Niebezpieczne drogi świętości (fragment)
SEBASTIAN DUDA
Teologia chrześcijańska nie jest zdolna do wyboru między sacrum
i sanctum, gdyż i w sacrum, i w sanctum dostrzega możliwość
uświęcenia człowieka. Podkreśla jedynie, że w obu wypadkach
to święty Bóg (choćby niedostrzegalny czy nieobecny) jest owego
uświęcenia źródłem.
Od lat bardzo mnie niepokoi pewne radykalne rozdzielenie w pojęciu świętości, jakiego
dokonali dwudziestowieczni filozofowie. Chodzi mi o przeciwstawianie bezdusznego,
przerażającego sacrum świętości w najwyższym stopniu etycznej – utożsamianej
z dobrem czy moralną doskonałością i jej uczynkowymi realizacjami. Dobitnie
ukazał tę dwoistość ks. Józef Tischner w rozmowie z Adamem Michnikiem
i Jackiem Żakowskim:
Sanctum to świętość i dobro. Zginasz kolana przed dobrem i miłością. Ale jest to coś więcej
niż przeżycie estetyczne. Możesz to bardzo dobrze obserwować w sztuce. Na przykład
ikona to jest sanctum, a nie sacrum. Natomiast z drugiej strony masz Nietzschego
albo Hieronima Boscha, który ci pakuje misterium tremendum i fascinosum, masz całą
religijność barokową z tańcami śmierci. Jean Delumeau, pisząc Strach w cywilizacji zachodnioeuropejskiej,
krok po kroku dokumentował, jak sacrum wypierało elementarne
doświadczenie sanctum. (…) I wszystkie tendencje totalitarne w Kościele są związane
z sakralizacją zastępującą sanktyfikację. Dlatego w pewnym sensie desakralizacja jest
konieczna, żeby można było świat sanktyfikować. (…) Po pierwsze sanctum to zawsze
jest człowiek. Po drugie jest to dobry człowiek. Sanctum to dobroć. Ten człowiek wyraża
swoją dobroć przez „słowo życia”, przez uczynki. Dobro, kiedy jest przyjmowane przez
człowieka, ożywa. W chrześcijaństwie jest tylko sanctissimum – świętość, największe dobro, a potem już sanctum, czyli święci ludzie. (…) W sacrum nie możesz odróżnić dobra
od zła, a sanctum to samo dobro. To jest klucz do religii. Jak się tego nie chwyci, idzie
się w religii zupełnie fałszywymi tropami.
Myślę, że dobrze rozumiem intuicję Tischnera: przebywając w sacrum, trudno
zwrócić uwagę na innego człowieka, trudno stać się ewangelicznym miłosiernym Samarytaninem.
Sam Mircea Eliade twierdził przecie, że antropologicznym podłożem
funkcji sacrum jest potrzeba sensu, a nie troska o bliźniego. Aby odnaleźć orientację
w świecie, człowiek odczytuje pewne przedmioty jako znaki przejawiania się sacrum
i przedmioty te wydziela z rzeczywistej przestrzeni, w której przebiega jego codzienne
życie. Pojawia się granica, a z nią obszary święte, dotknięte hierofanią. Podobnie
dzieje się z czasem. Jak przestrzeń, tak i czas nie jest czymś jednorodnym i ciągłym.
Istnieje czas świecki, ale podzielony on jest interwałami czasu sakralnego. Odnalezienie
orientacji w świecie poprzez sacrum – na pierwszy rzut oka – nie ma związku
z etyką. Lévinas twierdził nawet, że człowiek pozostający w obrębie sacrum właściwie
nie jest wolny. Bez ustanku powala go Bóg (a może tylko idol?), który nieustannie
żąda ofiary i rytuału. Taki Bóg nie może być Bogiem biblijnym, który objawia się
w pierwszym rzędzie przez nadanie etycznego Prawa – przykazań budujących etyczną
relację między ludźmi.
Czy zatem naprawdę mylił się Rudolf Otto, który w swym znanym dziele wskazywał,
że oryginalność ludzkiego doświadczenia religijnego tkwi właśnie w tym, co określić można
jako sacrum (lub też numinosum – w jego terminologii), a co bardzo mocno przeciwstawia
się profanum? Znamieniem sacrum jest tajemna i przerażająca moc, jaka odnosi do
tajemnicy odpychającej i przyciągającej zarazem (czyli mysterium tremendum et fascinans).
Z mocą tą człowiek może pozostawać w kontakcie i w tym właśnie dopatrywać
się można początku wszelkiego religijnego doświadczenia.
Więcej na łamach styczniowego „Znaku”
Share
Zamów numer