70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Czas podsumowań, prognoz i nadziei

Przełom starego i nowego roku to czas, w którym następują podsumowania ostatnich dwunastu miesięcy, formułowane są prognozy i wyrażane nadzieje na przyszłość.

Jaki był zatem dla Polski rok 2009? Moim zdaniem, widać gołym okiem kontrast pomiędzy danymi określającymi stan polskiej gospodarki i międzynarodową sytuacją naszego kraju a klimatem życia politycznego. Te dwie pierwsze kwestie powinny nam dawać poczucie satysfakcji, kwestia ostatnia natomiast winna stanowić powód do zmartwienia.

Możemy odczuwać satysfakcję, że jako jedyne państwo Unii Europejskiej odnotowaliśmy w 2009 roku wzrost gospodarczy. Można oczywiście dyskutować, jak wielką rolę odegrała tu polityka rządu, zdrowy rozsądek i pracowitość rodaków, a także struktura naszej gospodarki. Jednak fakt pozostaje faktem. W okresie, w którym – niekiedy pomimo wydatkowania dużych pieniędzy na programy antykryzysowe – cofały się gospodarki wszystkich państw należących do UE, polska gospodarka posuwała się do przodu, i to w warunkach dosyć oszczędnej polityki finansowej. Niewątpliwym sukcesem było także osiągnięcie przez Polskę szóstego miejsca w Europie pod względem dochodu narodowego liczonego przy uwzględnieniu realnej siły złotego.

Jakkolwiek w mijającym roku polska polityka zagraniczna nie zanotowała spektakularnych sukcesów, to jednak był to kolejny rok umacniania pozycji naszego kraju na arenie międzynarodowej, w szczególności w Unii Europejskiej.

A jednak w dotyczących spraw publicznych prognozach na dwanaście najbliższych miesięcy przeważają opinie o nasileniu się walki politycznej, sporów pomiędzy prezydentem i rządem oraz społecznych protestów. Skąd ten pesymizm?

Wynika on przede wszystkim z obserwacji życia politycznego rozgrywającego się na ogólnonarodowej scenie. Z pewnością mijający rok nie był pod tym względem budujący. W dalszym ciągu życie to ogniskuje się wokół konfliktu pomiędzy PO i PiS-em. Jak dotychczas nie pojawiła się tutaj licząca się trzecia siła, która zaproponowałaby Polakom inny styl uprawiania polityki i przedłożyłaby nam znaczącą ofertę programową.

Pomimo że w Sejmie od ponad dwóch lat nie ma już Samoobrony ani Ligi Polskich Rodzin wciąż odnoszę wrażenie, iż nadal postępuje erozja autorytetu polskiego parlamentu. Dlaczego tak się dzieje? Odpowiadając na to pytanie krótko i w sposób najbardziej ogólny, powiem tak: zdaniem większości obserwatorów życia publicznego – jak sądzę – w parlamentarnych sporach dobro publiczne zdecydowanie ustępuje przed interesem partii politycznych. W sposób spektakularny widać to w pracach sejmowych komisji śledczych, w tym powołanej ostatnio komisji do spraw tzw. afery hazardowej. Wcale nie chodzi tam o wspólne przybliżanie się do prawdy w celu wyeliminowania z życia publicznego patologii, ale o dopieczenie politycznym konkurentom i obronę bardzo doraźnie pojmowanych interesów własnego ugrupowania. Dyskusje w komisjach śledczych – czy na przykład w studiach telewizyjnych i radiowych – przeradzają się na ogół w pyskówki. Za ten stan rzeczy odpowiadają przywództwa partii politycznych i sami parlamentarzyści. Nie są oni jednak jedynymi winnymi. Znaczną część odpowiedzialności ponosi większość mediów, ulegająca procesowi tabloidyzacji. Media te nie proponują poważnej debaty. One chcą pyskówek i nierzadko do nich zachęcają. Szczególnym powodzeniem cieszą się w nich politycy skandaliści, brutale i osoby źle wychowane. Efektem tych zjawisk jest odwracanie się wartościowych ludzi od udziału w życiu politycznym, a także bardzo niski poziom zaufania do tzw. klasy politycznej i przedstawicielskich instytucji polskiej demokracji.

Te zjawiska powinny być przedmiotem naszej poważnej refleksji.

Rok 2010 będzie stał pod znakiem rywalizacji o prezydenturę. Zaryzykuję prognozę, iż nie zostaną w nim dokonane żadne znaczące zmiany w konstytucji; wydają się one nieprawdopodobne także przed wyborami parlamentarnymi. Przesądza o tym intensywność konfliktu pomiędzy PO i PiS-em. Będziemy więc mieli do czynienia z powszechnymi wyborami głowy państwa przy jej niezmienionych uprawnieniach.

Za niemal pewny uważam ponowny start w wyborach obecnego prezydenta. Logika sytuacji politycznej stawia go przed koniecznością obrony bilansu swojej prezydentury. Jarosław Kaczyński nie pozwoli, żeby PiS rozważał poparcie jakiegoś innego kandydata, a jego emocjonalny związek z bratem przesądza o tym, że reelekcja obecnego prezydenta stanie się priorytetowym celem tej partii w roku 2010. Patrząc jednak na realne szanse urzeczywistnienia owego zadania, trzeba je ocenić jako znikome. Lech Kaczyński będzie bowiem postrzegany jako kandydat PiS-u, a ugrupowanie to – pomimo zajmowania pozycji numer dwa na polskiej scenie politycznej – ma zbyt wielu przeciwników, żeby obecny prezydent mógł wygrać te wybory.

W lepszej sytuacji jest Donald Tusk, który może, ale nie musi ubiegać się prezydenturę. Sądzę, że Tusk polubił realną władzę. Tę zaś łatwiej będzie mu zachować, pełniąc raczej urząd premiera niż prezydenta. Nie zdziwię się zatem, jeśli Platforma Obywatelska w wyborach prezydenckich wystawi jakiegoś innego popularnego polityka.

Jest rzeczą niewiadomą, czy do rywalizacji o prezydenturę włączy się ktoś trzeci. Na początku roku ten wariant wydaje mi się mało prawdopodobny.

W roku 2010 będziemy obchodzić trzydziestą rocznicę Sierpnia i powstania Solidarności. Ze względu na szacunek dla tego wielkiego wydarzenia, kształtowanie narodowej pamięci, jak i wizerunek Polski za granicą, byłoby ze wszech miar wskazane, aby tę rocznicę obchodziły wspólnie wszystkie władze Rzeczypospolitej, bohaterowie tamtych wydarzeń i NSZZ „Solidarność”. Niestety, w tej kwestii pomiędzy moimi nadziejami i pragnieniami a prognozami występuje wyraźna rozbieżność.

Przyznaję: chciałbym zgody i święta jedności ponad aktualnymi politycznymi podziałami. Prognozuję jednak, że będzie inaczej. Gorzej, być może znacznie gorzej.

3 stycznia 2010

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata