zapiski Jana Józefa Szczepańskiego to także świadectwo jego cichej dobroci, mimo że i tutaj Autor nie szczędzi sobie ostrych uwag:

Po drodze do Kasinki byłem świadkiem motocyklowego wypadku. Zająłem się rannym, opatrzyłem go i załadowałem na furę. Ale to nie był odruch, że trzeba ratować człowieka. To był wynik namysłu. Nie od razu zawróciłem na moim rowerze. Musiałem sobie wytłumaczyć. Dlatego nie dało mi to jakiegoś wewnętrznego zadowolenia. W czasie tej przygody przejechało kilka aut osobowych. Żadne nie zatrzymało się, żeby pomóc (s. 69).

W innym miejscu pisze o wynędzniałym mężczyźnie siedzącym na Plantach, któremu oddaje ostatnie 10 złotych. W świecie strachu i potęgowanego przezeń kłamstwa odkrywa mocne fundamenty moralności, maksymalistyczny program etyki:

Jeżeli się boję – znaczy, że jest odwaga. Jeżeli kłamię – znaczy, że jest prawda. Jeżeli ulegam lenistwu – znaczy, że jest siła itd. Nie tak trudno odtworzyć sobie schemat minusów i plusów. I wydaje się jasne, że trzeba stawiać na same plusy. Czy same plusy dają jakiś plus do potęgi x? I najważniejsze: czy ten plus do potęgi x = szczęście? (1946, s. 83).

Moralność to dla niego nie rodzaj savoir vivre’u, lecz stały wysiłek i czujność. Ma świadomość tego, że tylko miłość do ludzi jest warunkiem wewnętrznego moralnego rozwoju. Uważa, że tej miłości w nim nie ma, jednak kiedy czyta się Dziennik, nie można mieć wątpliwości, że było na odwrót.

Dziennik Szczepańskiego to także szkoła pisania, tworzenia literatury par excellence. Autor wielokrotnie poddaje się treningowi pisarskiemu, czego efekty odczytujemy w Dzienniku. Zapisując codziennie jedno spostrzeżenie, uświadamia sobie, że każdego dnia można spotkać się z sytuacją o dramatycznej kompozycji i że z każdego materiału można coś zrobić. Najważniejsza jest dla niego zdolność obserwacji, wrażliwość na ludzi i oszczędność słów. Szczepański wielokrotnie pisze o tym, jak dochodzi u niego do erupcji literackiej. Najpierw pustka w głowie, chaos potęgowany przez czytaną bezmyślnie prasową sieczkę. Smak rzeczy znika bez śladu. Spacer, początkowe wymyślanie na siłę. I wreszcie…

Potem przyszła mi skądś do głowy sytuacja, która zaczęła mnie wciągać. Nim zdołałem dobrze ją sobie wyobrazić, już zaczął w środku pulsować ten osobliwy prąd zainteresowania, obawy i niecierpliwości, z którego wszystko się bierze. Bałem się bardzo, że go zgubię, że nie zdobędę się na dość wysiłku i stanowczości, aby to utrwaliło się w dyspozycję. Ale chwyciło dobrze. Porobiłem pierwsze notatki i chyba będę pisał. Mam wielką ochotę (1949, s. 221).

Znajdujemy u niego jednak nie tylko techniczne uwagi na temat tworzenia literatury, ale także filozoficznego jej przesłania. Kiedy tłumaczy dla „Znaku” fragment Mocy i chwały Grahama Greene’a, zauważa, próbując sformułować zadanie literatury:

Będę musiał pisać, nie wykręcać się. I będę musiał pisać dobrze. I walczyć o szczęście nieosiągalne, z takim wysiłkiem i przekonaniem, jakbym walczył o szczęście dla siebie. (…) Walczyć o prawdę. Wiem już przecież, że dobro i zło to są fakty prawdziwe. W tym jest kwintesencja powołania pisarza. Trzeba pokazywać palcem. To oczywiście nie jest popłatne ani bezpieczne (1949, s. 210).

Powołanie do bycia pisarzem polega na czymś jeszcze. Szczepański dochodzi do wniosku, że nie wystarczy, aby pisarz opowiadał świat, gdyż trzeba mówić jeszcze o tym, czego nie ma, zatem „powołanie pisarskie to chyba raczej paszport na trudno dostępny spektakl, z którego trzeba zrobić recenzję, żeby ludzi zachęcić do wysiłku dostania się na niego” (1950, s. 240). Warunkiem pisania jest bezkompromisowe życie. Lenistwo i wygoda mogą zaprzepaścić największe ideały. Pisanie to dla niego także „umiejętność życia w innych” (1955, s. 559), próba wyrażenia niewyrażalnego.

Jan Józef Szczepański porusza również problem pisania „pod cenzurę” i nie ma wątpliwości, że rodzi ono tylko kłamstwo albo półprawdę:

Pisarz godzący się na to nie jest wart nawet wątpliwego zaszczytu, jakim jest miano pisarza. Tylko literatura powstająca w warunkach zupełnej wewnętrznej niezależności może dać artystyczne świadectwo swojej epoce, może kusić się o wyciągnięcie wniosków z jej ludzkich doświadczeń. Nie wyobrażam sobie innego rejestrowania pozytywów tej epoki, jak tylko w kontekście jej minusów. Cała „mobilizująca” blaga, już teraz pozbawiona jakiejkolwiek siły, w przyszłości będzie kupą jałowych plew (1951, s. 282).

Tymczasem, jak zauważa, warto mówić tylko rzeczy ważne. „Być pisarzem – to móc nie wydawać, jeśli okoliczności są przeciwne temu, co się ma do powiedzenia, ale niezłomnie wierzyć, że to powiedziane być musi” (1955, s. 586). W innym miejscu pisze, że fach pisarza polega na szukaniu trudnych tematów, dlatego nieodłączny w jego pracy jest ból, a nawet wzburzenie.

Szczepański wie, co to znaczy być nękanym przez Urząd Bezpieczeństwa. Świadczy o tym choćby następujący zapisek: „W zeszłym tygodniu odszukało mnie to złe, które przyplątało się w »Głosie Anglii«. Pewnie będę musiał stawić czoła straszeniu i kuszeniu. Zbieram siły. Może przyjdzie naprawdę nadstawić skóry?” (1951, s. 295). Uważa, że w warunkach PRL walka nie może być nawet oporem potwierdzanym przez niewinność i dyscyplinę, lecz tylko samotnym, męczącym i smutnym uporem. Dramat swej epoki określa jako dramat bezsilności ludzi o najlepszych intencjach. „Czy można uwierzyć, że kiedyś fałszywe karty zostaną wycofane?” (1953, s. 380) – pyta. W pewnym momencie jest przekonany, że zawód pisarza nie przestaje dla niego być psychiczną niewygodą i że jest predestynowany na pisarza słabości. Po obejrzeniu filmu De Sici Cud w Mediolanie ma jednak wrażenie, że tylko chestertonowska apologia dobroci i prostoty, która choć w zetknięciu ze współczesnym światem wydaje się nonsensowna, jest jedynym zdrowym sensem.

Dziennik Jana Józefa Szczepańskiego to zapis jego górskich przeżyć, który wszystkich szaleńców gór wprawi w zachwyt (zwłaszcza gdy przeczyta się o tym, że Autor podczas jednej z wypraw był świadkiem rzadkiego zjawiska zwanego widmem Broeckena, czyli odbicia własnego cienia na chmurach). Dziennik kipi radością górskich eskapad:

16-go chcieliśmy robić Wołową Szczerbinę i wstaliśmy o 3-ciej w nocy, ale mgła zastopowała nas pod grzędą Rysów. Pichciliśmy kakao pod wantą, słuchając lawin, które szły ze wszystkich stron. W oknach otwierających się we mgle ukazywały się fantastyczne widoki zupełnie wymarłego świata. Tego samego dnia spakowaliśmy się i poszliśmy na Polanę pod Wołosz. Przyszliśmy nocą, brnąc przez wiatrołom po ostatnim halnym. Niesamowite niebo, jak oglądany przez mikroskop miąższ materii – jakaś przestrzenna plazma i jeszcze nad gwiazdami przepaście pustki. Nocowaliśmy w szałasie, w dymie watry, na pryczy przyrzuconej mchem (1954, s. 444).

Jego pasja jest tak mocno odczuwalna, że nawet mały Michał modli się w czasie jego nieobecności: „i żeby tatuś nie spadł z Zakopanego” (1956, s. 594).

Kiedy Szczepański pisze o tym, że coraz mocniej pachnie mu świat i że czuje istnienie milczących przestrzeni Arktyki, zapach dżungli oraz zgiełk miast Bliskiego i Dalekiego Wschodu, nie sposób nie tęsknić już do kolejnych tomów Dziennika, gdzie podróże te zostały przez Autora opisane. Ponad to jednak już teraz zachwyca świat Jana Józefa, do którego dostępu nie mielibyśmy, gdyby nie decyzja spadkobierców jego spuścizny literackiej. Słowa podziękowania należą się synowi Pisarza, Michałowi Szczepańskiemu, który zajął się odczytaniem rękopisów, a także Tomaszowi Fiałkowskiemu, który sporządził ogromnie przydatne w trakcie lektury i poszerzające wiedzę na temat tej epoki przypisy. Dzięki publikacji Dziennika Pisarz rodzi się w naszej świadomości na nowo. Dzięki tym zapiskom wchodzimy w labirynty jego życia i nie mamy wątpliwości – Jan Józef Szczepański zawsze wychodził z nich górą.

Jan Józef Szczepański

Dziennik, tom I: 1945–1956

Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata