Po co nam święci? (fragment)
Z pastorem ROMANEM PRACKIM i księdzem
GRZEGORZEM RYSIEM rozmawiają Janusz
Poniewierski i Michał Bardel
Święci są ludźmi naznaczonymi przez Boga, którzy jednak pozostają ludźmi. Są grzeszni i popełniają błędy. I dzięki temu stają się nam jeszcze bliżsi.
Spotykamy się w tym gronie – przedstawicieli dwóch wielkich tradycji zachodniego chrześcijaństwa
– żeby porozmawiać o kulcie świętych, o tym, jak go widzą nasze Kościoły. Jak
powinniśmy rozumieć tajemnicę świętych obcowania, o której mówimy we wspólnym wyznaniu
wiary? Jaka jest, zdaniem Księży, rola świętych w Kościele? Po co chrześcijanom
święci?
Roman Pracki: Dla chrześcijan wywodzących się z XVI-wiecznej reformacji – to
znaczy dla tradycji luterańskiej, kalwińskiej i metodystycznej – Kościół to rzeczywistość
duchowa, podległa jedynie Bogu. Kościół, w którym trwa to, co Nieuwarunkowane,
istnieje w przeszłości, teraźniejszości i w przyszłości. Święci zatem byli, są i (prawdopodobnie)
będą, ale – zdaniem protestantów – jedynie Bóg zna ich imiona zapisane
w Księdze Życia.
Inaczej widzą to Kościoły wolne, ewangelikalne, wywodzące się z tak zwanej drugiej
reformacji, gdzie święci w takim znaczeniu w ogóle nie funkcjonują. W tej tradycji
Kościół to przede wszystkim lokalna wspólnota, zbór, który gromadzi się wokół słowa
Bożego, wokół swego kaznodziei, lidera, pastora. Należą doń konkretne osoby ochrzczone
w tym zborze – i to są właśnie owi święci oraz ich obcowanie.
To jak u Pawła Apostoła, który pisał do „świętych” z Filippi i Efezu. Wracając jednak do „pierwszej” reformacji: kim są dla Księdza święci, pojmowani na sposób tradycyjny? Piotr i Paweł, może także Franciszek z Asyżu i Marcin Luter czy – bliżsi naszym czasom – Dietrich Bonhoeffer i Albert Schweitzer?
R.P.: Zdaniem reformatorów, nie są oni naszymi orędownikami ani pośrednikami w procesie zbawienia. Jak wiadomo, reformacja odrzuciła kult świętych oraz ideę pośrednictwa pomiędzy człowiekiem i Bogiem. Na świętość patrzymy raczej w kategoriach codziennego
życia, traktujemy ją jako dostępną dla każdego mężczyzny i każdej kobiety.
Po prostu: jako świadectwo. Tym samym święci są pośrednikami w świadectwie, które
może się stać udziałem każdego chrześcijanina.
Warto pamiętać, że teologia ewangelicka w ogóle nie zajmuje się problemem ludzkiej
świętości. Znajdziemy tam za to obszerne nauczanie w kwestiach winy, grzechu,
powszechnego skażenia i usprawiedliwienia z łaski przez wiarę, przez zadośćuczynienie
Jezusa Chrystusa na krzyżu, które – poprzez wiarę każdego z nas – jest przyczyną
naszego uświęcenia i źródłem dobrych uczynków. Ale one nie są naszą zasługą, są jedynie
owocem wiary – objawieniem łaski w życiu człowieka. Dzięki temu świętość staje
się widzialna i mogą jej doświadczyć inni ludzie.
W całym protestantyzmie nie ma jednak takiego gremium, takiego trybunału, który
mógłby o czyjejś świętości zaświadczyć, zweryfikować ją, potwierdzić, ustalić i przypieczętować.
Jeśli mówimy o świętych Kościoła niepodzielonego (pierwsze tysiąclecie),
to są oni powszechnie zaakceptowani przez tradycję reformacyjną. Zresztą Luter także
i późniejszych świętych (na przykład średniowiecznych) wspominał w swoich dziełach
z wielką atencją. A tak zwani współcześni święci, na przykład Matka Teresa z Kalkuty,
Dietrich Bonhoeffer czy Albert Schweitzer? Stanowią znak i świadectwo, które pozwala
nam mówić o świętości Boga objawionej w życiu konkretnego człowieka, ale ostatecznie
zaświadczyć o niej może jedynie On sam, co się okaże dla nas jasnym w dzień
Sądu Ostatecznego.
Spotykamy w świecie parafie czy kościoły luterańskie, noszące imiona wielkich
świadków Boga – świętych, ewangelistów, apostołów, świadków wiary. Na przykład
w latach 80. ubiegłego wieku w Karl-Marx-Stadt, dzisiejszym Chemnitz, na nowo wybudowanym,
gigantycznym blokowisku powstała parafia im. Dietricha Bonhoeffera,
ewangelickiego pastora, aktywnego antyfaszysty, który zginął w obozie koncentracyjnym
jako męczennik. Jego imię miało być zatem symbolem świadectwa i oporu wobec
władzy totalitarnej (w tym wypadku komunistycznej), znakiem, że w tej betonowej
pustyni Karl-Marx-Stadt jest duch, który pozwala człowiekowi pozostać człowiekiem.
Słowem przewodnim dla parafii były słowa: „Nikt nie może śpiewać w kościele »alleluja
«, jeśli na ulicy nie krzyczy przeciw eksterminacji Żydów”. Świętość to świadectwo
na zewnątrz kościoła…
Kolej na księdza Grzegorza Rysia…
Ks. Grzegorz Ryś: Nie wiem czy w stu procentach, ale na pewno w 99,9 podpisałbym
się pod wszystkim, co powiedział ksiądz Roman Pracki.
Czekamy więc na ten ułamek procenta.
G.R.: Po kolei. Najpierw chciałbym zwrócić uwagę na to, co ma niewątpliwie wspólny
korzeń, choć zupełnie inne rozwinięcie. Mianowicie: skąd wzięło się w Kościele gremium,
które orzeka o czyjejś świętości? Kiedy sięgniemy do starożytności i do średniowiecza,
aż po wiek XIII, zobaczymy, że nie było wtedy żadnego takiego gremium, tylko…
W gruncie rzeczy było to coś takiego jak w owym Karl-Marx-Stadt: wspólnota ludzi
wierzących, która – mówiąc językiem katolickim – otaczała kogoś kultem, czyli potwierdzała,
że to był dla nich świadek wiary. Wtedy przecież nie istniały jeszcze oficjalne kanonizacje:
ludzie przychodzili na grób człowieka, który był dla nich czytelnym świadkiem
Boga – ten motyw świadectwa jest tutaj bardzo ważny. On jest pierwotny, o wiele
bardziej pierwotny aniżeli motyw pośrednictwa. Pierwszymi świętymi byli męczennicy;
męczennik to jest świadek par excellence; zresztą greckie słowo martyr opisuje jednego
i drugiego. Ludzie, modląc się na grobie świętego i w rocznicę męczeństwa odprawiając
tam Eucharystię, odkrywali, że to jego świadectwo jest dla nich bardzo ważne.
Odkrywali również, jak sądzę, to rozumienie Kościoła, który nie ogranicza się w czasie
i przestrzeni, tylko jest wspólnotą świętych w Panu Bogu. Kiedy Kościół czci męczenników,
to nie jest to apel poległych, lecz doświadczenie wspólnoty wiary, która ciągle
trwa, pomimo że ktoś przeszedł już granicę śmierci.
Owo gremium, od którego zacząłem swoją wypowiedź, pojawiło się w momencie,
kiedy ten spontaniczny, oddolny ruch trzeba było ująć w jakieś karby, bo dochodziło do
rozmaitych przerostów – tu jest ważny również kontekst społeczny i kulturowy. Czym
innym bowiem był kult świętych w starożytności, a czym innym w Europie barbarzyńskiej,
wczesnośredniowiecznej. Wtedy też zmieniały się akcenty: motyw świadectwa
ustępował miejsca oczekiwaniu niezwykłości, zaczęto mierzyć świętość liczbą cudów,
które przypisywano wstawiennictwu danego człowieka. Potem ta cudowność tak bardzo
wyszła na pierwszy plan, że właściwie wymiar świadectwa został całkowicie zminimalizowany.
No i wtedy pojawiły się procedury: za papieża Grzegorza IX, w XIII wieku,
podkreślono, iż sensem tego, co dziś nazywamy procesem kanonizacyjnym, jest pokazanie,
że mamy tu do czynienia nie tyle z czymś cudownym, ile właśnie z heroizmem
w przeżywaniu wiary.
Zamykając ten wątek, powiem tak: jeśli nawet istnieje gremium, które orzeka o świętości,
i są ustalone procedury (ba, kanonizacja jest uważana za akt nieomylności papieża),
to nie ma to najmniejszego znaczenia, dopóki nie ma jakiegoś oddolnego przeżycia
w Kościele. Trzeba użyć słowa „kult”: jeśli nie ma kultu, jeśli nie ma pamięci o grobie,
jeśli nie ma wyczucia, że oto mamy do czynienia z kimś, kto przeżywał swą wiarę
w taki sposób, iż jest to wciąż inspirujące dla innych, to te wszystkie procedury nigdy
nie zostaną uruchomione!
Więcej na łamach styczniowego „Znaku”
Share
Zamów numer